Poprzedni temat «» Następny temat
Ścieżka
Autor Wiadomość
Cody Reyes


Wysłany: 2018-01-08, 21:27   

Nawet nie dane mu było spokojne leżenie w śniegu, ktoś musiał go zdeptać. Cody nawet nie miał siły się zirytować, bo dalej był otumaniony po wypadku. Mimo szumu w uszach częściowo dotarło do niego to co powiedział ten chłopak. Chciał mu rzucić chamski komentarz, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Czemu życie nawet zwykły spacer musiało mu utrudniać. Może to jego wina, że do wszystkiego podchodzi w tak pesymistyczny sposób, albo to przez to jak potraktował rodzinę przed lata. Badź co badź, teraz to wszystko do niego wracało.
Chciał podnieść się na równe nogi, ale gdy tylko podniósł głowę to cały świat mu zawirował. Miał tylko nadzieję, że to nie jest wstrzaśnienie mózgu. Automatycznie jego ręka skierowała się ku potylicy, by zobaczyć czy nie rozwalił sobie głowy, jeszcze tylko brakowało mu wizyty w szpitalu. Ponownie spróbował podnieść głowę, było trochę lepiej, ale nie wystarczajaco by się podnieść.
-Mogę Cię prosić o mała pomoc.- Cody nie lubił prosić o pomoc, ale nie chciał leżeć na tym zimnie i dodatkowo sobie jeszcze coś przypadkiem odmrozić. Miał już wystarczajaco problemów, a wyglad był jego jedyna zaleta.
_________________
Cody Reyes
Speak low if you speak love
[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-01-08, 22:47   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Joey rozejrzał się wokół uważnie, marszczac przy tym krzaczaste brwi. Niezaleznie od tego jak bardzo starał się w okolicznych krzakach dostrzec kamery, albo też dziwnych ludzi, którzy by śmieszkowali pod nosem – to tam nikogo nie było. Wokół była pustka, jedynie nagie gałęzie, śnieg. Nic. Czyli to jednak nie był prank? Nikt nie rozlał tutaj wody? Ej! Tak właściwie to dlaczego w ogóle tamten facet leżał na ziemi? Co więcej, nadal na niej leżał! Czy nie było całkiem naturalnym instynktem wstać? Aż taka fajnie było mu na tej ziemi? Nie, to niemożliwe – przecież było zimno, wokół śnieg, pizgało złem. Joey już planował go o to spytać dlaczego wciaż leży na ziemi, kiedy chłopak zadał mu pytanie. Czy mu pomoże? No pewnie! Harrison podszedł do niego i pomógł mu wstać podajac dłoń.
-Wszystko w porzadku, koleżko? – Joseph zapytał nieznajomego lekkim tonem, z wyraźna doza rozbawienia w głosie. Tak swoja droga, Joey w oryginale zapytałby go "mate", ale nie wiem jakby to przełożyć na język polski. Harrison mimowolnie spojrzał mu na czoło-Mocno wyrżnałeś? – spytał patrzac wciaż skupionym wzrokiem na jego czoło. Czy wszystko było z nim okej? Joey nie był lekarzem, nie miał pojęcia. Harrison mimowolnie spojrzał na chodnik raz jeszcze, faktycznie strasznie było tam ślisko-Chcesz bym Ci pomógł znaleźć jakaś taryfę do szpitala, czy coś? – wzruszył lekko ramionami, jakby chcac zaznaczyć, że to nie byłby żaden wielki problem.
[Profil]
 
 
Cody Reyes


Wysłany: 2018-01-08, 23:00   

Chłopak starał się być miły, ale Cody'ego bolała głowa i nie koniecznie się z tego cieszył, że ten tak dużo gada. Chwycił go za dłoń i z zamkniętymi oczami starał się wstać. Nawet mu się to udało, ale jeszcze przez chwilę nie otwierał oczu.
-Nie, dzięki. Poradzę sobie jakoś. Zaraz mi przejdzie.- To powiedziawszy otworzył oczy i od razu się zachwiał. Wszystko wokół wirowało, a śliska nawierzchnia wcale tego nie ułatwiała. Mimo tego starał się zachować jakieś resztki normalności, by ten nie wezwał pogotowia. Nie stać go było na szpital, a ubezpieczenia nie miał wykupionego, bo na to też go nie było stać.
Złośliwy los chciał, że nie utrzymał się długo w pozycji stojacej. Przez zawroty głowy ponownie zaczał lecieć do tyłu, ale tym razem miał się chociaż czegoś złapać, a raczej kogoś. I w ten sposób pociagnał za soba nowego kolegę, który badź co badź był bardzo przystojny. Wyladowali na razem na ziemi, przynajmniej tym razem nie uderzył się w głowę. Było to dość krępujace, bo mężczyzna wyladował na nim, a jego twarz była przez to bardzo blisko jego.
-Przepraszam, nie chciałem. Zakręciło mi się w głowie.- Jedynym plusem tej całej sytuacji, było to że trochę mu już przechodziło.
_________________
Cody Reyes
Speak low if you speak love
[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-01-08, 23:33   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Gdyby Joey dostawał euro za każdym razem, kiedy słyszał, że dużo gada to nie przepuściłby wszystkich oszczędności z dzieciństwa na Maoamy. Może nawet został milionerem? Nie da się ukryć, że chłopak faktycznie mówił dużo. Kiedy on i Fitz byli małymi dzieciakami, ich nauczycielka często wspominała, że nie dość iż Joe stanowi zły przykład dla brata, to na dodatek sprawia, że ten jeszcze bardziej się w sobie zamyka. Dlaczego? Ano dlatego, że trudno było mu przebić się z własnymi myślami przez głośnego brata. Zostawmy jednak to już gdzieś w przeszłości. Harrison nie mieszkał już w Paryżu, tylko ot tutaj, w Brentwood. Dlaczego więc tak często wraca myślami do Paryża? No tak, tam spędził całe życie. Dlatego to wszystko było już nieistotne, wróćmy do czasów współczesnych.
Joey uśmiechnał się serdecznie kiedy zobaczył, jak facet wstaje. No cóż, skoro wstaje, oddycha i żyje to chyba wszystko w porzadku, prawda?
-Super – przyznał z uśmiechem kiedy facet wstawał. Nagle jednak sytuacja uległa kompletnej zmianie i facet upadł ponownie tym razem ciagnac za soba Joe. Harrison przeklnał głośno i nim się zorientował, leżał już na chłopaku. A kiedy już do tego doszło i ich twarze były tak niesamowicie blisko siebie, Joey poczuł ogromne mdłości. Może nawet jego twarz stała się zielona? Szybko wstał na nogi, otrzepał się z śniegu. Zapytacie skad te mdłości? O co tak właściwie chodzi? No cóż, nie wiem czy pamiętacie – ale od jakiegoś czasu Joey miewał dziwne stany. Ten dziwny stan polegał na tym.... że odczuwał niepokój, prawdziwy, namacalny niepokój. Uczucie na tyle nieprzyjemne, że przypominało mu tę chwilę, kiedy Smash nie dostało trzeciego sezonu. Wściekłość? Ból? Tęsknota? Dziwne przeczucie, podobne do tego że nie zakręcił wody, gazu przed wyjściem z domu. No i w tym momencie przypomniał sobie swój niedawny sen i.... wszystko było to dla niego już kompletnie jasne. Tęsknił za kimś i co więcej doskonale wiedział za kim, a po chwili w tych uczuciach pojawił się również gniew -Wezwę Ci jednak tego Ubera, nie wstawaj – oznajmił i zaczał grzebać przy telefonie. Warto jednak zaznaczyć, że drugi raz już nie podał chłopakowi ręki. Dlaczego? Czy nie chciał pomóc chłopakowi? Nie, po prostu za bardzo bał się, że zwymiotuje mu prosto na twarz.
[Profil]
 
 
Cody Reyes


Wysłany: 2018-01-09, 15:22   

Widzac minę chłopaka zrobiło mu się głupio. Nie chciał go wywalić, ale zrobił to instynktownie. Nie myślał, że chłopak aż tak się na niego zdenerwuje, słychać to było w jego głosie. Może krępowała go bliskość mężczyzny, może miał jakiś uraz. Akurat to dobrze znał, sam wiele przeszedł i wiedział, że niektóre emocje powoduja skrajne zachowania. Mimo słów chłopaka Cody spróbował wstać. Świat się kręcił, ale jakoś mniej, więc udało mu się stanać na równie nogi. Odsunał się kawałek do tyłu, na bardziej stabilne podłoże, by znowu się nie wywalić, a tym bardziej żeby nie pociagnać znowu chłopaka za soba. Zmarszczył czoło i złapał się za nasadę nosa by zebrać myśli.
-Przepraszam za te wypadek, nie chciałem Cię zdenerwować.- Naprawdę było mu przykro, bo chłopak był nawet miły dla niego i chciał okazać mu pomóc. Zazwyczaj ludzie przechodzili obojętnie i mieli wszystko gdzieś, a człowiek mógł zamarznać na śmierć. Świat przestał już wirować, ale ból głowy pozostał.-Słuchaj, już mi lepiej, nie dzwon po nikogo.- Nie chciał by ten cokolwiek wzywał, na nic go nie było stać, nawet na ubera. Nie miał za co opłacić pradu i bał się, żeby mu nie wyłaczyli światła, a taki wydatek wcale by mu nie pomógł, a już co dopiero pójście do szpitala. Wolał zdychać z bólu niż tam iść.
_________________
Cody Reyes
Speak low if you speak love
[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-01-09, 18:16   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Joey skrępowany? Broń Boże, nic z tych rzeczy. Jeżeli kiedykolwiek w Brentwood stworzono Ligę Nieskrępowanych, to Harrison zostałby Batmanem, a Yev jego Wonder woman. Nie wiem kim byłby Flash, ale miałby całkiem słabe hajdy. Nie mniej jednak faktycznie chłopak się zdenerwował, jednak niewielka była w tym wszystkim rola nieznajomego. Kiedy Harrison poczuł ciepły oddech chłopaka, jego myśli wróciły do momentu kiedy ostatni raz widział swojego sasiada i ich niezręcznej, wspólnej chwili na kanapie. Harrison kompletnie nie rozumiał dlaczego jego umysł postanowił właśnie w tym momencie przypomnieć mu tamta chwilę, ale następne co poczuł Joe to tęsknota i przede wszystkim gniew. Uśmiechnał się już pewniej i machnał dłonia, na znak, że Cody nie ma czym się przejmować.
-Spoko, nic się nie stało – zapewnił z pewniejszym już uśmiechem. To nie była wina Codyego, że mózg Josepha postanowił go potrollować, prawda? Poza tym, no cóż, faktycznie nic się nie stało. Gdyby Cody jednak jakoś wykorzystał bliskość nieznajomego, dialog wygladałby kompletnie inaczej- tak na szczęście się nie stało.
Kiedy Joey przegladał ksiażkę kontaktów w poszukiwaniu numeru do Ubera, nieznajomy zaprotestował. Harrison uniósł delikatnie brwi zadziwiony tym faktem. Aż tak dobrze się czuł ktoś,kto dwukrotnie się przewrócił?
-Jesteś pewien? – spytał, przy czym schował telefon do kieszeni-No skoro tak uważasz, to nie będę naciskał. Najlepiej pooddychaj jeszcze głęboko, głowę daj między kolana i daj sobie czas na ogarnięcie – oznajmił z uśmiechem. Po krótkiej chwili, telefon Joeya się rozdzwonił – ten bez słowa wyciagnał telefon ponownie i odebrał połaczenie-Halo? Co? Ale jak to odchodzisz? Nie możesz olewać chórku na chwilę przed próba! Gdzie ja teraz znajdę gadajace drzewo? – zapytał dramatycznym głosem, po czym zerknał na nieznajomego-Sorry, muszę lecieć, ale dobrze się gadało. Odpoczywaj oznajmił z uśmiechem, nawet mu machnał na pożegnanie i ruszył w swoja stronę-Ale co mnie to obchodzi?! zapytał dramatycznie rozmówcę oddalajac się już od Cody'ego.

[zt]
[Profil]
 
 
Cody Reyes


Wysłany: 2018-01-09, 19:22   

Poprawił mu się humor wiedzac, że chłopak nie jest na niego zły. Jak Cody już mu się lepiej przyjrzał, to stwierdził, że nawet mógłby iść z nim na randkę. Ale nawet nie wiedział jak ma na imię i się nie dowiedział, bo do chłopaka po chwili zadzwonił telefon. Zdażył mu tylko kiwnać głowa na pożegnanie, czego w dodatku bardzo pożałował, bo znowu mu się zakręciło w głowie. Na szczęście tym razem nie upadł. Największym jego dylematem było o jakie drzewo kurwa chodziło. Jego mózg tego nie ogarniał, po upadku działał w zwolnionym tempie. Młody Reyes wiedział, że doszło do wstrzaśnienia mózgu, ale o lekarzu nie było mowy. Postał jeszcze chwilę by uspokoić umysł. Miał nadzieję, że dojdzie do domu, nawet na czworakach. Kiedy w końcu był gotowy postawił pierwsze ostrożne kroki. Poza bólem głowy nie widział większych objawów, więc chyba było w porzadku. Ruszył przed siebie niepewnym krokiem wracajac do domu. Przez to całe zamieszanie nawet nie mógł sobie przypomnieć dlaczego tu przyszedł. Oby tylko nie musiał czekać długo na autobus, bo chciał już być w domu. Tak jak wcześniej chciał z niego wyjść, tak teraz chciał do niego wrócić.

zt
_________________
Cody Reyes
Speak low if you speak love
[Profil]
 
 
ravana marlowe








27

instruktor jogi & muzyk

szuka sensu życia

Downtown Brentwood

mów mi: atlas

multikonta: heath & fitz

Wysłany: 2018-03-16, 18:47   
  

  
ravana marlowe

  
handmade heaven




Ravana wyjechał do Indii krótko po jego wyprawie do zoo z Chesterem. Nie było to zależne od niego. Pewnego wieczoru dostał telefon od ojca z informacja, że z matka nie jest najlepiej i bez namysłu wsiadł w samolot. Rodzina była dla niego najważniejsza i choć wielu znajomych z Brentwood mogłoby odnieść inne wrażenie, to dla rodziców i siostry był w stanie zrobić wszystko. Wział urlop w obu pracach, ponieważ tak się złożyło, że jego wyjazd przypadał akurat na poczatku roku szkolnego. Dyrektor na szczęście całkowicie rozumiał jego sytuację i nie widział najmniejszej przeszkody w tym wszystkim. Marlowe spakował się więc, zabrał ze soba psa i na pół roku zniknał z Brentwood. Napisał oczywiście do Chestera, że musi wyjechać ze względu na problemy zdrowotne matki, ale nie utrzymywał z nim, ani z nikim innym żadnego kontaktu w tym czasie. Nie było to po prostu w jego stylu.
Do miasteczka wrócił stosunkowo niedawno, akurat na rozpoczęcie drugiego semestru, aby już nie robić sobie więcej problemów. Jeśli chodzi o rodzicielkę, to jej stan poprawił się niesamowicie. Po operacji nie tylko przestały jej doskwierać dolegliwości, ale również wróciło do niej jakoś życie. Oczywiście musiała się oszczędzać, ale lekarze byli dobrej myśli i Ravana do tego stopnia wierzył, że zażegnano kryzys, że nie bał się jej zostawić z ojcem w Indiach. Mimo wszystko dziwnie było jednak wrócić. Przywykł już do życia tam i wydawało mu się jakieś takiej... atrakcyjniejsze. Pracował dorywczo na gospodarstwie, gdzie zajmował się zwierzętami, więc miał też stosunkowo sporo czasu i zaczał tworzyć muzykę. W Anglii jakoś niekoniecznie poświęcał na to tyle czasu, ile by chciał, ale w Indiach nie dość, że dostał zastrzyku kreatywności, to jeszcze zawsze znalazła się chwila na nagrywanie.
W Brentwood był od paru dni i większość czasu poświęcił na sen oraz spędzanie czasu z Lotosem. Miał w planach zaskoczyć znajomych, ale nie wiedział czy aby na pewno był na to gotów. Z jednej strony potrzebował towarzystwa, aby otrzasnać się z tęsknoty za domem, ale z drugiej nie chciał aby ludzie widzieli, że coś zaprzata mu głowę. Jutro się odezwę. No dobra, jeszcze tak z dwa dni. Może jak już pójdę na pierwsze zajęcia? Prowadził ze soba taki wewnętrzny dialog, kroczac spokojnie przez park i raz po raz zerkajac na to, co wyprawiał Lotos. Psiak zdecydowanie przy nim odżył. Był niezwykle żywiołowy i psotny, a do tego Ravana czuł, że sa do siebie obaj przywiazani. Nadal widział w nim nieufność wobec obcych, która była zapewne zasługa byłego właściciela, ale liczył, że stopniowo będa z tym walczyć. A skoro już o obcych mowa, to Lotos może i nie rozpoznał idacej w oddali postaci, ale Marlowe od razu się zatrzymał i poczuł, że serce zabiło mu jakoś mocniej. Pomimo iż codziennie chodził tu na spacer, dopiero teraz spotkał kogoś mu znajomego. I to w dodatku nie byle kogo, bo samego Chestera. - Adonis! - rzucił głośno, tak, że siedzaca nieopodal para spojrzała na niego z zainteresowaniem. Ruszył biegiem w kierunku Aldridge'a i wpadł na niego z impetem, przytulajac go mocno. W tym momencie odczuł pewna ulgę, której brakowało mu przez te parę dni, a której zdecydowanie potrzebował. Lotos Dumbo w tym czasie podbiegł do nich i zaczał szczekać trochę na chłopaka, nie rozumiejac co się dzieje.
_________________

I ENVY THE BIRDS HIGH UP IN THE TREES, THEY LIVE OUT THEIR LIVES SO PURPOSEFULLY
I ENVY THE SPIDERS, THE SQUIRRELS AND SEEDS, THEY ALL FIND THEIR WAY AUTOMATICALLY
[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-03-17, 00:33   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Odkad Ravana wyjechał, w życiu Adonisa zmieniło się naprawdę niewiele. Nadal żył w tym samym, rozpadajacym się domu wśród prawie tych samych, nienormalnych ludzi (Aphrodite pojawiała się i znikała, załatwiajac jakieś sprawy tu i tam, a Eros wyjechał na jakiś czas "w poszukiwaniu weny twórczej", jednak pozostały skład mieszkańców pozostał niezmienny). Nadal udawał, że studiował i sprzedawał bilety w kinie bezczelnym nastolatkom, żałośnie poważnym, starszym ludziom czy wkurzajacym mamuśkom i ich rozdartym bachorom, nadal za dużo pił i za dużo imprezował, nadal nie wychodziły mu żadne zwiazki, nadal miał tych samych przyjaciół... no i Joeya, który był jego najświeższym (i najlepszym!) nabytkiem. W każdym razie Chester żył sobie swoim jednostajnym życiem i nie zanosiło się na to, aby w najbliższym czasie cokolwiek miało ulec zmianie. Tamtego popołudnia akurat wracał z pracy, jak prawie każdego dnia, i marzył tylko o tym, aby po wejściu do domu ojciec nie tłukł się już jakimiś kamieniami, w których próbował wystrugać cholernie dziwne wzory. Był zmęczony i najchętniej by się przespał, więc szybko przebierał swoimi długimi nogami, aby jak najprędzej znaleźć się w domu. Nieoczekiwanie jednak usłyszał jakiś znajomy, choć odległy głos, wołajacy go po tym pierwszym, nielubianym imieniu, a kiedy się odwrócił, był już obejmowany przez parę męskich ramion.
- Ravana! - Głośny, pełen niedowierzania krzyk zadźwięczał nawet w jego własnych uszach. - Wieki cię nie widziałem! - No, nie do końca wieki, od ich podróży do Chester Zoo minęło tylko siedem miesięcy, ale to i tak długo jak na cześkowe standardy.
Gdy Marlowe zamknał go w uścisku, pozwolił sobie na krótki, uradowany śmiech. W pewien sposób mu go brakowało. Wprawdzie nie znali się długo ani też nie zdażyli specjalnie rozwinać łaczacej ich relacji, a jednak Chester poczuł się irracjonalnie szczęśliwy, gdy zdał sobie sprawę z tego, że oto naprawdę stał przed nim Ravana. Ten sam, który kilka miesięcy temu wydawał mu się największym dziwakiem na świecie, i którego zdołał polubić na krótko przed tym, jak wyjechał do Indii na czas nieokreślony.
- Ej, czekaj - powiedział, odsuwajac się lekko po tym, jak już obdarował go mocnym uściskiem. - Poszperałem trochę w internecie i nauczyłem się jakiegoś indyjskiego powitania, żeby cię zaskoczyć. - No teraz, kiedy już zdradził się ze swoim planem, nici z niespodzianki, to jednak akurat martwiło go najmniej. - Problem w tym, że, cholera, już nie pamiętam jak to szło. Wpadłem na to dawno - dodał na swoje usprawiedliwienie, po czym zrobił minę godna kota srajacego na pustyni i zamyślił się głęboko. - Coś jak... ja cię namaszczę... Nie, chyba... na maskę? - Spojrzał na niego z nadzieja, że Ravana mu pomoże i wyprowadzi go z tej małej opresji. Naprawdę chciał dobrze! A że wyszło jak zawsze... na to już nie miał wpływu.
Dopiero po kilku sekundach zwrócił uwagę na psie poszczekiwanie, które nie ustawało. Spuścił wzrok z Marlowe'a i rozpromienił się jeszcze bardziej, ponieważ oto dostrzegł Lotosa Dumbo, swojego psiego przyjaciela i po prostu nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.
- To ty! - zachwycił się, kucajac przed zwierzakiem. Ten jednak, w przypływie nieufności, odskoczył i zaszczekał jeszcze raz. - No weź, no. Nie badź taki. Nie pamiętasz mnie? - zapytał z wyrzutem, ostrożnie wyciagajac dłoń przed siebie. Ale mimo łagodnego nastawienia i ogromnie pozytywnych emocji, pies nadal nie wydawał się przekonany. Skakał dookoła nich i szczekał głośno, najwyraźniej obawiajac się, że jego właściciel był w niebezpieczeństwie. Ostatecznie więc Chester podniósł się do pionu i wzruszył ramionami, starajac się nie wygladać na dotkniętego. - Nie pamięta - skwitował po prostu. - No ale ty pamiętasz. - Uśmiechnał się do Ravany zawadiacko. Mógł być jego nagroda pocieszenia, a co! - Kiedy przyjechałeś? Myślałem, że już nie wrócisz. Wiesz, słonie i te sprawy. - Machnał ręka. Gdyby on miał wybrać pomiędzy galopowaniem na słoniach, a zwykłym życiem w nudnym, angielskim mieście, pewnie już kupowałby bilet do miejsca docelowego i zastanawiałby się nad najfajniejszym imieniem dla takiego super słonia.
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
ravana marlowe








27

instruktor jogi & muzyk

szuka sensu życia

Downtown Brentwood

mów mi: atlas

multikonta: heath & fitz

Wysłany: 2018-03-17, 02:05   
  

  
ravana marlowe

  
handmade heaven


- I know right! - wymamrotał średnio zrozumiale w jego ramię, w którym to na moment skrył swoja twarz. Zupełnie mimowolnie uświadomił sobie, że nigdy wcześniej nie zarejestrował zapachu Adonisa. Dopiero teraz tak świadomie poczuł jego woń.
Zmarszczył brwi, słyszac o jego planie i czekał przez moment w skupieniu, aż Chester wydusi z siebie odpowiednie słowo. Szybko zorientował się jednak, że nici z jego małego popisu i uśmiechnał się szeroko. Doceniał gest i pomysł, wystarczały mu one zupełnie, a to, że samego zwrotu Chester zapomniał, dodawało tylko sytuacji uroku. Wybuchnał głośnym śmiechem, kiedy to Aldridge serwował mu swoje propozycje. No cóż, brzmiało podobnie, a jednak to nie było to. Poklepał go lekko po ramieniu i pokręcił głowa z lekkim niedowierzaniem. Zapomniał już jaki Chester bywał komiczny. - Namaste, Chester, Namaste - poprawił go. - Byłeś bardzo blisko - pochwalił go, żeby się chłopak nie zraził i dalej próbował go tak zaskakiwać, w mniej lub bardziej udany sposób, nie miało to znaczenia. Ważne, że w ogóle.
Również się podekscytował, kiedy po takim czasie nareszcie doszło do interakcji między Lotosem, a Chesterem. Niestety zauważył i zrozumiał, że sytuacja nie będzie tu aż taka kolorowa. Przynajmniej nie na razie. Musiał po prostu narazić psa na częste spotkania z Chesterem, aby zrodziła się między nimi więź. - Lotos no weź no! To Twój papa Chester - zwrócił się do psa, który patrzył to na niego, to na nieznajomego i nadal sobie poszczekiwał, jak widać niezbyt przekonany. - Nie martw się, jeszcze odbudujemy wasza relację - pocieszył go i uraczył krzepiacym uśmiechem. Smutno jakoś mu się zrobiło, że psiak nie rozpoznał Aldridge'a, bo wiedział, że mężczyzna zdażył go bardzo polubić i że tak naprawdę był w połowie jego pełnoprawnym właścicielem, pomimo iż ostatnie pół roku spędził tylko w towarzystwie Ravany. - Wróciłem kilka dni temu, na poczatek nowego semestru w szkole i tak się jakoś regenerowałem. Ciężko było zostawić słonie i Indie, ale no, najpierw muszę Cię tam zabrać, nim zdecyduję się porzucić życie w Europie - wzruszył ramionami i zaczał mu się przygladać, szukajac jakichś zmian w jego wygladzie. Wydawało się jednak, że od momentu jego wyjazdu nic się nie zmieniło. Jeśli zaś o niego chodzi, to busz na jego głowie zwiększył swoja objętość, tak jak i z reszta broda. W planach była jednak wizyta do barbera i drastyczna zmiana, ale póki co dopiero się na to nastawiał. - Jak się trzymasz? Wszystko w porzadku? Co u Twojej mamy? Rany, tyle pytań - złapał się aż za głowę, bo siedem miesięcy to kawał czasu. Wiedział, że chłopak nie zafunduje mu szczegółowej i rozwlekłej opowieści o tym co go spotkało, ale chciał wiedzieć o wszystkich istotnych momentach z jego życia, które go ominęły.
_________________

I ENVY THE BIRDS HIGH UP IN THE TREES, THEY LIVE OUT THEIR LIVES SO PURPOSEFULLY
I ENVY THE SPIDERS, THE SQUIRRELS AND SEEDS, THEY ALL FIND THEIR WAY AUTOMATICALLY
[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-03-17, 02:37   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Kiedy Ravana wybuchnał śmiechem, Aldridge nawet zapomniał się obrazić. To znaczy niby zrobił naburmuszona minę, ale już chwilę potem, słyszac jak brzmiała poprawna wersja tego pozdrowienia, sam nie mógł powstrzymać głupkowatego uśmiechu, który wpłynał mu na twarz. Już nie ta głowa! Za dużo procentów.
- No właśnie! - Uniósł palec wskazujacy do góry. - Miałem to na końcu języka - zarzekał się, próbujac nie dać po sobie poznać, że tak naprawdę kompletnie zepsuł tę niespodziankę. Starał się! Starania też były ważne, prawda? - Więc Namaste! - Uśmiechnał się szeroko, w gruncie rzeczy wdzięczny, że Ravana trochę mu pomógł z tym jakże skomplikowanym wyrażeniem. Naprawdę wpadł na ten pomysł dawno temu, chyba gdzieś przed końcem roku, nic więc dziwnego, że zdażył już zapomnieć.
Brak pozytywnej reakcji ze strony Lotosa Dumbo na jego osobę trochę go zasmucił, fakt, ale ogólnie Chester był za bardzo pełny pozytywnych emocji, aby długo nad tym rozmyślać.
- Papa Chester? - powtórzył z niedowierzaniem. Bardzo niewielki ułamek smutku, który wkradł się w jego samopoczucie po tym, jak Lotos go nie poznał, zniknał prędko, przegoniony przez rozbawienie. - Spoko, ogarniemy to. Co nie, psiaku? - mruknał, zwracajac się do wciaż niezadowolonego Lotosa Dumbo. W odpowiedzi dostał zirytowane szczeknięcie (najwyraźniej zwierzak nie był przekonany, czy Chester powinien tak długo zaczepiać jego pana), więc tylko wzruszył ramionami. Ravana miał rację, to się nadrobi.
Słuchał go z lekko przekrzywiona głowa, a kiedy wspomniał o podróży do Indii, automatycznie się ożywił.
- Pamiętałeś! - W tamtym momencie Aldridge zachowywał się trochę jak dziecko w obecności Świętego Mikołaja. Po chwili spoważniał, marszczac nos i próbujac znaleźć odpowiedzi na zadane przez Marlowe'a pytania. Trudno było streścić kilka miesięcy życia w paru zdaniach! - U mnie... no wiesz, jak zawsze. - Rozłożył ręce. Niby nie znali się jakoś specjalnie długo, ale Ravana chyba potrafił sobie wyobrazić, co oznaczała podobna odpowiedź. Spanie, chlanie i biletów sprzedawanie. - Chociaż hej! Niedawno otworzyłem zajebisty biznes. - O tak, Kurnik Miłości rozwijał się bardzo prężnie. Jeszcze chwila a Chester miał zostać bogaty, no naprawdę. - Szukasz może kogoś? Chciałbyś iść na jakaś randkę? Mogę ci załatwić! - zadeklarował się, kiwajac energicznie głowa. Ravana w ogóle powinien zobaczyć siedzibę Kurnika od wewnatrz. Był pomysłowy, więc być może zaproponowałby coś, co miałoby szansę faktycznie upodobnić garaż do kurzego domu.
- Moja matka nadal jest popierdolona - stwierdził z przekasem, przypominajac sobie jej ostanie hobby. - Niedawno stwierdziła, że będzie lepszym człowiekiem jeśli urzadzi w naszym domu noclegownię dla bezdomnych. - Jego zdegustowana mina wyraźnie mówiła, co Chester sadził o tym pomyśle. - Ale już jest okej, Electra ich wywaliła. - Ravana pewnie nie wiedział o obecności najstarszej córki Aldridge'ów w mieście, jako że jego wyjazd zbiegł się w czasie z jej przyjazdem, ale Czesiek kompletnie nie kojarzył tych faktów. W jego mniemaniu Electra zamieszkiwała różowa ruderę prawie od zawsze. - A co u ciebie? Jak tam twoja rodzinka? I słonie? Widziałeś jakieś? - No bo oczywiście to był najważniejszy punkt wyprawy do Indii!
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
ravana marlowe








27

instruktor jogi & muzyk

szuka sensu życia

Downtown Brentwood

mów mi: atlas

multikonta: heath & fitz

Wysłany: 2018-03-18, 12:19   
  

  
ravana marlowe

  
handmade heaven


- Papa Chester - powtórzył po nim i skinał głowa, uśmiechajac się pod nosem. - Ty jesteś papa Chester, a ja jestem tato Ravana - wzruszył ramionami, ukazujac swoje zębiska. Wydawało mu się to dość oczywiste, że byli ojcami Lotosa, ale faktycznie nie poinformował o tym wcześniej chłopaka w jakiś formalny sposób. No cóż, lepiej późno niż wcale. Przynajmniej dowiedział się, że ma dziecko po czasie, zupełnie jak w filmach jakichś. - Szczerze mówiac, to jest do Ciebie bardzo podobny. Uparty taki, głupek jeden - roześmiał się, głaszczac go po głowie. Psa w sensie, nie Chestera.
- Duuuh - jak mógł sobie pomyśleć, że zapomniał? Nikogo by nie zabrał do Indii z taka przyjemnościa jak Chestera. Wiedział, że będzie zachwycony taka podróża, ale póki co musieli poczekać na dogodne warunki i odpowiedni czas, aby się tam wybrać. - Otworzyłeś biznes? - jego brew uniosła się bardzo wysoko, a sceptycyzm było czuć na kilometr. Lubił Chestera, ale tak bardzo nie wyobrażał go sobie w roli właściciela firmy, że musiałby zobaczyć dowód, aby uwierzyć. - Zostałeś alfonsem? - zapytał zupełnie serio, bo to taki biznes, który akurat by go nie zdziwił w stu procentach. Jak widać problemy ze zdaniem na temat Aldridge'a nadal pozostały, ale on wcale nie uważał, żeby bycie alfonsem było czymś złym! Każdy radził sobie jak umiał przecież.
- Bardzo fajny pomysł! - wyrwało mu się na wieść o tej noclegowni, ale zaraz spuścił wzrok i zrobił przepraszajaca minę, bo wiedział, że jak się mieszkało w takim domu, to mogło się mieć zupełnie inny poglad na sytuację. - W sensie no, miło z jej strony, ale faktycznie pewnie trochę niekomfortowo Ci było - poprawił się i powrócił do niego wzrokiem. Zmarszczył brwi słyszac o kolejnym z rodzeństwa. - Electra? Twoja mam kiedyś coś wspominała, ale myślałem, że nie mieszka w Brentwood - o ich rodzinie wiedział bardzo dużo i na szczęście sporo zapamiętał, więc pewnie Chester nie byłby w stanie go zaskoczyć jakimś imieniem, którego wcześniej nie słyszał.
- Moja mama już wraca do zdrowia, także kamień spadł mi z serca. Słoni widziałem dużo i mam coś dla Ciebie. Co prawda powinienem Ci to dać razem z dowodem i zdjęciami, ale... - przygryzł dolna wargę, patrzac z ekscytacja w ślepia towarzysza. - Być może byłem świadkiem narodzin słonia i być może pozwolono mi go nazwać i być może jak już ze mna tam polecisz, to poznasz słonia Chestera - zaklaskał w dłonie, bo uważał, że to wspaniałe wiadomości dla Aldridge'a i uśmiechnał się tak szeroko jak tylko mógł. - Co o tym sadzisz? - zapytał z nuta dumy w głosie, ze wpadł na coś takiego i że się udało.
_________________

I ENVY THE BIRDS HIGH UP IN THE TREES, THEY LIVE OUT THEIR LIVES SO PURPOSEFULLY
I ENVY THE SPIDERS, THE SQUIRRELS AND SEEDS, THEY ALL FIND THEIR WAY AUTOMATICALLY
[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-03-18, 23:43   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Parsknał podszytym niedowierzaniem śmiechem. Jego nazywał głupkiem, a sam nazywał go papa Lotosa Dumbo. Czysta hipokryzja.
- Sam jesteś głupek. Oczywiście, że jest taki jak ja. Wdał się w lepszego ojca - stwierdził całkiem poważnie i pokiwał głowa.
Nie przejał się sceptycznościa Marlowe'a. W sumie jakoś już przyzwyczaił się do tego, że nikt nigdy w niego nie wierzył, więc i tym razem postanowił machnać na to ręka. A może po prostu zdecydował puścić to mimo uwagi, przytłoczony ilościa pozytywnych emocji, jakie wynikły z tego niespodziewanego spotkania? Trudno powiedzieć.
- Chciałbym - mruknał z przekasem. Na byciu alfonsem z pewnościa zarabiałby więcej pieniędzy aniżeli na doradzaniu desperatom w sprawach miłosnych. Przecież on się nawet na miłości nie znał! - Ale nie, założyliśmy z kumplem biuro matrymonialne. Możesz wpaść, porobić sztuczny tłum. - Zamachał rękami, próbujac w ten sposób nakłonić Ravanę do skorzystania z usług jedynej w swoim rodzaju agencji towarzyskiej. Chesterowi na pewno udałoby się znaleźć mu kogoś fajnego, tak przynajmniej wierzył.
Przewrócił oczami. No jasne, że Ravana uznał to za fajny pomysł. Dlaczego on w ogóle spodziewał się z jego strony współczucia?
- Trochę - przyznał ironicznie. - No proszę cię, oni wszyscy śmierdzieli szczynami. - Jemu też czasami się zdarzało, ale tak kompletnie od święta, dosłownie raz na ruski rok. - Przyjechała - wyjaśnił krótko i wzruszył ramionami, szurajac butem po żwirowej drodze. Przypomniało mu się, że Ravana w gruncie rzeczy wiedział o jego rodzinie prawie wszystko, więc nie dostrzegł powodu do tego, aby się rozgadywać. Zreszta nie był w ogóle pewien czy go to interesowało.
Uśmiechnał się, gdy Marlowe powiedział, że stan jego mamy powoli się poprawiał. Niby nawet jej nie znał i guzik o niej wiedział, a jednak ucieszył się z dobrych wieści. Skoro jego mama wracała do zdrowia, to oznaczało, że Ravana nie miał już powodów do zmartwień. Z jakiegoś głupiego powodu akurat to Chestera obchodziło. Nie jakoś bardzo oczywiście! Tylko troszeczkę!
Już miał podekscytować się na myśl o słoniach, lecz wtem Marlowe wypalił z kompletnie nieoczekiwana informacja. Jako że Aldridge nie grzeszył inteligencja, musiał chwilę pomyśleć zanim udało mu się ja zrozumieć. No a kiedy wreszcie zrozumiał, to i tak nic nie zmieniło, bo uznał, że Ravana po prostu stroił sobie z niego żarty.
- Jaja sobie robisz - stwierdził, patrzac na niego uważnie w próbie doszukania się jakiegoś znaku, który świadczyłby o podstępie. - To znaczy... dlaczego miałbyś nazywać słonia moim imieniem? - Założył ręce na klatce piersiowej i spojrzał na Ravanę wyczekujaco. Chociaż trybiki w jego głowie pracowały na wyjatkowo szybkich obrotach, Chester wychodził z założenia, że to wcale nie miało sensu.
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
ravana marlowe








27

instruktor jogi & muzyk

szuka sensu życia

Downtown Brentwood

mów mi: atlas

multikonta: heath & fitz

Wysłany: 2018-03-19, 00:30   
  

  
ravana marlowe

  
handmade heaven


- No nie wiem czy takiego lepszego. Kwestia sporna - mrugnał z rozbawieniem i wzruszył ramionami, jakby chciał pokazać, że naprawdę nie idzie łatwo wybrać spośród nich tego lepszego ojca. Mógłby dalej drażyć ten temat, ale tak prawdę mówiac, to nie postrzegał tego jako jakiś wyścig. Chciał być dobrym tata i to by w zupełności mu starczyło.
- Biuro matrymonialne? - powtórzył po nim z lekka niepewnościa, a następnie wydał z siebie głośny pomruk. Nie spodziewał się czegoś takiego po Chesterze, ale chyba zapomniał, że ten lubił go często zaskakiwać. - To brzmi tak... nienowocześnie - stwierdził wpierw, bo taka była prawda. Nie pamiętał kiedy ostatni raz słyszał w ogóle tę nazwę, nie liczac filmów. Teraz wszyscy siedzieli na Tinderze albo Grindrze, wolac aby to system i technologia robiły swoje, a nie inni ludzie. - Chociaż właśnie przez to ma swój urok. Zaintrygowałeś mnie Chester, chętnie sobie zobaczę jak to wyglada - był ciekaw gdzie to biuro się mieściło, jak wygladała tam praca i co najważniejsze, ile mieli klientów. - Myślisz, że potrafiłbyś mi kogoś znaleźć? - zapytał niezbyt serio i zaśmiał się nawet. Nie dlatego, aby dokuczyć jemu, ale po prostu na ten moment nie wyobrażał sobie siebie w relacji z kimś.
- Z Twoich opowieści wynika, że w waszym domu często pachnie dziwnymi rzeczami - zauważył ten drobny fakt, który zaobserwował podczas ich wszystkich rozmów dotyczacych życia rodzinnego Adonisa. Rozumiał jego oburzenie bezdomnymi i smrodem sików, ale nadal nie potrafił z tego względu odczuć jakiegoś silnego oburzenia, a tym samym okazać mu trochę solidarności. Skinał ze zrozumieniem głowa na wieść o tym, że Electra przyjechała i zdecydował się nie drażyć dalej. Uznał, że jeśli Czesiek będzie chciał coś o niej opowiedzieć, to sam to zrobi.
Wywrócił oczami, kiedy chłopak oczywiście mu nie uwierzył. Spodziewał się tego, więc nie wpadł w żadne oburzenie. Pewnie na jego miejscu zareagowałby podobnie. - Z bardzo prostego powodu. Dawno nie spotkałem już nikogo, kto by mówił o słoniach z taka ekscytacja i pasja - miał ochotę jeszcze popukać się po czole, bo jak Chester mógł być tak ślepy, aby nie widzieć jego powodów?! - Z reszta, wiedziałem, że się ucieszysz i że to będzie dla Ciebie coś znaczyć - to dodał niepewnie, bo może wcale tak nie było? Może Aldridge miał to głęboko gdzieś? Może tylko się uśmiechnie i jutro już o tym zapomni? W momencie narodzin myślał tylko o Chesterze i o tym, jakby bardzo by chciał, aby ten mógł tego z nim doświadczyć, więc nie wyobrażał sobie nazwać słoniatka inaczej. - Mam dużo jego zdjęć, ale w domu - dodał, ponieważ już się nie mógł doczekać aż Czesiek zobaczy swojego zwierzęcego imiennika.
_________________

I ENVY THE BIRDS HIGH UP IN THE TREES, THEY LIVE OUT THEIR LIVES SO PURPOSEFULLY
I ENVY THE SPIDERS, THE SQUIRRELS AND SEEDS, THEY ALL FIND THEIR WAY AUTOMATICALLY
[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-03-19, 01:02   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Przewrócił oczami bez irytacji. Oczywiście, że był lepszym ojcem. Takim nieznanym, bo niefortunnie został na dłuższy czas odizolowany od swojego dziecka, ale to nie liczyło się aż tak bardzo.
- No dobra, cicho. - Machnał na niego ręka. - Ledwo się wygrzebałem z kompleksów, bo po twoim wyjeździe nikt już aż tak po mnie nie jeździł, a ty znowu. - Tym razem rzucił mu pozornie poważne spojrzenie, nie do końca potrafiac zapanować nad wkradajacym się w nie rozbawieniem. Kurczę. W życiu by się do tego przed nikim nie przyznał, ale to, że Ravana znowu tutaj był i rozmawiał z nim tak, jak wcześniej, całkiem go cieszyło.
Pokiwał głowa. Niepewność Ravany była nawet zabawna. No, przynajmniej świadczyła o tym, że Chester nie był taki znowu przewidywalny.
- No wiem - przytaknał. - To nie mój pomysł tylko kumpla - zaznaczył ze wzruszeniem ramion. Nie kwestionował pomysłu Joeya. Przyjaciel skarżył mu się od jakiegoś czasu, że kompletnie nie potrafił zajać sobie czasu, więc jak tylko podzielił się z nim myśla o biurze matrymonialnym, Chester uznał to za świetna opcję do urozmaicenia jego życia. Nie mogli przecież co wieczór szlajać się po barach i pić do upadłego. - Ale oddałem mu nasz garaż no i tak jakoś się wkręciłem - dodał, tym razem już mniej entuzjastycznie. Rozchmurzył się dopiero w momencie, kiedy Ravana wyraził ochotę, aby wpaść do Kurnika Miłości, jednocześnie pozwalajac Aldridge'owi myśleć, że być może ten pomysł nie był taki znowu najgorszy. - Jasne, że tak - powiedział z przekonaniem. - W sumie już mam kogoś, kto cholernie by do ciebie pasował. - Hm, czy Percy dałby wkręcić się w to przedsięwzięcie? Zawsze był dziwny, a co za tym idzie - otwarty na nowe propozycje. Chyba nie odmówiłby w takiej sytuacji? Chesterowi zawsze wydawało się, że brat lubił Ravanę.
Roześmiał się krótko. No tak, fakt. Ich dom był jednym, wielkim nieporzadkiem - nie dość, że zawsze śmierdziało tam jakimiś kadzidełkami pani Aldridge to bałagan również robił swoje. Pokiwał więc bezsilnie głowa, tym samym przyznajac Ravanie rację.
Słuchał go trochę bez przekonania, ze zmarszczonymi brwiami. Marlowe raczej nie mówił serio, był tego prawie pewien. W jego towarzystwie (co prawda Chester nie znał żadnych jego kumpli, ale na pewno było wśród nich paru tak samo walniętych, jak on sam) musieli znajdować się jacyś miłośnicy słoni.
- No... - zaczał wreszcie, skołowany. - Znaczy... jeśli mówisz serio to... - Podrapał się po głowie. Jakiej reakcji oczekiwał Ravana? - To bardzo skrzywdziłeś tego słonia. - Uśmiechnał się krzywo. Cholerka, ludzie naprawdę rzadko kiedy stawiali go przed takimi wiadomościami, kompletnie nie wiedział co powiedzieć, nawet mimo tego, że w żoładku czuł dziwny uścisk, wywołany myśla, że Marlowe mógłby zrobić coś tak fajnego dla niego. - A tak na serio to wiesz... Ech, cieszę się. Serio. To kurewsko superowe. O ile nie robisz mnie w konia. - Wyrażanie pozytywnych uczuć zdecydowanie sprawiało mu kłopot. - W takim razie pokażesz mi? - zapytał, słyszac, że Ravana miał w domu dużo zdjęć małego słonika. Yup, nadal mu nie dowierzał. - Potem. Kiedyś - dorzucił, żeby Marlowe nie myślał, że Aldridge potrzebował zobaczyć te fotografie tu i teraz. Był na spacerze z psem, pokazanie zdjęć Chesterowi niekoniecznie musiało stanowić jego aktualny priorytet.
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 5