Poprzedni temat «» Następny temat
The Black Horse
Autor Wiadomość
dallas cadwallader
[Usunięty]

Wysłany: 2017-10-08, 13:46   

Fakt, problemy z alkoholem mieli poniekad obydwaj, nawet jeśli miały one trochę inna naturę. Konkluzja jednak była ta sama – mieli go ograniczać i teraz, w przeciwieństwie do tych kilku lat wstecz, rzadko się zdarzało, żeby nadużywali go razem. Dallas, ponieważ całkiem lubił swoje życie, szybko nauczył wyczuwać się ten charakterystyczny moment, od którego zaczynał odpierdalać maniany i wiedział, kiedy powinien przestać. Niestety, w przeciwieństwie do powodów Mustafy, przez które ograniczył alkohol, u niego były to stuprocentowo egoistyczne pobudki. Jasne, mógłby mówić, że to dla rodziny i znajomych uważa, bo zna siebie i wie, co robi po alkoholu, ale skoro tak nie było, to po co miałby?
Czasami miał ochotę sobie popuścić i urżnać się w trzy dupy, po cięższym dniu w pracy, chociażby, ale doskonale wiedział, że konsekwencje mogłyby być… Dość poważne, dlatego zawsze udało mu się powstrzymać. Ale ponieważ przez ostatnie kilka lat (wcześniej też nie) nie dorósł ani trochę, więc tęsknił za urwanym po imprezie filmem, nawet jeśli miał ponad trzydzieści lat na karku, zbliżał się do czterdziestki i powinien być bardziej odpowiedzialny. Narzeczeństwo z Kala trochę go zebrało do kupy, bo ludzie mieli oczekiwania, które musiał spełnić, w dodatku nie mógł już balować i cieszyć się one-night standami, jak to było wcześniej. Mniejsza o to, że później, kiedy już miał świadomość, że ich zwiazek zbliża się ku końcowi, znowu zaczał do nich wracać (ale dużo ostrożniej, żeby nie został przez nikogo znajomego przyłapany), to nie było to samo.
Rhys był dla niego trochę pamiatka z „poprzedniego życia”, bo przecież poznali się w najlepszym okresie życia Dallasa, kiedy nie był ograniczony przez nikt ani przez nikogo i nawet mu się nie wydawało, że za jakiś czas ograniczany będzie, albo że chce być. Bawił się życiem i korzystał w najlepsze, ale najwyraźniej nie mogło tak zostać na zawsze, co zreszta widać też było po Rashidzie, który również na chwilę przygruchał sobie jakaś pannę, żeby zaraz skończyć jako samotny ojciec.
- Zaraz się ogarnę – machnięciem ręki odpowiedział na troskę ze strony przyjaciela, bo to już było coś normalnego, że Dallas nigdy nie wygladał (ani sam nie czuł się) świeżo. Nieregularne godziny pracy i chęć posiadania jakiegokolwiek życia towarzyskiego robiło takie rzeczy z człowiekiem, ale Cadwallader już dawno się do tego przyzwyczaił – I telefon mi się rozładował, więc nie mogłem – dodał, właściwie już oddalajac się w stronę baru, gdzie zamówił dla siebie i Mustafy po szklaneczce whisky. Teoretycznie dużo taniej by wyszło, gdyby spotkali się w mieszkaniu któregoś z nich (i dużo wygodniej dla Rashida, który przecież nie lubił tłumów), ale Dallas nie miał zamiaru narzekać. On lubił atmosferę klubów i pubów, lubił głośna muzykę, której dudnienie mógł poczuć w kościach, lubił różne charaktery, na które mógł się natknać i potencjalne znajomości na jedna noc, które mógł zawrzeć.
- Zostawiłeś Jessie z siostra? – zapytał, stawiajac szklanki na stoliku, żeby w końcu przy nim usiaść. O dziwo, nawet nie pytał w celu wyminięcia pytania (przy Rhysie już dawno przestał próbować unikać mówienia o sobie, bo antysocjalny patolog był jedna z niewielu osób, które były w stanie wyciagnać z niego wszystko, przy użyciu odpowiednich środków); po prostu miałby wyrzuty sumienia, gdyby z jego winy córka przyjaciela musiałaby zostać pod opieka jakiegoś niani zgarniętej z ulicy albo internetu. Na wzmiankę o Kali natomiast westchnał i potarł dłonia prawa skroń, bo codziennie słyszał to pytanie, ale w tym przypadku miał zamiar odpowiedzieć więcej, niż zdawkowym z każdym dniem coraz lepiejNie wiem – odpowiedział, ze szczera bezradnościa w głosie, która na co dzień starał się ukrywać tak bardzo, jak tylko był w stanie – Dalej nic nie pamięta, ja nie chcę na nia naciskać i kręcę się jak gówno w przeręblu. Wiesz, chcę, żeby sobie wszystko przypomniała, bo ta pustka w głowie musi być okropna, ale jest też opcja, że nigdy nie odzyska pamięci. Staram się nie nastawiać na żadna – to było najbezpieczniejsze opcje. Jeśli zachowa bezpieczny dystans i nie odpowie się za żadnym z wyjść z tej sytuacji, nie będzie zawiedziony żadnym z nich – Ale mieliśmy się rozstać po jej powrocie, a przynajmniej tak ustalaliśmy. A teraz ona tego nie pamięta, państwo Dandekar, mój brat i wszyscy inni naopowiadali jej bajek, że byliśmy szczęśliwi i planowaliśmy ślub, a ja nie mam pojęcia, jak z tego wybrnać.
Ups, tego Rhys mógł nie wiedzieć. No trudno; kiedyś i tak by się dowiedział, no nie?
 
 
Mustafa Rashid
[Usunięty]

Wysłany: 2017-10-09, 21:24   

Szczerze? Lepsze pobudki egoistyczne niż brak jakichkolwiek powodów, żeby przestać pić alkohol w takich ilościach. Mustafa może i ograniczył swoje wieczorne siedzenie ze szklaneczka bursztynowego trunku, ale wydawało mu się to fałszywe, jak dziwnie by to nie brzmiało. Po prostu wiedział, że gdyby nie Jessamine dalej piłby zdecydowanie za dużo i zdecydowanie za często, tak jak za dawnych lat. Chyba dlatego trochę bał się dzisiejszego powrotu do pustego domu, przecież jego czworonożni przyjaciele go nie powstrzymaja przed sięgnięciem po butelkę, prawda? Na szczęście teraz miał ze soba Dallasa, który zapewne nie miał najmniejszej ochoty słuchać filozoficznego pierdolenia Rashida po pijaku, także powinien mu pomóc z hamowaniem się z piciem. Przynajmniej taka Mustafa miał nadzieję.
Nie tylko Cadwallader nie dorósł do końca. Mustafa, jasne, miał żonę i aktualnie samotnie wychowywał córkę, ale nie zmieniało to faktu, że to przez niego małżeństwo się rozpadło. Był pracoholikiem, nawet jego już eks małżonka nie potrafiła nic z tym zrobić. A Rashid wolał siedzieć w prosektorium niż w domu razem z nia i dzieckiem. Nie należał też do zbyt wylewnych ludzi, a to też niezbyt podobało się jego byłej żonie. Chociaż niezbyt rozumiał dlaczego nagle zaczęła to zauważać, bo nigdy nie był typem romantyka i przed małżeństwem też nie był za wylewny. Miał problemy z uczuciami, niektórzy nawet nazywali go emocjonalna ameba, co tak szczerze powiedziawszy wydawało mu się odpowiednim określeniem. Może i nie bawił się w żadne one night standy, ale zdecydowanie nie zachowywał się jak dorosły, normalny człowiek. Dobrze, że chociaż przy córce pokazywał nieco inna stronę samego siebie. Jakoś musiał zasłużyć na kubek z napisem best dad, prawda?
Rhys. Tak, to było poprzednie życie Mustafy. W Nowym Orleanie łatwiej żyło mu się z amerykańskim imieniem, czymś brzmiacym amerykańsko, bo jednak Mustafa wielu ludziom kojarzyła się jedynie z Mufasa z Króla Lwa, a tak na imię - niestety albo i stety - nie miał. Wolał więc dla własnego spokoju przedstawiać się jako Rhys. Nie żeby nawet z tym imieniem udało mu się zdobyć duża grupę znajomych, ale hej, chociaż Dallasa złapał i już od kilku lat męczył go swoja osoba. Wiadomo, pomagał mu też, kiedy zaszła taka potrzeba, ale z jego perspektywy głównie dręczył biednego Cadwalladera, który nawet po tych kilku latach nadal mu się odpłacał za ten niefortunny łokieć wymierzony w nos w klubie i za pomoc z wyciagnięciem z płota, jak dziwnie by to nie brzmiało. Cholera, naprawdę wtedy to mieli przygody, bo teraz jedyne, co robili to spotykali się na piwo albo drinka. Ewentualnie kilka.
- Znaczy, wygladasz dobrze - zaraz się poprawił, żeby nie było, że mówi Dallasowi jak chujowo się prezentuje. - Tylko też wygladasz na zmęczonego - dodał jeszcze ciszej, nie spuszczajac z niego wzroku. - Masz rozładowany telefon? - proszę, chyba go to trochę rozbawiło, bo nawet się szerzej uśmiechnał. - Chyba muszę Ci kupić przenośna ładowarkę na jakieś najbliższe święto - co, tak notabene, zanotował w głowie, bo to nie był taki głupi pomysł. Kosztowny zreszta też nie, bo ile takie power banki (chyba tak to się nazywało) kosztowały? Jakieś grosze. A pomysł spotkania w barze wydawał się dużo lepszy od siedzenia w pustym mieszkaniu pozbawionym większej ilości alkoholu. Poza tym Mustafa doskonale wiedział, że Cadwallader lubi takie klimaty i był w stanie się dla niego poświęcić, żeby się chłopak trochę po pracy zrelaksował. Inna sprawa, że The Black Horse okazało się całkiem przyjemnym miejscem. Było dużo ludzi, było głośno, ale obok ich stolika na szczęście nie siedziała żadna inna grupka, także chociaż to cieszyło nieprzepadajacego za tłumami (i ludźmi) Rashida.
- Tak. Chciała spać u cioci, także nie mogłem jej odmówić - wzruszył lekko ramionami. - Chyba muszę popracować nad asertywnym wychowaniem, bo póki co wystarczy, że Jessie się rozpłacze, a ja już jak głupi zgadzam się na wszystko, co tylko chce - jak widać jakieś problemy z ojcostwem też miał, ale lepsze takie od bycia za asertywnym. Chyba. W sumie to już sam nie wiedział, bo jednak Jessamine była jego pierwszym i zapewne też ostatnim dzieckiem, także doświadczenia za dużego nie miał, a nawet jak nabierze to już mu się w niczym nie przyda. Ewentualnie w zajmowaniu się wnukami, ale to bardzo odległa przyszłość. - Oh - najlepsza reakcja. Spodziewał się szczerości ze strony Dallasa, ale już nowych informacji, a konkretnie tej końcówki jego wypowiedzi niezbyt. Wiedział, że w zwiazku przyjaciela średnio się układa, ale nie sadził, że było aż tak źle, że mieli się rozstać. Nie przepadał za Kala, bo czuł się trochę jakby kradła mu jedna z najbliższych mu osób oprócz rodziny, ale mimo to życzył jej i Cadwalladerowi jak najlepiej. A tutaj proszę, taka informacja. - Wiesz, jak dla mnie to powinieneś jej o wszystkim powiedzieć. O tym, że planowaliście się rozejść może sobie sama przypomnieć, prawda? Chyba lepiej, żeby najpierw usłyszała o tym od Ciebie niż potem miała wyrzuty, że ja okłamywałeś - tak przynajmniej wydawało się Mustafie. - Bo chyba nie chcesz próbować tego ratować teraz, kiedy jest w takim stanie? Znaczy, to miałoby jakiś sens, ale z drugiej strony to by było trochę... fałszywe? Szczególnie jakby sobie niczego nie przypomniała. Nie wiem - znowu wzruszył ramionami. Nie był dobry w te klocki, Dallas doskonale o tym wiedział. - Nie mówiłeś mi, że mieliście się rozejść - dodał jeszcze cicho, po czym złapał swoja szklankę z whisky i pociagnał z niej kilka łyków. Oho, czyżby poczuł się urażony? Może trochę. Z drugiej strony rozumiał, że szatyn może nie mieć ochoty dzielić się z nim wszystkimi najnowszymi informacjami ze swojego życia. Tak bywa, nie?
 
 
dallas cadwallader
[Usunięty]

Wysłany: 2017-10-19, 00:12   

Najważniejsze, że obydwaj w końcu ograniczyli momenty, w których sięgali po alkohol. Niektórzy nazwaliby to dorastaniem, ale Dallas nie dał się oszukać; dalej nic się nie zmieniło, kiedy chodziło o branie odpowiedzialności za swoje czyny i wyciaganie z nich zwiazków – w tej materii dalej był dzieciakiem i te dodatkowych kilka lat niewiele u niego zmieniło. Pewnie nigdy by się do tego nie przyznał, ale podziwiał Mustafę jak cholera za to, że potrafił dorosnać do roli ojca, bo był praktycznie pewien, że jemu ta sztuka by się nie udała. Lubił dzieci, a dzieci lubiły jego, ale wychowywanie swojego własnego potomka było zupełnie inna para kaloszy.
Pracoholizm nie musiał być objawem niedojrzałości, przecież dotykał też Dallasa, a jego zwiazek... Fakt, rozpadł się, ale na pewno nie przez fakt, że mało czasu spędzał z Kala. Sprawa miała się na odwrót, to ja cały czas gdzieś wywiewało, jeśli znajdowała się w kraju przez dwa miesiace bez przerwy, to był niesamowity wyczyn. W każdym razie, jestem pewna, że Dallas, zapytany o powód rozpadu małżeństwa swojego przyjaciela, z pewnościa nie zrzuciłby winy na niego i to wcale nie przez męska solidarność! Przecież kiedy Rashid i jego była żona się pobierali, musiała doskonale wiedzieć, na kogo się skazuje, powinna wykazać się wyobraźnia i wybiec myślami trochę w przód, wtedy nie byłaby zaskoczona, że ich małżeństwo było takie specyficzne, z braku innego określenia.
Jestem też pewna, że ich relacja w wyobraźni Dallasa wygladała nieco inaczej – Rhys, tudzież Mufasa, jakkolwiek deliaktnie aspołeczny i zdecydowanie niedotykalski, był przednim towarzystwem. Jeśli już ktoś miał kogoś z ich dwójki męczyć, to dręczycielem musiał być Cadwallader, który przecież na samym poczatku ich znajomości był skupiskiem wszystkich cech, które Rashida w ludziach denerwowały. Łokieć łokciem, o tej sprawie walijczyk już prawie zapomniał, w końcu nikt nic nie złamał, wszystko skończyło się dobrze, nawet jeśli o fobii swojego obecnego przyjaciela jeszcze wtedy nie wiedział i bezczelnie go zmacał, prawdopodobnie dostarczajac mu materiału na koszmary na dwa miesiace.
- Specjalnie dla ciebie się tak wystroiłem, kochanie – odpowiedział, posyłajac mu w powietrzu przesłodzonego buziaka, bo domyślał się, co Mustafa miał na myśli, ale po prostu nie mógł sobie odmówić. Oczywiście, wzmiankę o jego własnym zmęczeniu przemilczał, bo miał dość tego tematu; wystarczyło, że Oisin mu truł, teraz nie musieli o tym rozmawiać. Wzruszył tylko ramionami, przechodzac zaraz do odpowiedzi na kolejne pytanie – Lepiej kup mi nowy telefon – parsknał, odchylajac się trochę w lewo, żeby z kieszeni spodni wyjać komórkę i niedbale rzucić ja na stolik. Już mniejsza o to, że była poobijana – ten problem powinien załatwić solidniejszy case, ale to był po prostu stary model, jeden z tych słabszych smartphone'ów i Dallas nieustannie na niego narzekał, ale nie mógł się zebrać do zakupu innego. Oczywiście nie mówił na serio, w życiu nie pomyślałby o narażeniu Mustafy na takie koszta, chociaż jeżeli sytuacja byłaby odwrotna, pewnie wziałby takie słowa na poważnie, bo lubił sprawiać swoim najbliższym prezenty.
- Szkoda, dawno się z nia nie widziałem – westchnał z autentycznym żalem, bo nie dość, że zawsze lubił dzieciaki i dobrze się z nimi dobrze dogadywał, to Jessamine była jego ulubionym dzieckiem ever (i wcale nie dlatego, że była córka Rhysa). Mała była przewspaniała i Dallas absolutnie ja uwielbiał, a ostatnio niestety – nawet jeśli z własnej woli – nie mógł znaleźć czasu, żeby się z nia zobaczyć – Jak mnie zaprosisz to powiem jej, żeby cię słuchała, powinno zadziałać na parę dni – dodał z szerokim uśmiechem, bo jego relacje z kaszojadami działały z reguły w dwie strony, zreszta, jeśli Jessie była choćby w połowie tak inteligentna, jak był jej tata, to na pewno lubiła wujka Dallasa z wzajemnościa!
Cadwallader nigdy się nie oszukiwał; zdawał sobie sprawę z faktu, że Mustafa nigdy nie przepadał za jego narzeczona, nawet jeśli powód jego niechęci pozostawał dla niego tajemnica, niewazne, ile razy by się o niego zapytał. Wiedział jednak, że pytanie odnoszace się jej stanu nie było zadane z uprzejmości, a z autentycznej troski, bo przecież to było coś, co robili przyjaciele. Troszczyli się o siebie. I gdyby to Rhys był w podobnej sytuacji, zachowałby się podobnie, co miał już okazję zreszta udowodnić, kiedy jego przyjaciel został sam z córka.
- Trzymanie tego w tajemnicy nie wchodziłoby w grę, tak czy inaczej – mruknał, ściskajac palcami mostek nosa i zamykajac na chwilę oczy, bo mówienie o sobie – albo myślenie o tematach trudnych, do których ten z pewnościa należał – zawsze przyprawiało go o ten irytujacy ból głowy – Ale boję się, że odbierze to jako pozbywanie się balastu, odpowiedzialności, czegokolwiek. Nie chcę być zmuszony do powiedzenia jej Hej, Kala, zostańmy przyjaciółmi, a teraz mnie nie zna – nie pamięta, a wiadomo, jak odbiera się takie słowa – wzrok wbił w swoja szklankę z whisky, wział ja do ręki i ruchami nadgarstka sprawił, że znajdujacy się w niej lód zawirował, ale się nie napił. Gdyby uniósł ja do ust, wypiłby wszystko na raz, a wtedy wygladałby totalnie jak desperat.
Nie powiedziałem nikomu, jeżeli poczujesz się z tym lepiej – powiedział, krzywiac się, bo wcale nie dziwił się, że Mustafa miał do niego wyrzuty. Mówienie o swoich problemach było jedna z tych rzeczy, która robiło się wobec przyjaciół, a do której on wciaż nie mógł przywyknać – A byłeś jedynym, który wiedział, że nasz zwiazek to nie była historia z taniego romansidła, w którym wszystko kończy się dobrze.
Nie miał zamiaru przepraszać – nie bez powodu zataił ta informację przed przyjacielem, głównie dlatego, że to nie było nic pewnego. Teraz, technicznie też nie było, ale Dallas miał jakieś przeczucie z tyłu głowy, że wszystko się zakończy tak, jak planowali – nieważne, czy Kala odzyska pamięć. W końcu skoro teraz go nie znała, nie było sensu, żeby próbowała na siłę uczyć się ja kochać; on z kolei nie musiał tego robić, ale nie był to rodzaj miłości, która facet darzył swoja narzeczona, a Dallas znał siebie i wiedział, że to się nigdy nie zmieni. Natomiast jeśli Kala pamięć odzyska, wszystko powróci do punktu wyjścia, nie żyli przecież w bajce, gdzie wszystko pod koniec ksiażki jest takie, jakie być powinno.
 
 
Mustafa Rashid
[Usunięty]

Wysłany: 2017-10-22, 18:43   

Bycie ojcem było ciężkie. Mustafa spodziewał się nowych obowiazków, nawet się trochę do nich przygotował, ale zajmowanie się Jessamine okazało się dużo trudniejsze niż to, co opisywali w tych wszystkich ksiażkach dla przyszłych ojców. Bo tak, Rashid przeczytał kilka takich, niezbyt pomocnych tak swoja droga, pozycji. Nie pomogły mu za bardzo, ale mógł się chociaż chwalić, że się starał, a to już coś, prawda? Wracajac jednak do tematu wychowywania - były momenty, kiedy miał ochotę uciec i już nigdy nie wrócić. Naprawdę. Wiedział, że to okropne, ale był tylko człowiekiem. Człowiekiem z fobia, który nie przepadał za ludźmi, nigdy też nie pałał za duża sympatia do małych dzieci. A jednak Jessa pomogła mu z jego problemami. Nie wszystkimi, nie wszystkich swoich nawyków i fobii się pozbył, ale zdecydowanie stał się trochę bardziej towarzyskim osobnikiem. Szczególnie od momentu w którym to wyłacznie na jego barkach zaczęła spoczywać cała odpowiedzialność za córkę.
Specyficzne to dobre słowo. Jego była powinna wiedzieć, że wychodzi za patologa, a nie mężczyznę pracujacego w jakimś sklepie czy wielkiej korporacji. Miał nieregularne godziny pracy, często musiał zostawać dłużej, a czasami nawet spędzać i całe noce w prosektorium. Takie życie, prawda? Już się do tego przyzwyczaił, nawet to polubił, ale jego małżonka nie potrafiła tego zrozumieć i zwaliła cała winę za rozstanie na niego. A on to przyjał, nie odzywajac się ani słowem. Godził się na wszystko, byleby Jessamine została z nim. Bez niej znowu powróciłby ten niezadowolony z życia, bojacy się ludzkiego dotyku Mustafa, a Rashid nie chciał już widzieć tamtego siebie codziennie w lustrze. To był zamknięty rozdział jego życia, tak samo jak małżeństwo. Jedyna jego stała we wszystkich tych fragmentach był, o ironio, Dallas. Jeśli ktoś zapytałby się go te kilka lat temu czy widzi siebie utrzymujacego bliższe kontakty z kimś spoza swojej rodziny, odpowiedziałby momentalnie nie. Jak widać mylił się w tej kwestii, bo lata mijały, a on dalej spotykał się na szklaneczkę czy dwie w jakimś podrzędnym barze albo pubie.
Przednim towarzystwem? Mustafa siebie tak by nie opisał. Zdawał sobie sprawę, że jest mało rozrywkowym człowiekiem, bo wypady do klubów były dla niego rzadkościa. Nie przepadał też za takimi miejscami jak to w którym się teraz znajdowali, ale z dwojga złego wolał już takie tłumy ludzi niż buchajaca z głośników muzykę i obściskujace się na każdym kroku osoby. A Dallas, jasne, może i na poczatku przedstawiał wszystko, czego nienawidził Rashid, ale wystarczyło kilka spotkań, żeby - jeszcze wtedy - Rhys zaczał zmieniać o nim zdanie. Pomógł mu, kiedy szlajał się po pijaku po parku. Potem zaprosił go do kina. Z czasem coraz częściej wyciagał go na różnego rodzaju wypady, pytajac go jednak o zdanie na temat różnych miejsc. Mustafa to doceniał. Nie miał wtedy, w tamtym okresie, za dużo bliskich. Był sam w zupełnie sobie nieznanym mieście, także nic dziwnego, że w końcu musiał się kogoś złapać, żeby nie zwariować. Padło na Cadwalladera.
Nie potrafił powstrzymać się przed lekkim uśmiechem, kiedy usłyszał słowa przyjaciela. - Doceniam to - rzucił, zerkajac na wchodzacych do pubu nowych gości. - Ja, niestety, się nie przygotowałem - wzruszył lekko ramionami. Wygladał typowo - miał na sobie za duża krwistoczerwona koszulę (prezent od jednej z sióstr), znoszone dżinsy i trampki. Chyba nie tak ludzie wyobrażali sobie patologów. Chociaż na twarzy przypominał jednego z nich - podkrażone oczy nawet ślepemu nie uszłyby uwadze. Do tego dodać nieułożone włosy na głowie, które przeczesywał, co chwila między palcami i voila, właśnie tak prezentował się Mustafa dzisiejszego wieczora. - Okej - powiedział to tak, jakby zaraz miał wstać i pójść do najbliższego sklepu, żeby rzeczywiście kupić mu nowa komórkę. Kto wie, może miał to w planach? Nigdy nie lubił rozdawać prezentów, zawsze miał problem z doborem odpowiednich rzeczy dla rodziny czy innych bliskich. Nie znaczyło to jednak, że się nie starał, bo próbował i potrafił jak szalony latać po sklepach, żeby znaleźć coś dla tej garstki wyjatkowych osób w swoim życiu. Dallas się do nich z cała pewnościa zaliczał, więc skoro potrzebował nowego telefonu to dlaczego miałby mu go nie zakupić? Przynajmniej miałby z nim lepszy kontakt. - Jaki model chcesz? - postanowił się dopytać, tak na wszelki wypadek.
- Musisz wpaść do nas niedługo - najlepsze rozwiazanie. - Mogłem wziać ja ze soba, ale musisz przyznać, że to nie jest najlepsze miejsce dla takiej dziewczynki jak Jessamine - może ojcem roku nie był, ale wiedział, że dzieci nie przyprowadza się do pubów czy barów. Szczególnie takich, jak The Black Horse w którym, co chwila w powietrzu latały wulgaryzmy, a czasami i szklanki. Jego córka pewnie byłaby zachwycona takimi atrakcjami. - Nie muszę Cię zapraszać. Doskonale wiesz, że możesz wpadać do mnie o każdej porze każdego dnia - taka prawda. - Watpię, żebyś coś zdziałał. Dalej będzie mnie mydlić tymi swoimi oczami i twarza aniołka - westchnał ciężko. Naprawdę trudna sprawa to całe ojcostwo. - Zastanawiam się czy w przyszłości będzie tylko gorzej. Wszyscy narzekaja na swoje nastoletnie dzieci, a ja nawet z kilkuletnim małym człowieczkiem mam problemy - może powinien powrócić do czytania tych ksiażek dla rodziców.
Nie przepadał za Kala, ale odruchy ludzkie nie były mu obce. Wiedział, że tak wypada postapić w momencie, kiedy narzeczona Twojego najlepszego przyjaciela ma problemy. W końcu to jednocześnie były problemy Dallasa, nie? A już o Cadwalladera się Mustafa troszczył, nawet jeśli nigdy na głos się do tego nie przyznawał. Dlatego też zawsze wspierał przyjaciela, chociaż do dziś jego decyzji o małżeństwie nie rozumiał. Z drugiej strony sam siebie teraz też nie rozumiał, bo jak mógł się zgodzić na zwiazek ze swoja już eks żona? Jeszcze przed wyjazdem z rodzinnego miasta obiecywał sobie, że uczucia zostawi w Mosulu, a jednak prędzej czy później jego bariery padały i pozwalał się wkraść tym mocno problematycznym emocjom do swojego życia. Choćby teraz reagował dużo bardziej emocjonalnie niż zwykle. Nie lubił tego. Lubił być opanowany, bez żadnych rozpraszajacych go uczuć. Niestety taki właśnie był stary Mustafa, jeszcze ten z Nowego Orleanu, a ten aktualny czy tego chciał, czy nie musiał dopuszczać do siebie te problematyczne emocje, chociażby ze względu na córkę czy nadal obecnego w jego życiu Cadwalladera.
Wysłuchał go, jak zawsze zreszta, nie odrywajac od niego wzroku. - To nadal Kala, prawda? Watpię, żeby to tak odebrała - nie przepadał za nia, a ona i tak starała się z nim zaprzyjaźnić. Była dobra osoba, o tym Rashid wiedział. - Na pewno to zrozumie. Lepiej, żebyś to załatwił teraz niż za późno, kiedy już wszystko sobie przypomni. O ile sobie przypomni. Nie ma chyba sensu tkwić w zwiazku, którego w tym momencie nie chcesz ani Ty, ani ona - takie było jego zdanie. W przeciwieństwie do Dallasa nie bawił się też kostkami lodu, a zamiast tego powoli opróżniał swoja szklankę z bursztynowego trunku. Potrzebował alkoholu do tak poważnych rozmów. Nawet teraz po latach wciaż czuł się niezręcznie, kiedy musiał udzielać porad na takie tematy. Zaraz się jednak poczuł jak dupek straszny, bo nie chciał, żeby to tak zabrzmiało. - Przepraszam. To Twoja sprawa, nie musiałeś mi o tym mówić - jak widać nie tylko Cadwallader miał problemy z przywyknięciem do niektórych niepisanych praw jakimi rzadziła się przyjaźń. - Wiem - westchnał cicho. Pamiętał te wszystkie rozmowy na temat Kali, ich zwiazku i kłótni przez które dostawał od Dallasa wiadomości po nocy albo zaproszenia na drinka. - Chyba żadna relacja nie jest tanim romansidłem - dodał jeszcze, przypominajac sobie swoje małżeństwo. Mimowolnie się skrzywił na samo wspomnienie tamtego uczucia duszenia się we własnym mieszkaniu. Kochał swoja żonę, ale chyba nie nadawał się do takich zwiazków, tak najzwyczajniej w świecie. Niektórzy nie mogli patrzeć na zwłoki, a inni nie radzili sobie w bliższych relacjach. Takie życie, prawda. - Nieważne, co postanowisz, wiesz? Będę Cię wspierać w każdej decyzji - po tych słowach dokończył swojego drinka za jednym razem. Nie spieszył się jednak po kolejnego, bo z przerażeniem w oczach zauważył wchodzacy do środka tłum ludzi.
Przez chwilę obserwował wchodzace towarzystwo, po czym przeniósł wzrok na Dallasa. - Może kupimy butelkę jakiegoś alkoholu i wrócimy do mnie? - robiło się za tłoczno jak na jego gust. Wolał wrócić do swojego pustego mieszkania niż siedzieć w wypełnionym po brzegi pubie.
 
 
dallas cadwallader
[Usunięty]

Wysłany: 2017-10-27, 00:45   

allas nie watpił, że z pojawieniem się Jessamine na świecie, Mustafie przybyło wiele obowiazków. Dlatego też nigdy nie narzekał, kiedy ich przyjaźń przeżywała niejako ciężki okres – niejednokrotnie przekładane spotkania, nierzadko odwoływane, czasami nawet na niego życzenie, kiedy miał wrażenie, że za bardzo się świeżo upieczonemu ojcu narzuca. Nie potrafił nawet postawić się w sytuacji Rashida, bo wiedział, że on sam nie podołałby zadaniu. Zreszta, co to w ogóle za pomysł, żeby dziecko miało dziecko? Czasami nawet dziękował Bogu, że on i Kala nigdy nie wpadli – albo on sam, jeszcze zanim zszedł się ze swoja obecna narzeczona, kiedy był dużo bardziej rozrywkowy, bo doskonale wiedział, ze nie poradziłby sobie w roli ojca w połowie tak dobrze, jak Mustafa.
Jasne, wiedział, że nawet jego przyjaciel miewał gorsze momenty, ale absolutnie nie oceniał go przez ich pryzmat. Wręcz przeciwnie – podziwiał Rhysa za to, że nigdy nie odwrócił się od odpowiedzialności i wział na siebie ciężar, który popchnał w jego kierunku los. Jasne, że wyszło, jak wyszło – dziewczynie (czy tam żonie) Rashida układ nie podpasował, chociaż Dallas zawsze się dziwił, dlaczego czekała kilka lat, żeby mu o tym powiedzieć. Dlaczego w ogóle za niego wychodziła? Najwyraźniej nie było żadnych szans, żeby zrozumiał kobiety, za tokiem myślenia Kali też często nie nadażał; może dlatego tak często wyjeżdżała, może od niego po części uciekała. Cóż, nie dowie się tego, dopóki jego narzeczona nie odzyska pamięci.
- Myślałem, że to tak specjalnie – zażartował, chociaż na końcu języka miał zawsze wygladasz dobrze; to zaczęło się kilka lat temu, z czasem nauczył się ignorować ta część własnego mózgu, która zachęcała go do paplania głupot. Z reguły udawało mu się powstrzymać, niekiedy nie, bo zawsze miał tendencję do mówienia w pierwszej kolejności, później do słuchania – Wiesz, elegancko, ale na „odwal się” – dokończył tonem, który podłapał z jakiegoś modowego reality show (czasami takie ogladał, kiedy nie był wystarczajaco zmęczony, żeby zasnać, a za mało, żeby ruszyć się i skorzystać z wolnego czasu). Zreszta, tak naprawdę prezentowali się podobnie. Dallas do pracy chodził w powyciaganej bluzie i jeansach, bo i tak przebierał się w roboczy uniform, też miał pod oczami przeogromne cienie, którymi nie powstydziłby się żaden człowiek cierpiacy na bezsenność. Zreszta, praktycznie każdy człowiek zwiazany z praca w szpitalu dzielił ta cechę.
- Nokię 3310 – odpowiedział, przewracajac oczami, bo sam już nie wiedział, czy Mustafa mówi na serio, czy żartuje, a gdyby przyjaciel faktycznie naraził się na kupno tak drogiego prezentu, Dallas prawdopodobnie spaliłby się ze wstydu. Miał przecież na wychowaniu córkę, do cholery, a Cadwallader przeczytał gdzieś, że małe potwory od momentu urodzenia do założenia własnego gniazdka, potrzebuja nakładu ogromnej ilości pieniędzy. I był w stanie to uwierzyć, przecież cały czas był gdzieś obok, czaił się w pobliżu, kiedy Jessamine rosła coraz większa w ekspresowym tempie i wtedy był niejako w stanie zrozumieć, dlaczego ludzie tak bardzo chcieli mieć dzieci, dlaczego tak bardzo się nimi podniecali i pokazywali wszystkim zdjęcia swoich pociech.
Skinał głowa, bo dobrze o tym wiedział, ale przecież nie mógł powiedzieć wprost, słuchaj, przychodzę do ciebie trochę rzadziej, żeby nie myśleć o rzeczach, których nie mogę mieć. Normalnie powiedziałby, że ma dużo pracy, ale Mustafa dobrze znał jego grafik i wiedziałby, że dodatkowe godziny nie sa przymusowe, a wzięte z własnej, nieprzymuszonej woli.
- Nie przesadzaj, dobrze sobie radzisz – powiedział, krzyżujac ręce na piersi w postawie, która mówiła, że nie przyjmie w tej kwestii żadnego sprzeciwu. Jessamine była absolutnie najbardziej urocza dziewczynka, jaka widział świat i Dallas byłby w stanie dać sobie uciać rękę, że była grzeczniejsza od jego siostrzenicy, Sophie, a to był jakiś wyczyn. Wiadomo, że od czasu do czasu pojawiały się jakieś problemy, nieporozumienia i przeszkody, ale przecież to zdarzało się również w życiu dziecka, które miało w zasięgu małej raczki obydwojga z rodziców.
Dobrze wiedział o tym, że Mustafa nie przepadał za Kala; powody nigdy nie były dla niego jasne, zawsze, kiedy pytał, otrzymywał nie do końca jasne odpowiedzi, a w każdym razie nie takie, które był w stanie zrozumieć. Rozumiał natomiast, że nie każdego człowieka trzeba lubić, niektórych po prostu się nie znosi i już i zaczał automatycznie przyjmować, że w tym przypadku również tak było. Dlatego dwa razy bardziej doceniał słowa Rashida na temat tej sytuacji, tym bardziej, że wiedział, że przyjaciel zawsze będzie z nim szczery.
- To ja przepraszam. Pewnie powinienem ci o tym powiedzieć, ale… Powiedzmy, że to nie było do końca przesadzone – w teorii, mieli przecież porozmawiać po powrocie Kali. Miała mu coś powiedzieć; Dallas po części spodziewał się, że to będzie coś w rodzaju hej, Dallas, spróbujmy jeszcze raz, a teraz obawiał się, że albo tego nie usłyszy, albo to będzie jakaś pierdoła, w stylu bez zarostu wygladasz dużo lepiej.
Z ponura minał przytaknał słowom Rhysa na temat zwiazków, a potem z westchnięciem sięgnał po szklankę i dokończył whisky, bo nie zostało już wiele. Nie wiedział, czy to słowa Rashida, a dokładniej ich druga część, odpowiedzialne były za ciepło, które rozlało się po jego ciele, czy alkohol i chyba nie chciał tego dociekać.
- Jasne, chodźmy. Trochę już mnie głowa boli od tego hałasu – przytaknał, po czym najprawdopodobniej obydwaj wstali i skierowali się w stronę wyjścia, nie będę przedłużać. Po drodze pewnie zapalili fajka, Dallas najprawdopodobniej wyżydził jednego od Rhysa, bo swoje zgubił gdzieś po drodze albo zostawił w szafce w pracy, może w roboczym uniformie.

z/t x2
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-06-29, 12:40   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


Nic dziwnego, że Ascel tak śmiało odnowił znajomość z Sherridanem. Właściwie to było w stylu mężczyzny, który poza praca wykonywał więcej spontanicznych decyzji niż można by się tego po nim spodziewać i tym samym w krótkim czasie ukazywał się jako prawdziwa dusza towarzystwa. Poza tym nazwisko zobowiazywało! Rodzinne tradycje trzeba utrzymywać i ładnie prezentować niesamowity, choć dziwaczny ród Aldridgów - jako jeden ze starszych członków rodziny doskonale o tym wiedział oraz pilnował, by młodsi nie odstawali od ram. Choć mogło brzmieć to nieodpowiednio w jego ustach, to prawda była taka, że żyjac przez tyle lat w otoczeniu herosów i bogów, zdażył do tej całej szopki przywyknać. Nawet polubić! Przynajmniej nie miał nudnego rodzeństwa i nie uchodził za sztywniaka z brakiem poczucia humoru. Wprawdzie może na poczatku miał trochę zbyt szerokie granice moralności i odpowiedzialności, ale szczęśliwie zdażył je wyprostować na tyle, że wszystko mieściło się w granicach normy. Co tu wiele mówić - nawet został lekarzem. Szczęście? W jego przypadku na pewno. Nadal momentami przechodziło mu przez myśl, ile jeszcze czasu będzie mu sprzyjał los, zanim będzie musiał odnowić pulę. Ostatnim razem stracił swoja niedoszła dziewczynę w wypadku samochodowym w zamian za karierę w medycynie. Teraz w zasadzie mogło być tylko gorzej. Dobrze, że miał zbyt zabiegane życie, by nękać siebie podobnymi myślami i w dodatku należał do osób, których wszędzie było pełno. Takim oto sposobem jego codzienność kręciła się między szpitalem, mieszkaniem, spotkaniami z rodzinka i znajomymi oraz ostatnio samotnymi spacerami w środku nocy - bez czasu na zbędne dywagacje.
O spotkaniu z Rose rano pamiętał, tyle że w natłoku pracy w ciagu dnia jakoś wypadło mu to z głowy. Także ze szpitala wyszedł w przeświadczeniu o braku jakichkolwiek zobowiazań, zmęczony i bez żadnych konkretnych planów. Nic nowego. Wystarczyło jednak, by dostrzegł postać Sherriego opartego o ścianę szpitala, by jego twarz pojaśniała w delikatnym uśmiechu, a pamięć przywróciła odpowiednie informacje. Już wiedział, co będzie robić przez resztę wieczoru - picie, dużo rozmów i śmiechu z dawnym kolega. Powinno być przyjemnie, pomimo dosyć niefortunnego poczatku w kuchni Gabriela. Szczególnie, że Sherridan zgodził się na spotkanie, a to już mówiło o wstępnej chęci wznowienia zardzewiałych relacji, jakkolwiek by potem zaprzeczał. Poza tym może nawet dobrze, że spotkali się w ten osobliwy sposób, bo pozwoliło to na przykucie uwagi Asclepiusa do Sherriego na tyle, by wydobyć jego numer od Gabriela. Nie z wszystkimi dawnymi znajomościami tak bywało.
W The Black Horse nie wyladowali całkowicie przypadkowo. Pub znajdował się stosunkowo blisko, był wystarczajaco przestronny i dodatkowo wielokrotnie sprawdzony przez Ascela. W końcu jakiś beznadziejny lokal mógł im popsuć rozrywkę, a szkoda byłoby tak marnować czwartkowego wieczoru. Nie miał pojęcia, co wyjdzie z tego spotkania, ale nie przejmował się tym zupełnie - najwyżej stwierdzi, że Sherridan zmarnował swój potencjał i wyrósł na beznadziejnego mężczyznę. Proste. Zajęli jeden z nadal wolnych stolików, których z każda minutę ubywało ze względu na renomę lokalu. I tak było całkiem przyjemnie ze względu na środek tygodnia.
- To, jak dziewiatko? Czego szukasz w życiu, Sherridan? Szczęścia? Miłości? Wódki? Wyzwań? – rzucił od razu, spogladajac na niego z wyraźnym zainteresowaniem w oczach. Jak zaczał od numerologii w smsach, to na żywo także musiał. Niech panuje schematowość.
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2018-07-07, 23:33   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Sherridan wcale nie uznałby ich krótkiej konwersacji, która miała miejsce w kuchni Gabriela, za niefortunny poczatek. Wręcz przeciwnie, to było całkiem interesujace. Niecodzienne i dziwne, jasne, ale jako że był artysta, odczuwał naturalny pociag do wszystkiego, co wpisywało się w ramy narzucane przez te dwa określenia. I chociaż zapewne tamtego poranka, kiedy siedział przy stole niczym zombie, próbujac w myślach przekonać kaca do tego, aby przestał zatruwać mu życie, średnio było widać po nim jakiekolwiek zadowolenie, tak kilka godzin później, gdy ból głowy odszedł, a on mógł powrócić do normalnego funkcjonowania, uznał to poranne spotkanie za całkiem interesujace. Co prawda nie na tyle, żeby zaczać wypytywać Gabriela o faceta, który spędził w ich mieszkaniu poprzednia noc (wszak nie był bezczelny), ale wystarczajaco, by pozwolić sobie na delikatny uśmiech w momencie, gdy zrozumiał, iż Asclepius dotrzymał słowa i naprawdę do niego napisał.
Zbierajac się na ich zaplanowane dużo wcześniej spotkanie na parę godzin po nużacym dniu w pracy, który spędził nad projektem dla ważnego klienta, nawet dał radę uśmiechnać się do swojego lustrzanego odbicia. Może i był naiwny, może całe to odnowienie znajomości miało okazać się fiaskiem, ale z jakiegoś powodu czuł się dobrze na myśl o tym spotkaniu. I zdecydowanie nie zamierzał już na wstępie przekonywać siebie samego, że ten pomysł był idiotyczny, jak to robił prawie przez całe życie. Przecież mógł dać mu szansę i postarać się, aby wypalił. Prawda?
Uniósł kacik ust w lekkim uśmiechu, słyszac nieprawdopodobne pytanie Asclepiusa. Właściwie wódka brzmiała dobrze, ale przecież nie zamierzał mu tego powiedzieć. I to nie przez wzglad na to, że odnowienie starej znajomości zapowiadało się naprawdę interesujaco (co za żałosne myślenie, uch, gdyby Sherridan nie miał oporów przed autodestrukcyjnymi działaniami, pewnie kilkakrotnie uderzyłby swoja pusta głowa w jakiś słup), lecz przez zwyczajny, ludzki takt. Nikt nie musiał wiedzieć o tym, że lubił od czasu do czasu wypić więcej niż należało.
Czy kiedyś nie przeczytał gdzieś przypadkiem, że jednym z objawów alkoholizmu mogło być zatajanie samego zamiłowania do sięgania po alkohol? Nie, nonsens.
- Nie wiem - mruknał i podrapał się po głowie, rozumiejac, jak idiotycznie to zabrzmiało. Ale proszę zobaczyć, nawet się nie obruszył na to, jak został nazwany dziewiatka. To już o czymś świadczyło! - Chyba wszystkiego po trochu - przyznał w końcu, nieco speszony. Trudno powiedzieć, czy chodziło o to przeszywajace spojrzenie Aldridge'a, które niemalże wierciło w nim dziurę, czy zwyczajnie o to, że właśnie przyznał się przed samym soba co do bezcelowości swojego życia. - Szczęście, miłość, wódka, wyzwania - powtórzył trochę pewniej i pokiwał głowa. Wszystko razem brzmiało dobrze. I chyba nawet nie dawało nikomu podstaw do podejrzewania go o alkoholizm. - A ty? - standardowe pytanie automatycznie opuściło jego usta, lecz zaledwie sekundę potem w jego głowie zaświtała kolejna ważna kwestia. - Właściwie - zaczał, poprawiajac się na zajmowanym przez siebie krześle - jeśli ja jestem dziewiatka, ty jesteś?... - zawiesił głos, wpatrujac się w Ascela uważnie. Zabawne, że ze wszystkich rzeczy, o które mógł zapytać, akurat ta interesowała go najbardziej. Jak gdyby numerologia, o której wiedział tyle, co nic, była w tym momencie kwestia kluczowa.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-07-08, 14:57   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


Asclepius nie miał absolutnie żadnych powodów, żeby do Sherridana nie napisać. Właściwie traktował te wszystkie zbiegi okoliczności jak kolejne urozmaicenie jego życia, które aż szkoda byłoby nie wykorzystać. Zdobycie numeru do Rose od Gabriela nie wydawało się zadaniem nie do wykonania, szczególnie że mógł go sobie bezprawnie wziać albo zgodnie z prawda jedynie tłumaczyć się odnowieniem starej przyjaźń. Choć nie, właściwie nie odnowieniem. Raczej zawiazaniem na nowo, bo te strzępki wspomnień, które kłębiły się w pamięci ich obojga prawdopodobnie okazywały się nieszczególnie pomocne. Byli w końcu wtedy dzieciakami, które jeszcze nie zdażyły niczego ważniejszego przeżyć, a ich najwyższe zainteresowania kończyły się na zabawie w piaskownicy oraz snuciu nieprawdopodobnych historii czy też opowiadaniu ich sobie nawzajem. To ostatnie na pewno dotyczyło Ascela, bo dorastanie jako Aldridge wiazało się z mnóstwem dziwnych sytuacji w ich ojczystym, różowym Olimpie oraz pozwoleniem na niekoniecznie odpowiedzialne wybryki. Chociaż wynikały z tego jakieś plusy, przynajmniej spróbował części rzeczy i niekoniecznie miał ochotę je powtarzać lub/i wyczerpał ich limit już dużo, dużo wcześniej. Szkoda, że nikt tego nie doceniał i jedynie głosili, że Aldridge maja zniszczone dzieciństwo. Absurd.
- Mieszanina wszystkiego brzmi dobrze, przynajmniej masz pewność, że niczego nie przedawkujesz - skwitował i pokiwał głowa, jakby dla potwierdzenia własnych słów. Brzmiało madrze, odpowiednio dla zrównoważonego, dorosłego życia. Chociaż nie był pewny czy coś takiego istniało, bo wcześniej czy później każdy w jakiś sposób dostawał krótsze czy dłuższe przypomnienie, że bycie człowiekiem niesie za soba sporo komplikacji. Jednak Ascelowi było bliżej do optymisty niż realisty, toteż i tak wszystko próbował obrócić na swoja korzyść i brnał dalej. Polecam, z reguły dobrze na tym wychodził. - To ja podobnie, ale w tym momencie z większym naciskiem na wódkę - odparł i roześmiał się z naturalna łatwościa. Jasne, było, że Sherridan zapyta o niego. Nawet całkiem logicznie, przecież nie dzielisz się informacjami o sobie za nic, prawda? Poza tym jak już mieli się poznawać na nowo, to szanse musiały być wyrównane. Coś za coś. - Sześć - odparł bez zastanowienia, jakby zmęczenie pogorszyło jego bystrość umysłu. Choć w w zasadzie, co mu szkodziło? Watpił, by Sherridan wiedział cokolwiek o numerologii. Mała garstka interesowała się znaczeniem liczb i ich układów, uznajac to za kompletnie bezsensowne i wyssane palca. Sam Asclepius miał obecnie w pamięci resztki wiedzy na ten temat, mimo że kiedyś śmigał w tej dziedzinie całkiem nieźle, co tu mówić - miał nawet cholerny kurs magicznej sztuki. Stuprocentowo musiał coś ćpać, gdy się na to zdecydował, nie było innego wyjścia. Albo porzadnie się schlał, bo z pełna świadomościa czegoś takiego by nie zrobił. Chyba. - I od razu uprzedzajac pytanie - nie, nie robię każdej spotkanej osobie jej numerologicznej analizy. W sumie głównie dlatego, że nie mam czasu, The Complete Book Of Numerology ma 300 stron i nie mogę pić alkoholu w dzień w dzień, bo następnego dnia mam na szósta do pracy - dodał zapobiegawczo, bo w zasadzie wykonywanie jakichś analiz na czyimś imieniu brzmiało trochę podejrzanie. Może Rose pomyślał, że zwariował, a teraz grzecznie będzie próbował sprawdzić, jak mocno go pogięło i czy na pewno jest bezpieczny dla otoczenia. - A tak właściwie... czy ty serio zostałeś jakimś wybitnym artysta? Albo uczysz malowania farbami? - spytał po chwili zastanowienia, bo z ich ostatniego spotkania niekoniecznie wiele wyniósł. Nic dziwnego, zważywszy na stan Sherridana tamtego poranka, ale to rysowanie Asclepiusowi kompletnie nie dawało spokoju. Nie żeby miał jakieś uprzedzenia do konkretnych zawodów, skadże znowu, ale wybór przyszłej ścieżki kariery u niektórych bywała wyjatkowo ciekawa. Na przykład on został lekarzem, Chester studiował astronomię, a Electra wybrała szalona karierę muzyczna. Do wyboru do koloru.
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2018-07-09, 01:05   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Teraz to ja się zastanawiam dlaczego tak porzadni ludzie jak państwo Rose pozwalali swojemu synowi na to, aby zadawał się z jakimś obdartym dzieckiem, które chciało jeść piasek, ale chyba nad niektórymi kwestiami lepiej się nie zatrzymywać. Uznajmy po prostu, że byli wyrozumiałymi ludźmi i nie oceniali ksiażki po okładce czy coś. Kto wie, może nawet od czasu do czasu zapraszali małego Asclepiuska na jakieś obiadki, szepczac między soba coś w stylu "och, Boże, jakie biedne dziecko".
Przytaknał krótkim mruknięciem i skinieniem głowy. Prawdę mówiac, nie miał zielonego pojęcia, czego na serio oczekiwał od losu, od długiego czasu się nad tym nie zastanawiał. Jeśli już miałby coś wybrać, chyba postawiłby na spokój i odzyskanie kontroli nad własnym życiem. To brzmiało dobrze i zdecydowanie było czymś, czego mu brakowało, ale na chwilę obecna Sherrie raczej nie czuł na tyle pewności siebie, aby przyznać się do tego komukolwiek, nawet najbliższemu przyjacielowi. Tym bardziej więc nie miał zamiaru spowiadać się ze swojej nieudolności facetowi, którego ledwo znał.
- Okej. - Skinał głowa i rozgladnał się dookoła, jak gdyby chcac ocenić swoja aktualna odległość od baru. - To... może ja nam coś zamówię - zaproponował niepewnie. Sam nie miał zamiaru niczego pić, chociażby dlatego, iż dobrze wiedział, że w jego przypadku nigdy nie kończyło się na jednej kolejce, ale skoro Ascel potrzebował czegoś mocniejszego, Sherrie mógł przejść się do baru i złożyć zamówienie u barmana. O ile pamięć go nie zawodziła, nigdy nie upił się do stanu godnego pożałowania akurat w tym miejscu, więc nie było żadnych przeciwwskazań. - Co byś chciał?
Sześć. Okej, na chwilę obecna faktycznie nic mu nie mówiło. Ale, jeśli założyć, że Sherridan jutro albo po prostu w najbliższym czasie zrobi jakiś dokładny risercz w kwestii numerologii, ta informacja mogła okazać się jakimś punktem zaczepienia, więc na wszelki wypadek kilkakrotnie powtórzył sobie tę liczbę w głowie. Sześć, sześć, sześć. Czy trzy szóstki przypadkiem nie oznaczały czegoś niepokojacego? Hmm, po krótkiej chwili Sherrie dodał w myślach jeszcze jedno sześć, tak na wszelki wypadek.
Cichy śmiech, na który pozwolił sobie tuż po tym, jak do jego uszu dotarły słowa Asclepiusa odnośnie wykonywania numerologicznej analizy na nieznajomych, prawdopodobnie stanowił reakcję obronna na dziwne uczucie, które ścisnęło go od wewnatrz. Jeżeli Aldridge nie wykonywał podobnych analiz dla każdego napotkanego człowieka, ale zrobił ja dla niego... czy to miało jakiekolwiek znaczenie?
Och, co za nonsens.
- Masz ja na własność? - zapytał, przekrzywiajac głowę i pozwalajac sobie na lekkie rozluźnienie spiętych dotychczas ramion. Chyba mógł się uspokoić, skoro nic nie wskazywało na to, aby Asclepius zaraz miał wywnioskować, iż pojawienie się w tym miejscu w jego towarzystwie było kompletnym absurdem. - Tę ksiażkę - sprecyzował od razu. Szczerze mówiac, był bardzo daleki od przyjęcia wniosku, jakoby Ascel zwariował. W porzadku, może był trochę specyficzny (i może przez to rozbudzał ciekawość Sherridana nieco bardziej niż jakikolwiek inny, potencjalny człowiek, którego udało mu się spotkać ostatnimi czasy), ale nic, co mówił nie wskazywało na to, żeby miał nierówno pod sufitem. Wręcz przeciwnie - cała ta numerologia brzmiała całkiem... interesujaco. Wydawała się czymś, co mogło stanowić porywajace, choć niecodzienne hobby i z jakiegoś powodu to jak najbardziej do Sherridana przemawiało.
- Nie, nie - zaprzeczył i uśmiechnał się lekko, jakby sama myśl o tym, iż mógł osiagnać w życiu jakiś sukces artystyczny była godna pożałowania. No cóż, chodzili po świecie ludzie, którzy zostali stworzeni do osiagnięcia czegoś większego i ludzie, którzy stanowili wyłacznie tło, na jakim ci pierwsi mogli się wyróżniać. On zdecydowanie należał do tych drugich. - Jestem architektem - przyznał i ten jeden raz, mówiac cokolwiek na swój temat, nie zmarszczył brwi ani nie zrobił niczego, co mogłoby świadczyć o jego niezadowoleniu. Cóż, choć na całokształt jego życia składało się wiele popapranych rzeczy, akurat z tej jednej był całkiem zadowolony. - Ale polecam się, jeśli nadal jesteś tak niesamowitym malarzem jak kiedyś i chciałbyś coś zmienić w kwestii tych słoneczek w rogu kartki. - Niektórych szczegółów po prostu się nie zapominało. Słoneczka rysowane w rogu kartek i mieszanina piasku oraz mleczy, która miała służyć za lody cytrynowe, zdecydowanie zaliczały się do grona takich rzeczy.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-07-09, 16:53   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


Już po kilku minutach rozmowy Asclepius nabrał dziwnego poczucia, które poczatkowo wydawało mu się niezdolne do wyłapania i zidentyfikowania - jak kartka papieru lecaca na wietrze, za która nieudolnie gonisz, chcac odczytać znajdujacy się na niej tekst. W końcu było inaczej. To spotkanie wywołało w nim inne odczucia niż zwykle, chociaż praktycznie rzecz ujmujac - wcale nie różniło się od pozostałych. Szczególnie przy Aldridge, który miał ciagły kontakt z ludźmi. Czy to w szpitalu z pacjentami i reszta personelu medycznego, czy też poza nim, gdy męczył rodzeństwo i znajomych własna obecnościa, nawet w snach nie był od nich uwolniony. W ten sposób zdażył wyrobić w sobie zdolność oceny ludzkich reakcji, a wszelkie nowe spotkania i pierwsze znajomości przychodziły w jego wykonaniu równie naturalnie, jakby gdyby miał przed soba scenariusz tego, co powiedzieć, by wypaść dobrze wśród towarzystwa. Jednak dzisiejszego wieczoru oprócz całej otoczki, do której był tak doskonale przyzwyczajony, dobiła się jeszcze jedna rzecz, która okazywała się stawiać wszystko w innym świetle. Ciekawość, podpowiedziała mu świadomość, dokładnie w momencie gdy Sherridan zaproponował zamówienie czegoś w barze. I choć przyjał to z delikatnym zaskoczeniem, podobnej pobudki nie zamierzał się wypierać. Wydawało mu się to nawet interesujace, jakby jego umysł od dawna potrzebował kolejnego wyzwania i jedynie czekał na odpowiedni moment.
- Dry Martini, dwa razy - odparł bez zastanowienia Ascel i poprawił się na krześle. Aldridge oczywiście jeszcze tego nie wiedział (watpliwe też, by kiedykolwiek się to zmieniło), ale i tak ewentualna abstynencja Sherriego nie wydawała się najgorszym pomysłem ze wszystkich. W końcu You give me better buzz than the best alcohol działało już od pierwszych ich chwil razem, bez względu czy zdawali sobie z tego sprawę czy nie. Nawet ciężko by o to było, bo absolutnie nikt na świecie nie kojarzył nowo spotkanej osoby jako przyszłego kandydata na dziewczynę/chłopaka. W końcu równie dobrze mogłeś spotkać skończonego idiotę z poważnymi zaburzeniami logicznego rozumowania, toteż każdy z poczatku podchodził do drugiego z rezerwa, w międzyczasie wykonujac przy tym drobne rozeznanie. Sam Asclepius, gdy śledził ruchy Sherridana zmierzajacego w stronę baru, zastanawiał się do czego ten wieczór doprowadzi. Na ten moment wszystko wydawało się iść w jak najlepsza stronę, ale z chęcia sprawdzi, czy te wszystkie powroty przyjaciół do siebie sa faktycznie możliwe. Trochę w to nie wierzył, bo w większości przypadków czas tworzył specyficzna przepaść między ludźmi, ale nie sposób było nie podkreślić, że Ascel i Sherrie przyjaźnili się jako zaledwie kilkuletnie dzieciaki. Mniej zaangażowania, mniej wspomnień.
- Tak. Nadal leży przy moim biurku, bo nie miałem sił jej odłożyć. Może ja tam nawet zostawię, będę miał rozrywkę, gdybym nie mógł zasnać. Pediatric Emergency Medicine i Accident and Emergency Radiology moga iść w odstawkę, i tak ostatnio nawet do nich nie zajrzałem. Pewnie dlatego, że nie mogę przy tym rysować kwadracików, by wpisywać w nie cyfry - odrzekł rozbawiony Ascel. Jak zwykle nie brakowało mu tematów do poruszenia, mimo że gaduła nie był i, gdy sytuacja tego wymagała, bez problemów potrafił trzymać język za zębami. Jednak żeby przejść do innych kwestii, najpierw należało poruszać te najbardziej błahe, które pozornie wydawały się kompletnie nieistotne. - A ty co czytasz przed snem? - spytał już poważniejszym tonem, dzięki czemu nie zabrzmiał, jak gdyby planował naśmiewać się z czytanej przez Sherridana literatury. To popularne pytanie opuściło ascelowe usta już wiele razy, w różnych sytuacjach życiowych i z mniej lub bardziej wyszukiwanymi odpowiedziami, ale stanowiło idealny punkt zaczepienia. Na ambitniejsze ruchy było za wcześnie, bo nadal nie wiedział zupełnie nic. Szczerze powiedziawszy chował nadzieję, że to nic szybko zmieni swój status.
- Wow, ambitnie - stwierdził z delikatnym podziwem w głosie. Szczególnie, że jemu ten kierunek kojarzył się z mnóstwem technicznych rysunków, zdolnościami artystycznymi oraz niebywała precyzja, a w dodatku wszystkie te trzy rzeczy należało połaczyć razem. Dusza artysty ograniczona możliwościami budowlanymi. To chyba nie było łatwe, nie? - Chyba popłakałbyś się, jakbyś zobaczył moje rysunki teraz. Byłoby dużo gorzej niż wtedy, a wolałbym nie narażać twojej artystycznej duszy na takie katusze - uznał i parsknał śmiechem na własne słowa. Malowanie to ostatnia rzecz jaka mógłby robić w wolnym czasie, bo on nawet kształtów poprawnie nie potrafił naszkicować, a co tu dopiero mówić o jakimś profesjonalnym ułożeniu elementów w przestrzeni. Nigdy talentu nie miał, nie przyszło mu też do głowy, by działać wbrew przeznaczeniu i jednak nauczyć się coś sensownego bazgrać. Za młodu nie widział potrzeby, a potem jego życie nabrało zaskakujacego tempa, które okazywało się nie uwzględniać żadnych artystycznych pobudek. W zasadzie... ich właściwie nie posiadał.
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2018-07-13, 01:25   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Automatycznie skinał głowa, poczatkowo nie rozumiejac, czy wspomniane dwie porcje Martini miały być dla samego Asclepiusa, czy dla nich obu. Niby śmieszne, ale dla kogoś, kto, przebywajac w barze, zazwyczaj od razu kupował sobie tyle szotów, ile miał zamiar wypić, ta kwestia mogła być naprawdę problematyczna. Ostatecznie jednak, gdy już wstał od stolika i rozważył cała tę sytuację na chłodno, z punktu widzenia osoby, która nie patrzyła na alkohol jak na źródło życia, doszedł do wniosku, że Ascel musiał mieć na myśli ich obu. O ile oczywiście sam nie zmagał się z problemem, który nie pozwalał Sherridanowi spać po nocach. To jednak wydawało się mu niedorzeczne. Aldridge miał bowiem w sobie coś, co sprawiało, iż Rose nie potrafił postrzegać
- Poproszę raz Dry Martini i raz sam tonik - powiedział cicho do jasnowłosego, średniowysokiego barmana. - Ale w tych samych naczyniach, w porzadku? I jakby mógłby pan do toniku też dorzucić tę... oliwkę to byłbym wdzięczny - kontynuował, a mężczyzna spojrzał na niego w taki sposób, że Sherridan aż poczuł się speszony. Czyżby jego zamiary okazały się aż nazbyt jasne? Przecież starał się być jak najbardziej dyskretny. - Jeśli to nie problem oczywiście - dodał, a barman nieoczekiwanie posłał mu lekki uśmiech.
- Może po prostu zrobię dwa Dry Martini, jedno bezalkoholowe? - zaproponował, a Sherrie w jednym momencie poczuł się jak największy kretyn stapajacy po tej ziemi. No jasne...
- Tak, tak będzie w porzadku - przytaknał słabo. Pewnie gdyby nie to, że miał na karku już trzydzieści (jeden!) lat, i że w ciagu całego swojego życia zbłaźnił się o wiele więcej razy, aktualnie byłby czerwony jak burak. Na szczęście zdażył już przebrnać przez ten etap życia, kiedy przejmował się opinia wszystkich, nawet nieznajomego barmana. - Bezalkoholowe dla mnie - podkreślił, a barman skinał głowa. - Dziękuję - dodał jeszcze, po czym odwrócił się i powoli powrócił do stolika, przy którym zostawił Asclepiusa.
Jeszcze tego nie wiedział, ale tego wieczoru miał przetestować powiedzonko "you give me better buzz than the best alcohol", iks de. Nie no, to taki śmieszek od głupiego narratora, proszę nie zwracać uwagi i czytać dalej.
Jak tylko usiadł, został zasypany taka ilościa informacji, że przez chwilę po prostu wpatrywał się w Ascela, próbujac ogarnać, o co właściwie chodziło. Biurko, spanie, pediatria, kwadraciki. Rany, wygladało na to, że Aldridge miał naprawdę sporo do powiedzenia. I chociaż Sherridanowi wcale to nie przeszkadzało, byłoby o wiele lepiej, gdyby potrafił za tym nadażyć.
- Okej - powiedział więc, żeby dać sobie czas na zebranie myśli, bo naprawdę, albo to jego życiowe nieogarnięcie, albo Asclepius naprawdę skakał z tematu na temat. - Nie mam pojęcia co to za ksiażka, nigdy nie czytałem, ale ta od numerologii brzmi o wiele ciekawiej - przyznał w końcu, uznawszy, iż zagłębianie się w szczegóły mogło nie wyjść mu na dobre. Z jakiegoś powodu nie chciał, aby Aldridge wział go za gościa, który niczego nie ogarnia (chociaż to nie byłoby tak kompletnie niezgodne z prawda). - O co chodzi z kwadracikami? - Ale o to jedno chyba mógł zapytać, skoro Ascel już wiedział, że był kompletnie zielony w tym temacie!
Nieświadomie podrapał się po głowie, gdy padło pytanie o to, co sam czytał przed snem. Zazwyczaj, po dniu spędzonym na siedzeniu w pracowni badź jeżdżeniu po domach potencjalnych klientów, był na tyle zmęczony, że czytanie było ostatnia rzecza, o której myślał. Ale ostatnio...
- To głupie, ale ostatnio przeczytałem znowu Lessie, Wróć! - powiedział, pozwalajac sobie na cichy śmiech. - Myślałem, że może wiek ma znaczenie w odbiorze ksiażki, ale... no, przeliczyłem się - dokończył, rozkładajac ręce w bezradnym geście. Oczywiście, że podczas czytania bardziej wzruszajacych scen, musiał zmagać się z lecacymi z oczu łzami. Dokładnie tak samo jak wtedy, gdy miał te dziesięć czy jedenaście lat.
- Mógłbym to zobaczyć - stwierdził z przekonaniem, uśmiechajac się jeszcze szerzej. Nieudane rysunki zawsze go rozśmieszały. Leathan na przykład nigdy nie mógł pochwalić się talentem artystycznym i głównie dzięki temu Sherrie zawsze zaśmiewał się przy jego strasznych rysunkach. No ale... właśnie. Leathan. - Ale ty jesteś lekarzem - stwierdził całkiem znikad, byleby tylko odgonić od siebie temat byłego przyjaciela. - Pewnie znasz się na mnóstwie innych rzeczy, o których ja nie mam pojęcia - w tym momencie urwał, bo barman, który go obsługiwał, właśnie podszedł do ich stolika i przyniósł im zamówione przez Rose'a napoje. Szklanka, która postawił przed Sherridanem ani trochę nie różniła się od tej, jaka dostał Asclepius. - Właściwie to... masz jakaś specjalizację? To znaczy... chodzi mi o jakaś konkretna dziedzinę - platał się, niepewny co do tego, jak dokładnie nazywało się to, o co chciał napisać. Boże, czyżby alkohol już wyżerał mu pamięć? - Sam widzisz, mówiłem, że się na tym nie znam. - Rzucił mu przepraszajacy uśmiech, po czym chwycił swojego drinka i zbliżył go do ust. Miał nadzieję, że barman w niczym się nie pomylił.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-07-14, 12:32   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


W takim razie Sherridan powinien przygotować się na nieunikniony napływ kolejnych wiadomości. Ich ilość z każda minuta powinna się drastycznie zwiększać, mimo że większość z informacji będzie dotyczyła błahych tematów, które przewijały się wszędzie i zawsze. Dostosowane oczywiście do kręgu ich zainteresowań, a przynajmniej jednej ze stron - drugi z nich mógł się w tym samym czasie edukować, ładnie zwiększajac zakres własnej wiedzy. Choć kto wie, może po dłuższym czasie musna o jakieś ważniejsze fakty? Jednak prawdopodobnie nawet jeśli zbliżyliby się do podobnej rozmowy, któryś z mężczyzn zmieniłby gładko temat i znowu rozmawialiby torem pierwszej znajomości. W zasadzie byłoby wręcz niebezpiecznie kroczyć inna ścieżka, przecież odbywali dopiero druga rozmowę! Nie wliczajac oczywiście smsów.
- Zrobiłbym ci krótki wglad w to, co się tam znajduje - uznał i zaśmiał się dźwięcznie. - Jestem ciekawy, czy faktycznie złapałbyś bakcyla, bo jest napisane ładnym językiem i całkiem przekonujaco. Schody wprawdzie zaczynaja się później, gdy dochodzisz do całej teorii, ale z drugiej strony... to też moment, w którym faktycznie możesz przejrzeć ludzi, majac do dyspozycji chociażby jedynie ich datę urodzenia. - Kończac ostatnie słowa, wzruszył bezwiednie ramionami, a spojrzenie ponownie skierował Sherridana. Chwilę bez słowa patrzył na niego, by potem z jego ust wypłynęło kilka dodatkowych wyrazów. - I sprawdzić czy faktycznie się zgadza - dodał rozbawiony, tym samym sugerujac, że poprzednie stwierdzenie dotyczyło również samego Rose. Asclepius wprawdzie zdażył się przekonać, że te numerologiczne zabawy w większości przypadków naprawdę działały, ale z drugiej strony nigdy nie istniała pewność. Z prostego powodu - często dane cechy charakteru czy zainteresowania rysowały się bardzo ogólnie, mogac w zasadzie pasować do większości osób, a kilkanaście z nich Ascel zakwalifikowałby wręcz do uniwersalnych pragnień ludzkich. W ten oto sposób rysował się obraz niepewny, niemniej zaskakujaco często się zgadzajacy. Szczególnie, że Aldridge nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to, co kiedyś na szybko sprawdził, faktycznie pasowało do jego dawnego przyjaciela. Miłośnik sztuki i piękna, kwintesencja altruizmu oraz wrażliwości na cudza krzywdę. Pełen pasji, lojalny, przez niektórych uważany za ekscentryka. Zmienne usposobienie, możliwa zgryźliwość oraz neurotyczność. Brzmiało interesujaco, nawet jeśli kilka cech będzie trzeba było wykreślić i dodać nowe. Te numerologiczne chwyty nawet mogły się przydać, nawet jeśli wertowanie The Complete Book Of Numerology na poczatku wydawało się absurdalne i kłóciło się z jego lekarskim powołaniem. Aczkolwiek póki nie leczył pacjentów ze względu na informacje, które wyczytywał z liczb, wszystko miało szansę ze soba współpracować.
- Rozpisujesz tabelkę trzy na trzy, tak zwany kwadrat numerologiczny. Można wyczytać interesujace rzeczy z daty urodzenia, choć przy tym patrzy się głównie na strzały siły i słabości - wyjaśnił, czujac się dosyć niezręcznie. Szczerze powiedziawszy mało kto z nim chciał rozmawiać na podobne tematy, więc dla Ascela stanowiło to swoista nowość. - Możesz sobie kiedyś rozpisać przy mojej pomocy, jeśli naprawdę byłbyś zainteresowany, a tak to nie krępuj się do zaprzestania ciagnięcia tematu dziwnych liczb - oświadczył, watpiac by Sherridan był szczerze zainteresowany. Powierzchownie oceniajac jego charakter, mógł robić to jedynie z uprzejmości, a tego Asclepius nie bardzo chciał. Przecież normalni ludzie nie bawili się w liczby.
- Zeusie, nawet tego nie pamiętam. Znaczy... było smutne, wszyscy zawsze na tym płakali - skomentował słowa Sherriego na temat ksiażki, uprzednio przegrzebawszy pamięć w poszukiwaniu odpowiedniego obrazu z przeszłości. Smutne pozycje zdecydowanie nie należały do jego ulubionych, prawdziwe życie okazywało się wystarczajaco dobijajace. - Właściwie... nadal masz tę ksiażkę w domu? - dopytał podchwytliwe, bo to było dosyć ciekawe zagadnienie. Sam Asclepius nie opływał w ksiażki za dziecka, dopiero jako dorosły zaczał zbierać skromna kolekcję. I nie, nie wszystkie opowiadały o medycynie, nie należał do pracoholików. Jeszcze.
- Może kiedyś doznasz tej nieszczególnej przyjemności. Tylko musiałbym coś dostać w zamian, na przykład jakieś twoje marne zdolności. Co ty na to? - zaproponował szybko, bo jak wiadomo - Aldridge słynęli z dziwnych pomysłów. To już chyba płynęło w ich genach, nie pozwalajac o sobie zapomnieć. Asclepius, jasne, zmadrzał, ale nie aż tak drastycznie. Poza tym majac stały kontakt z młodszymi członkami rodziny, nie dało się pozostać odciętym od podobnych ekscesów. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że jak na razie Adonis królował w podobnych zagrywkach, uparcie nazywajac go Piusem i męczac o różne głupie sprawy. Jak tu być dobrym bratem?
- Medycyna ratunkowa - rzucił hasłem, by następnie rozwinać go trochę bardziej. W końcu dla ludzi oderwanych od szpitalnych korytarzy, podobne słowa nie musiały wyjaśniać wszystkiego. - Pracuję na oddziale ratunkowym, więc mam dosyć ciekawa skalę zadań. Od ofiar wypadków samochodowych, przez zawały, po zaszywanie głębszych skaleczeń - wszystko, co potrzebuję pilnej opieki medycznej. - Posłał mu uśmiech, jakby wszystkie wykonywane przez Asclepiusa obowiazki były pestka. Niemniej mężczyzna nie należał do narzekajacych i wiecznie jęczacych o wszystko ludzi, poza tym sam wybrał własna specjalizację. Jeszcze nie zdażył pożałować swojej decyzji jakoś mocno. - Życzę ci, byś nigdy nie znalazł się pod moje opieka. Chyba, że ta nielekarska - zażartował, choć faktycznie wolał nie widzieć Rose w szpitalu. Chorowanie, a tym bardziej umieranie, nie były czymś, czego się życzyło nawet wrogowi. Przynajmniej nie po widoku tylu tragedii życiowych, a które wbrew pozorm nie dotyczyły jedynie samych rannych, ale także ich rodzin. Nie, to nie były odpowiednie myśli na ten moment, więc dla odrzucenia ich, Aldridge sięgnał po szklaneczkę z alkoholem i pociagnał łyk.
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2018-07-19, 00:05   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Chciałam skrócić posta, ale nie wyszło. Dlatego zostawiam to tobie. Jeśli to zrobisz, utworzę ci w Paintcie order niesamowitego użytkownika i w ogóle, zachęcam.
Drobne informacje były kluczowe w budowaniu realnego obrazu drugiej osoby. Sherrie potrzebował całego mnóstwa detali, aby móc stwierdzić, jaki kolor powinien zostać przypisany do Asclepiusa. Na razie był niejasny, szarobury z prześwitami niebieskiego, fioletowego oraz pomarańczowego, ale z każda kolejna informacja obraz stawał się coraz bardziej klarowny i czysty.
Uniósł brwi z zaciekawieniem, gdy Ascel zaczał zagłębiać się w temat numerologii. Sherrie nigdy nie traktował horoskopów czy jakichkolwiek wróżb niepoważnie - było w nich coś, co go przyciagało. Jasne, większość z nich miała zupełnie uniwersalny charakter i można by je było zinterpretować na sto różnych sposobów, ale nawet ta świadomość nie przeszkadzała mu w zagladaniu w rubryczki z horoskopami pojawiajacych się w gazetach czy na stronach internetowych. Pamiętał, że jego mama zawsze interesowała się znakami zodiaku - być może jego jego zaciekawienie wynikało właśnie z tego? Tak czy siak, słuchał Asclepiusa uważnie, pozwalajac na to, by na jego usta wkradł się lekki uśmiech. Coś mu podpowiadało, że, o ile oczywiście nie zapomni, w najbliższym czasie poszuka gdzieś informacji na temat numerologicznej szóstki. Tak czysto z ciekawości.
- W takim razie mógłbyś mi ja pożyczyć - zaproponował całkiem luźno, uśmiechajac się do niego niepewnie. - Nie obiecuję, że cokolwiek z tego wyjdzie, ale mógłbym spróbować. - Wzruszył ramionami. Szczerze watpił, aby nagle ujawnił się w nim wybitny numerolog i znawca wszechświata, ale dla rozrywki czy własnej satysfakcji mógł chociażby przewertować kilka stron. Zwłaszcza że naprawdę minęło wiele czasu, odkad po raz ostatni z własnej woli spróbował czegoś zupełnie nowego.
Boże, czy tak wygladała starość?
- I jest jakiś wzór odnośnie tych sił i słabości? - kontynuował, czujac coraz większa konsternację. Czuł się trochę jak dureń, wypytujac Asclepiusa o takie błahostki zamiast chociażby skupić się na tym, co robił przez ostatnie dwadzieścia lat, ale coś mu mówiło, że takie tematy były o niebo bezpieczniejsze. Jeszcze tego brakowało, żeby, podczas jakiejś rozmowy o poważnych sprawach, któryś z nich wkroczył na temat, którego ten drugi wolałby uniknać. Nie, jak na razie numerologia była odpowiednia. - Interesuje mnie to - rzekł w odpowiedzi na powatpiewanie Asclepiusa i wzruszył delikatnie ramionami, jakby jego ciekawość nie należała do grona rzeczy, którymi należałoby się bardziej przejmować. - Długo się tym zajmujesz? - Nie pamiętał, aby Ascel, jako mały kaszkojad, aż tak interesował się cyferkami. Chociaż może coś mu umknęło i liczba płatków mlecza dorzucanych do piasku (aka lodów cytrynowych) była specjalnie wyliczona? Któż to wie?
Mimowolnie uśmiechnał się, słyszac jego krótki komentarz.
- Pewnie - przytaknał i pokiwał głowa. W swojej ksiażkowej kolekcji nadal miał pozycje, które czytał, kiedy był małym smarkiem. Co prawda większość z nich znajdowała się w domu rodziców i zapewne w jakimś pudle, z którego nie zostały wyciagnięte od czasu ich przeprowadzki, ale niektóre z tych ksiażek, takie jak na przykład Lessie miał pod ręka. Z czystego sentymentu. - Możemy się wymienić. Ty nadrobisz zaległości w lekturach, a ja nauczę się czegoś nowego - zaproponował zupełnie swobodnie, jak gdyby z góry przygotowywał się na brak aprobaty. Cóż, jakby nie patrzeć - rozmawiali ze soba wystarczajaco długo, aby Asclepius mógł wyrobić sobie na temat Sherridana pierwsze wrażenie i stwierdzić, że nie chciał mieć z nim więcej do czynienia. I to nie byłoby nic zadziwiajacego, chociaż pewnie w jakiś sposób by go dotknęło.
- Będziesz mieć w czym wybierać - powiedział, silac się na żartobliwy ton głosu, chociaż w rzeczywistości wcale nie było mu do śmiechu. Przecież gdyby tak zebrać wszystkie jego marne zdolności w jedna kupę, wyszłaby z tego całkiem wysoka góra. Na której szczycie stałoby zapewne niszczenie wypracowywanych przez lata przyjaźni. - Pomyślę - zadecydował ostatecznie, ponieważ nie przychodziła mu na myśl żadna konkretna aktywność, w której byłby naprawdę kiepski. Cóż, jeśli Asclepius dałby mu jakiegoś człowieka do zoperowania, Sherrie na pewno by go zabił, ponieważ medycyna stanowiła dla niego czarna magię, ale watpliwe, aby mogli się przy tym pośmiać.
Pokiwał głowa na wieść o wybranej przez Aldridge'a ścieżce kariery. Ratownictwo brzmiało wyczerpujaco, ale równocześnie tak... pozytywnie zadziwiajaco. Zwłaszcza biorac pod uwagę sytuację rodzinna Asclepiusa, z która Sherridan, z racji przyjaźni z Rhea, był nieco zaznajomiony. Posiadanie gromadki rodzeństwa zazwyczaj nie szło w parze ze studiowaniem.
- Och, czemu? - zainteresował się, kiedy już pozyskał pewność, że jego drink nie zawierał w sobie żadnego alkoholu. Boże, chyba by umarł, gdyby barman przypadkowo się pomylił. No dobrze, nie umarłby, ale na pewno czułby się do głębi zażenowany. - Przecież nie jesteś jednym z tych ratowników-gnębicieli - dodał pytajacym tonem. Przez to, że Faylinn spędziła w szpitalach przynajmniej połowę swojego życia, Sherrie był już zaznajomiony z różnymi typami lekarzy, ratowników i pielęgniarek, którzy się przez nie przewijali. Czy to przez swoja wrażliwość, czy przez brak wiedzy na temat charakteru Asclepiusa, nie wyobrażał go sobie jako jakiegoś warczacego na wszystkich faceta.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-07-21, 17:52   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


Szczerze powiedziawszy Sherridan zaskoczył go chęcia słuchania na temat numerologii. Rzadko się to zdarzało, bo choć liczby i ich znaczenie wydawały się być interesujacymi tematami, to raczej zostawały uznawane za głupie albo zwyczajnie trudne do rozmowy. Ciężko się dziwić, skoro w wiedzy na ten temat prym wiódł Asclepius. Nawet po latach, gdy nieużywane często informacje powoli zaczynały wyparowywać z jego głowy.
- Pożyczę, ale... pod jednym warunkiem. Najpierw będziesz musiał wykazać się przede mna własnym potencjałem w tym temacie - uznał z zawadiackim uśmiechem, bo w głowie Asclepisa wyklarował się już wstępny plan działania. W końcu nie będzie wystawiał na próbę tak ważnej ksiażki, zwłaszcza że miała trochę lat. Nie posiadał najnowszego wydania, tylko tę starsza wersję z prostego powodu - kosztowała dużo mniej, a on nie traktował tego wtedy na tyle poważnie, by inwestować masę pieniędzy. Bycie studentem wiazało się z poważnym brakiem gotówki, szczególnie w przypadku Aldridge. Przecież wydawanie wszelkich zgromadzonych środków w całkowicie nieodpowiedni sposób było jego specjalnościa, ale tylko gdy rzeczywiście uznał je za niezbędne do przeżycia. Lista takich rzeczy mogłaby doprowadzić zrównoważonego człowieka do zwatpienia w rodzaj ludzki. - Ale nie przejmuj się, będziesz w wszystko bawił się przy moich instrukcjach. Jeśli naprawdę bardzo chcesz - zastrzegł i posłał mu uśmiech. Nie miał nic przeciwko zgłębienia z Sherridanem takich tajemnic, bo w zasadzie... czemu nie? Jasne, nie znali się, ale to mógł być właśnie dobry moment, by coś zmienić. Zwłaszcza, że zajmowanie się numerologia w ich wydaniu z pewnościa będzie przezabawne. Z Ascela był zbyt duży wesołek, by mogłoby być inaczej. Po prostu będzie to jak w dzieciństwie zabawa w piaskownicę, jedynie teraz przemianowana na wróżenie przyszłego życia. - Także wtedy pokazałbym ci, jak się patrzy na dane zestawienia liczb i ich ułożenie. Chętny na szalony numerologiczny dzień? - zaproponował, by zaraz potem zaśmiać się. Jego dobry humor wynikał z tematu, jaki poruszali, w żadnym wypadku nie kpił z Rose. Poza tym całe ich ponowne spotkanie pełno było przedziwnych i zabawnych aspektów. W końcu po latach natknęli się na siebie w kuchni. Z półnagim Asclepiusem, który oczywiście nie mógł utrzymać języka za zębami i zagadał do dawnego, dawnego przyjaciela. Nawet jeśli sporo ryzykował założeniem, że Sherridan to na pewno Sherridan, ale jak widać czas spędzony razem w dzieciństwie wystarczył, by zapamiętał charakterystyczne rysy twarzy mężczyzny. Jak zwykle wydarzenia w życiu Aldridge wynikały z dosyć nietypowych i spontanicznych decyzji. Standard.
- W sumie... od poczatku studiów, więc dosyć długo. Byłem chyba pod wpływem czegoś mocnego, jak się zapisywałem na dyplomowany kurs z numerologii - odparł i wzruszył ramionami. Był szczery w tej kwestii, poza tym przy Sherridanie czuł się zadziwiajaco luźno, jakby sam fakt znajomości z dzieciństwa dawał im idealna podstawę do dalszych rozmów. Może faktycznie działało to w ten sposób.
- Okej, trzymam cię za słowo. Chyba, że postanowisz oszczędzić sobie bólu ogladania moich rysunków, to nie przypominaj o naszym układzie - zadecydował ostatecznie, nie chcac zachęcać Sherriego do podobnych czynności. Naprawdę by się załamał, może nawet serduszko by mu z tego wszystkiego stanęło i Ascel musiałby go ratować! To z kolei kompletnie nie byłoby na rękę i pokrzyżowałoby resztę jego planów.
- Raczej nie jestem - przyznał już poważniejszym tonem, lecz nadal z uśmiechem kryjacym się w kacikach ust. Jednak wypowiadajac następne słowa jego dobry humor trochę przygasł. - Ale ratowanie życia zawsze wiaże się z ryzykiem porażki. Dlatego wolałbym, byś nie został poddany próbie, bo... nie zawsze moje cudowne zdolności lekarskie faktycznie działaja, a tego wolałbym uniknać.- Chociaż rozmowy na takie ciężkie tematy należały do części jego codziennej pracy, to jak dotad nie udało mu się ich traktować jako banalne i nieistotne. O ile Ascel był urodzonym optymista z poczuciem humoru, to tak częsta styczność z umieraniem nauczyła go szacunku do... umierania? Chyba tak, nawet jeśli wydawało się brzmieć to żałośnie. - Jednak z architektura jest trochę bardziej bezpiecznie, hm? - dopytał, zmieniajac temat. Jak już rozmawiali o jego pracy, to teraz czas na Sherridana. Ciemnowłosy chętnie dowie się czegoś więcej, zwłaszcza że te rejony były mu kompletnie obce. - Co w ogóle projektujesz? Domki? Centra handlowe? Blokowiska? A może windy? - rzucił masa pytań i wlepił w niego wzrok, czekajac na odpowiedź. Minuty powoli mijały, lecz Aldridge wcale nie czuł ich upływu, a jego świadomość została zdominowana przez chęć poznania Sherridana jeszcze bardziej. Może przez tę wyczuwalna nieśmiałość wydawał się być taki interesujacy? Nie wiedział, ale to nieważne. Kiedyś dojdzie do odpowiednich wniosków. Wcześniej czy później.
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2018-07-23, 02:03   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Słuchanie o numerologii było dużo ciekawsze niż rozmawianie o pogodzie. Albo o innych przyziemnych, pospolitych rzeczach. Taka numerologia przynajmniej sprawiała, że Ascel przestawał być szary, a zaczynał nabierać kolorów, wyróżniajac się na tle wszystkich tych ludzi, których Sherrie nie zdażył poznać dostatecznie dobrze, aby odkryć ich barwy.
- Och, ale przecież ja... nic nie umiem - powiedział niepewnie. Jak miał wykazać się czymkolwiek, skoro dopiero chciał zainteresować się tematem? Sherridan zmarszczył brwi ze zmartwieniem, lecz zaraz dotarły do niego kolejne słowa Asclepiusa i jego twarz od razu się rozjaśniła. - Skoro tak to w porzadku. - Pokiwał głowa. Bezsprzecznie czułby się pewniej, zgłębiajac tajniki numerologii w pojedynkę, bo nie odnosiłby ciagłego wrażenia, że był idiota, ale jeśli taka była wola Ascela... - Pewnie, tylko... - urwał momentalnie. - Wiesz, nie mówię, że okażę się w tym dobry. Może to kompletnie nie dla mnie, rozumiesz... Nie chcę marnować twojego czasu - zastrzegł słabo. Powoli zaczynał się czuć jak kompletny kretyn. Zwłaszcza że Asclepius wydawał się maksymalnie zaangażowany i zaznajomiony ze wszystkimi tajnikami numerologii, a Sherrie był zwykłym żółtodziobem. Z jakiegoś powodu nie chciał się przed nim zbłaźnić. Tym bardziej, że prawie się nie znali.
- O rany - skomentował i uśmiechnał się szeroko. Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić, żeby jakikolwiek przeciętny student był w stanie zapisać się na dyplomowany kurs z numerologii. - Brzmi oryginalnie - stwierdził, potrzasajac głowa. Naprawdę nie dowierzał. Właściwie... Boże, a może Asclepius go wkręcał? Sherrie dobrze wiedział, że potrafił być łatwowierny, co czasami zwodziło go na manowce. Co, jeśli Aldridge to wyczuł i postanowił trochę się z niego pośmiać?
Nie, to bez sensu. Niby dlaczego miałby to robić?
- Zazwyczaj śmianie się z innych nie sprawia mi przyjemności, ale nie mógłbym tego przepuścić - powiedział nieco śmielej i uśmiechnał się szeroko. Napięcie, które ciażyło na jego barkach jeszcze kilka minut temu, magicznie zniknęło i teraz mógł rozmawiać z Asclepiusem bez skrępowania. Co z jednej strony powinno być niepokojace, ponieważ poznawanie kogoś nowego jeszcze nigdy nie przyszło mu z taka łatwościa, ale z drugiej... czuł się zbyt dobrze i spędzał czas zbyt przyjemnie, aby zastanawiać się nad przyczyna tego szybkiego rozluźnienia. Może później, kiedy już znajdzie się w swoim pokoju i położy się do łóżka, znajdzie chwilę, by pomyśleć o tym, jakim cudem Asclepius tak szybko przebił się przez otaczajace go mury. I może odkryje, że właściwie to on sam, jedynie z niewielka pomoca Aldridge'a, podjał wysiłek, aby się ich pozbyć.
Pokiwał głowa z powaga i przytaknał mu cichym mruknięciem. Bycie lekarzem zawsze wydawało mu się ogromnie ryzykownym zadaniem, którego osobiście nie potrafiłby się podjać. Odpowiedzialność za czyjeś życie wydawała się zbyt straszna, zwłaszcza biorac pod uwagę to, że nie do końca wiedział, co wyprawiał z własnym. Ale z jakiegoś powodu Asclepius, mimo swoich słów, wydawał mu się człowiekiem na odpowiednim miejscu.
- Racja, rozumiem - powiedział w końcu, niepewny co do tego, jak powinien ominać niekomfortowy temat pacjentów, których nie dało się uratować. Całe szczęście, że Ascel szybko i niemalże niepostrzeżenie zrobił to za niego. Po ostatniej porażce z Leathanem umiejętności społeczne Sherridana były na tyle żałosne, że pewnie głowiłby się nad tym następne dziesięć minut i ostatecznie jeszcze wypaliłby coś w stylu: "ale zawsze możesz sięgnać po numerologię i wywróżyć który z nich umrze, a który przeżyje, prawda?". - Tak, chyba - przytaknał niepewnie. - Bywa różnie, ale ja sam jeszcze nie zaprojektowałem niczego, co zwaliłoby się komuś na głowę. - No bo przecież istniały takie przypadki! Nieliczne, ale istniały. Sherrie miał jednak to szczęście, że, mimo swoich licznych wad i słabości, tworzył projekty dokładnie przemyślane pod względem bezpieczeństwa. - Różnie. - Wzruszył delikatnie ramionami, jakby temat jego zajęcia nie był na tyle ważny, aby go omawiać. - Zazwyczaj domy, ale czasami trafiaja się ciekawsze rzeczy. - Na jego usta ponownie wpłynał uśmiech. - Raz poproszono mnie, żebym zrobił projekt innowacyjnej budki z kebabem. W kształcie kebaba. - No cóż, kiedy po raz pierwszy usłyszał ten pomysł, nie było mu do śmiechu, ale teraz, po latach, z uśmiechem wspominał tworzenie tego obiektu. Zawsze jakaś odmiana.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 7