Poprzedni temat «» Następny temat
Ścieżka
Autor Wiadomość
Brentwood


Wysłany: 2017-06-23, 21:02   Ścieżka
  

  
Brentwood

  
your favourite place on earth


[Profil]
 
 
Jacqueline Davis



Wysłany: 2017-08-01, 15:59   
  

  
Jackie Davis

  
x


Zacznijmy od tego, że Jackie obiecała Woodill, że spróbuje porozmawiać z jej synem odnośnie jego niepoprawnego zachowania. Widać było, że dzieciak daje matce w porzadku w kość i Davis nie mogła już patrzeć na znerwicowana przyjaciółkę. Nie dało się również nie dostrzec zmęczenia na jej twarzy oraz troski, bo przecież chciała dla Aarona jak najlepiej, dlatego Jacks postanowiła wziać sprawy w swoje ręce. Czy była była wzorem do naśladowania? Nie. Czy można była stawiać ja za przykład? Oczywiście, że nie. Zawsze mogła jednak przekonać Młodego, że jak nie zacznie zachowywać się po ludzku, to skończy tak, jak ona, wszak już w jego wieku miała niezłe zadatki na małoletniego alkoholika i buntowała się równie mocno i zawzięcie. Tyle, że jej rodzice nie byli dobrymi rodzicami, natomiast Ricky, nie dało się ukryć, była świetna matka. Chłopak chyba nie zdawał sobie sprawy, jak ciężko było połaczyć wychowanie dzieci z praca. I to nie byle jaka praca, przecież Woodill z zawodu była chirurgiem.
Dowiedziawszy się, że Młodemu zdarzało się przechadzać po parku właśnie ta ścieżka (to Davis, zawsze musiała mieć gdzieś swoje wtyki i dla niej nie istniały sposoby niemożliwe), usiadła na oparciu jednej z ławek, które zamieszczone były przy drodze. Bardzo powoli, bo nigdzie jej się nie śpieszyło, wygrzebała z kieszeni dżinsów paczkę papierosów, która obróciła w dłoniach. Pewne nawyki siostry Davis wyssały z mlekiem matki i przejęły wraz z krwia ojca. Obracanie przedmiotów w dłoniach - w tym szklaneczek z alkoholem i pudełeczek z papierosami, wywracanie oczami, nie spuszczanie ślepiów z tych należacych do rozmówcy, krzyżowanie rak na piersiach, cmokanie w powietrzu. Niby zwykłe gesty, ale jakże znaczace i charakterystyczne. W każdym razie, Jackie miała nadzieję, że i tego dość pochmurnego popołudnia Aaron pokaże się w parku. Gdyby tak się nie stało, Davis byłaby wściekła i chyba trochę rozczarowana swoja nieudana intryga.
[Profil]
 
 
Aaron Woodill
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-01, 22:00   

/po śniadaniu z mamusia
Poczatkowo planował wrócić do pokoju w końcu się wyspać, ale ostatecznie skierował kroki w stronę wyjścia. Nie zapomniał trzasnać drzwiami, aby Ricky nie miała watpliwości, że nie ma go w domu. Czasem nie wiedział o co jej chodziło, nie żeby próbował ja w jakimkolwiek stopniu zrozumieć. Nie od kiedy został z nia, a z Loise miał rzadszy kontakt. Czasem żałował, że po prostu nie oddała go do domu dziecka. Tam przynajmniej nikt nie zrzędziłby mu na głowa. Nie sprawdzał, ani nie próbował kontrolować. Czasami robił coś tylko po to, aby zobaczyć gdzie jest granica, której nie może przekroczyć. Czekał na to, aż Ricky w końcu wybuchnie i powie, że żałuje. Żałuje tego, że wtedy adoptowały właśnie jego. Nie miał pojęcia jak daleko się od tego znajduje, ale nie przestawał w testowaniu jej na każdym kroku. Ostatnio była to jedna z jego ulubionych rozrywek.
Tak naprawdę nie szedł w żadne konkretne miejsce. Pogoda nie była słoneczna, ale to w niczym nie przeszkadzało. Gdyby zaczęło padać, ani trochę by się tym nie przejał. Nadal był głodny, bo śniadania nie tknał. Teraz żałował, ale mówi się trudno i żyje dalej. Gdyby nie był taki uparty w robieniu Ricky na złość, spacerowałby z pełnym żoładkiem. Teraz jedynie mógł kupić sobie sucha bułkę i tak właśnie zrobił zanim wszedł do parku. Odrywał po kawałku i jadł powoli nie zastanawiajac się nad tym gdzie niosa go nogi. Jackie zobaczył z daleka i przez moment chciał zawrócić, ale uznał ostatecznie, że to głupie. Nie pytajac czy może nie czeka na kogoś, zajał miejsce obok niej.
- Poczęstujesz? - spytał zamiast powitania zerkajac wymownie na paczkę, która nieprzerwanie obracała w rękach. Nie ciagnęło go specjalnie do palenia, ale Ricky denerwowała się kiedy wracał do domu śmierdzacy dymem papierosowym. To przeważało szalę.
 
 
Jacqueline Davis



Wysłany: 2017-08-02, 09:22   
  

  
Jackie Davis

  
x


Właśnie wpuszczała do płuc porzadna dawkę nikotyny, kiedy na horyzoncie dostrzegła Aarona. Przez moment chłopak wygladał tak, jakby chciał się wycofać, ale nic takiego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie, podszedł bliżej, aż ostatecznie zajał miejsce na oparciu ławki, tuż obok Jackie, która nawet na niego nie spojrzała. Dopiero, kiedy ten wspomniał o możliwości poczęstowania papierosem, Davis łypnęła na niego spode łba.
- Nie przypominam sobie, żebyś był pełnoletni - zauważyła, zreszta całkiem słusznie. Gdyby Woodill dowiedziała się, że rozdaje Młodemu fajki, to na pewno nie byłaby zachwycona tym faktem. Mało tego, pewnie Jackie oberwałoby się po głowie za takie wybryki. Pewnie, gdyby to zależało od niej, nie widziałaby problemu, żeby dać chłopakowi jednego papierosa. Nikomu przenigdy nie żałowała fajek, ale, cholera, tutaj chodziła o dzieciaka Ricky. - Matka powyrywa sobie przez ciebie włosy - odezwała się po chwili milczenia, po czym wypuściła dym kacikiem ust. Davis pamiętała Aarona jako grzecznego, młodego chłopaczka. Ostatni raz widzieli się, gdy ten miał czternaście lat, pomijajac wszelkie rozmowy na skype, gdzie w tle można było dostrzec Młodego. Do tego dochodziły oczywiście zdjęcia, na których widniały buźki dzieciaków, i które regularnie podsyłała jej Woodill. Co do samej Ricky... Rzeczywiście wygladała tak, jakby syn mocno dawał jej w kość. Miała naprawdę stresujaca pracę, a do tego dochodziła jeszcze opieka nad czterolatka i wychowanie nastolatka. Nic przyjemnego, Jacks w ogóle jej tego nie zazdrościła. Dlatego sama zrezygnowała ze spotkań z córka, a właściwie nie chciała mieć z nia nic wspólnego. Nie byłaby dobra matka, zupełnie nie nadawała się do tej roli. Nie była też odpowiednia osoba, żeby umoralniać, a jednak właśnie to robiła. Obiecała. A Davisowie zawsze dotrzymywali danego słowa, choć było to przyćmiewane przez intrygi, zawiść i chęć zawładnięcia światem. Tak, panie i panowie, Jacqueline Davis posiadała w sobie zalażki dobrych cech. No kto by pomyślał, prawda? Żeby nie było tak uroczo, to nie zapominajmy, że Jackie czyniła swoja powinność wyłacznie ze względu na tę dziwna formę relacji, jaka łaczyła ja z Ricky. Niegdyś pojęcie przyjaźni było jej całkiem obce i nieznane, a potem pojawiła się taka Woodill i wszystko się zmieniło.
[Profil]
 
 
Aaron Woodill
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-02, 10:02   

Systematycznie odrywał kawałki bułki i zajadał w najlepsze. Naleśniki były lepsza opcja, ale teraz już wolał nie myśleć o tym, że w domu było pyszne śniadanko. Czasem robienie na złość Ricky kończyło się tym, że sam cierpiał. Coś za coś. Sam godził się na to i nie narzekał na własna głupotę. Tak jak w tym przypadku.
- To tylko kilka miesięcy… Nigdy nie miałaś kija w tyłku jak Ricky - zauważył, niby od niechcenia. Nie pamiętał kiedy ostatni raz widział się z Jackie czy kiedy ostatnio u nich była. Nie zmieniła się na tyle żeby nie mógł jej nie poznać. Zawsze uważał, że jest o wiele bardziej wyluzowana od mamy, ale widać nie w tym przypadku. Przecież nie powiedziałby Ricky, że to z Jackie palił, więc zupełnie nie rozumiał jej jakichkolwiek oporów przed daniem mu jednego papierosa. Na więcej i tak nie będzie miał ochoty, a chwila palenia go nie zabije.
Wywrócił oczami i milczał dłuższa chwilę. Nie chciał żadnej umoralniajacej rozmowy, ale właściwie sam na nia przystał, przysiadajac się zamiast zmieniajac kierunek. Mógł się tego spodziewać i uciec póki była ku temu okazja.
- Gorsze rzeczy przydarzaja się w życiu. I nie przesadzaj. Wyglada całkiem nieźle - wepchnał ostatni kawałek do ust i powoli przeżuwał. Może gdyby nie był zajęty tylko soba i tym jak jest mu źle zauważałby więcej. Ricky na pewno było ciężko, a on zamiast jej pomagać dokładał tylko więcej kłopotów z czego nie robił sobie żadnych wyrzutów. Najlepiej byłoby gdyby się wyprowadził, zaczał życie bez niej. Oznaczałoby to jednak, że zniknałby z życia Izzie, a tego nie chciał. Chodziło też o to, że nie miał pieniędzy i watpił czy Loise przyjęłaby ten pomysł z aprobata. Koniecznie musiał znaleźć jakaś pracę, choćby dorywcza, aby zaczać odkładać pieniadze. Skoro tak mocno chciał zamieszkać sam to wiazało się to z dużymi wydatkami. Serio, powinien zaczać myśleć trochę w przód, bo inaczej obudzi się za późno i będzie mógł mieć pretensje tylko do siebie. To już będzie ciężko mu zrzucić na ramiona Ricky - Miałaś strzelić mi umoralniajaca gadkę? To zróbmy tak. Załóżmy, że się ona odbyła, a teraz poczęstuj tym papierosem i spadam.
 
 
Jacqueline Davis



Wysłany: 2017-08-02, 16:30   
  

  
Jackie Davis

  
x


Parsknęła pod nosem śmiechem i spojrzała na chłopaka, ponownie zaciagajac się papierosem. Kiedy zrobił się taki pyskaty?
- Pokaż mi dowód osobisty, to wtedy porozmawiamy - mruknęła, po czym wypuściła dym w przeciwnym kierunku. Bezczelny gówniarz. Co on sobie wyobrażał? Nie z Jackie takie numery, przy niej takie zachowanie nie przejdzie. Może rzeczywiście jeden papieros nie zabiłby go, ale ona nie miała zamiaru przyczyniać się do tego, by sięgał po kolejne fajki. Niech sępi od kogoś, ona chciała mieć czyste sumienie. I tak, robiła to wyłacznie ze względu na Woodill, niech dzieciak nie pochlebia sobie, że niby Davis tak bardzo troszczy się o jego zdrowie. - Myślisz, że praca na pełen etat i zajmowanie się domem to jest jakaś bajka? - zapytała i znów popatrzyła na Aarona, który zajadał się kawałkami bułki. Wygladał tak, jakby nie karmiono go w domu, ale Jackie wiedziała, że nie było to prawda i dzieciakom niczego nigdy nie brakowało, Ricky nie pozwoliłaby na to. - Musisz jej wszystko utrudniać, co? - jej głos brzmiał niczym styczniowa Moskwa, co było totalnie w jej stylu i jeśli Młody cokolwiek pamiętał sprzed tych trzech lat, to z pewnościa musiał być ten zimny ton, którym Davis posługiwała się niezależnie od zaistniałej sytuacji. Oczywiście, że w życiu przytrafiaja się gorsze tragedie. Szkoda tylko, że chłopak nie pamiętał, że jego matka została uprowadzona i torturowana, i prawie straciła możliwość wykonywania ukochanego zawodu. Niestety, wszystko wskazywało na to, że Aaron wyrósł na egoistycznego dupka i trzeba było mu to ukrócić. - Nie, gadka jeszcze się nie odbyła i nie możemy założyć, że się odbyła. Posłuchaj - Jackie pochyliła się w przód, dokładnie w taki sposób, żeby móc spojrzeć gówniarzowi prosto w ślepia. Zupełnie nie przypominały tych woodillowych, ale z jakiej racji miałyby, skoro chłopak nie był genetycznie zwiazany z żadna ze swoich matek. - Jesteś taki hop do przodu, ale nie zapominaj, że to Lloyd cię zostawiła - w tym miejscu Davis miała na myśli Loise, która wyszła z inicjatywa adopcji Aarona. - I to Ricky zajmowała się toba przez te wszystkie lata, kiedy twoja matka jeździła po całej Europie w trasy koncertowe majac cię kompletnie w piździe - to wszystko nie brzmiało zbyt miło i wcale nie miało tak brzmieć. Jacks miała to do siebie, że nie przebierała w słowach i zawsze mówiła to, co myślała. Była pewna siebie, gburowata, oschła i zupełnie upośledzona emocjonalnie, jednak nie mogła pozwolić na to, żeby jej przyjaciółce nerwy szarpał jakiś zbuntowany bachor, któremu poprzewracało się w dupsku.
[Profil]
 
 
Aaron Woodill
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-03, 08:11   

Wywrócił oczami, ale dalej już nie próbował. Zdażył się zorientować, że papierosa od Jackie nie dostanie. Mógł jednak zaczepić chłopaka, którego mijał zaraz po wyjściu ze sklepu. Pewnie okazałby się bardziej skory do poczęstowania jednym papierosem. Teraz zostało mu tylko patrzenie jak ona pali i nie był z tego zbytnio zadowolony. Chociaż z kierunek w jakim zmierzała rozmowa podobał mu się jeszcze mniej.
- Przecież sama przed chwila powiedziałaś, że jestem dzieciakiem, więc co ja mogę wiedzieć? - wzruszył niedbale ramionami, zupełnie nie przejmujac się tym co właśnie robił. Nie chciał pokazać Jackie, że słowa, które do niego kierowała robia na nim jakiekolwiek wrażenie. Ton jej głosu również starał się zignorować, ale nie było to już takie proste. Niemniej starał się z całych sił, aby przypadkiem nie pokazać, że gdzieś tam głęboko zdawał sobie z tego sprawę - Wszystko? Bez zajaknięcia zmieniam swoje plany kiedy trzeba, żeby zajać się Izzie, kiedy ona znów się spóźnia milion godzin, bo przecież szpital najważniejszy - no może nie do końca tak było. Czasem miał dość szczególnie kiedy czekał, aż Ricky wróci ze szpitala, bo miał plany, które chciał zrealizować. Po całym dniu siedzenia z siostra to normalne, że chciał wyjść do znajomych, ale niestety nie raz i nie dwa okazywało się, że dla niej ważniejsza była praca - Może następnym razem zabiorę mała ze soba albo zostawię ja sama - zaczał się głośno zastanawiać na takim rozwiazaniem. Oczywistym było dla niego, że nic z tych rzeczy nie wchodził w grę, ale skoro słuchał głupiego gadania Davis to nie zostanie jej dłużny.
Zacisnał dłonie w pięści, ostatnim czego chciał było słuchanie o Loise takich rzeczy. Nie wierzył w ani jedno słowo, które pod adresem matki padło z ust Jackie. Przygryzł wargę i był gotowy ugryźć się w język, aby nie dać wciagnać się w rozmowę, której wcale nie chciał prowadzić. Nie z Jackie. Nie z nikim. Starał się wyrzucić te słowa z głowy, ale teraz trudno mu będzie się ich pozbyć. Jeżeli kiedykolwiek myślał o Davis w kategorii ‘fajna ciocia’ to poszło to daleko w niepamięć. Zaraz rozluźnił nie chcac dać jej więcej satysfakcji. Niech sobie mówi co chce, on wiedział swoje i to było najważniejsze. Nie sadził, aby było to coś więcej niż gadanie dla gadania, a złośliwy głos, który zaczał nieprzyjemnie świdrować z tyłu głosy postanowił stłumić w zarodku.
- Ktoś jej kazał? A może mam być jej wdzięczny za to, że zajmowała się mna? Nikt jej nie zmuszał do tego, a już na pewno nie ja - o ile przemilczał temat Loise, tak o Ricky już nie zamierzał. Skoro tak bardzo było jej źle z tym, że musiała się nim zajmować nic nie stało na przeszkodzie, aby oddała go tam skad go wzięła. Najbardziej żal byłoby mu wtedy, że mógłby więcej nie zobaczyć Izzie, bo z reszta jakoś przeszedłby do porzadku dziennego - Jeszcze dajmy jej medal za to co robi. Taki ogromy, żeby każdy widział jaka jest ona wspaniała.
 
 
Jacqueline Davis



Wysłany: 2017-08-03, 15:43   
  

  
Jackie Davis

  
x


A jednak ten małoletni dupek nie był taki głupi i pojał w końcu, że od Jackie papierosa nie dostanie. Ani teraz, ani później. Ani nigdy. Sama dopaliła fajkę i pstryknęła niedopałkiem przed siebie, jak to miała w zwyczaju.
- Ricky pracuje, żeby tobie i twojej siostrze niczego nie brakowało - niewdzięczny gówniarzu, miała ochotę dodać, ale w ostatniej chwili powstrzymała się od tych kilku dodatkowych słów. Nie siedziała tutaj, żeby ubliżać Młodemu, chociaż pewnie trochę nieudolnie jej to wychodziło. Zupełnie jak przemawianie mu do rozsadku. Jackie - mistrz nauki moresu. - Tyle trudności sprawia ci zajęcie się Izzie? - prychnęła pogardliwie, bo nie wierzyła, że obecny facet Woodill nie pomagał jej, kiedy nie miał dyżuru. Bycie lekarzem wymagało wiele poświęceń i to trochę słabe, że Ricky i jej partner nie mogli jakoś wybitnie liczyć na wsparcie starszego syna. Dobra, może ten fagas nie był jego ojcem, ale Woodill w dokumentach widniała jako pełnoprawny opiekun chłopaka. - Jeżeli kilka razy nie wyjdziesz z kumplami na piwo, to korona ci z głowy nie spadnie, naprawdę - w głosie Davis dało się wyczuć kpinę, z której w ogóle nie miała zamiaru ukrywać. Myślała, że Aaron miał trochę więcej oleju w głowie, ale okazało się, że chyba niekoniecznie. Był zraniony i oszukany, do czego przyczyniły się wszystkie niedotrzymane obietnice przez Loise i miał pełne prawo, żeby tak się czuć. Ale powinien docenić fakt, że jego druga matka była, chciała o niego dbać i zapewnić mu godna przyszłość. Nie planowała porzucić go na pastwę losu i kiedy jej żona wolała oddać się w całości karierze muzyka, Woodill nawet przez chwilę nie pomyślała o tym, żeby zrezygnować z Aarona. Loise tak zrobiła, zrezygnowała z niego, z Izzie, a rodzinne życie przestało mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. Nie mogła zrekompensować swojej nieobecności odwiedzinami kilka razy w roku i drogimi prezentami. To tak nie działało, nawet Jackie o tym wiedziała. - Nie musisz być jej za nic wdzięczny. Ale jakoś nie masz skrupułów, żeby mieszkać pod jej dachem, bo ci tam wygodnie, co? - zapytała zadziornie, a widzac, że chłopak zaciska palce w pieści, pokręciła głowa i sięgnęła po kolejnego papierosa. - Doceń, że ktoś sprawia, żebyś miał fajne życie, dzieciaku - przystawiła płomień zapalniczki do końcówki fajki i popieściła płuca nikotynowym dymem. Nie wiedziała, co się stało z tym dobrym, zawsze skorym do pomocy chłopcem. Nastolatki buntowały się i to było normalne, każdy rodzic przez to przechodził, ale biorac pod uwagę sytuację w jakiej znajdowali się Woodillowie, Aaron powinien szybciej dorosnać i nie zachowywać się jak rozhisteryzowana, zasmarkana małolata w podartych rajstopkach. Ricky bardzo przeżyła rozstanie z Loise, a wcześniej, gdy ja uprowadzono, prawie straciła możliwość wykonywania pracy ze względu na połamane, wręcz zmiażdżone palce, więc Młody naprawdę mógłby okazać odrobinę zrozumienia.
[Profil]
 
 
Aaron Woodill
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-04, 11:16   

Widać był niewdzięcznym gówniarzem, który nie potrafił docenić tego co miał. Nie żeby się przejmował. Tłumił w zalażku każda taka myśl. Przez pierwsze lata życia nauczył się, że jest dla innych tylko ciężarem. Matkę zabił, ojciec go zostawił, a ciotka była ostatnia osoba, która nadawała się do wychowania dziecka. Nie interesowało jej nic, a kiedy w końcu podjęła decyzję o oddaniu go, przyjał to jak wszystko inne. Z obojętnościa, bo emocje do rodziny wypalił się dużo wcześniej.
- Tak, jest wspaniała osoba. Najwspanialsza, ale nie będę bił jej pokłonów - kpił i ani myślał przestać. Denerwowało go, że to z nia został. Obwiniał ja o rozstanie z Loise, każdego dnia odkad mama ich zostawiła. Nie przyjmował do wiadomości, że prawda była inna. Dla niego wszystko był jasne, a wszelkie próby przemówienia mu do rozsadku spełzały na niczym. Nie żeby Ricky próbowała oczerniać była małżonkę, a nawet jeśli to robiła to z dala od uszu Aarona. Nawet po rozwodzie nie słyszał, aby źle się o niej wypowiadała. Inaczej byłby jeszcze gorszy niż teraz.
- W ogóle nie słuchasz tego co mówię, nie żeby to była dla mnie jakaś nowość. Przechodzę przez to każdego dnia z Ricky. Czy powiedziałem, że sprawia mi to trudność? Kocham Izzie, jest wspaniała i nie chodzi tutaj o mała. Tylko o to, że Ricky nie dotrzymuje słowa i szpital jest dla niej ważniejszy - może teraz do Jackie dotra jego słowa, a jeżeli nie to przestanie na darmo strzępić język. Cała ta rozmowa zaczynała być ponad jego siły. Cała noc spędził ze znajomymi, wrócił do domu i zaraz zaczęła się awantura o wszystko. A jakby mu było mało przechodził jeszcze umoralniajaca gadkę. Był zmęczony i marzył o tym, aby w końcu położyć się spać. Nie wróci jednak za szybko do domu, bo już Ricky zdażyła go uświadomić, że ma wolny dzień. Natknięcie się na nia było ostatnim czego chciał.
- Spoko, już całkiem niedługo. Jeszcze chwila i będzie mogła z czystym sumieniem pozbyć się mnie ze swojego życia - pierw będzie musiał mieć jakieś pieniadze, ale o to zadba. Znajdzie w końcu jakieś zajęcie z którego będzie kasa i wszystko zacznie odkładać. Każde oszczędności mu się przydadza. Właśnie dostał to czego od dawna potrzebował. Kopa, aby w końcu przestać myśleć o tym, aby podjać jakaś pracę, a zaczać to robić. Nawet jeżeli teraz padał na twarz to ani w głowie było mu wrócenie do domu. Przejdzie się po okolicy, bo może okazać się, że kartka na wejściowych drzwiach sklepu była informacja o zatrudnieniu. Aż chciało się powiedzieć dzięki, Jackie.
- Gówno wiesz o moim fajnym życiu - mruknał bardziej do siebie, ale nie był pewny czy zrobił to wystarczajaco cicho.
 
 
Jacqueline Davis



Wysłany: 2017-08-04, 12:42   
  

  
Jackie Davis

  
x


Pewnie gdyby nie fakt, że to był Aaron, Jackie obiłaby temu gówniarzowi pysk. Ratowało go jedynie bycie dzieckiem Woodill, ale w innym wypadku przecież ta rozmowa nie doszłaby do skutku. Jego kpiacy głos wcale nie działał na nia drażniaco, bo przez wszystkie lata nauczyła się ignorować takie zachowania. Pewnie dlatego, że czasem wcale nie była lepsza. I to nie tak, że Jackie trudno było wyprowadzić z równowagi, wręcz przeciwnie - szybko wpadała w złość, ale trzeba było naprawdę zaleźć jej za skórę. Dlatego takie podśmiechujki w wykonaniu Młodego nie robiły na niej żadnego wrażenia.
- Człowieku - zaczęła, wypuszczajac dym kacikiem ust. - Ty słyszysz, ale nie słuchasz. Myślałam, że masz trochę więcej oleju w tej swojej łepetynie - teatralnie wywróciła oczami; z tym chłopakiem rozmawiało się naprawdę strasznie opornie, jakby człowiek dosłownie rzucał grochem o ścianę. - W ogóle zdajesz sobie sprawę, na czym polega jej rola szpitalu? Twoja matka nie siedzi tam dla własnej przyjemności i codziennie ratuje małych ludzi. I wyobraź sobie, że te nie planuja sobie specjalnie wypadków i chorób, akurat wtedy, kiedy ty musisz wyjść z domu - tak długa wypowiedzia Davis zaskoczyła chyba sama siebie, naprawdę. Rzadko rozgadywała się aż tak i raczej podczas rozmów używała krótkich, zdawkowych zdań. - Myślisz, że ona nie chciałaby spędzać z wami więcej czasu? Albo przynajmniej z Izzie, skoro ty masz ja w dupie? Dobrze wiesz, że wiele razy musi zostawiać twoja siostrę w szpitalnym żłobku, bo ty masz swoje sprawy - warknęła z naciskiem na ostatnie słowo. Niech lepiej Aaron przestanie już prawić swoje wielkie madrości o tym, że szpital był dla Ricky najważniejszy, bo to brzmiało po prostu śmiesznie. Musiała zostawać po godzinach zawsze wtedy, kiedy na stół operacyjny ladował jakiś dzieciak. Brentwood nie był dużym miastem, to szpital miał dość uboga obsadę. Zreszta, gdyby Woodill postawiła karierę na pierwszym planie, to oboje - i Izzie, i Aaron - wyladowaliby w domu dziecka. I naprawdę mieli dużo szczęścia, że ich druga matka miała znacznie więcej serca i rozumu. - Rób co chcesz - wzruszyła niedbale ramionami. - Może gówno wiem o twoim fajnym życiu, ale wiem jedno - Loise zostawiła cię mimo obietnic, że nigdy tego nie zrobi. Oby to dało ci do myślenia, która z twoich matek jest ta najgorsza, niewyrozumiała i nazbyt troskliwa - tym razem to w jej głosie dało się wyczuć duża, zamierzona ironię. Właśnie po tych słowach, Jackie ponownie przycisnęła papierosa do ust i spojrzała na chłopaka, który jeszcze przed momentem mruczał pod nosem, co Davis doskonale wychwyciła.
[Profil]
 
 
Aaron Woodill
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-05, 12:36   

Słuchał, a tak naprawdę wpuszczał jednym uchem, a wypuszczał drugim. Opanował to niemal do perfekcji przy Ricky i teraz też postawił na taka taktykę. Gdyby zaśmiecał sobie głowę wszystkimi tymi słowami na temat tego jakim niewdzięcznym jest dzieciakiem dnia by mu nie starczyło, aby to przemyśleć. Miał zreszta przyjemniejsze rzeczy do robienia niż roztrzasanie tego dlaczego buntuje się przeciwko matce, która została przy nim, a przecież mogła oddać. Wiadomo było, że miał żal, który szybko przerodził się w złość z która nie umiał sobie poradzić. Nie wybuchnał raz a porzadnie, dawał mu ujście każdego dnia po trochu w mniejszym lub większym stopniu. Ricky była osoba, która wiedział, że będzie przy nim niezależnie od tego jak się zachowa i co zrobi. Dlatego prowokował chcac w końcu przegiać. Postawić na swoim i pokazać, że jest jak wszyscy. Nie ważne jak było to głupie.
- Nie powinnaś dawać mi przykładu? Jesteś starsza, madrzejsza i więcej przeżyłaś? - spytał się spogladajac na nia tylko katem oka, wolał unikać z nia kontaktu wzrokowego. Jeszcze skończyłby marnie jak przy spotkaniu z bazyliszkiem. Nawet zaczał podejrzewać, że spotkanie z taka bestia byłoby o niebo przyjemniejsze - Tak, tak małe biedne istoty… - wywrócił oczami, bo za każdym razem jak słyszał ta sama gadkę to mu się zbierało na wymioty. Nie chodziło o to, że miał w dupie losy tych dzieci, tylko o to, że zaczynał brać to za wymówkę dla wszystkiego - No i znów wracamy do tego jak jestem niewdzięczny za to, że trzyma mnie pod swoim dachem choć wcale nie musi. Przemów jej do rozumu, żeby mnie wyjebała na zbity pysk, a wszystkim będzie się żyło lepiej. Nie ona pierwsza i nie ostatnia, więc bez różnicy - zaproponował bez żadnych emocji, zupełnie jakby komentował wczorajsza pogodę. Nawet nie wzruszył ramionami jakby to wszystko i tak było bez znaczenia.
Wpatrywał się przed siebie i drgnał w momencie kiedy znów usłyszał imię mamy. Dalej obiecywał sobie, że nie da się wciagnać w gadkę o niej, a wszystkie te rzeczy, które Jackie powiedziała wyrzuci z głowy. Zapomni, a nawet uda, że ich nie słyszał jeżeli będzie musiał.
- Odpierdol się od Loise - powiedział przez zaciśnięte zęby, jakby miało to pomóc w tym, że będzie później milczał i nic więcej nie doda. Nie wiedział kiedy zacisnał pięści tak mocno, że paznokcie boleśnie wbijał w dłoń, ale to ten ból pozwolił mu zachować trzeźwość umysłu. Nie da się sprowokować, odwrócił głowę w stronę Jackie i czekał na więcej, bo czuł, że miała jeszcze coś do powiedzenia.
 
 
Jacqueline Davis



Wysłany: 2017-08-06, 22:16   
  

  
Jackie Davis

  
x


Gdyby to Jackie była matka Aarona, walnęłaby go w ten pusty, rozczochrany łeb i zrobiła wszystko na swój sposób, żeby chłopak chodził jak w zegarku. Ale nie była nawet jego prawdziwa ciotka, tylko przyszywana. Wprawdzie Woodill również nie była biologiczna matka chłopaka, ale miała większe prawa niżeli siedzaca na oparciu ławki brunetka. Tyle, że próbowała wychować go łagodna, a może takie dzieciaki trzeba trzymać krótko, bo rozbestwia się za bardzo i będa wchodzić opiekunom na głowę.
- Właśnie daję ci przykład - mruknęła i cisnęła kolejny niedopałek przed siebie. - Nie chciałbyś być taki jak ja, więc zrób coś ze swoim życiem i nie rób sobie w matce wroga - spojrzała na chłopaka spode łba. Jackie zmarnowała swój najlepszy czas i ostatecznie nie osiagnęła nic, z czego mogłaby być dumna. A mogła przecież być kimś. Boże, ileż to razy w myślach osiagała wszystko? I faktycznie może Aaron miał ta świadomość, że Ricky będzie dla niego zawsze, bez względu na podjęte decyzje, ale musiał wziać pod uwagę, że takie zachowania bardzo psuły relacje i stosunki rodzinne. Natomiast ona widziała, jak chłopak reaguje na wzmiankę o drugiej matce. O kobiecie, która zaadoptowała go, robiac mu nadzieję na dom i szczęście, i która ostatecznie zostawiła go na pastwę losu, bo kariera okazała się być ważniejsza. To zabawne, bo podobno Ricky stawiała pracę na pierwszym miejscu. - Bo co? - zapytała i zmrużyła oczy. Miał zamiar ja uderzyć za to, że wspominała o Loise. Powyzywać ja? Uciec? Tupnać nóżka niczym rozhisteryzowana smarkula w podartych rajstopkach? Wzrok Jackie był prowokujacy, jakby wyczekiwała reakcji swojego młodego towarzysza. No dalej, Młody, pokaż pazurki. Chciała zobaczyć jakiś zaskakujacy zwrot akcji. Coś, co przyprawi ja w jakieś zdumienie, którego i tak nikt nie zdołałby wyczytać na jej twarzy. Coś, co będzie kumulacja wszystkich emocji Aarona, chociaż nie spodziewała się, że chłopak wybuchnie. Chciała wzbudzić w nim mieszane uczucia, dać pstryczka w nos i sprawić, żeby zaczał w końcu myśleć. Myśleć, ale nie tylko o sobie, ale o ludziach, którzy troszczyli się o niego. Czy Davis była jednym z nich? Zapewne, chociaż kompletnie nie potrafiła tego pokazać.
[Profil]
 
 
Aaron Woodill
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-07, 18:32   

Może gdyby Loise nie odeszła wszystko potoczyłoby się inaczej. Byłby nastolatkiem, który sprawia problemy rodzicom, ale ostatecznie ze spuszczona głowa przychodzi przeprosić. Który jest wdzięczny za to co ma i stara się to doceniać, a nie we wszystkim doszukuje się złych intencji i z obojętnościa mówi o tym, że nie kazał się zabierać z domu dziecka. Nie było powiedziane, że tak właśnie by było, ale wolał zrzucać obecny stan rzeczy na Ricky. Wpierać jej bez końca, że wszystko jest jej wina i to on jest najbardziej pokrzywdzona ze wszystkich osoba. Tak było prościej niż wysilić się i pomyśleć o czymś więcej niż czubek własnego nosa.
- Skad możesz wiedzieć jaki chcę, a jaki nie chcę być? - nie znała go, ani nie wiedziała co siedzi w jego głowie. Miała obraz, który przedstawiła jej Ricky, a który mógł zupełnie różnić się od tego jak było w rzeczywistości. Wolał jednak o tym nie wspominać, jeszcze przypadkiem nakręciłby Jackie do dalszego gadania, a tego nie chciał robić. Mógł robić co mu się żywnie podobało, a Davis nic do tego. Mogła być sobie przyjaciółka Ricky, ale na tym jej rola powinna się kończyć. Jak tak bardzo chciała jej pomóc, mogła zajać się Izzie, a nie strzelać mu umoralniajace gadki, które do niczego nie prowadziły. Nie sadził, aby cokolwiek z tego wyniósł i tylko dlatego dalej tutaj siedział. Nie ważne co usłyszy nie zmieni swojego zachowania w stosunku do matki, która została przy nim. Powiódł wzorkiem na niedopałkiem i przygryzł wargę w zamyśleniu. Szybko jednak potrzasnał głowa, bo myśli jakie zaczynały do niej spływać były niepokojace.
- Bo to nie twoja sprawa - powiedział na pozór spokojnie, ale dłonie zaciskał coraz mocniej. Nie miał zamiaru krzyczeć, ani tupać nóżka. Już i tak za bardzo pokazał, że ten temat jest dla niego wrażliwy. Przy Ricky się nie krępował i rozkręcał awanturę z krzykami w ciagu sekundy, ale teraz nie zamierzał. Davis na pewno nie przejęłaby się tym wcale, a jedynie dokładała kolejne szpile, które mocno mu wbite za jakiś czas zmusiłby go do przemyśleń. Przezornie odwrócił spojrzenie, bo czuł, że na wspomnienie Loise robi się niebezpiecznie mokre. Jeszcze tego brakowało, aby Davis i to wykorzystała przeciwko niemu. Nie ważne jak daleko jego ton był od krzyczenia, mowa ciała zdradzała o wiele więcej . Zaczał się kręcić szukajac wygodniejszej pozycji, ale na próżno - Pozdrów ode mnie Ricky - wstał z miejsca i ruszył przed siebie.
 
 
Jacqueline Davis



Wysłany: 2017-08-08, 13:09   
  

  
Jackie Davis

  
x


Gdyby Jackie faktycznie zauważyła, że Młodemu napływaja do oczu łzy, zapewne nie zagwarantowałaby żadnej taryfy ulgowej. Nie lubiła ludzkich łez, które były oznaka słabości i sprawiała, że człowiek stawał się miękki. Ona sama płakała ostatnio... Chyba zapomniała. Naprawdę dawno temu. Ostatnim razem w szpitalu, kiedy Woodill trafiła tam po porwaniu i wygladała co najmniej okropnie. Właśnie wtedy w Davis coś pękło i chociaż trwało to zaledwie chwilę, to uroniła niezauważalnie kilka łez. Nie miała pojęcia, czy poza nimi ktokolwiek to widział, jednak żadna z nich nie wracała później do tej niecodziennej, dość dziwacznej sytuacji.
- Badź po prostu dobry - powiedziała, obserwujac wszystkie jego reakcje. Nie chciała sprawić mu przykrości, chciała tylko zmusić go do myślenia. Powinien wziać się w garść, jego matka miała z nim urwanie głowy i chłopak potrafił naprawdę zaleźć jej za skórę. Jackie wkurzała się na niego, że nie potrafi zrozumieć, że zamiast ułatwiać, to Aaron wszystko utrudniał Ricky. I o wszystko przez ta pieprzona Loise Lloyd. Obserwowała, jak chłopak wstaje z oparcia ławki i oddala się powolnym krokiem. - Hej, Młody! - zawołała za nim i sama zeskoczyła z miejsca, w którym siedziała, żeby następnie wyciagnać z kieszeni paczkę fajek i dogonić chłopaka. Bez zbędnych słów wystawiła pudełeczko w stronę Aarona i zerknęła na niego wyczekujaco. Nie była zła ciotka,a przynajmniej nie chciała na taka uchodzić. Pragnęła dla Woodillów jak najlepiej, dla całej ich rodziny, łacznie z nowym facetem Ricky, który podobno troszczył się o cała trójkę i był wspaniały dla pani doktor. A przynajmniej tak mówiła, jednak gdyby było inaczej, Jacks bez wahania ukręciłaby mu jaja. Na szczęście nie musiała tego robić. A dlaczego postanowiła poczęstować Aarona papierosem? Cóż, najwyraźniej stwierdziła, że jedna fajka mu nie zaszkodzi, a Woodill nie musiała o niczym wiedzieć. No dobra, nie było to zbyt rozsadne i odpowiedzialne, z pewnościa ciotki powinny dawać inny przykład, nawet jeśli były tylko przyszywanymi ciotkami, ale nie oszukujmy się, Davis nie była wzorem idealnego członka rodziny i nic nie zapowiadało, że kiedykolwiek to się zmieni.
[Profil]
 
 
Aaron Woodill
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-09, 13:54   

Nienawidził tych chwil słabości mocno i kiedy go dopadały chciał być sam. Jeżeli już miał robić coś tak kompromitujacego to lepiej, żeby nikt inny tego nie widział. Łzy innych uznawał za największe przekleństwo, bo nigdy nie wiedział jak się zachować, co zrobić, ani czy w ogóle w jakikolwiek sposób zareagować. Było mu to obce i zazwyczaj reagował dalece od tego jak powinien. Na szczęście szybko mu przeszło jak poczuł na policzkach mocniejszy powiew wiatru. To wystarczyło, aby ustawić go do pionu i dobrze.
Nie sadził, że usłyszy takie proste zdanie, które pewnie wróci do niego niedługo i zmusi do przemyśleń. Niby nie niosło ze soba niczego konkretnego, ale pozostawał w głowie. Pewnie i tak przekona się o tym za jakiś czas, więc na razie pozostawił to za soba.
Chciał znaleźć się gdzieś… Sam nie wiedział tak naprawdę dokad zmierzał. Do domu nie wróci przez najbliższy czas. Po porannej kłótni z Ricky nie miał na to najmniejszej ochoty. Wyciagał telefon, aby odezwać się do któregoś z kumpli jak usłyszał jeszcze wołanie Jackie. Spiał się mimowolnie spodziewajac się najgorszego. Był pewny, że zaraz usłyszy dalsze oszczerstwa w kierunku Loise. Mógłby postawić na to wszystko co miał w kieszeniach. Więc kiedy się odwrócił i zobaczył wyciagnięta w swoi kierunku paczkę uniósł w górę brew, ale o nic nie zapytał.
- Dzięki - powiedział już z papierosem między wargami kiedy to szukał po kieszeniach zapalniczki. Wydobył ja w końcu i z przyjemnościa zaciagnał się dymem, który wdarł mu się w płuca. Uniósł rękę na znak pożegnania i wrócił do dalszej wędrówki prze siebie.
/zt x2
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 7