Poprzedni temat «» Następny temat
Ławka przy jeziorze
Autor Wiadomość
Jacqueline Davis

Wysłany: 2017-07-17, 21:27   
  

  
Jackie Davis

  
x


Z poczatku do Brentwood przywiała ja ucieczka od rodziców, którzy nie potrafili zaakceptować jej biseksualności. Chciała udowodnić im, że potrafi sama świetnie sobie radzić i że nikt nie będzie decydował o jej życiu. Potem znalazła stałe zatrudnienie w jednej z kawiarni, zaczęła studia, dostała miejsce w drużynie piłkarskiej, poznała Coyle. Miała wszystko, chyba była nawet szczęśliwa, a potem wszystko równie szybko straciła i pozostała z niczym. Od poczatku wiedziała, że zwiazek, w którym wypruwała sobie żyły, był zwykłym błędem. Ona i Coyle nigdy nie powinny się wiazać, bo były zbyt toksyczne i niszczyły wszystko wokół, łacznie ze soba nawzajem.
- Nie wiem jak ty to robisz - Jackie obróciła butelkę z piwem w dłoniach. A może to była puszka? Nieistotne. - Nie rozumiem, dlaczego jeszcze stad nie wyjechałaś, przecież mogłabyś pracować w każdym innym szpitalu na Wyspach - no tak, skoro Woodill miała podobnie i również miała z tym miejscem zbyt wiele bolesnych wspomnień, nie powinna tutaj tkwić, to nie było wskazane. Co z tego, że być może dzieci był zwiazane z miastem, miały tutaj znajomych, ale to dzieciaki, one potrafia zaaklimatyzować się wszędzie. Pewnie fagas Ricky także nie miałby problemu z przeprowadzka. A mieszkanie tutaj, życie w Brentwood było niczym czysty masochizm, jak kara dla, już wystarczajaco, umęczonej duszy. - Ale w sumie to nie moja sprawa - w tym miejscu Davis wzruszyła ramionami. Jasne, że to była jej sprawa, Woodill była jej sprawa, ale ona również nie miała zamiaru podważać jej decyzji. - Nie wiem, kiedy wrócimy do Denver. April coś pieprzyła, że Moore ma na nas jakiegoś haka - Jacks nie wiedziała, co policjantka, a zarazem była małżonka jej siostry chciała uzyskać szantażami, ale jeśli uważała, że siostry Davis pozwola sobie na takie zagrania, to była w wielkim błędzie. Najwyraźniej Moore była większa suka niż można było przypuszczać i chyba nie do końca pogodziła się z rozstaniem, skoro chciała uprzykrzyć Małej życie i władować ja za kratki. Głupia cipa. Nie, Jackie nie miała zamiaru tak tego zostawić i jeśli policjantka rzeczywiście wyda je w sprawie zabójstwa Tristana Marlowa Oxley'a, to brunetka poruszy niebo i ziemię, aby pociagnać Moore za soba na samo dno.
[Profil]
 
 
Ricky Woodill








32

ratuje życia

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, davis, holgate

Wysłany: 2017-07-19, 11:18   
  

  
Ricky Woodill

  
when our feet hurt, we hurt all over


Tak, Brentwood niosło za soba wiele złych wspomnień, bo wszystko co przydarzyło jej się przez ostatnie lata, nieodłacznie wiazało się z tym niewielkim i jakby mogło się wydawać, na pozór spokojnym miasteczkiem. W każdym razie te najpiękniejsze chwile również przeżyła w Brentwood i nie chciała go opuszczać. Czuła się tutaj dobrze, niemal jak w domu, a może nawet i lepiej. Nie wyobrażała sobie też tego jak zachowałby się Aaron, gdyby poinformowała go o przeprowadzce, wystarczajaco mocno przeżywał odejście Loise, a cała wina obarczył Ricky.
- Pewnie masz rację i bez problemu znalazłabym pracę w innym szpitalu, ale... - zrobiła pauzę, aby napić się piwa z butelki, nie z puszki. - Ale tutaj mi dobrze i nie chcę niczego zmieniać. Ucieczka nie zawsze jest najlepszym rozwiazaniem - w ustach Woodill brzmiało to dość nieprawdopodobnie, gdyż to właśnie ona miała w zwyczaju brać nogi za pas, gdy tylko pojawiały się problemy. Jak widać, wydoroślała i prawdopodobnie pomogły jej w tym zarówno dzieci jak i Mike, który od samego poczatku wspierał ja w każdej sytuacji. Na kolejne słowa Davis, szturchnęła ja delikatnie ramieniem, tym samym chowajac wolna od butelki dłoń do kieszeni szarego płaszcza. - To jest twoja sprawa - stwierdziła, zaprzeczajac jej wypowiedzi, podświadomie czujac, że Jackie w pełni się z nia zgadza.
Dłoń, która znalazła się pomiędzy warstwami materiału, zacisnęła się na telefonie komórkowym, który niemal w tym samym czasie zawibrował. Sięgnęła po niego i spojrzała na wyświetlacz, na którym pojawiła się wiadomość od Mike'a. Informował w niej, że gdy znalazł chwilę udał się do jej domu, aby sprawdzić jak radza sobie dzieciaki. Izzie spała, za to Aaron wraz z kolegami upijał się alkoholem. Cholerny dzieciak.
- Aaron miał pilnować Małej, a zamiast tego zrobił zakrapiana posiadówkę - westchnęła głośno, wciskajac telefon z powrotem do kieszeni. Bardziej niż zła czuła się bezsilna, nie miała pojęcia w jaki sposób ma dotrzeć do tego chłopaka i uświadomić mu, że jest kochany, a to że Loise z nimi nie mieszkała, nie oznaczało, że zrezygnowała z niego. - Nie mam do niego siły - dodała, ponownie sięgajac po papierosa. Z tego wszystkiego całkowicie nie zwróciła uwagi na ostatnie słowa Davis, chociaż z pewnościa w ciagu najbliższych dni, badź tygodni będa miały okazję wrócić do tej rozmowy.
_________________




[Profil]
 
 
Jacqueline Davis

Wysłany: 2017-07-20, 09:10   
  

  
Jackie Davis

  
x


Dla Jackie ucieczka była najlepszym rozwiazaniem. Od zawsze tylko uciekała - z Denver przed rodzicami, od tych wszystkich panienek i facetów, którzy wykazywali wobec niej zainteresowanie, od Coyle. Ucieczki były tym, co Davis wychodziło najlepiej. Poza piciem alkoholu, oczywiście, a i w paleniu papierosów była całkiem niezła. Ostatecznie i tak tylko wzruszyła ramionami, nie miała zamiaru ingerować w życie przyjaciółki. Cieszyła się, że przynajmniej to nie ona się potyka, pomimo problemów z Aaronem. Miała dzieciaki, fajnego faceta, spełniała się zawodowo i chyba była w pewnym sensie szczęśliwa. Zaobserwowała jak Woodill wygrzebuje z kieszeni telefon komórkowy i odczytuje smsa - jej mina nie wskazywała na dobre informację.
- A to szczyl - burknęła pod nosem. Ona postępowała tak samo, wielokrotnie zamiast zajać się April, sprowadzała do domu rodziców przeróżne towarzystwo, a Mała, widzac jej zachowanie, potem postępowała tak sama. Idiotyczny okres buntu. - Chodź, zbieramy się, pojadę do ciebie - tylko w taki sposób Davis mogła zaoferować swoja pomoc. Nie wiedziała, czy przyniesie to jakiś skutek, raczej watpiła w to szczerze, ale przynajmniej mogły rozgonić najebane towarzystwo. Spokojnie dopaliły papierosy, Jackie dopiła jeszcze jedno piwo, bo nie chciała, żeby się zmarnowało, po czym opuściły park i udały się do mieszkania Ricky, gdzie trwała zakrapiana imprezy. Davis bez skrupułów pozbyła się niechcianych gości, jednocześnie wdajac się w dyskusję z Młodym, do którego i tak nic nie docierało z racji tego, że chłopak był po prostu pijany. W końcu udało się go przekonać do pójścia do łóżka, Jackie jeszcze chwilę porozmawiała z Woodill, po czym udała się do własnego mieszkania.

/ ztx2
[Profil]
 
 
Malcolm Caulfield
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-01, 13:50   

W parku malowało się dobre. Największy wybór miał jednak tam, gdzie przebywało najwięcej zgromadzonych tłumnie klientów - i za ta możliwość mógłby (gdyby potrafił) podziękować tej drobnej dziewczynie od skrzypiec, grajacej po drugiej stronie jeziora. Nie wiedział, kim była, i nie próbował się tego dowiedzieć. Nie potrzebował tej wiedzy; wystarczyło to, że nauczył się rozpoznawać w tłumie jej długie, krucze włosy i zamyślony wyraz twarzy antycznej wieszczki. Ta wiedza była w porzadku. To, jak wygladała, i to, że zapewniała mu odpowiednia widownię - więcej od niej nie oczekiwał. Przecież i tak nie dawał jej nic w zamian. I dlatego był tu znów, niespiesznie kreślac kontur pejzażu, wsłuchany w znajoma już melodię skrzypiec. Za tę muzykę też mógłby (powinien?) jej podziękować- jednak przecież nie potrafił. Jednak przecież nie chciał. Nie lubił być wdzięczny; królowie przecież nie zwykli kłaniać się poddanym, a jego ignorancja zdażyła zaliczyć ja w poczet tego poddaństwa już w momencie, w którym pojawiła się w Brentwood po raz pierwszy. Nigdy się nim nie zachwycał, nigdy nawet nie zwracał na niego szczególnej uwagi - och, ironio, artysta z wrażliwościa stłumiona, zapita, zabita. Być może zabił ja sam; a może to tylko Anglia i jej popołudniowa nijakość, popołudniowa wojenna szarzyzna, może to one zabiły w nim coś, co przecież powinno żyć. Ale tak było przecież łatwiej. Wziać muzykę za coś, co po prostu mu się należało - należało i już. Nie wnikał w przyczyny. I być może dlatego gdzieś umknał mu koniec skrzypcowego występu i nagle wibrujaca w uszach cisza, która towarzyszyła finalnym już szkicom nowego obrazu.
Kończył kolejny z koszmarów (ten należał do poprzedniej nocy; tym razem na płótnie płonał Londyn, cały fioletowy i zielony, i żółć płomieni, gryzło się, gryzło), kiedy nagle pojawił się zupełnie inny. Koszmar, który na chwilę wytracił z równowagi i jego, i farby. Który zazgrzytał jak pękajace (kości? serca?) sztalugi, i który zabolał jak rozlewajacy się na łopatkach przyszły siniak. Koszmar obrazu, który nagle stał się czerwony, pomarańczowy, niebieski, czarny i istotnie koszmarny. Mężczyzna. Na niego wpadł. Malcolm wydał z siebie cichy warkot, szarpnawszy go za kurtkę i nie silac się na delikatność, za to marszczac brwi w okropnym grymasie bezkresnej złości.
- I co to, Twoim zdaniem, teraz przedstawia? - wycedził przez zęby, ruchem podbródka wskazujac na obraz i próbujac powstrzymać samego siebie przed ciśnięciem w nia cała reszta farb. Spróbował przypomnieć sobie, jak należy oddychać, i odetchnał, raz-dwa-trzy razy. Tyle wystarczyło, żeby mógł się uspokoić i zamienić ogień głosu na lód.
- Dobry alkohol, paczka papierosów i nowa sztaluga. - ocenił chłodno, unoszac do góry jedna brew. - Tyle ten obraz kosztowałby każdego normalnego obywatela. Specjalnie dla Ciebie podbijam stawkę o bukiet kwiatów i nowe farby. - pokręcił głowa, a głos nieznośnie urwał się gdzieś na końcu zdania. Mały objaw wielkiej rozpaczy za straconym dziełem. Szybko jednak powrócił mu rezon, i zmierzył go spojrzeniem jeszcze raz. W końcu królowi nie należało odmawiać.
 
 
Silas Wilson
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-01, 23:11   

Dzień jak co dzień… Nie, ten był inny. Znów wplatał się w coś w czym niekoniecznie chciał uczestniczyć. Ktoś na jego miejscu mógłby żałować podjętych decyzji i uczyć się na błędach, ale nie Silas. Wiadomo było, że jak już wyjdzie na prosta zaraz właduje się w coś podobnego. Ostatnimi miesiacami ciagle żył pod kreska, pieniadze nie mnożyły się po kieszeniach, ani nie rosły w zasięgu ręki. Czuł oddech niektórych na karku, ale póki co nikt nie przestawił mu szczęki, ani nie połamał nóg. Nie sadził w sumie, że narobił sobie aż tyle długów, ale coś mógł przypadkiem wyprzeć z pamięci.
Teraz też szedł okrężna droga, aby przypadkiem nie wpaść na jednego typa. Złamane żebra nadal dawały mu się we znaki, a warga wciaż się nie zagoiła. Przynajmniej nie saczyła się z niej nieprzerwanie krew, tyle dobrego. Nie chodziło o to, że się go bał. Po prostu w tym stanie dostałby wpierdol, a tego wybitnie nie chciał. Nie miał najmniejszych szans w bójce. Nie stanałby oczywiście jak pizda i nadstawiał policzek, ale tym razem mogło skończyć się na tym, że wizyta w szpitalu okazałaby się koniecznościa. Jej również chciał uniknać, więc nadrabianie drogi nie było najgorsze. Nie szedł najszybciej, ale całkiem sprawnie wymijał innych. Nie zwracał uwagi na to co działo się wokół niego i dlatego mocno zdziwił się, że na coś wpadł. Złamane żebra ponownie dały o sobie znać, co skwitował wiazanka przekleństw. Skończył ta jakże barwa wypowiedź i chciał odejść, nie zawracajac sobie głowy jakimś bohomazem, farbami czy chłopakiem. Szarpnięcie uświadomiło mu, że nie będzie to takie proste.
- To co każdy jebany bohomaz. Nic albo gówno, wybieraj - dopiero teraz spojrzał na obraz i przechylił głowę w prawo, następnie w lewo i tak jeszcze kilka razy. Nie chciał przecież urazić wielkiego artysty, więc zgrywał chwilę znawcę - Kolorowe gówno, przynajmniej ożywiłem to coś, więc nie płacz - dziwne, że jeszcze mu nie podziękował. Przecież było za co. Pomógł skończyć obraz i zrobił to w kilka sekund. Oszczędził mu pół dnia machania pędzlem.
- Obciagniesz mi i będziemy kwita - odpowiedział z uśmieszkiem, który nie schodził mu z ust odkad wpadł na niego, a raczej jego obraz. Nie chciało mu się teraz wymyślać niezliczonych rzeczy, które mógłby chcieć. Był o wiele mniej wymagajacy od chłopaka. Widać ludzie bez artystycznej duszy już tak maja. Chca mniej, ale konkretniej.
 
 
Malcolm Caulfield
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-02, 22:22   

Nie przywykł do ludzkiej bezczelności. To on bywał bezczelny. Bezczelny i nieprzyjemny aż do granic, odruchowo, z przyzwyczajenia. Zupełnie tak, jakby ciało reagowało już automatycznie; nie zastanawiał się, nie planował, zachowujac się nieprzyjemnie już za każdym razem. To on był tym, który doprowadzał do płaczu, do krzyku, który potem zbierał ciosy zaciśniętych, drżacych pięści (nie bolały, zbyt dawno już przywykł do bicia) i wysyczane spomiędzy zębów obelgi (też nie bolały, raczej bawiły - nic nie obrażało go równie mocno, jak on sam). Miał bardzo szeroki zakres tolerancji ludzkiego skurwysyństwa - być może dlatego, że sam już dawno osiagnał w nim szczyt, wszelkie objawy poniżej maksimum nie wydawały mu się niczym szczególnie przykrym. Nie miał nic przeciwko pustym słowom i ulicznym bójkom. Miał jednak bardzo dużo przeciwko niszczeniu obrazów, za których miał zarobić krocie, krocie wystarczajace na butelki wina, na paczki papierosów, na luksus spania w ciepłym łóżku obok ciepłej kobiety pachnacej Chanel - a teraz on to zniszczył.
Wszyscy tacy ostatnio byli. Katastrofalni. Pechowi. Niepotrzebni. Nienawidził ich. Był skurwysynem, jednak szarmanckim, dlatego zawahał się o pół sekundy zbyt długo, zbyt długo, by zdażyć go popchnać, przewrócić na ziemię, wdeptać w śliski szary bruk i pozbyć się goracej podskórnej wściekłości. O pół sekundy zbyt długo - dla niego. Dla tego, który po raz pierwszy od długiego czasu odważył się być bezczelny możliwie jeszcze bardziej od niego.
Farba smakowała ciężko i gorzko, piekła w język i osiadała na rzęsach jak groteskowe łzy. Płakał po raz pierwszy być może od dawna - na zielono, na niebiesko i pomarańczowo, jak nieudolny (piękny?) obraz. Pół sekundy zmieniło go w Pabla Picasso - wyjatkowo zdeformowanego. I wyjatkowo wściekłego. Spróbował odetchnać głęboko, zupełnie tak, jakby zaczerpnięty haust świeżego powietrza miał powstrzymać go przed zabójstwem. Dlatego też puścił mimo ucha piskliwe przekomarzanki, próbujac przekonać samego siebie, że wcale, wcale nie było tak źle, i musiał tylko oddychać, i trzymać ręce przy sobie, i nie popychać go, nie wrzucać do jeziora, nie deptać, nie szarpać za włosy. Nie był swoim ojcem. Dlatego zamiast tego przełknał dumę (zemsta lepiej smakowała na chłodno) i zmarszczył czoło z niezadowoleniem. Gdzie te czasy, kiedy pułkownik Wieniawa-Długoszewski przesłał znajomej damie bukiet kwiatów, a w załaczonym liściku napisał: "Szanowna Pani! Zeszłej nocy śniła mi się Pani w taki sposób, że poczułem się zobowiazany." Nie żeby jemu akurat zależało.
- Skad pomysł, że chcę?
 
 
Silas Wilson
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-03, 09:32   

Silas był chamem i zachowywał się prostacko. Nigdy jednak nie przejmował się tym, że mógł sprawić tym komuś przykrość. Zajmowanie się uczuciami innych, było mu obce i nie próbował nawet tego zmienić. Z tego nie wynikało nic dobrego i nie rozumiał dlaczego miałby stawiać się w położeniu innych. To było tak nienaturalne, że nie godził się na to nigdy. Na miejscu chłopaka pięściami tłumaczyłby samemu sobie dlaczego wpadnie na innych i postawa jaka sam prezentował jest zła. Słowa nie zawsze były wystarczajace i to bitka czasem przynosiła więcej korzyści i przede wszystkim przyjemności.
Zostawił obraz za soba. Nie rozumiał sztuki, ani nie starał się tego zrobić. Dla niego nigdy nie było ważne co jak wyglada, tylko ile jest warte. Watpił, aby właśnie zniszczył wartościowe dzieło, ale niewykluczone, że był w błędzie. Czasem musiał usłyszeć co ile kosztuje, aby docenić piękno, które pojawiało się wraz z ilościa zer. Nakradł już tak wiele rzeczy, że przestawało go cokolwiek dziwić. Nauczył się uważnie obserwować kupujacego, bo kiedy zobaczył błysk w jego oczach, wiedział, że ugra więcej niż poczatkowo zamierzał. Mało rzeczy miało dla niego wartość, ale pieniadze stawiał wysoko, o ile nie najwyżej w swojej pojebanej hierarchii.
- Podaj mi choć jeden powód dla którego miałbyś, kurwa, nie chcieć - nie przejmował się tym, że byłaby to jedna z ostatnich rzeczy na jaka miałby ochotę chłopak, któremu popsuł obraz. Naprawił jeżeli już mamy być precyzyjni. I nie ważne, że tak naprawdę było to dalekie od prawdy. Właśnie zniszczył czyjaś ciężka pracę, ale daleki był choćby o rzucenia krótkiego ‘przepraszam’. To nie leżało w jego naturze.
Wsunał ręce w kieszenie spodni, aby wyciagnać zapałki i papierosy. Chwilę bawił się tym pierwszym, ale nie mógł już dłużej czekać, aż poczuje dym, który tak przyjemnie otuli płuca. Zaciagnał się mocno co przyniosło zamierzona ulgę. Tak niewiele, ale sprawiało mu niewyobrażalna przyjemność. Chuchnał chłopakowi prosto w twarz, było to niemiłe, ale Silas na pewno się tym nie przejmował.
- Możesz to zrobić nawet tutaj. Chyba, że wolisz ustronniejsze miejsce w którym nie ustawi się do ciebie kolejka - wolna ręka wyciagnał w kierunku Malcolma i kciukiem przejechał po jego ustach, jakby chciał ocenić czy w ogóle warto zawracać sobie głowę.
 
 
Malcolm Caulfield
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-04, 00:10   

Malcolm był jak jabłko z robakiem – z zewnatrz całkiem niewinne, wręcz zachęcajace wygladem, w środku kryło z kolei oślizgła i nieprzyjemna niespodziankę, która drażyła równie oślizgłe korytarze, by końcu przebić się na światło dzienne i zepsuć cały miraż. Więcej - musiało tkwić w nim wręcz gniazdo robaków, najpewniej obrzydliwych i żarłocznych larw. Wydawało mu się, że lodowata i posępna ciszę przerywały jedynie dwa dźwięki – galop jego serca, przypominajacy bardziej przeraźliwie dudnienie, i nasaczony pewnościa siebie głos nieznajomego.
- A przyszło ci do głowy, że jesteś kurwa brzydki? - pięść Caulfielda zacisnęła się, schowana w kieszeni spodni, jak gdyby Malcolm miał ochotę wyciagnać ja zaraz, znów chwycić chłopaka za kurtkę i wyrwać z jego barku kawałek ociekajacego krwia mięsa – i, do cholery, jakaś jego część naprawdę tego pragnęła. Rozerwać go na strzępy. Kawałek po kawałku. Metodycznie. Tak, by zakrztusił się własna krwia i tym zabawnie nieraniacym określeniem. Jeśli chciał urazić jego dumę, musiał bardziej się przyłożyć – ojciec Malcolma był mistrzem w obrzucaniu go obelgami, niedoścignionym i absolutnie bezlitosnym. A Silas? Silas wypadł przy nim jak przedszkolak nazywajacy wychowawczynię gruba.
Dwudziestolatek nawet nie dostrzegł momentu, kiedy jego usta po raz kolejny wygięły się w ironicznym uśmiechu; nie tak szerokim jak poprzednio, ale nadal szczerym. Z głębi serca, które coraz gwałtowniej łomotało mu w piersi, jakby usiłowało wydostać się na zewnatrz, a tymczasem zostało owinięte dmuchniętym mu w twarz dymem. Malarz wymruczał coś pod nosem, po czym zamachnał się, wyrywajac starszemu chłopakowi zapalonego papierosa i przygniatajac go butem do wilgotnej trawy.
- Nie możesz się już doczekać? – mruknał, gdy blondyn przejechał mu kciukiem po ustach. - Bo ja umieram z niecierpliwości.
Przeczuwał, że zaraz zrobi coś bardzo, bardzo niemadrego.
I zrobił - splunał nieznajomemu w twarz.
 
 
Silas Wilson
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-04, 08:46   

- Nie będziesz mnie malował, a obciagał. I nie wiesz jak prezentuje się mój kutas, nie będziesz mógł się od niego oderwać - odpowiedział zaraz po tym skończył się śmiać. Nie wiedział dlaczego, ale Malcolm go cholernie rozśmieszył tym niewinnym pytaniem. Jakby jedno miało się do drugiego. Nie widział między tymi rzeczami zwiazku, ale nie był w końcu artysta. Może gdyby jego zmysły w tym kierunku były bardziej rozwinięte nie zareagowałby w taki sposób. Ale nie był.
Na zabranie papierosa zareagował wiazanka przekleństw. Zmrużył oczy i przenikliwie spojrzał na Malcolma.
- Umrzesz z przyjemności, kiedy w końcu weźmiesz się do roboty i przestaniesz stać jak pizda - schylił głowę, aby ponownie poszukać fajek. Skoro chciał zapalić to zapali i będzie bez końca dmuchał mu dymem w twarz. Nie było to najlepsze posunięcie, bo jak tylko wrócił do poprzedniej pozycji to małe gówno splunęło na niego - Ty szmato zajebana! Kurwo jebana, miękki chuju, kutasie zajebany… - zaczał wyliczankę, która miała trwać w najlepsze.
Gdyby nie złamane żebra, które ograniczały ruchy, okładałby chłopaka pięściami, siedzac na nim okrakiem. Miał tak ogromna ochotę to zrobić, że nie umiał opisać tego żadnymi słowami. Dłonie zacisnał w pięści, ale posłuchał tego cichego głosiku z tyłu głowy, że to jednak nie jest najlepszy pomysł. Owszem mógł to zrobić, zacisnać zęby, bo już w większym bólem dawał sobie radę. Wystarczyłby, że Malcolm próbujac sparować kolejne ciosy uderzyłby go niezbyt mocno w klatkę piersiowa. Niewiele potrzebował, aby ból wtedy odebrał mu zdolność myślenia. Najpewniej znalazłby się obok niego, próbujac łapczywie złapać oddech i myślac tylko o tym, że takiego bólu to jeszcze w życiu nie czuł. Chłopak co prawda nie wygladał na osiłka, ale w tym stanie Silas obwiałby się, że marne szanse miałby również z dzieckiem, które dopiero nauczyło się chodzić.
Rękawem otarł ślinę, która zaczynała ściekać po twarzy i naprawdę walczył ze soba, aby samemu nie skończyć samemu marnie. Przygryzł niezagojona jeszcze wargę i pchnał Malcolma. Raz i kolejny. Próbował zignorować ból, który zaczał promieniście rozchodzić się po ciele. To naprawdę cholernie bolało, ale nie będzie przecież stał jak pizda, kiedy ktoś w tak otwarty sposób go znieważa. Miał tylko nadzieję, że na twarzy widać gniew, a nie grymas bólu, bo ten z każdym pchnięciem chłopaka stawał się gorszy. Dobrze, że nie musiał przeciagnać go po parku i woda znajdowała się niemal tuż za nimi. Kiedy Malcolm znalazł się na skraju jeziora, może nawet zupełnie nie zdajac sobie z tego sprawy, jebnał go w ten zakuty łeb. Chciał, aby chłopak się zachwiał i skończył w wodzie i wyszło idealnie. Cios był mocny, co teraz przypłacał kurewskim bólem, ale dla takiego widoku, było warto. A raczej warto by było, gdyby tylko nie był tępym chujem, który nie potrafi pomyśleć zawczasu.
 
 
Malcolm Caulfield
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-04, 22:42   

To zabawne, ale kiedy Silas obrzucił go pierwszym przekleństwem, serce Malcolma na moment zwolniło, wydajac z siebie krótkie, słabe uderzenia, prawie jakby miało się zaraz uspokoić, lecz zaraz później przyśpieszyło, tłukac się w jego piersi tak donośnie i tak rozpaczliwie jak nigdy dotad. I czuł – był śmiertelnie przekonany – że już za chwilę, za dosłownie sekundę gorzko pożałuje tego, co zrobił. Nie miał ku temu żadnych watpliwości, bo specyficzny wyraz, który zagościł na twarzy chłopaka, nie mógł być zapowiedzia podania sobie ręki na zgodę.
Blondyn pchnał go do tyłu, powodujac, że Caulfield zachwiał się widocznie, lecz nie upadł na ziemię. W sytuacji, w której się znaleźli, nie było dumy. Ani heroizmu. Nawet pewność siebie cierpiała na niepokojaca chwiejność, pozostawiajac Malcolma zupełnie samego w obliczu wściekłości, która nie tyle wżerała się w napastnika jak chluśnięty na naga skórę kwas solny, co już stała obok, krzyczac i podjudzajac. Byłoby mu o łatwiej, gdyby poczuł cokolwiek żywego, cokolwiek, co nie było odraza skierowana wobec studenta – chorobliwa nerwowość, nieposkromiona irytację, mdlace zmęczenie. Zamiast tego – czuł nic. Nic nie czuł. Mógł za to myśleć – i pomyślał, że historia lubi się powtarzać, tyle tylko, że zawsze powtarza to, co najgorsze. Nawet, gdyby chciał odpuścić Silasowi, gdyby chciał pohamować nerwy, które nakazywały doprowadzenie tej rozgrywki do końca, gdyby chciał wykazać się chłodnym profesjonalizmem i przerwać nabierajacy morderczego rozpędu konflikt – nie potrafił.
Nie mógł, bo już dawno przekroczyli granicę zdrowego rozsadku i wpadli w sam środek grzaskiego bagna obopólnej nienawiści. Eskalacja magazynowanej w umyśle niechęci była nieunikniona, choć nie sprawiła, że Malcolm był zaskoczony. Wkurwiony do granic możliwości – owszem. Ale nie zaskoczony.
Pomiędzy jednym pchnięciem, a drugim poczuł już, że traci nad soba panowanie, że zbiera w sobie wszystkie siły, by w następnej chwili zacisnać prawa dłoń w pięść i zamachnać się w stronę chłopaka. Celował w jego lewe oko – o jasnej, przebrzydłej tęczówce, która już za moment miała nabiec krwia – i poczuł głęboka satysfakcję, gdy jego pięść zderzyła się z twarza dokładnie tam, gdzie chciał. Jednocześnie próbował zrobić kilka kroków w bok, na pewnym poziomie świadomości zdajac sobie sprawę z tego, że jego szanse na ewentualna ucieczkę nie prezentowały się najlepiej, skoro przed soba miał napastnika, a za soba jezioro, jednak… czy naprawdę myślał o ucieczce? Mimo wszystko był pewien, że nie – nie zamierzał umknać z podkulonym ogonem, nie teraz, kiedy mógł przelać swoja tłumiona irytację w czyny.
Nie zdażył jednak zrobić nic więcej, bo poczuł silne uderzenie w głowę i obsuwajacy się spod stóp grunt. Bez szansy na zmianę pozycji, w przeciagu kolejnych ułamków sekund miał zderzyć się z chłodna tafla jeziora. Zaklał głośno i jako ostatniej deski ratunku, spróbował chwycić się bluzki blondyna, który - zgodnie z tym całkowicie odruchowym i spontanicznym planem - miał runać do wody razem z nim.
 
 
Silas Wilson
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-04, 23:40   

Plan był prosty i idealny, i niemal wszystko poszło po myśli Silasa. Poddał się złości i pozwolił jej soba kierować. Mógł obrażać innych, wykorzystywać ich, nienawidzić do granic możliwości, a kiedy inni robili to samo w stosunku do niego nie pozostawał dłużny. Gdyby dostał po mordzie, oddałby bez wahania. Olałby złamane żebro, ból i inne niedogodności. Plucie przywodziło mu na myśl bachory, które nie wyszły z piaskownicy. To było tak absurdalne, że nie mógł oddać tym samym. Takie zachowanie go zaskoczyło i nie był na nie przygotowany, na przemoc fizyczna tak, bo z nia miał wiele do czynienia. Często po nia sięgał, więc wiedział jak się zachowywać, a teraz zgłupiał. Jak zawsze wszystko działo się za szybko, a ból dodatkowo powodował, że myślenie nie należało teraz do czynności z którymi się lubił. Wręcz przeciwnie. Zostawił je gdzieś daleko za soba i gdyby choć przez chwilę popatrzył na wszystko z szerszej perspektywy nie leżałby teraz na Malcolmie w tym jebanym jeziorze.
Przemoczony i wkurwiony nie mógł pojać tego, co się stało. Trwało trochę zanim ponownie zaczał bluźnić na prawo i lewo, nie szczędzac przy tym chłopaka. Obraził jego rodzinę chyba do siedmiu pokoleń wstecz, ale niewykluczone, że było tego więcej. I robiłby to dalej, ale z każda wysyczana obelga coraz trudniej łapał oddech, aż w końcu zamilkł jeszcze mocniej wkurwiony niż zanim zaczał bluźnić. O ile wcześniej myślał, że czuł ból to był w błędzie. Teraz dopiero go poczuł. Rozchodził się po całym ciele i z każda próba złapała oddechu było gorzej.
Przygryzł wargę do krwi tym samym nie tylko tworzac nowa ranę, ale otwierajac również stara. I tak było to lepsze wyjście niż wycie z bólu. Przeturlał się tylko na plecy, nie próbujac wstać z wody. Musiał zebrać się w sobie, a to wymagało czasu. Mógł liczyć tylko na to, że nie oberwie od Malcolma w ramach rewanżu. Czuł, że upokorzenie wisi nad nim nisko, ale nie zamierzał mu się poddać bez walki. Zacisnał dłonie w pięści i z półprzymkniętymi powiekami czekał, bo nic innego mu nie zostało. Daleki był od błagania o to, żeby chłopak go zostawił albo pomógł wstać. Prędzej zdechnie w tym jeziorze niż takie słowa opuszcza jego usta.
- No dalej, nie badź pizda i mi przyjeb - jeszcze go zachęcał jak tylko ponownie mógł się ponownie odezwać, a złapanie oddechu było niemal na wyciagnięcie ręki.
 
 
Malcolm Caulfield
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-06, 22:26   

Panowanie nad soba, nad własnymi emocjami i nad rodzacymi się pod kora mózgowa popędami to jedna z najważniejszych cech, jaka bezwzględnie musi wyrobić w sobie człowiek sukcesu. Groteskowa sytuacja, w jakiej epicentrum wyladował Malcolm, była jednak nie do zniesienia nawet dla niego, dla kogoś, kto przez lata z mozołem wypracowywał chłodna kalkulację i podszywana racjonalizmem konsekwentność; głos nieznajomego, powracajacy jak skrzywiony, australijski bumerang, zaczał go zwyczajnie drażnić, a nawet więcej – nudzić.
Woda była zimna, a Caulfield wynurzył się z niej dopiero po chwili. Kiedy niepewnie rozkleił powieki – najpierw jedna, dopiero po chwili kolejna – oślepiła go waska smużka jaskrawego słońca, jakimś cudem potrafiaca odnaleźć drogę do zapomnianego przez stwórcę zaułka. Miał nieodparta ochotę, by ponownie powrócić w purpurowy mrok, na który składał się ból i wciaż rozchodzace się po ciele echo ciosu – na to nie miał jednak czasu. Ostrożnie, czujnie odchylił głowę w bok, na dobre rozwierajac powieki. Prędko lokalizujac napastnika, Malcolm miał szczera, dziecięca nadzieję, że los podaruje mu satysfakcję ujrzenia jej z pozycji zwycięzcy.
Przez moment w chłodnym, odgrodzonym od zewnętrznego świata jeziorze było naprawdę cicho. Doskonale wiedział, że coś się wydarzy, coś, czemu do niedawna mógł zapobiec, ale teraz nie pozostało mu nic innego, jak tylko biernie oczekiwać na efekt obrotu spraw. Oczekiwanie tego typu rzucało Malcolma na pastwę palacej wściekłości: jak mogłem do tego dopuścić?
W doskonałym systemie, który pieczołowicie kreował, nie było miejsca na feralne pęknięcia i niedopatrzenia. Nie było miejsca na zbiegi okoliczności, naturalne katastrofy, nagłe zmiany stron. Nie było miejsca na jego własne błędy, na ladowanie w sytuacji, której pragnał uniknać, sytuacji, w której skazywał się na jałowe rozpamiętywanie przeszłości. Na zastanawianie się nad całkowicie zbytecznymi kwestiami, takimi jak sens podejmowanych działań. Rolę nadrzędna odgrywała teraźniejszość, ponieważ to ona kreowała przyszłość – w oparciu o teraz, Caulfield mozolnie budował wizję później, naginajac i formujac rzeczywistość tak, aby odpowiadała jego oczekiwaniom.
Niestety – niestety! – Silas uparcie zaburzył pieczołowicie kreowany koncept, znów się odzywajac. Własna nieudolnościa oraz popisami rażacej niekompetencji sprawiał, że malarz niemal tęsknił za egzystencja swojego dawnego życia, w którym można było zabijać czas quasi-działaniami i żywić nadzieję… a tutaj?
- Żebyś wiedział. - warknał gardłowo i uśmiechnał się, kiedy zwiększona przed momentem odległość w przeciagu sekundy przestaje istnieć, uśmiechnał się, bo jego czoło z pełnym impetem zderzyło się z nosem Wilsona. Jedno, potężne uderzenie, przez które pod czaszka portrecisty rozległo się echo bólu, powinno wystarczyć, aby gęsta ciszę przerwało charakterystycznie chrupnięcie łamanego nosa a z nozdrzy buchnęła fontanna krwi – ale Malcolm najwyraźniej nie zamierzał czekać na efekt zderzenia, bo prawa noga, która dotychczas poruszała się powoli, utrzymujac chłopaka na powierzchni, teraz cofnęła się do tyłu, podwinęła pod pierś i wystrzeliła kopniakiem w sam środek brzucha studenta.
- Ty skurwiały gnoju.
 
 
Silas Wilson
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-08, 22:58   

Chyba umarłby jakby miał powściagnać język na dłużej niż kilka sekund. Czasem sam się zastanawiał jak to się działo, że jeszcze nie zginał marnie wpierdalajac się w różne rzeczy od których lepiej było trzymać się z daleka. Byłby chory gdyby choć raz dziennie nie ubliżył komuś i nawet w kiepskim stanie przegapił możliwość wplatania się w bójkę. Porażka była blisko niemniej jednak nie przestawał prowokować, jakby ból sprawiał mu przyjemność. Może tak było, tylko nigdy głębiej nie zastanawiał się nad tym dlaczego częściej chodzi z obita morda niż inny.
Przymknał oczy na sekundę za długo i to wystarczyło, aby w tak łatwy sposób dał sobie złamać nos. Zamiast jednak zawyć z bólu zaczał się śmiać ze swojej nieudolności. Najmoralniej w świecie leżał w tej jebanej wodzie, zalewajac się krwia, a z jego gardła wydobywał się cholerny śmiech. Głośny tak, jakby dawno nie spotkał go nic zabawniejszego. Musiał jednak w porę się powściagnać, bo to nijak nie pomagało na żebra i cała resztę. Już i tak uważał, że nie mógł znaleźć się w gorszym położeniu, ale wystarczyło, że tak pomyślał a pierwszy kopniak w brzuch uświadomił mu jak bardzo się mylił.
- Mów do mnie jeszcze - zachęcał z szerokim uśmiechem, nie przejmujac się tym, że ludzie przechodzacy obok przystawali na więcej niż chwilę, aby im się przyjrzeć. Rękawem próbował otrzeć usta ze krwi, ale szybko przestał, bo za bardzo skupiał się na tej czynności zamiast na obserwowaniu poczynań chłopaka. Musiał przecież to robić, aby nie zostać totalnie upokorzonym. Na kolejny był już przygotowany i zamiast leżeć jak pizda wyczekał odpowiedni moment kiedy to jedna noga Malcolma znajdowała się w górze, i przygryzajac z bólu wargę, spróbował go podciać. Nie trafił pewnie tak idealnie jak sobie zaplanował, ale już dawno nauczył się, że to efekt końcowy jest najważniejszy.
Z triumfalnym uśmiechem zauważył, że to wystarczyło, aby chłopak ponownie się zachwiał. Liczył na to, że tym razem przyjebie łbem w jakiś kamień albo inne twarde gówno, które mogło kryć się pod powierzchnia wody. Jedyne czego chciał to to aby było ostre i wbiło się w czaszkę tego kretyna. Gdyby bóg istniał w to na pewno wysłuchałby tej jego prośby.
 
 
Malcolm Caulfield
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-09, 00:06   

Od dziecka był zachłanny. Tak samo teraz - drugie z kolei kopnięcie, wymierzone w brzuch nieznajomego było przesada. Było tym, co przeświadczyło o jego porażce.
Dzyń, dzyń, dzyń. Gdzieś w oddali wnętrza głowy suczki dzwonił dzwon i opieprzał ja równo za nierozwagę i głupie pomysły. Świat, myśli i płynaca w żyłach krew – wszystko zwolniło, nabierajac leniwego, gęstego tempa, jak gdyby otaczajaca Malcolma rzeczywistość zakonserwowano w formalinie. Z półmroku dryfowały ku niemu gwałtowne bodźce, lecz nie był w stanie ich rozpoznać, nie potrafił nadać rozmytym, ciemnym plamom odpowiednich rysów, którym mógłby przypisać definicje. Powinien w nich czytać, odkrywać watpliwości, nadzieje i tajemnice, szukać czegoś, co mógłby wykorzystać, ale…
Czuł się zmęczony. Nieludzko, nieziemsko zmęczony, całkiem szary w swoim zmęczeniu, i tylko przekrwione z niewyspania oczy lśniły w tej szarości brzydkim odcieniem czerwieni. Czerwone oczy i dziwne, choć właściwie całkiem przyjemne zawroty głowy, które pojawiły się chwilę po tym, gdy tył czaszki Caulfielda zderzył się z czymś twardym. Ogarniajaca go duszna, lepka senność była biała. Ostatnio cały świat wydawał się z reszta dziwnie wyprany z kolorów, chociaż Malcolm rozpaczliwie nie chciał tego przyznać, i dlatego nieliczne stojace w mieszkaniu sztalugi były kanarkowo żółte, soczyście pomarańczowe lub zielone w jaskrawy, bolesny niemalże sposób. Nie dlatego, że kierował się jakimkolwiek życiowym sentymentem; zdażył się już nauczyć, że w szarych czasach te kolory sprzedawały się szybciej, łatwiej, i zdecydowanie drożej. I być może dlatego kanarkowo żółte były też podłogi mieszkania (zachlapał je farba, poprzedniego wieczora próbujac pod wpływem stworzyć impresję Paryża o poranku, bez skutecznie).
Bolała go głowa, a wszystko wokół zdawało się powoli pęcznieć i pożerać go jak potwór, pełen pustych butelek (chyba po winie, nie pamiętał, nie czuł już smaku) i marudnych dzieci z krzywo naklejonym plastrem i starej ranie na ramieniu. Świat wciaż wirował, ale tym razem to nie było już przyjemne, bardziej przyprawiało go o mdłości i szyderczo śmiało mu się w twarz, informujac, że tego dnia nie zdoła już niczego namalować ani niczego sprzedać. Cudem będzie, jeśli zdoła przeżyć. I nie chciał; chciał tylko leżeć w wodzie i zamknać pod powiekami czerwień przekrwionych oczu, a potem wpatrywać się nimi w niebo, długo, długo, i gonić pełznace po nim chmury, które migotały zaczepnie i znikały coraz skuteczniej. Przegrał. I ta myśl znowu była szara, siwa, popielata, i brzydka, brzydka, brzydka.
 
 
Silas Wilson
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-09, 11:30   

To, że go bolało to mało powiedziane. Nakurwiała go niemal każda część ciała i czuł jakby zaraz coś miało go rozerwać od środka. Nie było to najmilsze uczucie jakie znał, ale dopóki odczuwał ból wiedział, że żyje. Zamknał oczy zaraz po tym jak zdażył zobaczyć, że Malcolm się zachwiał i tylko plusk który rozległ się po chwili uświadomił, że przynajmniej część tego co chciał osiagnać poszła jak należy. A przynajmniej głęboko w to wierzył, bo otworzenie powiek okazało się sztuka zbyt trudna. Przynajmniej w tamtej chwili. Spiał ciało gotowy na to, aby przyjać kolejny kopniak, ale ten nie nadszedł. Dało mu to chwilę na złapanie oddechu, z której skorzystał nie próbujac przyspieszyć niczego ani otworzenia oczu, ani wstania. Może faktycznie jego prośby zostały wysłuchane i z czaszki chłopaka wystawało coś ostrego. Jeśli tak było będzie żałował tego, że nie widział jak to się stało. Efekt końcowy na pewno byłby zadowalajacy, ale wisienka na torcie byłaby możliwość ogladania tego.
Tylko, że bóg nie istniał.
Bo jak zmusił się do tego żeby otworzyć oczy nic takiego nie zauważył. A już prawie gotowy był iść się pomodlić. Przekręcił się na bok, aby powoli dźwignać z wody, której miał dość. Nie spuszczał Malcolma z oczu, aby przypadkiem niespodziewanie znów nie dostać. Może tylko czekał na odpowiedni moment, aby znów mu przekopać albo obmyślał inny sposób na to jak zadać jak najwięcej bólu i upokorzenia. Nic się nie wydarzyło i leżał na tyle długo, że Silas zdażył się podnieść i poczłapać do niego, bo może ze swojego dotychczasowego miejsca nie zauważył, że jednak jego prośba została wysłuchana.
Tracił go butem jak znalazł się odpowiedni blisko, miał zrobić to mocno, ale obolałe ciało protestowało z najmniejszym nawet ruchem, więc nie był pewien czy chłopak w ogóle cokolwiek poczuł.
- Koniec, kurwa, odpoczywania - wychrypiał, aby zaraz splunać krwia gdzieś tuż przy jego głowie. Nie miał najmniejszej ochoty czekać aż ten łaskawie otworzy oczy albo da jakiś inny znak życia, więc usiadł na ławce i przeklał, jak doszło do niego po tym wszystkim, że ten mały skurwiel przyczynił się do zmoczenia papierosów. Jakby życie nie zakpiło z niego w wystarczajaco okrutny sposób.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 5