Poprzedni temat «» Następny temat
Fontanna
Autor Wiadomość
Brentwood


Wysłany: 2017-06-23, 20:56   Fontanna
  

  
Brentwood

  
your favourite place on earth


[Profil]
 
 
Richard Ablett


Wysłany: 2017-10-18, 23:57   

Miasto jakoś łatwo wróciło do dawnego tempa życia. Gdzieniegdzie wciaż było widać ślady po stratach, jakie spowodowała siła żywiołu, ale służby całkiem sprawnie je likwidowały. To przede wszystkim ludzie jakby przeszli z tym zdarzeniem do porzadku dziennego, ponieważ życie toczyło się dalej. Każdy miał swoje własne dylematy, obowiazki, więc nikt nie stawał w miejscu, lecz parł do przodu i wracał do dawnych przyzwyczajeń. Tylko nielicznie rozpamiętywali, zazwyczaj z powodu straty, która ich dosięgła. Sam Richard jeszcze nie potrafił pogodzić się z tym, co zaszło podczas festynu. Być może byłoby łatwiej, gdyby nie ciagłe problemy z poruszaniem się, co stale przypominało mu o tym, w jakich okolicznościach nabawił się urazu nogi. Trudno było mu funkcjonować z usztywnionym kolanem, jednak nie narzekał na to, gdyż wiedział, że po uderzeniu tornada w Brentwood wielu spotkał gorszy los. Nie chciał wyobrażać sobie tego, co musza czuć osoby, które z powodu siły żywiołu utraciły bliskich czy też musiały stoczyć bój w szpitalu o własne życie. Z należyta pokora przyjał podarunek od losu w postaci zwichniętego kolana – tak niewielki uszczerbek na zdrowiu naprawdę należało uznać za łut szczęścia.
Kiedy myślał o braku szczęścia niektórych osób, od razu wspominał o Clem. Martwiło go to, że nie odzyskała jeszcze wzroku. Nie wiedział, czy fakt, że kiedyś również niczego nie widziała i to przez długie lata, jakoś pomaga jej odnaleźć się w tej sytuacji, czy może raczej bardziej niepokoi, czyni wszystko w większym stopniu frustrujacym. Czuł, że sam nie zdołałby się odnaleźć w takim położeniu, nawet nie wyobrażał sobie, jak to jest być niewidomym. Rozmyślał również o tym, jak musi czuć się Lio. I jemu nie mogło być łatwo. Raz na jakiś czas wpadał do tej dwójki, obecnie mieszkajacej razem w domu Blake’a, aby wybadać ich nastroje, jednak podskórnie czuł, że jego przyjaciel stara się non stop robić dobra minę do złej gry. Clem też nie wydawała mu się szczęśliwa, odniósł wrażenie, że uśmiecha się rzadziej i mniej promiennie niż kiedyś. Postanowił więc nieco ja rozruszać, dla dobra obojga.
Długo musiał ja nagabywać, ale w końcu udało mu się wyciagnać ja z domu. Wcisnał jej laskę w dłoń, czego wcale nie zrobił zbyt chętnie, ponieważ na jej widok wciaż czuł się nieswojo, następnie wział jej dłoń pod ramię, aby bezpiecznie prowadzić do celu. W drugiej dłoni trzymał smycz, bo skoro wychodzili na zewnatrz, to i pies może skorzystać. Kuśtykał, ale robił wszystko, aby to nie zabierało im przyjemności ze spaceru, choć wyzwaniem było pilnowanie psa w takim stanie, zwłaszcza, gdy bardzo chciał stanowić jakaś podporę dla Clem. Zabrał ja do parku. Otaczały ich już jesienne kolory, liście na drzewach stały się żółte, niektóre brazowe, inne mieniły się jasna lub ciemna czerwienia. Po drodze opowiadał o Quentinie, o tym, że jego syn nagle zaczał telefonować codziennie, bo tak się zmartwił o swojego staruszka. Wspomniał o pracy, o nad wyraz troskliwym szefostwie, które zmusiło go do wzięcia urlopu, aby mógł dojść do siebie w pełni.
Jestem korposzczurkiem na urlopie – stwierdził żartobliwie, przy okazji zerkajac na Clem nieco uważniej, próbujac wybadać jej reakcję. Tak bardzo chciał ja rozbawić, ujrzeć na jej twarzy uśmiech. – To jak zaprzeczenie wszystkim prawom natury.
Kiedy powoli dotarli do fontanny, przystanęli dopiero tuż przed nia.
Może usiadziemy? – zaproponował z uśmiechem, przez który poczuł się głupio, ponieważ wciaż zapominał o tym, że jego towarzyszka nie może go ujrzeć. Musiał wszystko przekazywać za pomoca słów, co wcale nie było takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. – Nacieszmy się piękna pogoda póki mamy okazję – dodał na zachętę. Słońce przyjemnie dziś grzało, niezbyt przesadnie. Najważniejsze, że nie padało.
W końcu sam zajał miejsce, przysiadł na fontannie i cieszył się, że ta jeszcze działa. Przygladał się liściom obecnym w wodzie, jednak zaraz powrócił spojrzeniem do pani doktor.
Lio bardzo się o ciebie martwi – powiedział niepewnie, jakby wyrzucajac z siebie coś, co nurtuje go już od dłuższego czasu. – Nie tylko on – dodał bardzo cicho, prawie szeptem, ostrożnie układajac swoja dłoń na tej kobiecej, aby poklepać ja nieco pokrzepiajaco. – Jeśli chciałabyś coś powiedzieć, no wiesz, wyrzucić z siebie, to chętnie cię wysłucham, bo wiem, że niewiele mogę.
Wycofał dłoń i odchrzaknał z zakłopotaniem, następnie podrapał się lekko zdenerwowany po policzku. Może powinien był wstrzymać się z podobna propozycja? Chciał jakoś pomóc, nie wiedział tylko jak się za to zabrać.
_________________
Jaka jest przyszłość?
To czysta kartka papieru, na której rysujemy kreski,
ale czasami osuwa nam się ręka i kreski nie wychodza tak,
jakbyśmy chcieli.
[Profil]
 
 
Clementine Palmer


Wysłany: 2017-10-22, 14:35   

Faktycznie, z opowieści i licznych wiadomości przesłuchanych przez dziewczynę była w stanie wywnioskować, że Brentwood w sytuacji tak ogromnego kryzysu poradziło sobie wprost rewelacyjnie. Nie spodziewała się, że ludzie z tego niewielkiego miasteczka sa w stanie połaczyć swoje siły i uporać się z problemem. Zawsze myślała, że lokalna społeczność widzi tylko czubek własnego nosa i przejmuje się tym co znajdowało się w pobliżu ich własnej osi i choć nie przyznała tego na głos, była naprawdę pełna podziwu.
Clementine bardzo niechętnie wychodziła na zewnatrz odkad straciła wzrok i nawet jej ukochany nie był w stanie nakłonić jej do zmiany decyzji. Nie miała znajomych, pracy ani pacjentów którymi mogła się zajać. Nie miała możliwości wyjść i podziwiać uroków jesiennej pogody. Spadajacych, kolorowych liści i zachmurzonego nieba już nawet nie pamiętała. Choć minał miesiac, miała wrażenie, że upłynęło znacznie więcej. Czas dłużył się niczym rozciagana guma do żucia.
Jej znajomi lekarze bezradnie rozkładali ręce. Krwiak zmalał, jednak nie na tyle by utorować nerwom drogę do poprawnego i odpowiedniego działania. Watpiła, że kiedykolwiek jej wzrok powróci, chociaż Richard i Lionel robili wszystko by nie traciła nadziei i humoru. Mimo ich starań z dnia na dzień gasła, robiła się bardziej markotna i burkliwa. Większość dnia przesypiała, jej skóra przybrała zmęczony, szary odcień a policzki lekko zapadły się odkad straciła na wadze.
- Właśnie.- mruknęła na jego żart cicho i uderzyła laska o coś, co odezwało się w jej kierunku z metalicznym dźwiękiem- zapewne śmietnik. - Kiedy wracasz do pracy?- posłała mu krótki uśmiech, jednocześnie czujac jak ogarnia ja momentalna zazdrość, że jej przyjaciel wróci niebawem do pracy, podczas gdy ona prawdopodobnie już na zawsze zostanie uzależniona od kogoś innego. Nieważne, że byłaby to dla niej najbliższa osoba, jej partner i miłość życia – Clem czuła się z tym źle. Chciała się spełniać, pomagać ludziom i robić coś co sprawiało jej przyjemność i dawało satysfakcję. Siedzenie bezczynnie bolało i przyczyniało się do tego, że czuła się coraz bardziej bezużyteczna.
- Jakie w ogóle to uczucie: mieć wolne?- pociagnęła temat jego pracy i usiadła na miejscu, które zaproponował. Laskę ułożyła między nogami i poprawiła czapkę na głowie, jaka wcisnęli jej mężczyźni nim zmusili ja do wyjścia. Czuła jak pogoda gwałtownie się zmieniła. Mimo, że było wciaż ciepło, to powietrze wdychane do płuc mroziło klatkę piersiowa. Miała wrażenie, że z jej ust wydobywa się para. Policzki szczypał chłodny wiatr i sprawiał, że Clem lekko się zarumieniła.
Zastukała laska i cicho westchnęła, czujac jak Gringo dotyka nosem jej kolana.
- Dali sobie bez Ciebie radę? - połowa jej pacjentów została przeniesiona do innych lekarzy. Nie wiedziała czy kilkoro z nich przeżyło, oraz czy po chemii ich szanse zwiększyły się o kilka procent.
Gdy zaczał mówić, skupiła się na szumie fontanny za swoimi plecami.
- Wiem o tym.- rzuciła niepewnie i skierowała głowę w jego stronę. Lionel odchodził od zmysłów i okłamywanie go, że wszystko jest w porzadku wychodziło jej coraz gorzej. Przez pierwsze dni była naprawdę dzielna. Śmiała się, rozchmurzała go i żyła tak, jak dotychczas. Teraz nie miała już siły ukrywać tego, że wszystko się zchrzaniło.
- Nie chcę być dla nikogo problemem.- przerwała swoje milczenie po dłuższej chwili i cicho westchnęła.
- On ma i tak dużo problemów na głowie. Zreszta, nie tylko on.- burknęła i uśmiechnęła się cierpko, dajac wyraźnie do zrozumienia, że docenia ich próby poprawiania jej humoru nie uszły uwadze.
- Już mi się nie chce.- dodała nieco ciszej i przetarła dłonia swój policzek. Nie chciało jej się próbować, starać się i uśmiechać. Najchętniej zniknęłaby z ich życia by mogli skupić się na sobie i swoim szczęściu. Niestety, nie było to takie łatwe. Nie miała dokad. Kamienica w której mieszkała uległa doszczętnemu zniszczeniu, natomiast jej rodzinne strony… no cóż. Wizja siedzenia na garnuszku u matki i wysłuchiwanie jej biadolenia nie napawało optymizmem.
- Myślałam czy by nie wrócić do domu. Do Irlandii.- mimo wszystko uznała, że było to lepsza opcja aniżeli niszczenie życia komuś innemu.
_________________
[Profil]
 
 
Richard Ablett


Wysłany: 2017-10-22, 22:25   

W następny poniedziałek już wracam za biurko – oznajmił prawie radośnie i spora ulga, ponieważ miał już zdecydowanie dość ciagłego siedzenia w domu, gdzie niby dochodził do siebie, ale w głównej mierze to się nudził. Chyba jeszcze nigdy nie spędził tyle czasu na kanapie, bezmyślnie wpatrzony w ekran telewizora. Był ta czynnościa już tak bardzo znużony, że nawet ogladanie meczów nie przynosiło zwyczajowej radości, a naprawdę rzadko miał okazję ogladać prawie wszystkie rozgrywki w kolejce. Zazwyczaj starał się obejrzeć te najciekawsze, przy czym czasem musiał uciekać się do powtórek, a co do reszty mniej intrygujacych, to po prostu zapoznawał się z wynikami w tabeli. Stęsknił się za budzeniem się z rana i wychodzeniem do pracy, ale nie chciał się do tego przyznawać głośno. Może Clem nie mówił o tym głośno, jednak Richard nie był ślepy i widział, że tęskni za swoja praca, za pacjentami. Ta sytuacja jej nie służyła, wygladała na wyczerpana, znudzona i tak bardzo nieszczęśliwa, choć nadal starała to maskować, ale już zdecydowanie mniej starannie niż z poczatku.
W końcu porzadnie wypoczałem – odpowiedział z żartobliwa nuta. – A firma stoi jak stała, więc mój urlop nie wywołał żadnej lawiny nieszczęśliwych wypadków. Podejrzewam, że mało kto zauważył moja nieobecność.
Ostatnie zdanie nadal zostało rzucone dowcipnie, jednak kryła się za nim smutna prawda. Korporacje rzadza się swoimi prawami, każdy trybik wielkiej machiny można zastapić. Korposzczurków jest wiele, ale i pełno dla nich potencjalnych zastępców, co chętnie wzięliby na siebie tę rolę, może niezbyt zaszczytna, lecz oferujaca stabilne życie.
Musiał poruszyć trudny temat, bo chyba właśnie tego wszyscy potrzebowali. Jeśli chca ruszyć dalej i pogodzić się z zaistniała sytuacja, po prostu musza wyrzucić z siebie najbardziej frustrujace rzeczy. Richard bał się stawić czoło przykrym faktom, więc co musiała odczuwać wobec tego Clem?
Ależ dla nikogo nie jesteś problemem! – zaprzeczył szybko, może nieco zbyt gwałtownie, bo słowa wyrzucił z siebie głośno i nawet zabrzmiał na oburzonego. Dobrze, że Lio tego nie słyszał, już Richard sobie wyobrażał, jak bardzo poczułby się dotknięty, a potem na dodatek wściekły. – Lio nie jest człowiekiem, który robiłby coś wbrew sobie. Jemu naprawdę na tobie zależy.
Zapomniał jak się oddycha. Nieświadomie wstrzymał oddech, ten ugrzazł mu na dnie płuc, gdy z ust Clem padły słowa pełne rezygnacji. Rzucił jej zaskoczone spojrzenie, a potem westchnał ciężko. Bez ostrzeżenia przysunał się do niego, następnie objał ja ramieniem i delikatnie przyciagnał do siebie, przy okazji wtulajac w swój bok. Nigdy nie był za bardzo wylewny czy emocjonalny, jednak chciał poprawić jej humor, pokazać, że wspiera ja w tych trudnych chwilach.
Dom twój tam, gdzie serce twoje – mruknał pod nosem niewyraźnie, dostrzegajac znaczenie tej sentencji w tej konkretnej sytuacji. – Czy to cię uszczęśliwi? Poczujesz się lepiej, gdy wrócisz do Irlandii?
Wiedział, że rodzina Palmer jest pełna ciepła i starsi bracia otocza siostrę opieka, jednak to nie było rozwiazanie problem. On widział w tym ucieczkę, zreszta sam pomysł był dla niego takim wołaniem o pomoc i przejawem bezsilności.
Lio się załamie, jeśli wyjedziesz.
To był cholernie istotny argument, dla którego powrót w rodzinne strony nie powinien wchodzić w grę. Blake też cholernie się zamartwiał, było to widać gołym okiem. Richard trochę go znał, więc przypuszczał, że ten przyjmie wyjazd Clem jako odrzucenie.
_________________
Jaka jest przyszłość?
To czysta kartka papieru, na której rysujemy kreski,
ale czasami osuwa nam się ręka i kreski nie wychodza tak,
jakbyśmy chcieli.
[Profil]
 
 
Clementine Palmer


Wysłany: 2017-11-01, 17:55   

- To fajnie. - odparła cichutko, próbujac wysilić się na jakikolwiek entuzjazm. Niestety, nie zabrzmiało to zbyt dobrze. Przypominało to ukłucie zazdrości, które pojawia się w ludziach za każdym razem, gdy komuś spełnia się to o czym od zawsze marzyło się samemu.
Clementine chciała znów pracować i dawać nadzieję na powrót do zdrowia, tymczasem sama musiała męczyć się w cieniu własnej choroby.
Nie bała się stawiać czoła faktom, zwłaszcza tym trudnym. Po prostu nie chciała. Nudziło ja ciagle powtarzanie, że wszystko jest w porzadku, chociaż właściwie nie pamiętała już kiedy ostatni raz było. Wiedziała jedno- nie zapowiadało się, aby cała sytuacja miała się kiedykolwiek poprawić. Szpital omijała szerokim łukiem, odkad ostatnia tomografia komputerowa nie wykazała żadnej poprawy i nie dawała się tam zaciagnać mimo usilnych próśb jej ukochanego.
- Richard, a co jeśli to się nie zmieni?- Clementine rzuciła te słowa bardziej ostro niż zamierzała. Gdyby była zdrowa, to z pewnościa wywróciłaby oczami, teraz zacisnęła jedynie wargi w jedna cienka i pobielała linię.
- Już zawsze ma mnie pilnować bym nie poparzyła się goraca woda, bym nie zrzuciła patelni z olejem, bym nie poślizgnęła się na mokrej podłodze w łazience? Nie jestem dzieckiem by ciagle musiał na mnie uważać. I Ty też. Wiem co robisz, gdy go nie ma. - przyjaciel rodziny z prawdziwego zdarzenia. Watpiła by kiedykolwiek natrafili na kogoś równie oddanego co on. I może właśnie dlatego Clementine tak strasznie to irytowało. Zamiast zajać się swoim życiem, Quinnem to robił wszystko by pomóc im. Clem przygarbiła się lekko i podparła głowę na swojej ręce a tę zaś na swoim wychudzonym udzie.
- Lionel to...- urwała na moment, próbujac odpowiednio dobrać słowo, które charakteryzowało jej ukochanego.
-...człowiek sukcesu. Nie może pozwolić sobie na coś, co będzie go stopowało w dażeniu do celu. - zmarszczyła brwi i wzruszyła ramionami, kierujac głowę w stronę druha.
- Wyobrażasz sobie co on musi przezywać, gdy zostawia mnie sama w domu? Albo jak by to wygladało, gdyby mnie zabrał na jakieś ważne spotkanie?-- skrzywiła się i westchnęła bezgłośnie. - Hej, wiecie dlaczego Blake spotyka się z ta dziewczyna? Bo ona nie zauważy innej na boku!- odparła konspiracyjnym szeptem i uniosła palec jakby odkryła Amerykę, naśladujac z pełna ironia wyobrażenie tych wszystkich ważnych i znanych osobistości na wieść o tym, że Lio spotyka się ze ślepcem. Nieśmieszny, ponury żart, godny tych, którzy nie wiedzieli jaka metamorfozę przeszedł ciemnowłosy. Żart, który na pewno by padł i by zabolał bez względu na to, że nie byłby prawdziwy.
Nie odpowiedziała na jego pytanie, jakby udajac, że w ogóle nie padło. Chyba nawet by nie potrafiła - w dalszym ciagu była pełna watpliwości. Przez kilka chwil milczała, trawiac w kompletnej ciszy jego stwierdzenie.
- Blake sobie poradzi. - zawsze sobie radził.
- Praca pewnie by go pochłonęła. No i ma Ciebie. - ujęła w palce wolnej ręki ucho psa i delikatnie je pociagnęła, wywołujac reakcje w postaci parsknięcia i polizania jej po wierzchu dłoni.
_________________
[Profil]
 
 
Richard Ablett


Wysłany: 2017-11-01, 20:56   

Musiał wyczuć nieszczerość entuzjazmu Clementine, który pojawił się na wieść o tym, że wraca do pracy. W jej głosie wyłapał nutę wypełniona żalem, ale również dostrzegł wyraz jej twarzy – mocno zaciśnięte usta prezentowały się boleśnie i wrogo. Richard mimowolnie poczuł się dotknięty i to wcale nie tym, że jego rozmówczyni nie potrafiła cieszyć się razem z nim, lecz tym, że tłumiła w sobie prawdziwe emocje i próbowała je ukryć pod maska. I nie był pewien, czy powinien cieszyć się z tego, że czyni to tak nieudolnie, czy może smucić. Z dwojga złego chyba lepiej, że nie potrafi kłamać, dzięki temu Ablett mógł zdać sobie sprawę z tego, w jakim kiepskim stanie się znajduje.
Pytanie z jej strony szczerze go przeraziło. Jego ciało zamarło, przez krótka chwilę nie był nawet w stanie wziać kolejnego wdechu. Nie potrafił udzielić jej żadnej odpowiedzi, a już na pewno nie takiej wiarygodnej, ponieważ nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym najgorszym scenariuszem. Chciał wierzyć, że wszystko będzie dobrze i wszyscy będa mogli znów być szczęśliwi. Spojrzał na Clem z bólem i ogromem współczucia, bo na nic innego nie było go teraz stać.
Nie wiem – odpowiedział szeptem i brzmiał tak bardzo niepewnie, wręcz żałośnie. Powinien być teraz dla niej oparciem, a tymczasem sam poddawał się przerażeniu. Zacisnał dłonie na udach, następnie zaczał pocierać je nerwowo przez materiał spodni.
Po prostu się o ciebie troszczy, to normalne w zwiazku – spróbował wytłumaczyć nadopiekuńczość przyjaciela wobec wybranki, choć wiedział, że może to przesada. Traktowali ja jak dziecko, jak kalekę, a przecież nie tego potrzebowała. Nie chcieli myśleć, że się nad nia lituja, ale może właśnie tak Clem odbierała te ich starania, tę nadmierna czasami opiekę? – Ale ja nic nie robię – zaczał się momentalnie bronić. – Dobra, przesiaduję u was może zbyt często, ale nie chcę siedzieć samotnie w swoim domu, bo mam już dość jedzenia chipsów przed telewizorem – teraz to tłumaczył i siebie, jednak to należało zrobić, musiał wyjaśnić sytuację, aby kobieta nie odbierała tego wszystkiego w zły sposób. A może po prostu miała już dość jego ciagłej obecności?
Słuchał uważnie tego, co ma do powiedzenia i z każdym słowem czuł się coraz bardziej zaniepokojony. Z jej perspektywy wszystko prezentowało się tak dramatycznie, posępnie, źle. Z jej postawy bił najczystszy defetyzm, inaczej nie potrafił tego określić. Nie wierzyła, że będzie lepiej i najgorsze było to, że mogła mieć w tym słuszność.
Lio nigdy by cię nie zdradził – odpowiedział stanowczo, nie dajac jej szansy na podważenie tej opinii i dalsza dyskusję na ten temat. – I niby co człowiekowi po sukcesie, kiedy nie ma go z kim dzielić? – spytał odrobinę rozgoryczony, a w jego głosie pobrzmiewał również żal i smutek. Przecież z własnego doświadczenia wie, że pogoń za kariera to nie wszystko. Chciał zarabiać więcej, aby utrzymać rodzinę, ale przez to zaczał poświęcać tej rodzinie mniej czasu. Rozpad małżeństwa był jego wina, wiedział to.
Naprawdę dobrze mu życzysz – rzucił pod nosem. – Praca i zdziadziały przyjaciel, to na pewno uczyni go spełnionym człowiekiem.
Nie chciał być zjadliwy, nie przemyślał też tego, co mówi i w jaki sposób. Zerknał na Clem przepraszajaco, zaraz jednak spuścił wzrok na psa.
Przepraszam – wyrzucił z siebie w końcu. – Za traktowanie cię jakbyś była z porcelany. I za ciagłe mówienie, że będzie dobrze. Bardzo chcę, żeby wszystko było dobrze. Wierzę, że będzie dobrze.
Podrapał się nerwowo po policzku. Mówienie takich rzeczy było dla niego bardzo kłopotliwe, obnażanie swoich prawdziwych emocji. Do cholery, jako mężczyzna powinien być bardziej zdecydowanie i konkretny, a nie taki miękki.
_________________
Jaka jest przyszłość?
To czysta kartka papieru, na której rysujemy kreski,
ale czasami osuwa nam się ręka i kreski nie wychodza tak,
jakbyśmy chcieli.
[Profil]
 
 
Clementine Palmer


Wysłany: 2017-11-06, 20:02   

Nie chciała tak zabrzmieć i sprawić mu przykrości. Po prostu tak jakoś wyszło.
Zagryzła wargę i przez chwilę zassała ja do środka. Gdy wypuściła ja z uścisku była znacznie zaróżowiona z widocznym śladem prostej linii po zębach.
- Ja po prostu nie wyobrażam sobie by zawsze musiał mi pomagać. On ma swoje życie i plany. - wiedziała, że ja kochał, oczywiście z wzajemnościa i nikt nie miał prawa w to watpić. Według Clementine stanowili parę idealna. Ich zwiazek opierał się nie tylko na partnerstwie, ale i na tym, czego w większości zwiazków brakowało- na przyjaźni. Lionel był nie tylko jej kochankiem, ale również powiernikiem sekretów, doradca dobrego stylu (Clem miała tylko ten niedobry), oraz naczelna plotkara w sprawach ich znajomych. Uwielbiała te wszystkie wspólne wieczory na kanapie w salonie, ogladanie telewizji i próby wytłumaczenia mu czym jest lobektomia wraz z podziałem na poszczególne cięcia. Lubiła gdy przyłapywał ja na tym, że zamiast wgapiać się w preparaty pod mikroskopem to wpatrywała się w jego umięśniona klatkę piersiowa, lub te drobne zmarszczki jakie pojawiały się gdy coś go frapowało. Lubiła jak wtedy jego kaciki ust drgały delikatnie i wznosiły się ku gorze. Wzdychał wtedy, odkładał czynność jaka wykonywał na potem, podchodził do stolika i opierał się na nim. Zawsze spogladała na jego zegarek i powoli sunęła ku górze. Kochała tonać w głębi jego ciemnych oczu.
Niestety, wyobrażenie Lionela ginęło gdzieś w odmętach pamięci. Każdego dnia pamiętała go coraz mniej, co powodowało jeszcze większa frustrację i rozgoryczenie.
- Wiem, Richard. Wiem. - pogładziła dłonia wierzch jego kolana, po czym wplotła w nia między swoje uda. Ona zapewne zachowywałaby się identycznie względem tej dwójki. Równie nad opiekuńczo co oni.
- Jestem wam wdzięczna za pomoc. Nawet nie wiesz jak bardzo. Czasem jest mi wstyd. Bo wiesz, zamiast iść na piwo, albo spotkać się z kimś, wy siedzicie ze mna i próbujecie poprawić mi humor. - przecież nie na tym polegało życie, prawda? Clem pokręciła głowa i przeczesała palcami włosy, przy okazji poprawiajac czapkę.
- Chcę przez to powiedzieć, że nie możecie skupiać się na mnie, bo stracicie najlepsze chwile.- naburmuszyła się trochę, zdajac sobie sprawę, że u niej najprawdopodobniej przeżycie tych najlepszych stało się kompletnie nierealne.
Stanowczość w głosie Rysia sprawiła, że uniosła brwi i skierowała głowę wprost w jego kierunku.
- Nie to miałam na myśli. - burknęła nie silac się na dalsze próby wyjaśnień i umilkła, słuchajac jego dalszego wywodu. Zacisnęła palce w pięści i nadęła policzki.
- Super, uważasz, że ślepa dziewczyna nad która trzeba się ciagle pieścić i użalać to fantastyczna oferta dla kogoś takiego jak Lionel Blake?- poczuła się dotknięta jego nagłym atakiem, zwłaszcza, że nie uważała Richarda za zdziadziałego mężczyznę. W końcu byli przyjaciółmi, prawda? Czyli jakoś mu to nie przeszkadzało.
- Nie krępuj się i mów co chcesz. - przybrała maskę względnej obojętności, choć wewnatrz kipiała z nerwów. Była rozdarta, że nie potrafiła porozumieć się nawet z kimś takim jak Korposzczurek. Najbardziej łagodna osoba na świecie.
- Przepraszam. Chyba nie jestem dobrym partnerem do rozmów. - dodała po chwili krępujacego milczenia. Nie chciała się z nim kłócić.
_________________
[Profil]
 
 
Richard Ablett


Wysłany: 2017-11-10, 18:47   

Bardzo chciał uścisnać jej dłoń, gdy ta znalazła się na jego kolanie, jednak powstrzymał się w ostatniej chwili. Bliskość drugiego człowieka nie zawsze jest kojaca, czasem nawet staje się czynnikiem mocno dezorientujacym, wszystko komplikuje.
Nie był pewien dlaczego z próby pocieszenia nagle przeszli do słownego starcia. Skumulowane emocje musiały w końcu znaleźć ujście. Wybuch nastapił przy fontannie i nawet Richard dał się ponieść emocjom. I w nim kryło się wiele niepokojów. W każdym człowieku kryje się zwatpienie. Teraz to Clem była zagubiona, więc Ablett, pomimo własnych watpliwości, musiał dodać jej sił, wskazać kierunek, wspomnieć o kilku faktach, o których najwidoczniej zapomniała.
Oczywiście, że jesteś najlepsza oferta, skoro to właśnie ciebie kocha! – wyrzucił z siebie głośno i nieco z rozpędu, w głównej mierze po to, aby zaprzeczyć słowom Palmer, choć przecież nie powinien wypowiadać się o prawdziwości uczuć przyjaciela, w jego imieniu wyznawać miłości ukochanej kobiecie. Zaraz aż poczerwieniał na twarzy trochę ze złości, która nie stanowiła niszczycielskiej siły, bo sprzężone z nia było poczucie wstydu. Richard dość szybko zaczał żałować tego swojego wybuchu niezadowolenia, choć łatwo byłoby mu je wytłumaczyć. Martwił się, chciał pomóc i przede wszystkim nie chciał widzieć rezygnacji ze strony Clem.
Cisza pozwoliła im nieco się opanować. Przeprosiny oczyściły nieco atmosferę, ale wciaż między nimi istniało napięcie. Niewielka iskra wywoła kolejny wybuch i Richard był tego świadomy.
Dla mnie jesteś doskonałym partnerem do rozmowy – odparł spokojnie. – Może dlatego, że rzadko mam okazję z kimś porozmawiać – dodał z żartobliwa nuta i nawet uśmiechnał się przy tym pod nosem. Westchnał jeszcze, spuszczajac przy tym głowę.
Podporzadkowałem rodzinie i pracy całe swoje życie – wyznał cicho, nieco zażenowany tym zwierzeniem, a w jego głosie krył się lekki zawód, choć dawno pogodził się z rozpadem małżeństwa, co uznawał za swoja największa życiowa klęskę. – Nie jestem jedynym kawalerem z odzysku w mieście – kontynuował swoja historię. – A jednak wszyscy moi znajomi maja swoje rodziny. Chyba właśnie dlatego trochę uczepiłem się Lio. Do dziś cieszę się z tego, że to właśnie w jego klubie się upiłem tuż po rozwodzie.
Zaśmiał się na samo wspomnienie i śmiech ten zabrzmiał nawet radośnie, jednocześnie kryła się w nim melancholijna nuta. Spotkanie z Lio była najlepsza rzecza, która go spotkała po rozstaniu z żona.
Nie tracimy przez ciebie najlepszych chwil. Cieszę się, że mogę cię męczyć swoja osoba. Gdyby nie Lio, pewnie siedziałbym teraz w domu sam jak palec. Tymczasem siedzę na brzegu fontanny z jego cudowna dziewczyna – po szczęknięciu Gringo prychnał z rozbawieniem i poklepał go czule głowie, a potem podrapał za uchem. – I wspaniałym psem.
Zerknał na Clem i posłał jej szeroki uśmiech.
Siedzę tutaj nie z poczucia obowiazku, ale dlatego, bo właśnie tego chcę. Chcę kuśtykać przy twoim boku niezależnie od tego czy widzisz, czy nie. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz, ponieważ od czasu do czasu muszę dręczyć Lio, aby nie czuć się samotnie. Skoro jesteś jego wybranka, to i ty musisz mnie znosić.
Ostrożnie wstał z fontanny i rozejrzał się po otoczeniu. Po ujrzeniu budki ze smakołykami uśmiechnał się szerzej z zadowolenia.
Chcesz precla? A może paczka?
_________________
Jaka jest przyszłość?
To czysta kartka papieru, na której rysujemy kreski,
ale czasami osuwa nam się ręka i kreski nie wychodza tak,
jakbyśmy chcieli.
[Profil]
 
 
Clementine Palmer


Wysłany: 2017-11-12, 18:08   

Ona również nie wiedziała dlaczego między nimi powstało takie napięcie. Nie spodziewała się tego, że Richard w ogóle potrafił w tak zawzięty sposób przekazać swoje myśli i odczucia. Zawsze wydawało jej się, że należy do osób łagodnych i uległych, takich, które cenia sobie spokój a nie postawienie na swoim. W przeciwieństwie do Blake’a oczywiście. Jego najlepszy przyjaciel był wulkanem emocji, bo o ile te wszystkie dobre potrafił skrywać w czeluściach swojego serca niczym skarb, to te złe wypływały na wierzch niczym oleista maź na tafli wody.
Clem wciagnęła głośno powietrze nosem i wypuściła ustami. Poczuła jak płuca rozszerzaja się i pieka od chłodnego tlenu, jakby nagle zrobiło się jeszcze zimniej niż zazwyczaj, po czym przekrzywiła głowę w jego kierunku. Przez kilka dłuższych chwil milczała, nie bardzo wiedzac co powiedzieć. Temat jej zwiazku w takiej postaci był trudny. Ciagle miała wrażenie, że Lionel się męczy, z drugiej jednak strony porzucenie go byłoby jeszcze większa krzywda dla niego niż cała ta sytuacja. Nie znalazła jeszcze dobrego wyjścia z tego problemu. Tak właściwie to nie miała żadnego planu, nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek życie tak okrutnie z niej zadrwi i pozwoli na to by cala historia się powtórzyła.
- Nie tęsknisz za tym?- Clementine postanowiła zmienić całkowicie tor rozmowy, łapiac się kurczowo jego wtracenia.
- No wiesz, za rodzina, kolacjami przy wspólnym stole?- pierwszy raz odkad go znała postanowiła zmierzyć się z jego przeszłościa i zapytać o to, co mogło boleć. Jeśli nie będzie chciał, to z pewnościa odpowie.
- Jak to w ogóle wyszło, Richard?- zapytała tak cicho, że nie była pewna, że ja usłyszał.
- Bo ja w dalszym ciagu nie mogę uwierzyć, że ktoś taki jak Ty nagle został sam.- zawsze miły, pomocny, ludzki. Dlaczego ktoś taki dobry miał całe życie pod górę? Dlaczego w jego życiu spieprzyło się wszystko do takiego stopnia, że stał się smętnym korposzczurkiem z podpisanymi papierami rozwodowymi? Co z jego miłościa życia? Czyżby aż tak ja unieszczęśliwił, że postanowiła odejść w ramiona innego?
W jej świecie, w Irlandii pary wiazały się ze soba na zawsze. Nie pamiętała, by którykolwiek z sasiadów był po rozwodzie, ani nawet w separacji. Każda kłótnia między Melanie a Hankiem nie trwała dłużej niż godzinę i zaraz wpadali sobie w ramiona przekrzykujac się kto kogo bardziej przeprasza, oraz zapominajac o tym co było powodem do zwady.
- Czasami nie potrafię zrozumieć dlaczego w życiu się nie układa.- sarknęła ponuro, bardziej do siebie nim w ogóle zdażył rozpoczać temat.
- Myślę, że takie trudne sprawy to bardziej przy preclu, co? Piwo też by się nam przydało.- oh matko, ostatni raz upiła się tak ostro chyba w Irlandii. Chociaż nie – kaca giganta miała po nocy w Essex Arms, gdzie postanowiła wyrzygać Lionelowi wszystko, co leżało jej na sercu. To dzięki temu byli ze soba i układało im się całkiem dobrze. Clem uniosła brwi, orientujac się, że zatopienie smutków w szklance alkoholu nie byłoby wcale głupim pomysłem. Musiałaby tylko odprowadzić Gringo do domu i ubrać się w coś bardziej odpowiedniego.
_________________
[Profil]
 
 
Richard Ablett


Wysłany: 2017-11-21, 07:49   

Odpowiedź była oczywista, jednak nie chciał przyznać, że tęskni za rodzina, a tęsknota ta czasem wręcz ściska go za gardło i pozbawia tchu. Wcale nie chciał przyznać, że czasem nie ma ochoty wstać z łóżka i w każda niedzielę śpi do południa, a potem czas spędza przed telewizorem. Rzecz jasna nie daje się ogłupić tym wszystkim programom telewizyjnym, jednak łatwiej jest obserwować świat, czy też jego parodię, przez krzywe zwierciadło popkultury, niż zmusić się do wyjścia z domu. Chyba nie miał siły na to, aby zdradzać te przykre szczegóły ze swojego samotnego życia. Z drugiej strony Clem zasługiwała na szczerość. Przełamał się. Wział głęboki wdech, a dłonie ponownie zacisnał
Tęsknię – rzucił cicho, nieco ochryple, więc odchrzaknał odrobinę nerwowo, próbujac znaleźć w sobie odwagę, wykrzesać jej z siebie więcej. – Póki Quentin ze mna mieszkał, czułem się potrzebny. Miałem poczucie, że w każdej chwili mogę się do kogoś odezwać, nawet jeśli częściej go w domu nie było, niż był. Takie prawo młodości. Ale przynajmniej widywałem go raz dziennie podczas obiadu.
Dobrze pamiętał jak syn mu tłumaczył, że domowe obiady nic go nie kosztuja i stanowia dobra podkładkę pod imprezowe trunki i przekaski. Richard wówczas kręciły głowa z udawana dezaprobata, jednak ostatecznie zawsze uśmiechał się pobłażliwie.
Sam nie wiem – odpowiedział dość niepewnie, jakby sam sobie nie wierzył. Westchnał więc cicho, a jednak jakoś tak ciężko, gdy dłonia przecierał umęczona twarz. A potem przeczesał nerwowo palcami włosy, stopniowo coraz bardziej pokrywajace się siwizna. – Właściwie to dokładnie wiem, co się stało – sprostował po chwili, a jego głos brzmiał nieco smutno, pobrzmiewał w nim żal, choć Richard zdawał się być całkowicie pogodzony ze swoim losem. – Poznałem Daphne na imprezie studenckiej. Zakochałem się w jej śmiechu. Jakimś cudem ona, najpiękniejsza dziewczyna, zwróciła na mnie uwagę. Od razu straciłem dla niej głowę. Znaliśmy się tylko rok, gdy się jej oświadczyłem. Dwa miesiace później wzięliśmy skromny ślub i dziewięć miesięcy później urodził się Quentin. Wspierali nas nasi rodzice, ale sam marzyłem o tym, aby utrzymać rodzinę. Brali studentów po ekonomii do pracy w korporacji, więc nie zastanawiałem się długo i przyjałem posadę analityka finansowego.
Zmarszczy brwi z konsternacji, bo nie miał pewności, czy to właśnie nie wtedy zaczał oddalać się od swojej żony.
Żyliśmy skromnie, a marzyło nam się kupienie mieszkania na własność, zakup samochodu, potem coraz śmielej myśleliśmy nawet o wybudowaniu domu marzeń. Pracowałem coraz więcej, brałem nadgodziny, bo marzył mi się awans, który był równoznaczny z podwyżka – tutaj urwał i kolejny raz westchnał jakby pokonany. – Chyba zapomniałem co jest najważniejsze. Przynosiłem pieniadze do domu, więc myślałem, że wszystko jest dobrze. Quentin poszedł do szkoły, Daphne zaczęła pracować i nigdy na to nie narzekałem, bo rozumiałem, że taż ma swoje ambicje. Poznała kogoś w pracy. Chciałem wszystko naprawić, próbowałem o nia walczyć, ale było już za późno. Nie wyszło nam, ale nie mogę powiedzieć, żeby była zła matka. Wyjechała, jednak nie zapomniała o Quentinie.
Kolejny raz przeczesał włosy. Cisza zapadła tylko na chwilę i to było dobre, bo potrzebował, aby Clem wyrwała go z letargu słowami, byle jakimi, ważne żeby rozbrzmiały w powietrzu.
Ja też nie potrafię tego zrozumieć.
Chciał już się stad ruszyć. Nie myśleć o przykrych rzeczach, a już na pewno nie wspominać ich na głos.
Zaraz wracam.
Ruszył po precle i kupił dwa. Szybko wrócił, jeden z precli wsuwajac w dłoń Clementine.
A piwo dostaniesz już w domu, jeśli zasłużysz – dodał żartobliwie, jednak to Gringo poklepał po głowie. I nawet preclem się z nim podzielił, bo przygladał się mu tak łakomie i zarazem błagalnie. Musiał mu ulec.
_________________
Jaka jest przyszłość?
To czysta kartka papieru, na której rysujemy kreski,
ale czasami osuwa nam się ręka i kreski nie wychodza tak,
jakbyśmy chcieli.
[Profil]
 
 
Benjamin Frost









29

Wykładowca

Downtown Brentwood

mów mi: Seba

multikonta: Antoś & Morpheus



Wysłany: 2018-12-30, 22:05   
  

  
Benjamin Frost

  
Rzkoduj mój system


/po grze z Dayami, ten sam dzień

Wolny dzień... Wolny dzień? Wydawałoby się, że Benji nie zna tego określenia ze względu na ogrom pracy jaki zawsze mu towarzyszy każdego dnia. Funkcjonowanie tego mężczyzny wygląda mniej więcej tak, że na tygodniu chodzi na uczelnie, by prowadzić zajęcia, a następnie po zajęciach (czy rzadko kiedy, ale przed) ucieka do jakiejś kawiarni czy innego miejsca gdzie można spokojnie posiedzieć i spędza tam czas sam albo z umówioną osobą. Na weekendy zaś sprząta mieszkanie... Tak, nie robi tego na tygodniu, bo pod tym względem jest trochę leniwy, więc to, co uzbiera się przez pięć dni trzeba później w jeden weekend unicestwić. Tym bardziej, że często miewał gości, którym dawał korepetycje lub kogoś, kto chciał z nim nawiązać współpracę w kwestii przygotowania plakatu czy innej formy reklamy. Dzisiejszy minął mu tak szybko, że nawet nie zorientował się, iż skończył zajęcia na dziś. Standardowo pozwolił wyjść na miasto zaraz po opuszczeniu uczelni, a swoje kroki skierował do pobliskiego parku. Mimo że temperatura nie zachwycała i na pewno on, jak i jego towarzysz wiedzieli na co się piszą umawiając się w danym miejscu, to cieszył się na to wyjście wyjątkowo. Alejandro znał od jakiegoś czasu. Był właśnie jedną z osób, które brały u niego korepetycje jeśli chodzi o zakres grafiki i ogólnej estetyki w projektach graficznych. Kiedy zaproponował mu spotkanie nie polegające na siedzeniu u niego i maglowaniu kolejnych nowości z zakresu grafiki sam był zaskoczony. Miało nastąpić ich pierwsze spotkanie, które nie będzie oparte na nauce. Tym razem będą się rozkoszować wolnym, cieszyć z mile spędzonych chwil i... Pić kawę na zimnie. Tak wyglądał plan Benjamina, choć może jak sobie pospacerują trochę to będzie im cieplej, tym bardziej że będą szli z kubkami ciepłej kawy. Może gdzieś dojdą, ale zanim to czekali w kolejce po wyżej wspomnianą kawę. Nie tylko Benjamin wpadł na pomysł, by wypić w taką pogodę coś ciepłego.
-Nawet nie wiesz jak się cieszę, że moja przyjaciółka tak często przygarnia kota. Gdyby nie ona to pewnie w tym momencie byłbym w drodze do domu żeby się nim zająć - zwrócił się do Alejandro poprawiając owinięty wokół szyi szalik. Niech się nikomu nie wydaje, że posiadanie kota to nie więcej niż dać mu egzystować. Niektóre koty były bardziej wymagające od psów! Jak ten Benjamina, z tą różnicą, że jego kot za nic w świecie nie odwdzięczał się w żaden sposób. -Coś ciekawego działo się dziś w okolicy? - zagaił nawiązując do pracy Alejandro. Pracował na 112, więc codziennie jakaś dawka emocji się u niego przewijała. Tak przynajmniej wydawało się Benowi. -Dwie białe - zwrócił się tylko do Pani z budki, która robiła najlepszą kawę w Brentwood i wrócił wzrokiem do towarzysza.
[Profil]
 
 
Alejandro Reyes








31

operator numeru 112

North Brentwood

mów mi: leń Patuś

multikonta: Joey, Electra, Claire, Amanda

Wysłany: 2018-12-31, 14:16   
  

  
Alejandro Maria Reyes

  
patuś to leń


Od przyjazdu Alejandro do Brentwood minął mniej wiecej miesiąc, czyli stosunkowo niewiele czasu, a mimo to Yev już dopieła swego-jej brat ponownie zainteresował się designem. Jak tego dokonała? Może to wszystko przez jej zaraźliwy optymizm, uśmiech? A może Reyes zdecydował się dać drugą szansę projektowaniu po tym, jak Yev zaprosiła go na piwo z Joeyem? Koleś co prawda wyglądał na nastolatka, ale całkiem słusznie zauwazył, że człowiek musi się czymś interesować- a nie tylko żyć pracą. Alejandro wiedział, że chłopak całkiem dobrze kombinuje – zwłaszcza jeśli w grę wchodziła praca na linii 112. Otrzymywane zgłoszenia często sprawiały, ze myśli Reyesa wracały do postaci Lucia. Często na przkład zastanawiał się nad tym, co robiłby Lucio gdyby przylecieli do Brentwood w dwójkę. Czy w ogóle zdecydowaliby się na taką podróż? Chociaż całkiem przyjemnie było myśleć na temat zmarłego męża, Alejandro zdawał sobie sprawę z tego, że musi ruszyć z swoim życiem do przodu. Dlatego też zdecydował się odnaleźć w okolicy osobę, która mogłaby mu pomóc w nauce obsługi tych wszystkich programów graficznych. Reyes nie pracował na żadnych Photoshopach i innych tego typu bzdetach od wielu, wielu lat i aktualizacji - niektóre te programy przeżyły ostrą metamorfozę i Reyes zaczynał naukę praktycznie od zera. Jednak tego dnia, Alejandro poczuł się po prostu samotny i ostatnie na co miał ochotę do próba ogarnięcia pakietu Adobe. Dlatego też wizja wypicia kawy z Benjim była całkiem interesująca – co więcej, Alejandro zwykle posługiwał się jezykiem hiszpańskim, dlatego mimo wszystko dzisiaj również czegoś się nauczy.
-Twój kot jest niesamowita, nie miałbym nic przeciwko gdyby nam potowarzyszył – przyznał z uśmiechem, kompletnie nie przejmując się tym jak bardzo jego akcent był wyczuwalny-Zawsze chciałem mieć kot, nawet jako mały niño, ale mamacita zawsze twierdziła, że ma dość zabawa z nami wszystkiemu
No a skoro mamacita była przeciwna egzystencji kota, to było wręcz wykluczone by Alejandro się jej sprzeciwił. Przecież to co powie mamacita, jest praktycznie święte! Krzywy uśmiech pojawił się na jego twarzy kiedy Benji zapytał go o ciekawe sytuacje:
-Brentwood jest dosyć spokojne, większość zgłoszenia dotyczyła złamać, potłuczeń i takich tam. Ale jedno zgłoszenie, było takie wręcz przerażające. W centrum handlowa, ten tutaj takim, męzczyzna wpadł pod ruchome schody! Jakiś pracownik porządku źle montował klapę i była ruchoma. Męzczyzna na nią wszedł, a ta się zapadł – Alejandro pokręcił głową, mimowolnie szerzej otwierając oczy. Męzczyzna niestety zmarł, przez co Reyes przez jakiś czas był nieufny wobec ruchomych schodów. Skąd miał wiedzieć, że pracownik zajmujący nimi nie był równie niechlujny?
[Profil]
 
 
Benjamin Frost









29

Wykładowca

Downtown Brentwood

mów mi: Seba

multikonta: Antoś & Morpheus



Wysłany: 2019-01-02, 23:39   
  

  
Benjamin Frost

  
Rzkoduj mój system


Boże święty jestem tak niesamowicie wzruszony językiem jakim posługuje się Alejandro, że muszę to tu zawrzeć. Benjamin sam w sobie pewnie też kiedy tylko go słyszał to jego serducho się rozpływało przez to całe kaleczenie języka, które było najbardziej uroczą rzeczą jaką od dawien dawna miał przy sobie. Doskonale też wiedział, że Reyes jako obcokrajowiec na pewno wynajdował sobie w Brentwood osoby, które mówią po hiszpańsku i ułatwiał sobie życie tutaj nie trudząc się angielskim. Z Frostem jednak tak łatwo nie było. Może i coś tam by powiedział po hiszpańsku, coś pogadał, ale wolał przyzwyczajać Alejandro do angielskiego, bez którego chłopak w Brentwood przecież sobie nie poradzi.
-Jesteś jedną z niewielu osób, na które nie syczy, więc podejrzewam, że on też uważa, że jesteś niesamowity - zaśmiał się znad kubka z kawą i pozwolił sobie upić malutki łyk. Napój był jeszcze tak gorący, że nie dało się go pić, ale w dzisiejszej temperaturze nie będzie musiał długo czekać na ostudzenie.
Na wieść o typie, który tak po prostu sobie umarł przez ruchome schody zmarszczył brwi. Coś widział w internecie jakieś wzmianki o tym, ale nawet się nie wczytywał, bo miał wrażenie, że takie rzeczy się nie zdarzają i ktoś sobie robił jaja, że trafił akurat na jakiś prześmiewczy portal z informacjami przerobionymi w żart... Ale serio? Jakim trzeba być dzbanem żeby umrzeć na ruchomych schodach? -Wow, dość niecodzienna sytuacja. Nie chcę sobie wyobrażać co musi czuć teraz jego rodzina - westchnął, po czym spojrzał gdzieś w drugą stronę. Uśmiechnął się i gestem ręki przywitał się z postacią, która szła po drugiej stronie parku, ale doskonale wiedział, że była to Phoenix. To mu przypomniało, że miło będzie do niej napisać i zgadać się na jakąś kawkę. Przecież tak dawno jej nie widział... -Moja znajoma jeszcze za czasów studiów. Ha, że mnie poznała tak naubieranego - powiedział i spojrzał na siebie uśmiechając się od ucha do ucha. Gdyby nie to, że faktycznie znajdowali się teraz w Brentwood to miałby wrażenie, że wędruje po drogach Grenlandii przez ten śnieg dookoła i delikatnie zimną temperaturę. -Jak Ci idzie przyzwyczajanie się do Brentwood i wszystkich nowości dookoła? Angielski masz coraz lepszy z tego co słyszę - pochwalił go i puścił mu oczko na potwierdzenie prawdziwości swoich słów. Wcale nie po to, by pokazać mu, że zbiera pochwały, bo jest przystojnym Hiszpanem i Benji ma na niego oko, ani trochę.
[Profil]
 
 
Tyne Willson


Wysłany: 2019-01-04, 13:37   
  

  
Tyne Willson

  
do you need a hand?


Pan Willson często zapominał o tym, że mimo rozpierającej go energii, nie był już najmłodszy. Często zdarzało mu się robić tragiczne dla zdrowia szaleństwa i tamten dzień nie różnił się pod tym względem od innych, ponieważ Tyne stwierdził, że nastała idealna pora na jogging. Ubrał się więc odpowiednio do pogody i potruchtał w kierunku znajdującego się w centrum parku. Zawsze było tam dużo ludzi, a to z kolei sprawiało, że okolica wydawała mu się bezpieczniejsza.
Przez dobry kwadrans biegł spokojnie, pozdrawiając znajomych uśmiechami i skinieniami głowy. Właściwie powoli zaczynał czuć się zmęczony - lekarz powiedział mu, że nie powinien biegać zbyt długo - więc postanowił powoli zacząć kierować się w stronę domu. Nie przewidział jednak, że kiedy zbiegnie po schodach znajdujących się blisko fontanny, poślizgnie się na ostatnim schodku i wywinie pięknego orła, ostatecznie lądując tyłkiem na twardym chodniku.
- Ała - jęknął, krzywiąc się w wyrazie bólu. Przez chwilę leżał na ziemi, próbując zmusić się do otwarcia oczu, ale nawet nie miał siły podnieść głowy. Bolały go pośladki i kostka, a jedna z rąk wygięła się pod bardzo dziwnym kątem. I co on miał teraz zrobić?
[Profil]
 
 
Alejandro Reyes








31

operator numeru 112

North Brentwood

mów mi: leń Patuś

multikonta: Joey, Electra, Claire, Amanda

Wysłany: 2019-01-04, 20:23   
  

  
Alejandro Maria Reyes

  
patuś to leń


No ja nie wiem czy to takie urocze, biorąc pod uwagę, że typ pracuje na linii 112. Czy ktokolwiek chciałby kiedykolwiek dodzwonić się do operatora, który pod wpływem emocji napieprza po hiszpańsku? Na dodatek wszystkie kwestie wypowiada z szybkością karabinu maszynowego! No dobra, fakt faktem- kiedy chłopina mówi po angielsku, to zawsze mówi zrozumiale. Jednak pomimo tego, zwykle bardzo stresuje sie używając obcego języka. Dlaczego? Każdemu przecież zależy na tym, by zostać zrozumianym.
Na szczeście Benji był dosyć wyrozumiały w kwestii jego angielszczyzny, dlatego Alejandro nie czuł aż takiego napięcia kiedy z nim porozmawiał. Swoją drogą zapewne z powodu braku negatywnych emocji, wypowiadał się nawet troszeczkę lepiej niż zwykle.
Szczerze mówiąc, to Alejandro kompletnie nie znał się na kotach, bo biedny nie miał żadnego doświadczenia w kwestii posiadania zwierząt. Dlaczego? Nadopiekuńcza mamacita zawsze twierdziła, że ma dość zabawy z dziećmi by opiekowac się zwierzęciem, a purchlaki dzieci bardzo szybko znudziłyby się zwierzakiem. Dlatego Alejandrito słysząc tekst o kocie, parsknął jedynie śmiechem. Ten kot był po prostu tak uroczy, że trudno było na niego zareagować negatywnie!
Sytuacja z nieprawidłowo zamontowaną klapą rzeczywiscie była dosyc niecodzienna, a śmierć gostka była praktycznie nie do przewidzenia. Jak się czuła rodzina? Powiedzmy, że Alejandro mógłby sobie wyobrazić sprzeczne uczucia, które właśnie targały rodziną zmarłego. Przecież jeszcze nie tak dawno czuł sięę podobnie! Och, Lucio – jego wielka, spełniona i przede wszystkim martwa miłość. Czy Alejandro jeszcze kiedykolwiek będzie potrafił prawdziwie cieszyć życiem?
Chłopina już miał kompletnie zatonąć w myślach na temat zmarłego męża, kiedy to Benji nadmienił, że właśnie przechodziła jego kumpela. Nieświadomy uśmiech ponownie wypłynął na jego usta, a następnie kiwnął głową zdawkowo.
-Si, si, życie jest za krótka by nie spotykać się z przyjaciółmi, kiedy tylko można! – oświadczył ożywionym tonem, kiwając przy tym głową-Bo kto wie, czy kolejna klapa na której postawimy swoje noga będzie przymocowana?
No właśnie... kto kurwa wie? Na szczęście z każdą kolejną minutą, rozmowa sprawiała, że Reyes mimowolnie przestał myśleć na temat śmierci. Chłopak żył w mieście od miesiąca i chociaż pewnie miewał jakieś trudniejsze momenty, to jednak zdecydowanie był zadowolony z faktu, że zdecydowął się przenieść do Brentwood. Poczuł też niesamowitą ulgę, bo pomimo systemu wsparcia w postaci rodziny nigdy nie można być pewnym, że przeprowadzka do innego kraju obejdzie się bez problemów. Uśmiechnął się szeroko, kiedy to Benji zapytał go o życie w mieście:-Vale, kocham moja praca i to, że zawsze mogę pomóc
Czy kiedykolwiek przyzwyczai się do uczucia ulgi i radości, jakie towarzyszy mu po sukcesie w pracy? Gdy dowie się, że ktoś został uratowany? Nie, zdecydowanie coś takiego mu nie groziło.
-Cieszę się, że tu... – w tym momencie Alejandro zauwazył, ze nieopodal jakiś staruszek leży na ziemi. Typ miał zamknięte oczy! Alejandro otworzył szerzej oczy, zaskoczony kompletnie tym co zauwazył, a następnie spojrzał na Benjego. Wszelkie szkolenia sprawiły, że dosyć szybko się ogarnął i czym prędzej pobiegł w stronę mężczyzny. Kiedy już znalazł się obok, następnie przy nim uklęknął i sprawdził tętno.
-Słyszy mnie Pan? – zapytał rzeczowym tonem, przyglądając się staruszkowi. Czyżby miał złamaną rękę? Czyżby typ jeździł na deskorolce? Echhh, memories.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 6