Poprzedni temat «» Następny temat
Przed budynkiem
Autor Wiadomość
Nathan Shepherd


Wysłany: 2017-08-09, 18:08   

Nic nie było tak, jak powinno być. Nic, totalnie nic. Wszystko było przewrócone do góry nogami, wszystko było popieprzone. Nie tak Nathan sobie to wyobrażał. Przyjechał tutaj z konkretnym celem, określonym planem i wszystko spełzło na niczym. A on tak bardzo nie lubił. A najlepsze jest to, ze jak zwykle, odwlekane problemy staja się tymi nie do przeskoczenia. Tak naprawdę wystarczyła szczerość. Wystarczyła rozmowa, że Kelly chce zaczać od nowa, w nowym miejscu. Spoko. To dało się pogodzić. Istniały przyjaźnie na odległość, istnieli też inni ludzie, inne prace. Czasem dobrze jest coś zmienić w swoim życiu, tym bardziej, że Nate już to przechodził. To nie była jego pierwsza wyprowadzka z danego kraju, a Brentwood plusowało tym, że nie musiał uczyć się nowego języka, co na poczatku we Francji było małym problemem. Niby potrafił francuski przed ich wyjazdem, ale to nie było to samo. Z angielskim było lepiej, w końcu to był jego język ojczysty.
Nathan naprawdę czuł się tak, jakby nie poślubił tego mężczyznę, z którym własnie zamieszkał. Kto wie, może miał nawet jakieś watpliwości co do ich uczucia? Możliwe, całkiem możliwe. Ale zaraz po takich rozważaniach dawał sobie sam w twarz. Nie mógł pozwolić sobie na takie myślenie, bo to prowadziło do kryzysów. On dalej wierzył, ze za tym wszystkim stoi chłopiec, w którym ten się zakochał. Tylko trochę zboczył z trasy, zagubił się w świecie i Nate jest tutaj, aby pomóc mu tę ścieżkę odnaleźć. Tylko nie było to łatwe, jak osoba, której próbujesz pomóc po prostu przed toba ucieka.
- To nawet nie było zabawne.- Powiedział tylko oschle, a później słuchał i kiwał głowa. - Nigdy ci nie powiedziałem, że nie możesz pić. A proszę bardzo. Pij. Ale przy mnie. W domu. Tam, gdzie mogę ci powiedzieć, ze wystarczy. Kiedy stałem się wrogiem alkoholu? Kiedy po nim prawie zabiłem człowieka. Kiedy ciebie przy mnie nie było. Kiedy nie odzywałeś się do mnie wpędzajac mnie w coraz większe wyrzuty sumienia.- O dziwo mówił już spokojnie. Skoro miał już mówić prawdę to proszę, już nie przejmował się co Kelly z tym zrobi. Rzuci go? Nawet nie wiedział czy jakaś część jego serca nie odetchnęłaby z ulga. Przynajmniej na ten moment, bo później pewnie by cierpiał i to okropnie. Ale teraz... czuł, że nie ma nic do stracenia, bo dłużej tak nie może być. I oczywiście wtedy jego kochany maż wyciagnał na światło dzienne broń, z która Nathan nie potrafił walczyć.
- Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym to od ciebie zabrać.- Marzył, aby odebrać od Kelly'ego te koszmary. Żeby się nie męczył. Był w stanie wziać to na swoje barki. Gdyby się tylko dało... I każde kolejne zdanie był jak sztylet wycelowany prosto w Nathanowe serce. Ten się już zaczał kurczyć. Chciał się wycofać. Nie był stworzony do kłótni. Nawet jeśli go poczatkowo poniosło, wiedział, że już poniósł sromotna klęskę, że jego psychika już nie daje sobie z tym rady.
- Powiedział Kelly Shepherd.- Dodał tylko zaraz po zdaniu o pracy. Ironicznie. Bo kurde... jak można być takim hipokryta!
Tym bardziej, ze tylko praca utrzymywała Nate'a przy zdrowych zmysłach. Nawet jeśli jej tutaj nie miał, to ciagle z tyłu głowy coś mu powtarzało, że tam, daleko, czeka na niego jego posadka z utęsknieniem. Że czekaja na niego studenci przegladajac notatki i zastanawiajac się dlaczego kolejne zajęcia zostaja odwołane. Teraz już nawet nie miał i tego. Wszystko zostało mu odebrane.
Cofnał się, gdy Kelly zaczał dźgać go. Każde jego słowo odbierało czastkę Nathana od niego samego...
- Bo dzieli nas ocean. Bo ty nie słuchasz. Bo myślisz tylko o sobie. Bo... ja nie próbuję polubić tego miejsca? Jak mam je polubić, co? Zostawiłem wszystko w Paryżu. Przyjaciół, studentów, pracę. Zostawiłem, dla ciebie. Po to, by tu przyjechać, być wsparcie, a zwrotnie otrzymujac takie słowa. Zwrotnie otrzymujac dom, obce mi miejsce, oraz nieobecność męża, który i tak ma na mnie wywalone, bo woli zapić smutki w barze. Któremu aktualnie jestem potrzebny tylko do seksu. Ranisz mnie, Kelly. Ranisz i to cholernie. I ja składam obietnice gówno warte? Ja? Jedyna, która dotychczas spełniłeś, a nawet ta nie do końca, to ta, że wrócisz w jednym kawałku. Fizycznie tak. Psychicznie wróciłeś w milionie.- Nathan musiał odwrócić się i iść. Iść przed siebie, zostawiajac tam Kelly'ego. Nie mógł pokazać jak dużo emocji w nim właśnie szalało. Że jeszcze moment, a przejdzie w jakaś alejkę, padnie na kolana i... rozpłacze się jak małe dziecko. Tyle usłyszał, ale też tyle powiedział. Został dogłębnie zraniony, ale też mocno ranił. To było za dużo jak dla niego.
_________________



Nate "Kompromitacja" Shepherd


[Profil] [WWW]
   
 
Kelly Shepherd
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-09, 18:59   

Pokusiłby się o stwierdzenie, że sielanka z powodu zobaczenia męża trwała pierwszy wieczór i poranek, później z każdym kolejnym dniem było trudniej. I to tylko przez niego, bo zamiast rozmawiać zamykał się w sobie u uciekał. Mógł wiedzieć, że Nate chciał dla niego dobrze, ale nie umiał się przed nim otworzyć. Bał się, że usłyszy coś podobnego co powiedziała mu siostra, a tego by nie zniósł. Może powinien przestać się łudzić już na poczatku, że powrót to Paryża będzie szybki. Jednak przez jakiś czas naprawdę w to wierzył. Leżac pierwej nocy w jego ramionach wszystko wydawało się takie proste. I właśnie pod wpływem tamtej chwili był pewny, że to tylko kilka dni.
Czuł, że potrafił go tylko zawodzić. Nie dotrzymywał słowa z szybkim powrotem z pracy. Upijał się. Od jakiegoś czasu nie myślał nawet o powrocie do Francji, ale nie miał odwagi o tym wspomnieć. Choćby napomknać, aby sprowokować rozmowę na ten temat. Nie był dawnym soba i bał się, że przez to Nathan go odtraci, ale jednocześnie nie robił wiele, aby było inaczej. Czasem nie miał siły, a czasem uważał, że to nie ma sensu, że poczucie winy nie zniknie nigdy.
- Z tego co pamiętam jestem dorosły, więc nie potrzebna mi niańka kiedy piję. Na boga, sam wiem kiedy powiedzieć dość, a twój wzrok sprawia, że czuję się jakbym robił coś złego, a przecież tak nie jest - naprawdę nie podobało mu się, że tak właśnie było. Co już powinno dać mu do myślenia, że jednak ma ogromny problem z picie, ale nie zanosiło się na to, że Kelly prędko ogarnie się w tym temacie. Nie miał pojęcia co działo się kiedy wyjechał, bo niby skad… Nathan cieszył się, że w końcu się odezwał i daleki był do opowiadania tego w jaki sposób odreagowywał, czekajac na jakikolwiek znak życia z jego strony - Ja… Nie wiedziałem. Dlaczego nie mówiłeś, przecież możesz powiedzieć mi o wszystkim. I nie byłbyś w stanie skrzywdzić nikogo - powiedział z ogromnym przekonaniem w głosie, prędzej po sobie by się tego spodziewał. Nathan nie był zdolny do takiej przemocy.
Owszem zagrał teraz jedna z najgorszych kart jakie mógł wyciagnać. To było jak chwytanie się brzytwy, kiedy brakowało argumentów. Zawsze mógł to wyciagnać budzac tym samym poczucie winy u męża. Było to zagranie bardzo nie fair, cios, którego się nie zadaje. Nie radził sobie z tym, a wypominanie tego Nathanowi nie powinno mieć miejsca. Zawsze mógł udać do psychiatry w szpitalu, ale przezornie omijał jego gabinet szerokim łukiem. Jeszcze tylko brakował mu tego, aby ktoś zaczał grzebać w jego głowie i wyciagać te najgorsze wspomnienia. Wolał je upchnać gdzieś głęboko i o nich zapomnieć, co jak widać było najgorszym z możliwych rozwiazań.
Popatrzył na Nathana z szeroko otwartymi oczami, bo nie wierzył, że te wszystkie słowa wychodziły z ust, które jeszcze nie tak dawno był w stanie zmiażdżyć w namiętnym pocałunku. Ale to było zaraz po tym jak przyjechał, a tęsknota wygrywała ze wszystkim innym.
- Jestem lekarzem. Ratuję ludzi, a nie… - urwał, bo przemawiała przez niego złość. Nigdy nie uważał, aby praca Nathana była mniej ważna, ale niewiele brakowało, aby właśnie tak zakończył zdanie. Działo się z nim coś złego i nie tylko przemawiały słowa, ale również czyny. Patrzył na Nate’a nie rozumiejac jak mógłby w ogóle o czymś takim pomyśleć, a co dopiero wypowiedzieć to na głos. Zaschło mu w gardle, a przełknięcie śliny było ponad jego siły.
Kolejne słowa raniły, nie musiały zostać wykrzyczane, aby poczuł, jak mocno zawiódł. I to nie pierwszy raz. Chciał zaprzeczyć wszystkiemu, ale było w tym tyle prawdy, że nie umiał. Nie mógłby tak kłamać. Najgorsze było to, że Nate po tym co z siebie wyrzucił odwrócił się i odszedł. Nie zdażył złapać go za rękę, bo poruszenie się z miejsca zajęło mu chwilę. Podbiegł, aby stanać mu na drodze, a dłonie zacisnać na jego ramionach. Słowa nie przychodziły i tylko stał wpatrujac się w niego, bo na nic więcej nie było go stać.
- Chodźmy stad gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać - na tyle tylko było go stać w tej chwili. Najchętniej wtuliłby się w jego ramiona i próbował zapomnieć o tym co właśnie sobie powiedzieli. Wiedział, że to niestety tak nie działa i czas najwyższy zmierzyć się z rzeczywistościa, której nie mógł dłużej odkładać na później. Nie wiedział tylko czy Nathan będzie chciał odkładać to choćby o kolejne kilkanaście minut, już i tak czekał przecież wystarczajaco długo. Nawet jeżeli mieliby porozmawiać na jednej z tych ławek przed szpitalem, nie pozwoli mu teraz odejść.
 
 
Nathan Shepherd


Wysłany: 2017-08-09, 21:33   

Nathan zdawał sobie sprawę z tego wszystkiego i szybko załapał, ze ta cała sprawa będzie jak droga przez mękę. Co prawda najpierw starał się to wypierać. Mówić, ze jest wszystko spoko. Tylko wszystko zaczęło się sypać już w pierwszym dniu, wieczorem, jak tylko Kelly napomknał, ze ma pracę. Halo, kto zatrudnia się od razu w miejscu, gdzie miał tylko doprowadzić się do kupy, a nie zostawac dłużej? Raczej nikt. I to już wtedy zaczęło śmierdzieć, ale jeszcze wtedy Nathan szukał jakiś wyjść, ze to było odgórne, że dostał tę pracę z urzędu. Karmił się coraz bardziej kłamstwami, które sam wymyślał po to, aby w końcu zrozumiec gorzka prawdę. I to ma swoje granice.
Nie skłamię za to ja nikogo, jak powiem, ze Nate'owi też pojawiały się myśli, że jedyne co Kelly przynosi do domu to pieniadze, zawód, uczucie przygnębienia i smród alkoholu. Fakt, Nate nic nie przynosił, ale w porównaniu do tego, wolał swoja wersję.
- Mam wrażenie, ze już nie potrafisz rozróżnić momentu, kiedy powinieneś przestać.- Wiedział o tym, bo sam to przeżywał. W końcu to on upijał się zamiast iść na zajęcia i sypiał w schowku sprzataczki śmierdzacy whisky. Później ta sprawa z ziomeczkiem. I parę spotkań AA. Bo sam by z tego nie wyszedł.
- Co jeśli mówiłem, ale nie słuchałeś? Nie jestem skory do zwierzeń, głównie przy tobie, a jak wracasz z misji to szczególnie. Jakie by to miało znaczenie, ze gdybym miał jakichkolwiek świadków tamtej sytuacji, watpię, żebym tu siedział czy nawet stał przy tobie. A tego bym sobie nie wybaczył. Głupio byłoby jakbyś był zostawiony tu sam sobie, a ja bym siedział w kiciu, bo przesadziłem z alkoholem w barze i poszedłem na całość. Byłbym w stanie skrzywdzić, gdybym w ostatniej chwili nie pomyślał o tobie. Ty byłeś moja ostoja, ale widocznie ja nie potrafię się za to odpłacić.- Mógłby mu więcej opowiadać, ale po co... Skoro ten i tak raczej nie zamierzał tego zapamiętywać. Tym bardziej, ze widocznie jednak go nie znał.
Kto wie, może jak wszystko wyjdzie na prosta to sam Nathan zaciagnie go do psychiatry. W końcu sam z takich rzeczy korzystał. Czy to AA czy kurs dla osób, będacych oparciem dla tych ze stresem pourazowym. Nathan wyzbył się jakiejś odrazy do takich rzeczy. Twierdził, ze skoro faktycznie pomagaja to ma to sens. Jak widać... pomagaja.
- A nie... a nie co? Dokończ, proszę bardzo. Skoro już wyciagasz taki arsenał to wal. Mów, że nic nie robię dla świata. Powiedz jaki jestem niepotrzebny. Jakim gównianym zawodem się zajmuje, z którego sa gówniane pieniadze. A później pomyśl o tych wszystkich chwilach, jeszcze na studiach,w Stanach. Jak próbowałem cię rozkochać w sztuce. Jak widać, niepotrzebnie.- Bolało, strasznie bolało! Jak większość tej rozmowy. Ale... mówienie takich rzeczy... To już kompletnie, jak pozbawianie niektórych sensu życia. Nate kochał sztukę całym swoim sercem. Znajdował w niej zrozumienia i spokój. Jak widać, nie wszyscy potrafili to ogarnać umysłem. To, że nie operował ludzi na stołach czy nawet nie pobierał im pieprzonej krwi czy nie mierzył ciśnienia nie pokazywało, ze jest nikim. A tak właśnie w tym momencie się poczuł.
I musiał odejść. Musiał, bo po pierwsze tam było za dużo emocji, takich, które go łamały okrutnie. Po drugie, zaczęło mu się robić duszno i kręcić w głowie. Nie wiedział czy z emocji czy ze swojej choroby, która jak zawsze uaktywniała się w najmniej odpowiednim momencie czy też przez jedno i drugie.
Zatrzymał się oczywiście, ale unikał wzroku mężczyzny. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy, bo wiedział, że wszystko mu wybaczy. Wszystko... Nieważne co ten powiedział. Miał po prostu do niego okrutna słabość.
- Co chcesz mi jeszcze powiedzieć? Już dużo słyszałem.- Widać było, że jest dogłębnie zraniony. - Ale jak chcesz. Nie znam tu nic, nie znam miasta ani miejsc. Jak chcesz to prowadź.- Dodał jeszcze tylko zrezygnowany. To wszystko nie miało tak wygladać.
_________________



Nate "Kompromitacja" Shepherd


[Profil] [WWW]
   
 
Kelly Shepherd
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-09, 22:29   

Czuł, że każde słowo wbija się głęboko pozostawiajac po sobie ślad, który szybko nie zniknie. Zaczynało do niego docierać, że nie tylko sam odczuwał piętno wojny, nie mógł uwierzyć, że do tej pory był tak ślepy. Bolało go każde słowo, ale uważał, że to i tak za mało, że powinien dostać boleśniejsza lekcję, bo przez tak wiele czasu dbał tylko o to, żeby siebie poskładać do kupy, a nie zwracał uwagi na męża, który był za każdym razem obok, gotowy w każdej chwili porzucić plany i być przy nim.
- Przestań chodzić wokół mnie na placach! Nie zachowuj się jakby powiedzenie mi czegokolwiek miało się wiazać z tym, że rozwalę się na milion kawałków. Już w nich jestem, a udawanie, że tak nie jest… Wiesz jak często walczę ze soba, aby wstać z łóżka? Gdyby nie praca zapewne zapiłbym się na tym materacu. Muszę mieć poczucie, że jestem potrzebny, że… - mówił szybko nie zwracajac uwagi na to, że z czasem zaczyna podnosić głos coraz bardziej, a ludzie przechodzacy obok nawet nie ukrywaja, że im się przygladaja - Że to ma jakikolwiek sens - miał ochotę jedynie mocno go do siebie przyciagnać i zamknać usta w pocałunku, ale wiedział, że jak to zrobi, to dzięki temu nie będzie lepiej. Rozmowa poszłaby w zapomnienie, a nie mogli nieskończenie uciekać od tego. Już i tak za długo dusili w sobie emocje doprowadzajac do tego, że teraz stali przed szpitalem i krzyczeli na siebie.
Cały czas uważał, że Nathan nie byłby zdolny do przemocy dlatego zdziwił się słyszac przekonanie w głosie męża.
- Ale pomyślałeś… - jakby to miało cokolwiek zmienić. Z jednej strony cieszyło go, że tak się skończyła tamta sytuacja, ale miał też poczucie, że gdyby nie wyjechał wszystko byłoby zupełnie inaczej. Wiedział, że choćby i przeprosił milion razy za ten ostatni wyjazd i tak to nic nie zmieni, więc już nawet nie próbował. Nie przynosiło to żadnego ukojenia, a jedynie sprawiało, że obaj czuli się jeszcze gorzej. Choć watpił czy teraz było to jeszcze możliwe.
Czuł, że z każdym wypowiedzianym słowem dostaje mocno nie tyle co po głowie, ale po sercu. Ono najmocniej cierpiało, bo wcale nie miał tego na myśli. Zagalopował się wcześniej i choć nie skończył zdania Nate nakręcił się mocno i miał do tego pełne prawo. Uważał, że nie ważne jak mocno zacznie go zapewniać, że to nie prawda i tak będzie mało. Śmieszne jak słowa sprawiajace ból potrafiły utkwić w pamięci, a te które miały zupełnie inny wydźwięk umykały często zupełnie niedocenione i niezapamiętane. Dlatego stał z zaciśniętymi zębami milczał. Doskonale pamiętał jak Nathan pokazywał mu dla niego abstrakcyjny świat sztuki, który choć nadal niezrozumiany stawał się mu bliższy. Zakochiwał się wtedy nie w sztuce, ale w nim coraz mocniej i mocniej, chociaż za każdym razem myślał, że bardziej się nie da. Często w tych momentach patrzył z uśmiechem na niego nie wierzac, że ma tyle szczęścia. W najśmielszych myślach nie marzył o tym, że spędzi z nim resztę życia. Gdyby wtedy ktoś mu powiedział, że spieprzy to swoimi chorymi ambicjami, kazałby mu iść się leczyć. A teraz nawet nie próbował znaleźć odpowiednich słów, bo nawet jeżeli istniały to on ich nie znał.
Sam opuścił spojrzenie widzac, że Nate unika jego wzroku. Nie był zadowolony z tego, ale nie miał zamiaru zmuszać go do tego. Miał do tego, jak do każdego słowa, które miało mu otworzyć oczy. Nie ważne jak mocno raniło, widać musiał je usłyszeć, żeby w końcu pojał, że nie jest sam.
- Więc chodźmy - powstrzymał się przed tym żeby spleść swoje palce z jego, a to tylko dlatego, że bał się, że Nathan odtraci jego dłoń. Nie chciał poczuć odtracenia nawet jeżeli chodziło, mogłoby się wydawać, o tak niewielka sprawę. Chciał mu powiedzieć wiele, ale nie był pewny czy słowa nie ugrzęzna w gardle. A nawet jeśli tak się stanie to w końcu uda mu się to przełamać.

/ztx2
 
 
Cloé Beaumont


Wysłany: 2017-10-20, 19:22   

Nie była blisko ze swoja rodzina. Przynajmniej już nie. Może kiedyś, jako dziecko czuła większe przywiazanie czy to do tej najbliższej czy trochę dalszej. W tym momencie , jej relacje z nimi ograniczały się do Harry jak i okazjonalne obiady świateczne, na które mimo wszystko decydowała się przyjść. Mimo to, tych najbliższych można było policzyć na palcach jednej ręki, a i tak sporo miejsca zostawało. Inaczej sprawa miała się z jej bliźniaczka. Pod tym względem ponownie było widać niemal kluczowe różnice między nimi. Starsza z sióstr nadal była ulubienica, wciaż w ciaż utrzymywała kontakt z „przodkami”, więc nic dziwnego, że kiedy dostała TĄ wiadomość, zdecydowała się od razu jechać do szpitala. Cloé ciotki praktycznie nie znała, nie była nawet pewna czy poznałaby ja na ulicy tak po prostu mijajac ja w tłumie. Na spędzie rodziny owszem, przypadkowo – już niekoniecznie. Chyba naprawdę stała się zakała rodziny, wyrzutkiem z własnej woli. No trudno. Jakoś nie godziło to w jej dumę, czy w cokolwiek innego. W zasadzie, to, że się w ogóle zdecydowała przyjechać do szpitala zawdzięczać mogła tylko siostrze. Widziała, że starszej na tym zależy, że czuje potrzebę osobistego sprawdzenia co ciotka, i to najchętniej całkiem szybko. Nie musiała tego mówić głośno, Cloé swoje widziała i wiedziała. Może nie były już tak blisko ale niektóre rzeczy się nie zmieniaja. Dlatego zaoferowała jej podwózkę, ostatecznie decydujac się, by dotrzymać jej towarzystwa również w czasie odwiedzin. Mogła przecież zostać przed drzwiami do Sali, jeśli uzna, że to jednak ponad jej siły prawda?
Harry czekała na nia pod głównym wejściem, gdzie ja z reszta zostawiła samemu odstawiajac samochód na parking. Tak było wygodniej, a Beaumont miała chwilę by zorientować się, gdzie ciotka leży. Nie przeszkadzało jej robienie za szofera, czemu by miało, to nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Poprawiła sporych rozmiarów torbę na ramieniu i dołaczyła do siostry. Stukot jej długich kozaków raczej nie pasował do szpitala tak samo jak dopasowane, skórzane spodnie czy kurtka wykonana z tego samego materiału, choć w zdecydowanie w jaśniejszym kolorze. Była prosto z pracy i uznała, że przebierać jej się zdecydowanie nie opłaca. Jedyne co zrobiła to zwiazała włosy w wysoki kucyk zanim złapała za kluczyki i zaproponowała podwózkę.
-To jak, w która stronę? – zapytała dołaczajac do siostry
[Profil]
 
 
Mavourneen Shiveley








19

studentka, dorabia w antykwariacie

nie umie w miłość

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam

Wysłany: 2017-10-23, 14:07   
  

  
Mavourneen Shiveley

  
i think that all i need is a little love


Wszystko było takie chaotyczne i szybkie. Wydawało się, jakby cały ten ciag wydarzeń został utrwalony w jej pamięci za pomoca trzech pojedynczych klatek. Wanna oraz łazienkowe kafelki zabrudzone krwia; czerwono-granatowe światła podjeżdżajacej pod ich blok karetki; plastikowe, zielone krzesła, na których kazali jej bezczynnie siedzieć, podczas gdy jej matka znajdowała się za którymiś drzwiami - samotna i zrozpaczona, z przeciętymi tętnicami. Nie znała szczegółów, w tym momencie ich nie pamiętała. Wiedziała jedynie, że w pewnym momencie straciła nad soba panowanie do takiego stopnia, że jedna z pielęgniarek musiała się nia zajać, podajac jej tabletki uspokajajace oraz próbujac przemówić do niej cichym, kojacym głosem:
- Z twoja mama wszystko będzie dobrze. Zszywaja ja, potem będzie potrzebować trochę odpoczynku, ale uwierz, jest w dobrych rękach. Mamy tutaj świetnie wyszkolonych psychologów oraz psychiatrów, którzy z pewnościa jej pomoga.
Chciałaby w to wierzyć.
Dopiero po kilku minutach udało jej się przekonać pielęgniarkę do tego, że czuła się już lepiej. Kłamstwo wychodzace z jej ust było okropne i w normalnych warunkach Mavourneen na pewno by się za siebie wstydziła, ale ten przypadek był inny, szczególny. Dlatego jak tylko udało jej się opuścić gabinet zabiegowy, wymknęła się przed szpital, sprawnie omijajac babcię oraz dziadka, którzy cały czas siedzieli na korytarzu, oczekujac na jakiekolwiek wieści. Nie potrafiłaby teraz z nimi przebywać.
Wyszła przed budynek szpitala z nadzieja, że świeże powietrze doprowadzi ja do względnie stabilnego stanu. Nadal nie potrafiła pojać, jak to wszystko mogło się stać, co przeoczyła, dlaczego nie zrobiła nic, co by temu zapobiegło. W ostatnim czasie nałożyło się na siebie tak wiele złych wydarzeń, że Mavourneen momentami nadal miała problem z rozróżnieniem czy to wszystko należało do rzeczywistości, czy było tylko bardzo wymyślna fikcja, w której znalazła się za sprawa jakiegoś niemożliwego przypadku. Najpierw tamto nieszczęsne tornado, później śmierć Aarona, a teraz próba samobójcza matki. I o ile na ten pierwszy przypadek Shiveley nie miała żadnego wpływu, tak nie mogła sobie wybaczyć tego, że gdy tak bliskim jej osobom działo się coś złego, ona była bezsilna.
Może gdybym poszła na festyn razem z Aaronem, mogłabym coś zrobić, wyrzucała sobie w myślach, ilekroć zaczynała myśleć o zmarłym przyjacielu. Może gdybym tamtego dnia zaprosiła go do siebie, to by się nie stało. Może gdybym rozmawiała z mama trochę więcej zamiast się od niej odsuwać, nie doszłoby do tej tragedii. Może gdyby bardziej mi na niej zależało, nie próbowałaby się zabić.
Oddychała płytko, opierajac się o ścianę budynku. Ludzie przechodzili obok niej, obojętnie - znajdowali się w szpitalu, tutaj przerażone spojrzenia i drżace dłonie na nikim nie robiły wrażenia. W tym miejscu każdy gonił ku własnym sprawom, ku swoim bliskim, bo każda chwila mogła być ta ostatnia.
_________________
breathing gets hard to do,
my lungs go black and blue, my heart breaks into two. i'm stuck in space and time, i live a lonely life, i’m trying to survive.
[Profil]
 
 
Harry Beaumont
[Usunięty]

Wysłany: 2017-10-31, 09:55   

Bliźniaczki naprawdę diametralnie się od siebie różniły i jak na dłoni widać to było już w czasie ich wczesnej młodości, jednak czas i okoliczności jeszcze dodatkowo je od siebie oddaliły. Nic dziwnego, że ten kontrast był też odczuwalny w relacjach rodzinnych! Chociaż Harry nie uważała, że różnice w pogladach sa wystarczajacym wytłumaczeniem, rozumiała, a przynajmniej próbowała zrozumieć, dlaczego jej młodsza siostra zdecydowała się ograniczyć kontakt z rodzicami. Presja ze strony ojca, szczególnie tuż po tym, jak Cloé zrezygnowała ze szkoły wojskowej, musiała być ogromna. A wraz z jakaś awersja na tej linii, ucierpiały również i kolejne. Starsza z blondynek działała na odrobinę innych zasadach – dla niej relacje z rodzicami czy dziadkami były jak najbardziej potrzebne i, co za tym idzie, utrzymane na dobrym poziomie. Ciotki nie znała zbyt dobrze, ale przynajmniej ja kojarzyła, a telefon od babci zupełnie przesadził sprawę. Harriet musiała odwiedzić szpital, i to najlepiej w tempie natychmiastowym. Chociaż sama miała prawo jazdy, nigdy nie spieszyło jej się za kierownicę samochodu i między innymi dlatego z wdzięcznościa przyjęła przysługę siostry. Przynajmniej w części, bo tak naprawdę chyba bardziej cieszyło ja, że Cloé w ogóle chciała do tego szpitala pojechać.
Kiedy czekała u szczytu schodów, wybrała numer telefonu babci, chcac od niej zasłyszeć dokładne „współrzędne” sali. Równie dobrze mogła to zrobić w recepcji, ale po co miała niepotrzebnie stać w kolejce, wypełniać dokumenty albo tłumaczyć coś pani za lada? O ileż łatwiej było trochę nagiać procedury i posłużyć się znacznie wygodniejszym rozwiazaniem.
Drugie piętro, sa na intensywnej terapii – wyjaśniła siostrze, lecz zanim skierowała się do budynku, odruchowo rozejrzała się wokoło. Jak się okazało, na dobre to wyszło.
Na przestrzeni ostatnich kilku lat, nie rozmawiała z Mavourneen zbyt często, ale kojarzyła ja z tych kilku wizyt u dziadków, odkad zdecydowała się na przeprowadzkę – no i pamiętała jako tego małego smarkacza, ze zjazdów rodzinnych, lecz to wystarczyło, żeby teraz rozpoznać jej rdzawe włosy i pochylona sylwetkę.
Poczekaj na mnie w środku, Cloé – odruchowo poprosiła siostrę, podchodzac do opartej o ścianę Shiveley i zatrzymujac się o kilka kroków przed nia. – Hej, Mavourneen – odezwała się, chcac zwrócić na siebie jej uwagę, jednocześnie nie przecinajac tej cienkiej linki, która jeszcze jakoś trzymała nastolatkę w równowadze. Doświadczenia z przełomu ostatnich lat wytworzyły w starszej Beaumont zachowania, które nie miały zniknać nawet w środowisku cywilnym… bo ona również była przyzwyczajona do widoku strachu, zabiedzenia i depresyjnego, wszechogarniajacego smutku – tylko w nieco innym otoczeniu, bez nowoczesnego szpitala i spokojnego miasta.
 
 
Cloé Beaumont


Wysłany: 2017-11-05, 16:02   

Jeśli ma być ze soba absolutnie szczera, troszeczkę, gdzieś tam głęboko brakowało jej kontaktów z rodzina. Jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że niektóre mosty zniszczyła bezpowrotnie, a inne sa na tyle w złym stanie, ze wchodzenie na nie skończyłoby się bolesnym upadkiem. Sama się na to zdecydowała, w pełni świadomie przyjęła konsekwencje tego i je zaakceptowała. Ojciec wszystko zaczał, ona dokończyła przenoszac niechęć na kolejnych mu sprzyjajacych. Pod wieloma względami na dobre jej to wyszło. Wreszcie była tym kim od zawsze chciała być, soba, a nie „jedna z”. Mogła oddychać pełna piersia ze świadomościa, ze będzie rozliczana sama ze swoich postępków i niczego innego. Widać tez pod tym względem była bardziej niezależna od siostry.
To naprawdę nie było nic wielkiego. Cloe też podeszła do sprawy bardziej na zasadzie biernego obserwatora niżeli faktycznego członka rodziny. Może nie powiedziałaby, że ciotka nic dla niej nie znaczy, bo gdzieś tam zostawała myśl o byciu rodzina, ale znowu mogła się od wszystkiego emocjonalnie odciać. Czy to mówiło o niej jak o złej osobie? Chyba nie. Choć wiele zarzuciłoby jej bycia nieczuła skorupa. Nie zamierzała się nikomu z tego tłumaczyć, to był jej sposób na radzenie sobie z wieloma rzeczami, zwłaszcza z tymi przykrymi i nieprzyjemnymi.
Mimo prośby siostry ruszyła za nia. Nie miała ochoty stać samotnie w wielkim szpitalnym holu pełnym chorych i cierpiacych ludzi. Nie sadziła również, by ta przerwa na mała pogawędkę miała znowu trwać na tyle długo, by mogło przeszkadzać jej bycie biernym rozmówca. Co do samej tożsamości rudzielca, mogła się tylko domyślać kim ta dziewczyna jest. Gdy przyjrzała się jej twarzy, w połaczeniu z imieniem była wstanie rozpoznać w niej ta mała smarkulę na obiadkach rodzinnych. Było to dawno i na pewno nie mogła powiedzieć, ze wiedziała coś o niej ponad ogólne ogólniki ale znowu to Cloe, jej ignorancja nie powinna nikogo dziwić. Posłała lekki, niewymuszony uśmiech w jej kierunku. Raczej rudzielec nie miała ani tego zauważyć, ani pewnie nie podniesie jej to na duchu. Zwłaszcza, kiedy wiedziała, że jej matka jest w ciężkim stanie. Mimo to sam gest się chyba liczył prawda? Nie odzywała się, raczej nie znajdowała się w tej pozycji, plus nie wiedziała co miałaby właściwie powiedzieć. Słowa „przykro mi” i „wszystko będzie dobrze” nie wniosły by nic, nie przyniosłyby odpowiedniego skutku, a jedynie prawdopodobnie tylko dorzuciłyby więcej soli na otwarte rany. Harry zaś zdawała się wiedzieć co robi, albo przynajmniej miała jakiś plan. To wystarczyło by tylko stanać u jej boku i być jedynie niemym wsparciem.
[Profil]
 
 
Mavourneen Shiveley








19

studentka, dorabia w antykwariacie

nie umie w miłość

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam

Wysłany: 2017-11-09, 13:52   
  

  
Mavourneen Shiveley

  
i think that all i need is a little love


Nie spodziewała się czyjejkolwiek uwagi. Ludzie przechodzili obok niej obojętnie, a ona nawet była im za to wdzięczna. Potrzebowała chwili dla siebie, chwili na świeżym powietrzu, żeby pozbierać myśli i uspokoić się na tyle, aby za moment dołaczyć do czekajacych wewnatrz szpitala dziadków. Jak tylko więc usłyszała zbliżajace się w jej stronę kroki, a później znajomy głos wypowiadajacy jej imię, poderwała głowę do góry z wymalowanym na twarzy roztargnieniem. Harry? Tutaj? Potrzebowała kilku sekund, aby powrócić do rzeczywistości i w pełni zrozumieć powód przybycia kuzynki do szpitala.
- Och... hej, Harriet - nie miała pojęcia jakim cudem udało jej się wydobyć głos. Czuła się paskudnie, wygladała zreszta pewnie też, ale kiedy tylko zobaczyła kuzynkę, wyprostowała się i skinęła jej głowa. Nadal miała ochotę się rozpłakać, jednak świadomość, że był tutaj ktoś, kogo chociaż trochę obchodził los jej matki, znacznie ja odciażała. Przynajmniej chwilowo. Co prawda jej stosunki z dalsza rodzina prezentowały się raczej tragicznie, no chyba żeby brać pod uwagę babcine obiadki z dzieciństwa, podczas których wszyscy jakoś ze soba wytrzymywali, udajac, że nie pałali w stosunku do siebie niechęcia, ale pamiętała twarze i imiona większości swoich kuzynów oraz wujostwa. - Szukasz babci? Zaprowadzić cię do niej? - zapytała powoli. Przez podane lekarstwa odczuwała znaczna apatię i nawet przez myśl jej nie przeszło, że Harry mogła zagaić rozmowę tylko ze względu na nia. Nigdy nie utrzymywały ze soba bliższych kontaktów, toteż Mavourneen uznała za logiczne, że to krótkie powitanie pełniło wyłacznie rolę uprzejmości, której Beaumont nie chciała przeciagać. Nie dziwiłaby się temu. W podobnej sytuacji, stojac przed osoba, która ledwo znała, zapewne czułaby się bardzo obco.
Dopiero po chwili dostrzegła druga bliźniaczkę, która przypatrywała się tej wymianie zdań z boku.
- Cześć, Cloé - powiedziała, nerwowo bawiac się palcami. W przeciwieństwie do Harry, Cloé zawsze wydawała się Mavourneen bardziej zdystansowana i zapewne z tego powodu poczuła się nieco nieswojo, kiedy ja zobaczyła. Harriet od czasu do czasu odwiedzała dziadków, dzięki czemu Mavourneen miała z nia jako taki kontakt. Cloé z kolei nigdy nie sprawiała wrażenia zaangażowanej w pielęgnowanie rodzinnych więzi i dlatego Shiveley była zdziwiona, że w ogóle ujrzała ja w tym miejscu. Pamiętała nieprzyjemności, jakich jej matka doświadczyła z rak swojej siostry, a mamy bliźniaczek i musiała kilkakrotnie zamrugać powiekami, aby odpędzić od siebie niechciane łzy. Nie chowała urazy w stosunku do żadnego członka tej gałęzi ich drzewa genealogicznego, ale poczucie osamotnienia, które nagle w nia uderzyło, wydawało się zbyt ciężkie do udźwignięcia.
_________________
breathing gets hard to do,
my lungs go black and blue, my heart breaks into two. i'm stuck in space and time, i live a lonely life, i’m trying to survive.
[Profil]
 
 
Harry Beaumont
[Usunięty]

Wysłany: 2017-11-25, 17:06   

Rzeczywiście – podczas gdy Cloé była w jakimś sensie „wolnym strzelcem”, Harry przez dziewięćdzisiat procent swojego dorosłego życia trwała pod rozkazem. Nawet podczas dni wolnych, gdzieś tam na skraju świadomości tliła się świadomość, że być może będzie zmuszona przerwać urlop wcześniej, ponieważ kraj stanie w obliczu jakiegoś kryzysu. W obecnej sytuacji politycznej brzmiało to wprawdzie nieprawdopodobnie, ale punkt w regulamienie sił zbrojnych miał pozostać niezmieniony. Z kolei, Harriet wyryła sobie w pamięci te kilkaset reguł na zawsze. Miała pozostać zwiazana z wojskiem na zawsze, taka decyzję podjęła dla siebie, a nie dla ojca, wbrew temu, co możnaby sadzić. Generał Beaumont popchnał ja w stronę sił mundurowych, ale miłość kobiety do służby oraz lotnictwa była jak najbardziej prawdziwa. Nie znaczy to jednak, że, tak jak ojciec, nie potrafiła zrozumieć decyzji swojej bliźniaczki. Wręcz przeciwnie – Cloé w większości zmieniła się na lepsze.
Harry nie wiedziała co robi, działała zupełnie odruchowo, bo Mavourneen nie wygladała jak ktoś, kogo można w tej chwili zostawić samemu. Interwencja osób trzecich mogła przynieść więcej szkody, niż pożytku, ale Beaumont nie przeszłaby obok kuzynki obojętnie. Dziewczyna przeżywała właśnie prawdziwa tragedię i ciężko było się dziwić jej zachowaniu, drażcym rękom czy bladości skóry. Tym głupszym pomysłem byłoby zignorowanie problemu.
Rozmawiałam z nia przed momentem… ale przewodnik na pewno nam się przyda – odpowiedziała spokojnie, nie spuszczajac z kuzynki uważnego spojrzenia. Ich matki niekoniecznie się ze soba dogadywały, ale blondynka zdażyła parę razy porozmawiać z Mavourneen, odkad przeprowadziła się do Brentwood – starała się regularnie odwiedzać dziadków, nadrabiajac bycie „wyrodna wnuczka” przez ostatnie lata, gdy albo pracowała w Londynie, albo co rusz jeździła po świecie i kraju, biorac udział w różnych akcjach oraz szkoleniach… jakby się nad tym zastanowić, to odkad pierwszy raz pojechała na misję, nawet rodzinny dom odwiedzała bardzo rzadko.
Chcesz jeszcze chwilę tutaj zaczekać? – zapytała, widzac minę Shiveley. Nastolatka wygladała, jakby lada moment miała się rozpłakać.
 
 
Cloé Beaumont


Wysłany: 2017-12-01, 17:55   

Podażanie własna droga zwykle wychodzi człowiekowi na dobre. Chociażby pod względem bycia w zgodzie z samym soba. Ktoś mógłby jej zarzucić, że wyparła się wszystkiego czego ja uczono, że skreśliła sobie drogę do naprawdę wygodnego życia na poziomie. Bujda, Cloe bez munduru była szczęśliwsza niż kiedykolwiek w nim. Owszem, podjęcie takich decyzji nie było łatwe, ale kiedy wreszcie postawiła ta kropkę na końcu zdania, poczuła się jakby ktoś zdjał z jej barków olbrzymi ciężar. Jeśli przez to zyskiwało miano wyrodnej córki palacej za soba mosty to trudno się mówi, widocznie tak musi być. Sama też uważała, że zmieniła się na lepsze, była bardziej szczera zarówno z soba jak i ze swoim otoczeniem. Przynajmniej nie była już kopia siostry, co zawsze najbardziej jej ciażyło.
Stojac tutaj można by ja uznać za hipokrytkę. Skoro sama wyparła się rodziny, to po co w ogóle pojawiła się pod szpitalem by odwiedzić ciotkę, z która nie miała absolutnie nic wspólnego. Dawne niesnaski pomiędzy ich matkami nie miały nic do rzeczy, a sama Cloe nie do końca wiedziała o co poszło. Ale znowu, rodzina to rodzina i nawet jeśli pojawiła się tu nie dla siebie czy dla poszkodowanej kobiety, to robiła to dla Harry. To chyba wystarczajacy powód.
-Hej Mavourneen, potrzebujesz czegoś? – zapytała nieco przeczac swojej planowanej, biernej postawie. Było widać, że kuzynka jest w naprawdę kiepskim stanie, na granicy płaczu i otumaniona lekami. Cóż, niejeden za takie otępienie dałby się pokroić, ale nie mówmy teraz o patologicznych przypadkach ćpunów czy tym podobnych osób. Beaumont miała raczej na myśli coś innego. Skoro dziewczyna miała najpewniej spędzić tu sporo czasu, to może potrzebowała jakiś konkretnych rzeczy od głupiej kawy zaczynajac na ciepłej bluzie czy ukochanym kocyku kończac. Nie była dobra w pocieszaniu, ale chociaż w ten sposób mogła spróbować jej pomóc. Mave raczej nie miała głowy do czysto prozaicznych czynności, więc równie dobrze Cloe mogła być kimś kto się tym właśnie zajmie. Przy okazji będzie potrzebna i nikt nie będzie kwestionował jej obecności.
Poprawiła torbę na ramieniu zerkajac na siostrę, szukajac w niej niejako wsparcia. Co dalej powinna zrobić, czy nie palnęła niczego głupiego, nieodpowiedniego czy cokolwiek w tym rodzaju. Nie, to nie była asekuracja pod tytułem walnij mnie jeśli wykaże się skrajnym brakiem taktu. Zwyczajnie to starsza była tutaj znawca podnoszenia na duchu i radzeniu sobie z trauma jakkolwiek okrutnie to nie brzmi. Miała więcej kontaktu z ludzkim cierpieniem, to tez lepiej się w nim odnajdywała.
[Profil]
 
 
Mavourneen Shiveley








19

studentka, dorabia w antykwariacie

nie umie w miłość

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam

Wysłany: 2017-12-05, 18:17   
  

  
Mavourneen Shiveley

  
i think that all i need is a little love


Tylko nie płacz. Nie teraz, nie tutaj, nie przy ludziach, ostrzegła sama siebie w myślach i przełknęła z trudem ślinę. Chyba nie zniosłaby, gdyby nagle, zupełnie nieoczekiwanie rozkleiłaby się w tak niewygodnej sytuacji. Podejrzewała, że na jednej łzie wcale by się nie skończyło - potrzebowała znacznie więcej czasu, aby zrzucić z siebie cały ten ciężar, który potęgował się wraz z upływem kolejnych miesięcy. Nie chciała skupiać na sobie uwagi, to byłoby niekomfortowe, dlatego zacisnęła dłonie i spojrzała na bliźniaczki, starajac się sprawić wrażenie twardej i spokojnej. Nieskończenie wiele razy dawała radę uciszyć wszystkie swoje watpliwości, a teraz dziwnym trafem zachowanie kamiennej twarzy kosztowało ja tak dużo.
Patrzac na Chloe i Harry, żałowała, że była w tym wszystkim sama, że w przeciwieństwie do nich nie miała siostry, która być może okazałaby się w tej chwili oparciem. W tym momencie rodzeństwo sprawiało dla niej wrażenie niezbędnego ogniwa, którego istnienie byłoby w stanie podnieść Mavourneen na duchu. Myślała, że może gdyby miała obok siebie kogoś, kto na co dzień borykał się z tymi samymi, rodzinnymi problemami, kto znajdowałby czas, aby z nia porozmawiać, nie tkwiłaby w tej beznadziejnej sytuacji całkiem sama. Stety albo niestety, Shiveley nie miała pojęcia o nieporozumieniach, które wplatały się w relację sióstr Beaumont niczym niechciane, szkodliwe chwasty. Wiedziała tylko tyle, ile mogła dostrzec na pierwszy rzut oka, bo nigdy nie była z żadna z bliźniaczek wystarczajaco blisko, aby zdawać sobie sprawę z tego, jak wielka dzieliła je przepaść.
- Nie, jest w porzadku - zapewniła, choć w rzeczywistości była jak najdalej od stanu, który można by określić mianem w porzadku. - Dziękuję, Chloe. - Uśmiechnęła się dzielnie, bo mimo wszystko poczuła w sercu ukłucie czułości na myśl, że kuzynka, z która dotychczas nie utrzymywała żadnych kontaktów, wykazywała chęć, aby jej pomóc. Nawet jeśli to zainteresowanie wynikało wyłacznie z tragicznej sytuacji, w jakiej Mavourneen aktualnie tkwiła - była wdzięczna. - Chodźmy do środka, dziadkowie na pewno już się martwia - zaproponowała z nadzieja, że babcia oraz dziadek przedstawia bliźniaczkom więcej konkretów na temat obecnej sytuacji, w zwiazku z czym ona sama przestanie być dla nich niedogodnościa. Wiedziała, że ani Harriet, ani Chloe nie wiedziały jak powinny się w stosunku do niej zachowywać i czuła z tego tytułu ogromny ciężar. Wygladało na to, że przez całe życie tylko wszystkim zawadzała.
Nie miała pojęcia, że Chloe pojawiła się tutaj tylko ze względu na siostrę, która obiecała podwieźć, więc po prostu skierowała się do środka, czekajac na kuzynki. To czy obie bliźniaczki weszły do szpitala, czy rozdzieliły się tak, jak to było w planach, pozostawiam już do uzgodnienia reszcie autorów.

/zt
_________________
breathing gets hard to do,
my lungs go black and blue, my heart breaks into two. i'm stuck in space and time, i live a lonely life, i’m trying to survive.
[Profil]
 
 
Freya Melgaard








27

Właścicielka Swan

Miłość Poszukiwana

North Brentwood

mów mi: Frytka

multikonta: Katriina



Wysłany: 2018-10-30, 21:29   
  

  
Freya Melgaard

  
Coffee is life


#2
Ostatnio byłam coraz bardziej zmęczona, senna, miałam coraz mniej chęci do czegokolwiek. Owszem, podejrzewałam jesienną chandrę, a także ochłodzenie, przez które łatwo marzłam, ale to się utrzymywało dłużej. Dlatego podejrzewałam, że winna może być znów tarczyca. I nie zamierzałam oczywiście zwlekać, dlatego też kiedy tylko miałam okazję i wolny czas, zarejestrowałam się telefonicznie do poradni. Mając dwie godziny do czasu wizyty, specjalnie nic nie jadłam, jedyne co wypiłam to wodę, z bólem odpuszczając sobie kawę. Po prostu sobie obejrzałam dwa odcinki serialu. Na wypadek gdybym mogła zrobić dziś badania, wolałam być gotowa z miejsca.
Ubrałam się w ciepły, czarny płaszcz, po czym wyszłam z domu, czując jak mi burczy w brzuchu. Jednak musiałam swoje przecierpieć do tego czasu. Droga do szpitala nie trwała długo, wreszcie się znalazłam u lekarza, zdałam mu relację z tego co się działo ostatnimi czasy, wspomniałam także o powrocie trudności z oddychaniem. I do tego się przyczyniała czasami ta cholerna tarczyca. Skierował mnie na badania i kazał się stawić po otrzymaniu wyników.
I kolejka do badań nie była długa, więc zgodnie z planem, załatwiłam je jeszcze dziś. Nie przepadałam ogólnie za pobieraniem krwi, ale nic związanego ze strachem. Nie bałam się igieł ani krwi, jedynie tego że jakaś sierota nie będzie wiedziała co i jak i nie dość że źle się wbije igłą, to jeszcze będzie nią ruszać biorąc coś. Na wyniki miałam poczekać trzy dni, więc wyszłam ze szpitala już mając wszystko załatwione. A przed budynkiem szpitala jeszcze się zatrzymałam, gdy mi zawibrował telefon. Wyjęłam go by sprawdzić czy to sms, czy powiadomienie.
_________________

Freya Melgaard

I want to find you, to know how it is to be loved and I will succeed.

[Profil]
   
 
Eleanor R. Lux


Wysłany: 2018-10-31, 19:24   

//#2 Przed rozgrywką w szpitalu

Złe samopoczucie nie było dla niej niczym nowym. W końcu kobietą była, a jak wiadomo każdej z nas zdarza się gorszy, ale i lepszy dzień. Inna sprawa, że tego dnia bolało ją coś, co nie powinno dawać o sobie w żaden sposób znać. Powinno pracować w swoim rytmie, tak by cały organizm był dotleniony i zadowolony.
Niestety nie wszystko idzie zgodnie z myślą, a gdy tak się dzieje, trzeba odwiedzić lekarza. I tu rodzi się swoisty problem, bo nie wiedziała, czy jej ubezpieczenie faktycznie działa na terenie Anglii. Agent zapewniał ją, że owszem, ale takim szarlatanom, nie powinno się ufać bezgranicznie. Zwłaszcza, że mają tendencje mówić wszystko, co klient chce usłyszeć.
Zmierzała do szpitala i zapewne nie zatrzymałaby się w żadnym wypadku, gdyby nie fakt, że zauważyła znajomą osóbkę.
- Freya? – Zapytała, podchodząc do blondynki, która sprawdzała coś na telefonie. Chwilka jej chyba nie zbawi, a może się okaże że ból bezpowrotnie minie i będzie mogła się cieszyć pięknym dniem – ta jasne.
[Profil]
 
 
Freya Melgaard








27

Właścicielka Swan

Miłość Poszukiwana

North Brentwood

mów mi: Frytka

multikonta: Katriina



Wysłany: 2018-10-31, 21:11   
  

  
Freya Melgaard

  
Coffee is life


Przy każdej wiadomości, dzwoniącym telefonie, miałam nadzieję, że to może wynajęty detektyw, który ma jakieś pomocne informacje dla mnie bądź który wie, gdzie jest ktoś z mojej rodziny, ktokolwiek. Ślady prowadziły do Brentwood, to było pewne, ale to było wszystko. Jednak nie przestawałam tracić wiary w to, że w końcu uda mi się znaleźć rodzinę. Jednak było to jedynie zwykłe powiadomienie z instagrama, na co tylko westchnęłam i chowałam telefon, gdy usłyszałam nagle znajomy głos i swoje imię. Od razu po głosie rozpoznałam z Eleanor. Podniosłam na nią wzrok z lekkim uśmiechem.
Hej Ele. Co słychać? Coś nie tak? — spytałam, jako że w końcu kierowała się do szpitala. A co by nie było, nawet odwiedziny, to coś musiało być nie tak. Bez powodu nie szło się do niego, w końcu kto by zwiedzał działający szpital. Prędzej opuszczony z jakąś swoją lokalną legendą. No i cóż, lubiłam ją, jeśli coś się działo, chciałam wiedzieć po prostu co takiego.
_________________

Freya Melgaard

I want to find you, to know how it is to be loved and I will succeed.

[Profil]
   
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 5