nawigacja


Poprzedni temat «» Następny temat
brother, I... I'm sorry...
Autor Wiadomość
Iris Davies-Aldridge



36

curing mental illness

he died

Downtown Brentwood

mów mi: quasimodo

multikonta: Voitto

Wysłany: 2019-01-05, 18:56   brother, I... I'm sorry...
  

  
Iris Davies-Aldridge

  
Sugar, we're going down

  

  
  
  
  


Było późne, listopadowe popołudnie. Jesień nie rozpieszczała - lało jak z cebra i, mimo, że właściwie taki deszcz nie powinien utrzymywać się długo, padało przeszło godzinę. Nie był to jednak dzień pełen smutków, przynajmniej nie dla Iris. Wracała do domu, w którym nie było jej ponad pół roku. Nie wiedziała, czy ktokolwiek zauważył jej brak. W końcu, nie było jej w tym domu trochę częściej niż była, ale jednak ktoś musiał zauważyć jej brak gdy sprawdzał jej pokój, albo chociaż kiedy nie pojawiała się przy śniadaniowym stole. Ze szkoły również musiało przyjść pismo, jednak Yolanda je zapewne całkowicie zignorowała. Czy był ktoś jeszcze, kto ignorował jej brak w i tak przepełnionym domu? Nie powinna o tym myśleć, jednak szesnastolatkę to zwyczajnie intrygowało. Żeby tak ani razu nie pojawiła się w żadnej edycji wiadomości, żadnych ogłoszeniach... Może i nie było na to czasu? Może była jednym problemem z głowy mniej? Co prawda, należała do tych najstarszych z rodzeństwa, co oznaczało, że była kolejnymi rękoma do pomocy, jednak wcale tego nie robiła. Teraz jednak miała ochotę to zmienić, najlepiej jak najszybciej.
Gdy dotarła pod drzwi domu o numerze trzysta trzynaście, początkowo miała wątpliwości. Powinna wejść? A może uciec, jeszcze póki miała czas? Może w ogóle nie powinna tutaj wracać, tylko zostać z Franklinem? Przecież jej nie wyganiał, a miał taką wygodną kanapę. I taką ciszę w domu...
Wdech i wydech. Nie masz co się martwić, Aldridge. Po prostu tam wejdź.
Była mokra, do suchej nitki. Kiedy przekroczyła próg, pierwszym co zrobiła było zdjęcie pełnych od wody trampek. I dopiero kiedy je odłożyła, zamknęła za sobą drzwi i boso weszła wgłąb domu, chcąc tylko, jak gdyby nigdy nic, wejść do łóżka i zakopać się pod kołdrą.
Ale on stanął w jej drodze.
Kiedy stanęła naprzeciwko Echo, przez chwilę była w szoku. Łzy stanęły jej w oczach, a ona stała w ciszy przez kilkanaście sekund. Dopiero po ich upłynięciu, podbiegła do niego, mocno go przytulając. Rozpłakała się.
- Echo, ja... Ja przepraszam... - zaczęła, ale głos już zaczął się jej łamać. Płakała, a jednak przytulała swojego brata, jakby go prawie straciła. A było do tego blisko. - Przepraszam, że byłam tak okropną siostrą... - wymamrotała, jeszcze bardziej drżącym głosem, mocniej go obejmując swoimi chudymi ramionami.
[Profil]
 
 
Echo Aldridge



37

naprawia samochody i szybko jeździ

pewna blondynka zamieszkała w jego głowie

Downtown Brentwood

mów mi: scu

multikonta: moore, jackie, booker



Wysłany: 2019-01-05, 19:40   
  

  
Echo Landon Aldridge

  
I'm not perfect but I keep trying

  

  
  
  
  


Miał siedemnaście lat, dziesięcioro młodszego rodzeństwa i problemy z samym sobą. Ona miała parę białych trampek, torbę i chyba zero świadomości, że ktokolwiek mógłby się o nią martwić. Echo zamartwiał się na śmierć i chociaż od zniknięcia Iris minęło kilka miesięcy, on nie zapomniał o niej.
Z początku był jednym z tych, którzy nie zauważyli jej ucieczki z rodzinnego domu. Była młoda, a on przekonany, że zabalowała. Jemu też zdarzało się wychodzić z domu i nie wracać przez kilka dni. Ale dni mijały, a jej nie było, więc wszczął poszukiwania na własną rękę. Niestety, po dłuższym czasie nie miał pojęcia, gdzie powinien szukać, skoro przemierzył całe Brentwood i okolice miasta. Nie mógł rzucić wszystkiego i ruszyć w pogoń, miał na głowie resztę młodszego rodzeństwa, którym musiał się zająć, bo rodzice... Każdy wiedział, jak z nimi było. Ktoś musiał pilnować, żeby cała ta zgraja nie powymierała z głodu, a jedyną osobą, która dbała o to, żeby włożyć coś do gara był właśnie, będący na heroinowym głodzie, zmęczony, doszczętnie przerażony, Echo.
Z rana udało mu się odstawić dzieciaki do szkoły i przedszkola, a wcale nie było łatwo zebrać wszystkich w jednym miejscu i zmusić do wyjścia z domu. Nie obyło się bez wrzasków, kłótni i przepychanek. Adonis prawie złamał Percy'emu szczękę. Wprawdzie tłumaczył, że nie zrobił tego celowo, ale najstarszy spośród braci widział, jak pięciolatek z premedytacją uderza Perseusa prosto w twarz.
Wkrótce cała banda ponownie miała pojawić się w domu, więc Echo musiał ugotować makaron w ilości takiej, jakby miał za kilka chwil wykarmić całe miasto. Zakupy zrobił za swoje pieniądze, choć tych miał niewiele, bo wszystko przeznaczał na działki. Na rodziców jak zwykle nie mógł sobie radzić - ojciec był w swoim artystycznym transie, natomiast matka udała się w odwiedziny do koleżanki, żeby móc z nią wspólnie powróżyć. W drodze powrotnej starsze dzieciaki miały odebrać te młodsze, ale chłopak nie miał pewności, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem i nastawiał się, że mimo ulewy będzie musiał udać się do miasta, żeby osobiście odebrać tych najmłodszych.
Usłyszał trzask zamykanych drzwi, więc automatycznie oderwał się od patelni.
- Nawet nie ważcie się właźcie w buciorach, bo was powystrzelam jak... - urwał, bo po wychyleniu się z kuchni ujrzał dawno niewidzianą, przemoczoną do suchej nitki postać. To była Iris i zanim Echo zdążył cokolwiek powiedzieć, czy jakkolwiek zareagować, dziewczyna uwiesiła mu się na szyi. Przytulił ją mocno, mógł tak trwać w nieskończoność, ale siostra zaczęła wygadywać największe głupstwa z możliwych, dlatego odsunął ją od siebie i przyjrzał się jej zapłakanej twarzy.
- Gdzieś ty była, dzieciaku? - zwrócił się do niej, mimo był starszy tylko o rok. - Nie becz, głupia - mruknął i przyciągnął siostrę bliżej. Tym razem to on ją przytulił w obawie, że zaraz znowu gdzieś zniknie na długie tygodnie.
_________________




[Profil]
 
 
Iris Davies-Aldridge



36

curing mental illness

he died

Downtown Brentwood

mów mi: quasimodo

multikonta: Voitto

Wysłany: 2019-01-06, 08:55   
  

  
Iris Davies-Aldridge

  
Sugar, we're going down

  

  
  
  
  


Kompletny brak szmeru był dla niej zaskakujący jedynie na początku. Gdy zorientowała się, że właściwie mogli jeszcze nie wrócić ze szkoły czy przedszkola, wszystko ułożyło się w jedną, spójną całość. Nawet matki nie było, ale w sumie niemal nigdy nie dało się czuć jej obecności. Ubolewała nad tym, jednak musiała się z tym pogodzić. Państwo Aldridge nie należeli do osób, które interesowałyby się własnymi dziećmi, mimo, że mieli ich ponad dwunastkę. Może to właśnie ilość zniechęcała ich do opieki nad nimi? Albo własne "obowiązki" artystyczno-wróżbiarskie?
Zadziwiające, że w trakcie swojego szesnastoletniego życia Iris zaczęła rozważać tą opcję akurat teraz, po spotkaniu z dwójką specjalistów i Franklinem. Gdyby nie oni, pewnie w ogóle by nie wróciła i na marne byłyby wszelkie poszukiwania. Pewnie nawet jej ciało nie zostałoby znalezione - może wrzuciliby ją do jakiejś rzeki, żeby dopiero po jakimś czasie natrafił na nią jakiś rybak? Wtedy pewnie zaczęłoby się śledztwo, poszukiwanie rodziny, osób odpowiedzialnych za śmierć tak młodej kobiety, aż w końcu trafiłoby się na dom rodzinny Aldridge. Opieka społeczna wtedy nie dałaby im spokoju do końca ich dni.
Echo gotował. A ona mu w tym tak po prostu, nieco bezczelnie, przerwała. Pociągnęła tylko nosem, gdy ten popatrzył jej w twarz. Jak ona się cieszyła, że akurat jego zobaczyła pierwszego.
- Uciekłam i... Przepraszam, że zostawiłam cię z nimi, a wcześniej w ogóle nie pomagałam - westchnęła tylko, wtulając się w niego mocniej. - Nie widziałam cię pół roku, a ty mi mówisz, że mam nie beczeć? - zaśmiała się, krótko, gorzko, jednak wciąż nie wypuszczała brata z objęć. Przez jeszcze chwilę. Dopóki nie poczuła zapachu jedzenia.
- Czy ty... Zeusie, Echo, czy to znowu makaron? - dopiero wtedy odsunęła się od niego, patrząc wymownie na kuchenkę. Pokręciła tylko głową. Popatrzyła na brata z niewielkim uśmiechem, unosząc rękaw przemokniętej katany do oczu. I tak była cała mokra, a musiała przecież otrzeć jakoś swoje łzy.
[Profil]
 
 
Echo Aldridge



37

naprawia samochody i szybko jeździ

pewna blondynka zamieszkała w jego głowie

Downtown Brentwood

mów mi: scu

multikonta: moore, jackie, booker



Wysłany: 2019-01-06, 20:32   
  

  
Echo Landon Aldridge

  
I'm not perfect but I keep trying

  

  
  
  
  


Pozwalał jej na te uściski, bo sam ich potrzebował. W dalszym ciągu był zdezorientowany, bo chociaż wierzył, że Iris kiedyś wrócił, to nie spodziewał się, że stanie się to tego deszczowego, listopadowego popołudnia. Echo w środku rozpierała niepohamowana radość, chociaż nie potrafił tego pokazać. Rodzice nie nauczyli go, w jaki sposób okazywać te dobre emocje, więc najczęściej ich nie okazywał. Czuł, ale nie umiał się tym podzielić.
Popatrzył na siostrę, jakby sens wypowiedzianych przez nią słów nie do końca do niego dotarł. I chyba tak było, o czym świadczył tępy wyraz jego twarzy, na której po chwili pojawiło się coś, co mogło przypominać troskę.
- Zwariowałaś? - zapytał, ale bez żadnych złośliwości. - Pleciesz straszne bzdury. Nie musisz mi pomagać, to ja jestem starszym bratem i ja powinienem dbać o ciebie. O was wszystkich - oznajmił poważnym tonem, choć tak naprawdę sam był jeszcze dzieciakiem, a opiekować to powinni się nimi wszystkimi rodzice. Niestety, na nich nie można było liczyć. Matka nawet nie wydała się przejęta zniknięciem Iris. Była przekonana, że córka niedługo wróci, przecież była w takim buntowniczym wieku i inne nastolatki również uciekały z domu, po czym wracały z podkulonym ogonem. Jak trwoga, to do Zeusa.
Komentarz o makaronie sprawił, że Echo wzruszył tylko ramionami. Oboje dobrze wiedzieli, że w ich domu nie przelewało się i powinni doceniać, że w ogóle jakimś cudem mogli wykarmić wszystkie dzieciaki. A makaron z sosem pomidorowym i posypany startym, żółtym serem, był bardzo pożywny. Na deser każde dostanie jabłko i herbatniki. To wcale nie brzmiało tak źle.
- Znowu makaron. I ty też zjesz, na pewno umierasz z głodu - oznajmił bezpardonowo i pociągnął przemoczony rękaw kurtki, którym Iris ocierała łzy. - Zdejmij to i załóż coś suchego, bo nabawisz się jakiegoś ohydnego zapalenia płuc - polecił i brzmiał prawie jak ojciec, mimo że ich nigdy nie wyrażał takiej troski i nie interesował się, czy jego dzieci mają czyste i suche ubrania, czy drugi tydzień paradują w tej samej koszulce. To Echo robił w domu za kucharza, sprzątaczkę, praczkę, pocieszyciela, powiernika i sanitariusza. Znał historię każdego siniaka i zadrapania. Zajmował się też nieudolnym utulaniem do snu i słuchaniem cichych skarg, chociaż często nawalał i wcale nie był takim przykładnym bratem, jakim mógł się wydawać.
_________________




[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 6