nawigacja


Poprzedni temat «» Następny temat
In the end of everything dead will rise and sing
Autor Wiadomość
Jo Moore



32

gania za bandytami

trochę wspomnień i nic więcej - czarne serce

North Brentwood

mów mi: kamilka

multikonta: jackie, booker, echo

nieobecność: częściej bywam niż jestem, ale odpisuję!

Wysłany: 2018-12-09, 01:00   In the end of everything dead will rise and sing
  

  
Jo Moore

  
frozen hearts growing colder with time

  

  
  
  
  


- Kurwa, kurwa, kurwa, cholera, ja pierdolę - nikt, kto znał Jo Moore nie odważyłby się powiedzieć, że była kobietą niewielu słów. Nawet jej matka, która nie znała jej tak dobrze, nie powiedziałaby czegoś takiego. Zadudniła pięściami w kierownicę i przekręciła czapkę daszkiem do tyłu. Był to gest poddania, trochę rozpaczliwy jak na nią, ale miała tego serdecznie dość.
Mijał drugi tydzień odkąd musiała zmagać się z hordą nieumarłych. To był też drugi tydzień podróży do Norwich, skąd nastąpiłaby kontynuacja podróży na Wschód. Na szczęście nie tkwiła w tym wszystkim sama, w innym wypadku już dawno strzeliłaby sobie w łeb. W apokalipsie zombie na Wyspach najgorszy był fakt, że z każdej strony była woda. Z każdej jebanej strony. Pierdolone Morze Północne. Kurewskie Morze Celtyckie.
- Wysiadka, proszę państwa, pusty bak. Musimy znaleźć paliwo - rzuciła w końcu do grupy siedzącej w busie, po czym wyskoczyła z samochodu i zatrzasnęła drzwi, żeby po chwili otworzyć bagażnik i wyciągnąć z nich kilka kanistrów. Jeden z nich rzuciła Bishop. To naprawdę musiała być prawdziwa przyjaźń, skoro nawet podczas zbliżającego się armagedonu te dwie wciąż były nierozłączne. Ale Moore nie wyobrażała sobie, że mogłaby zmagać się ze zgraja zombie nie mając u swojego boku kompana w postaci Dylan. - Sam, trzymaj się blisko mamy, albo mnie - tymi słowami zwróciła się do prawie sześcioletniego chłopca, który właśnie wyskakiwał z busa. Oprócz Bishopów podróżowały z nim trzy inne osoby, których wcześniej żadne z nich nie znało. Wśród nich był Hugh Smith, mężczyzna koło czterdziestki, rzeźnik z Cambridge. Świetnie władał siekierą, którą cały czas nosił przy pasku porwanych spodni. Był z nimi najkrócej, dołączył zaledwie trzy dni temu, kiedy busem przemierzali jego rodzinne miasto. Szukał brata i siostrzenicy, którzy również udali się na Wschód, chcąc dostać się do Holandii.
Tyle, że nikt nie wiedział co działo się na wybrzeżu i czy w ogóle istniała szansa, żeby wypłynąć na morze.
- Za kilka mil jest stacja - odezwał się Smith. Wciąż znajdowali się blisko Cambridge, więc orientował się w okolicy całkiem nieźle. - Możemy się rozdzielić, albo iść wszyscy razem - zaproponował i Moore szybko stwierdziła, że musiał doznać jakiegoś szoku pourazowego po tym jak zgubił rodzinę, bo najbardziej absurdalną decyzją podczas apokalipsy była decyzja o rozdzieleniu się.
_________________




[Profil] [WWW]
 
 
Dylan Bishop



32

strażak na rencie

tequila is her love

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, davis, holgate, woodill

Wysłany: 2018-12-09, 01:53   
  

  
Dylan Bishop

  
alcohol and sex addicted, bad mom, disabled

  

  
  
  
  


Dla kogoś takiego jak Bishop, koniec świata był tym czego obawiała się najbardziej. Cholernie ciężko było zdobyć alkohol, a wszystkie fajne laski, które mogłaby zbałamucić i wykorzystać pragnęły tylko wpierdolić jej mózg. I gdzie tu mowa o jakiejkolwiek sprawiedliwości? Na domiar złego, gdy zombiaki postanowiły wyjść na brentwoodzkie ulice, Sam znajdował się pod jej opieką. Nie żeby nie cieszyła się z faktu, że jej jedyny syn nie został pożarty przez krwiożercze bestie. Uważała jednak, że gdyby nie on wraz z Moore miałyby większe szanse na przeżycie. Spowalniał je, a do tego nieumarli wywoływali u niego panikę.
- Słyszałeś? Koniec przejażdżki - skierowała swoje słowa do siedzącego obok sześciolatka, który przez całą podróż nie odezwał się do niej nawet jednym słowem. Był dość mały i nie do końca rozumiał, dlaczego jedna z matek wyciągnęła go z łóżka w środku nocy i zmusiła do podróży, która w ogóle nie sprawiała mu przyjemności.
Kiedy Bishop wytoczyła się z autobusu, od razu została zaatakowana pustym kanistrem. Gdyby nie jej świetny refleks, z pewnością oberwałaby nim prosto w łeb.
- Może przy okazji uda nam się trafić na jakiś monopolowy, który nie został doszczętnie splądrowany - powiedziała, w ogóle nie wierząc w takową możliwość. Chyba powoli zaczynało do niej docierać, że nastała apokalipsa i nie liczyło się nic poza przetrwaniem. Nawet jeśli nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez gorących panienek i wyskokowych trunków.
- Nie liczyłabym na to - do bishopowych uszu dobiegł głos dziewczyny, która towarzyszyła im niemal od samego początku. - Próbowaliśmy wiele razy i zawsze kończyło się tak samo. Do tego są rzeczy ważniejsze, jedzenia nie starczy nam na dłużej niż dwa dni - powiedziała dość wyniośle, łapiąc za jeden z kanistrów, który podała jej Moore.
Rzadko kiedy zdarzało się, że Dylan opierała się kobiecemu urokowi. Tym bardziej wtedy, gdy na świecie nie pozostawało ich zbyt wiele. W tym przypadku jednak było inaczej i sama była pani strażak nie wiedziała, czy działo się tak za sprawą jej zbyt męskiego wyglądu, czy po prostu przez zjebany charakter. Georgia White zdecydowanie nie zaskarbiła sobie jej sympatii.
- Chyba nie mówisz poważnie, co nie? - szturchnęła Smitha łokciem. - To jak wyprawa samobójcza, a choć moje życie w danej chwili nie ma żadnego sensu, to jeszcze nie śpieszy mi się na drugą stronę - wymownie spojrzała ku górze, tym samym chcąc wskazać niebo, nawet jeśli nie wierzyła w życie po śmierci. - Młody, Moore idziemy, a reszta jak chce może nam towarzyszyć, ale przecież nikogo zmuszać nie będziemy - zadecydowała i nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony innych, skierowała się w kierunku, który wcześniej wskazał Smith.
_________________
I'm Gonna Swing
from the chandelier, I'm gonna live like tomorrow doesn't exist


[Profil]
 
 
Jo Moore



32

gania za bandytami

trochę wspomnień i nic więcej - czarne serce

North Brentwood

mów mi: kamilka

multikonta: jackie, booker, echo

nieobecność: częściej bywam niż jestem, ale odpisuję!

Wysłany: 2018-12-09, 02:34   
  

  
Jo Moore

  
frozen hearts growing colder with time

  

  
  
  
  


Wyjęła z kabury swojego glocka i sprawdziła magazynek. Nie wyglądało to najgorzej, był prawie pełen, a autobusie miała zapas amunicji, który planowała zabrać w wyprawę na stację benzynową. Tak na wszelki wypadek. Od kilkunastu dni starała się nie używać broni palnej, stawiała raczej na nóż myśliwski, który również trzymała w pokrowcu przy pasku. Nóż był mnie inwazyjny, nie wywoływał hałasu i nie przyciągał sztywnych, bo ci zazwyczaj przyciągani byli donośnymi dźwiękami.
- Powinniśmy iść wszyscy - odezwał się młody, rudy chłopak w okularach. - Statystycznie mamy większe szanse, żeby udźwignąć jak najwięcej kanistrów z paliwem. Mamy też większe szanse na przeżycie - skwitował, wyciągając notes, w którym zanotował coś skrupulatnie. Billy Jones był świeżo upieczonym studentem matematyki. Moore i Bishop spotkały go tuż po wyjeździe z Brentwood, gdzie znajdował się dom chłopaka. Najprawdopodobniej stracił całą rodzinę, ale nadal łudził się, że rodzicom udało się wyjechać.
- Świetnie, to postanowione - Jo chwyciła dwa puste kanistry, ówcześnie zabierając z samochodu kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Samuel ruszył do przodu, ale wtedy policjantka chwyciła go za szelkę od plecaka i wcisnęła mu do środka butelkę w z wodą. - Nie ociągaj się - dodała, bo faktycznie Młody ich spowalniał, ale nic dziwnego, miał tylko sześć lat i nie rozumiał co się działo i dlaczego świat zwariował, a martwi ludzie chcieli go pożreć. W zasadzie Moore wcale mu się nie dziwiła, ona również niewiele z tego rozumiała.
Smith wyprzedził Bishop, tym samym idąc na czele grupy. Zarzekał się, że znał rejon, więc Jo nie oponowała, kiedy wyrwał się do przodu. Tym sposobem mogła iść swoim tempem, tuż obok Bishop.
- Ile to mil? - zapytała i wcisnęła Samowi pusty kanister, żeby mieć wolną rękę i odpalić papierosa. Tak, brak fajek był dla niej najbardziej odczuwalny. Zaciągnęła się kilkakrotnie i podała szluga Dylan. Musiały oszczędzać, deficyt papierosów zbliżał się wielkimi krokami.
- Trochę ponad dziesięć - Hugh zerknął na nią przez ramię, jakby chciał się upewnić, czy aby na pewno wszyscy za nim idą.
- Dwie godziny zdrowego marszu - wtrącił szybko rudy Billy. - Statystycznie...
- A czy statystycznie nie możesz się w końcu przymknąć? - burknęła Georgia, jednocześnie odgarniając z czoła przetłuszczoną grzywkę kruczoczarnych włosów.
Moore spojrzała najpierw na nią, a później na Młodego, który pociągał nosem i włóczył niechętnie nogami, więc żeby rozładować atmosferę, Jo pstryknęła go zaczepnie w ucho.
- Nie chcę tutaj być - odezwał się cicho, że policjantka musiała się pochylić, żeby go usłyszeć. - Chcę wracać do babć i do mamy - jeszcze głośniej pociągnął nosem, a na jego policzkach pojawiły się łzy. Chyba zbyt długo był silny.
- Sammy, nie możemy wrócić. Przestań się mazać, tutaj nie ma miejsca na dziecinadę. Bishop, powiedz mu - wolną ręką klepnęła kumpelę w ramię. W końcu to był jej syn i to ona powinna mieć na niego największy wpływ. Wprawdzie Moore również była dla Samuela autorytetem, ale w zaistniałej sytuacji żadna z nich nie mogła go bez przerwy niańczyć. A co, jeśli którejś z nich coś się stanie? Albo ich zabraknie? Młody musiał jakoś sobie poradzić w świecie pełnym nieumarłych. Tyle, że w tym wszystkim łatwo było zapomnieć, że był tylko dzieckiem.
_________________




[Profil] [WWW]
 
 
Dylan Bishop



32

strażak na rencie

tequila is her love

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, davis, holgate, woodill

Wysłany: 2018-12-10, 11:24   
  

  
Dylan Bishop

  
alcohol and sex addicted, bad mom, disabled

  

  
  
  
  


Miała nieodpartą ochotę pozabijać te przemądrzałe dzieciaki, które towarzyszyły im niemal od samego początku podróży. Wiedziała jednak, że z Moore i Samem sobie nie poradzą. Potrzebowali wsparcia, walka o życie w pojedynkę, zdecydowanie nie była najlepszym pomysłem. Tym bardzie, że kolano Bishop w dalszym ciągu utrudniało jej poruszanie się, a Młody panikował za każdym razem, gdy na ich drodze pojawiał się sztywniak. Dlatego też Billy i Georgia w dalszym ciągu nie pożegnali się z życiem.
Starała się nie słuchać tego co inni mieli do powiedzenia, skupiała się na kroczeniu przed siebie, w czym pomagał jej długi kij, który znalazła przed kilkoma dniami.
- Trochę ponad dziesięć? - powtórzyła z niezadowoleniem. Od samego rana kolano dawało jej popalić, do czego nie zamierzała się przyznać. W takich chwilach tęskniła za wózkiem inwalidzkim, choć znienawidziła go w czasach, w których spotkanie człowieka nie wiązało się z cudem. Kiedy Smith postanowił ją wyprzedzić, Bishop dźgnęła go kijem w plecy. Oczywiście zrobiła to z wyczuciem, nie zamierzała osłabiać i tak niezbyt mocnej drużyny. - Gdzie tak pędzisz? Stacja nam nie ucieknie - rzuciła ze śmiechem, bo nawet w tak trudnych momentach poczucie humoru jej nie opuszczało.
- Może i nie ucieknie, ale istnieje większe prawdopodobieństwo, że ktoś nas uprzedzi - odpowiedział, nie zwalniając tempa.
Miał rację, była tego świadoma, co nie oznaczało, że zamierzała go o tym informować. Był najstarszy z nich, prawdopodobnie najbardziej doświadczony przez życie. Chociaż nie należało zapominać, że zarówno Dylan jak i Jo przeżyły więcej od przeciętnego człowieka. I choć obie uważały, że są nieśmiertelne, kilka tygodni temu była pani strażak zaczęła w to wątpić.
Nie zwracała uwagi na paplaninę Jonesa i wkurwiającą Georgię. Tym bardziej, że niespodziewanie obok niej pojawiła się policjantka i Młody, który ze łzami spływającymi po jego buźce, taszczył w rękach zbyt ciężki dla niego kanister.
- Wiedziałam, że w końcu zacznie beczeć - pokręciła z niezadowoleniem głową, by w następnej chwili przystanąć na przeciwko syna, tym samym zmuszając go do uczynienia tego samego. - Młody, słuchaj, jesteś już wystarczająco duży by pogodzić się z nowymi realiami. Nie mamy do czego wracać, nie wiemy nawet czy babciom i mamie udało się uciec... prawdopodobnie nie, ale my żyjemy i z całych sił będziemy walczyć o przetrwanie. Ciotka ma rację, tu nie ma miejsca na dziecinadę, niczego tym nie zmienisz. Uwierz, że wolałabym byś był teraz gdzieś daleko ode mnie, w bezpiecznym miejscu. Niestety takich już nie ma, więc przestań się mazać i weź się w garść - wytłumaczyła mu spokojnie, tym samym próbując uspokoić syna. Takie zachowanie zdziwiło nawet ją samą, ale widocznie apokalipsa była w stanie zmienić nawet ją. - No już nie ociągaj się - powiedziała, pchając Sama w stronę, w którą zdaniem Smitha powinni się udać.
- Ale mamo... - Sammy załkał głośno, przełykając słone łzy. Chciał powiedzieć coś jeszcze, nie zgodzić się ze słowami matki, bo przecież druga matka i babcie musiały gdzieś tam być, tak samo jak jego koledzy ze szkoły. Niestety przed jego oczami pojawił się największy z jego koszmarów - nieumarły łowca ludzkich mózgów, co wywołała u młodego Hollenbecka głośny pisk.
O dziwo obolała Bishop wykazała się refleksem i niczym wilczyca rzuciła się na zombiaka, by chronić swoje młode. Nie pomyślała o tym, by sięgnąć po broń, którą Moore dała jej zanim opuściły Brentwood. Nie ważne było nawet to, że wystrzał mógłby przysporzyć im więcej kłopotów, w tym momencie liczyła się obrona Samuela. Na szczęście długi kij, będący wsparciem przy chodzeniu, okazał się także być niezawodny w walce ze sztywnymi. Jeden z jego końców wsunął się w czaszkę żywego trupa, niczym jej palce w pochwę napalonej laski. Poszło łatwo, Sam jednak nie przestawał wydzierać gęby.
- Zamknijcie tego dzieciaka, inaczej sama to zrobię - warknęła White, odstępując od wystraszonego rudzielca w okularach, które zdobiły jego nos.
- Żebym ja nie musiała zamknąć ciebie - Bishop odpowiedziała podobnym tonem, wyciągając kij z czaszki unieszkodliwionego delikwenta i obróciła się w stronę czarnowłosej dziewczyny. - Moore zajmij się nim - poleciła kumpeli, nawet na sekundę nie odwracając wzroku od Georgi.
- Myślisz, że się ciebie boję? Może i wyglądasz dość groźnie z zakrwawionym kijem w ręku, ale wystarczy jedno uderzenie w kolano i leżysz - zaśmiała się lekceważąco, co podziałało na Bishop niczym płachta na bywa. Zamachnęła się kijem, nie zwracając uwagi na to, czy faktycznie może wyrządzić dziewczynie krzywdę. W obecnych czasach i tak panowało bezprawie, nie poniosłaby za to odpowiedzialności. Niestety gdy kij znalazł się tuż przed oczami irytującej pizdy, zastygł w rękach Smitha, który mimo iż znajdował się spory kawałek przed nimi, postanowił zawrócić.
- Czy wam już do końca odbiło? Sami się powybijamy, w końcu lepsze to niż skończenie jako uczta dla sztywnych - powiedział, w dalszym ciągu zaciskając palce na zakrwawionym końcu kija. - Zajmij się synem, jeśli się nie uspokoi, naprawdę marnie skończymy - w końcu zwolnił uścisk, a Bishop spojrzała na niego z nienawiścią w oczach. Nie powiedziała jednak nic, posłusznie zwróciła się do Sama, którego Moore próbowała uspokoić.
_________________
I'm Gonna Swing
from the chandelier, I'm gonna live like tomorrow doesn't exist


[Profil]
 
 
Jo Moore



32

gania za bandytami

trochę wspomnień i nic więcej - czarne serce

North Brentwood

mów mi: kamilka

multikonta: jackie, booker, echo

nieobecność: częściej bywam niż jestem, ale odpisuję!

Wysłany: 2018-12-10, 18:34   
  

  
Jo Moore

  
frozen hearts growing colder with time

  

  
  
  
  


Czasami Moore miała nieodłączne wrażenie, że istniała między innymi po to, żeby jej najlepsza kumpela przypadkiem nie wybiła połowę cywilizacji. W przeciwieństwie do Bishop, Jo potrafiła wykazać się dużą cierpliwością wobec ludzkiej głupoty, co nie oznaczało, że ta idioci nie działali jej na nerwy. Działali, ale trzeba było naprawdę postarać się, żeby wyprowadzić policjantkę z równowagi. Pewnie dlatego razem z Dylan potrafiły żyć w tak zgodnej symbiozie.
W ciszy obserwowała zasmarkanego Sama, który co jakiś czas pociągał nosem. Może były dla niego zbyt surowe, przecież rozumiał praktycznie tyle, co nic. Z dnia na dzień musiał zostawić swoje dotychczasowe życie, kolegów, ulubione zabawki i wszystko co do tej pory zdążył poznać. W zamian musiał zmierzyć się z nieznanym dotąd strachem, który znacznie różnił się od lękiem przed ciemnością czy wysokością.
Przyciągnęła do siebie chłopca, kiedy Bishop jednym szybki ruchem pozbyła się szwendacza, a to z kolei sprawiło, że policjantka automatyczne zaczęła rozglądać się za kolejnymi nieumarłymi.
- Sammy, cicho - nakazała, bo Młody zaczął zanosić się jeszcze większym płaczem, co było wywołane ogromnym przerażenie. - Sam - powtórzyła, ale sześciolatek nie reagował, więc uklękła na przeciwko niego i potrząsnęła nim delikatnie. - Hej, hej. Hej! - Moore podniosła głos, a w jej przypadku było to rzadkością, a na pewno nigdy nie zdarzyło jej się krzyczeć na Samuela. - Nic ci nie grozi, słyszysz? Ani mama, ani ja nie pozwolimy zrobić ci krzywdy -spojrzała mu prosto w oczy, chcąc tym sposobem dodać mu otuchy. W odpowiedzi chłopieć upuścił kanister, zarzucił ręce na szyję i przytulił mocno.
- Przestańcie! - zawołał rudy Jones, więc Jo spojrzała na niego znad ramienia Sama. W tym momencie dojrzała Smitha, który ściskał kij należący do Dylan. Najwyraźniej jednym skutecznym ruchem uchronił White przed ciosem, który z pewnością zwaliłby irytującą dziewczynę z nóg.
- Oni mają rację, Bishop - policjantka wyprostowała się, ale Sammy w dalszym ciągu ściskał kurczowo jej dłoń. - Odpuść jej, co? Dobrze wiesz, że nie warto - mrugnęła porozumiewawczo do kumpeli. Doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że Georgia nie grzeszyła rozumem, ale była im potrzebna. Musieli trzymać się razem, a im większą grupę zorganizują, tym ich szanse na przetrwanie również znacznie się zwiększą.
Smith puścił końcówkę kija i znów ruszył przodem, ażeby móc doprowadzić wszystkich do celu. Czekała ich długa wędrówka, zważywszy na Samuela, który z ledwością nadążał za pozostałymi ze wzgląd na swoje krótkie nóżki.
Większość czasu milczeli, w połowie drogi Moore wzięła sześciolatka na barana, a swoje kanistry oddała Jonesowi. Przez całą wędrówkę nie spotkali żywej duszy, a i dzięki temu, że trzymali się z boku, sztywnych również nie było zbyt wielu.
- Wszystko okej? - tymi słowami Jo zwróciła się do Dylan, która szła blisko niej. - Rozchmurz się, może znajdziemy na stacji wagon fajek i butelkę dobrego alkoholu. Będzie spoko - wprawdzie policjantka dobrze wiedziała, że była pani strażak nie miała w zwyczaju długo chować urazy, ale za każdym razem, kiedy White otwierała gębę, nadeptywała Bishop na odcisk.
- Stacja jest za zakrętem! - Smith pomachał do nich, wskazując ręką na niedaleki obszar tuż za laskiem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jeszcze będą musieli przebyć tę samą odległość z powrotem i to z ciężarem w postaci kilkudziesięciu litrów benzyny.
_________________




[Profil] [WWW]
 
 
Dylan Bishop



32

strażak na rencie

tequila is her love

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, davis, holgate, woodill

Wysłany: 2018-12-17, 00:22   
  

  
Dylan Bishop

  
alcohol and sex addicted, bad mom, disabled

  

  
  
  
  


Apokalipsa zombie była wystarczającym utrapieniem, dlatego towarzystwo wkurwiających ludzi było jej bardzo nie na rękę. Niestety wiedziała, że ich grupa nie mogła maleć, jeśli chcieli zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Dlatego niechętnie, ale jednak postanowiła odpuścić tej cholernej dziewusze i skupić na tym, co było dla niej najważniejsze. Nie, nie chodziło o lejący się strumieniami alkohol i grono napalonych panienek, w zaistniałych okolicznościach nie mogła na to liczyć.
Zbliżyła się do syna i kumpeli właśnie w tym momencie, gdy Młody wtulił się w policjantkę i w końcu zaprzestał alarmowania wszystkich znajdujących się w pobliżu zombiaków, że nieopodal znajduje się całkiem niezła przekąska.
- Zmężniej w końcu, zostałeś jedynym mężczyzną w rodzinie. Powinieneś dbać o swoje kobiety - zaśmiała się, szturchając przy tym Sama łokciem, na co sześciolatek odsunął głowę od moore'owego ramienia i posła jej niezadowolone spojrzenie; z nosa ciekły mu gile, których część pozostawił na bluzie policjantki. - Wystarczy tych czułości, musimy iść - pochyliła się nad dzieciakiem i użyczyła mu rękawa swojej i tak brudnej już koszuli, w którą Młody mógł wydmuchać nos. Następnie kciukami starła łzy z jego twarzyczki i bez zbędnych słów cała grupa ruszyła w dalszą drogę.
Kolano napieprzało ją coraz bardziej, czym postanowiła nie dzielić się z nikim, nawet z Jo. Na szczęście długi kij, zastępował kule ortopedyczne, których w tym momencie potrzebowała bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
- Wszystko jest spoko, tylko zdecydowanie bardziej wolałabym siedzieć teraz w jakimś pubie - przymknęła na moment oczy, a na jej twarzy wymalował się błogi uśmiech, wywołany nie tak odległymi wspomnieniami. - Jeśli dodasz do tego grono napalonych fanek,wszystko będzie jak należy - dodała po chwili, otwierając ślepia. Niewiele brakowało, a zaliczyłaby glebę. Lekcja na dziś, przemieszczać się z szeroko otwartymi oczami. Sięgnęła do kieszeni po zgnieciony batonik Wispa i wcisnęła go Samuelowi, który w dalszym ciągu okupywał ramiona Moore. - Nabierz trochę siły, żebyś mógł utrzymać w łapkach pistolet - powiedziała, dostrzegając spojrzenie kumpeli. Już wcześniej rozmawiały na ten temat, obie decydując, że powinny nieco wstrzymać się wciskaniem sześciolatkowi broni w ręce. Niestety nic nie zapowiadało poprawy sytuacji, a Sam nie mógł za każdym razem reagować płaczem na widok jednego z nieumarłych.
- Dajcie dzieciakowi broń, niech nas wszystkich powybija - prychnęła White, wtrącając się do rozmowy, która w żaden sposób jej nie dotyczyła.
- Nie jestem bogobojna, ale będę się modlić do tego tam na górze, aby zaczął od ciebie - wyrzuciła z siebie automatycznie, jednocześnie zaciskając palce obu dłoni w pieść. Sama miała ochotę odstrzelić łeb tej irytującej pannie, która nawet w najmniejszy sposób nie była wdzięczna za uratowanie życia.
- Nie wierzę, że to mówię, ale... muszę zgodzić się z Georgią. Broń w rękach sześciolatka, statystycznie zmniejsza nasze szanse na przetrwanie - rudowłosy Billy również wtrącił się do rozmowy, jeszcze bardziej podnosząc ciśnienie byłej pani strażak.
Bishop miała zamiar uciszyć oboje jakąś ciętą ripostą, ale w tym samym czasie Smith poinformował ich, że znaleźli się prawie na miejscu. Niezmiernie ucieszyło to nie tylko blondynkę, ale również pozostałą cześć grupy, zwłaszcza Małego Sama, który cały umazany roztopioną czekoladą, ponownie znalazł się na ziemi.
- Zajmijcie się paliwem, a ja pokażę Młodemu jak posługiwać się bronią - zwróciła się do Moore, nic nie robiąc sobie ze zdania pozostałych członków ich niewielkiej grupy. Sam był jej synem, więc nikt nie musiał pomagać jej w podejmowaniu decyzji. - Nie martw się, póki co będziemy strzelać na sucho - dodała, chcąc uspokoić kumpelę i pozostałych. Wiedziała doskonale jak wielkie ryzyko stwarzałby każdy wystrzał, dlatego póki co nie zdecydowała się na stuprocentowe zajęcia praktyczne. Wraz z Samem oddalili się o kilka stóp od zbiorników z paliwem, po czym wcisnęła zablokowany pistolet w drżące rączki sześciolatka, który ugiął się pod ciężarem broni.
- Złap go pewnie. Jedną rękę połóż tutaj, a drugą w ten sposób - pokierowała go, układając dłonie chłopca w odpowiedni sposób. Następnie oddaliła się o kilka kroków w bok, by dobrze przyjrzeć się smarkaczowi. - Teraz pociągnij za spust... nie bój się, nie wystrze.... - nie skończyła, przerwał jej wystrzał. Nie wydobył się on jednak z broni trzymanej przez Samuela. Kula świsnęła tuż obok jej twarzy i wylądowała pod nogami dziecka, które z przerażenia wypuściło pistolet z rąk. - Chować się! - wrzasnęła, łapiąc syna za kaptur bluzy, a następnie wciągnęła go za wrak spalonego samochodu, znajdującego się w pobliżu. - Kurwa, broń - jęknęła, przywierając plecami do śmierdzącej blachy. Sam z przerażenia nie był w stanie nawet płakać, nie do końca ogarniał co właśnie się stało. Krzyki i strzały dało się słyszeć przez kilka dłuższych chwil. W końcu jednak umilkły, a blondynka niepewnie wystawiła głowę zza wraku samochodu. - Moore, żyjesz?! - zawołała, nie dostrzegając znajomej sylwetki. Zamiast tego jej oczom ukazał się zakrwawiony Jones, którego klatka piersiowa unosiła się bardzo opornie.
_________________
I'm Gonna Swing
from the chandelier, I'm gonna live like tomorrow doesn't exist


[Profil]
 
 
Jo Moore



32

gania za bandytami

trochę wspomnień i nic więcej - czarne serce

North Brentwood

mów mi: kamilka

multikonta: jackie, booker, echo

nieobecność: częściej bywam niż jestem, ale odpisuję!

Wysłany: 2018-12-17, 19:38   
  

  
Jo Moore

  
frozen hearts growing colder with time

  

  
  
  
  


Jakby nie patrzeć, Sam zawsze był jedynym mężczyzną w rodzinie. Od zawsze otaczały go same kobiety, w tym dwie matki, babcie i kilka ciotek, które wiecznie go rozpieszczały. Nic dziwnego, że zaczynał wyrastać na memeję i nie chodziło o samą apokalipsę. Chłopiec w tym wieku potrzebował męskich wzorców, ale partner, z którym związała się druga matka Samuela był zwykłym dupkiem i Moore miała nadzieję, że sztywni już dawno wyżarli temu frajerowi wnętrzności. Był jeszcze Culbert Hollenbeck, dziadek malca od strony drugiej matki, ale jego również nie można było nazwać mężczyzną, a już na pewno nie był żadnym wzorem do naśladowania.
Moore przystanęła, żeby Młody zsunął się z jej pleców. Wcześniej zdążył wytrzeć o jej bluzę umorusane czekoladą łapki i zasmarkany nos, ale w świecie pełnym śmierci i brudu nie miało to żadnego znaczenia. Sama Jo marzyła o prysznicu, ale bieżąca woda była zazwyczaj w miejscach, w których było zbyt niebezpiecznie, żeby zatrzymać się na dłuższa chwilę. Wielokrotnie żartowały z Bishop, że cuchną jak szwendacze, chociaż było w tym sporo prawdy.
- Spokojnie, Sammy, twoja mama wie co robi - zapewniła zdezorientowanego malca, w którego rękach znalazł się sporych rozmiarów glock. To ona pokazywała Dylan jak z niego strzelać, jeszcze przed tym wszystkim, kiedy to wybierały się gdzieś na odludzie zasypywały pociskami nieruchome cele w postaci butelek i puszek. Strzelanie odprężało policjantkę, robiło także za sprawdzoną terapię po śmierci ojca i rodzeństwa, gdy potrzebowała się na czymś wyżyć, dlatego w trudnych okresach wiele godzin spędzała na strzelnicy.
Posłała chłopcu uśmiech, podniosła z betonowej nawierzchni dwa kanistry i ruszyła w kierunku dystrybutorów z paliwem, żeby napełnić baniaki do pełna, albo przynajmniej wlać w nie tyle litrów, ile zdoła dźwigać w stronę powrotną. Huk wystrzelonego pocisku sprawił, że Jo spojrzała przez ramię. Z początku miała zamiar opierdolić kumpelę, że pozwala strzelać Samowi w pobliżu stacji benzynowej, ale szybko zorientowała się, że kula przyleciała skądś indziej i wbiła się tuż przy nogach dzieciaka. Nie zastanawiając się długo Moore rzuciła się pędem za dużym kontener. Na ten sam pomysł wpadł również Smith, który wychylał się co jakiś czas zza metalowego pojemnika, celując w okna skąd strzelali napastnicy.
- Kurwa - wyrwało się Jo, ale w takiej sytuacji żadne inne słowa nie przychodziłyby na myśl, a kurcze pieczone i motyla noga brzmiały zbyt mało mainstreamowo. Ale w końcu strzały, a Moore usłyszała krzyk Bishop. - Nic mi nie jest! - zapewniła donośnie, a kątem oka dostrzegła krwawiącego rudego Billa, który leżał jak długi przy jednym z dystrybutorów. - Jones, wytrzymaj, zaraz się tobą zajmiemy! - zawołała do ciężko oddychającego chłopaka, ale nie otrzymała żadnej odpowiedzi.
- Wyjdźcie z wysoko podniesionymi rękami, wtedy nikomu nic się nie stanie! - kolejny słowa dobiegły do jej uszu, ale głos nie należał ani do Dylan, ani do White, choć Moore nie była pewna, czy na druga zdołała przeżyć salwę wystrzałów.
Policjantka zacisnęła palce na swoim glocku i wystawiła czubek głowy, chcąc lepiej przyjrzeć się napastnikom, którzy zaczęli wychodzić ze stacji benzynowej. Wśród nich była niewysoka, młoda kobieta o długich, ciemnych włosach, w której Jo rozpoznała znajomą postać, a to z kolei sprawiło, że ostatecznie podniosła się na równe nogi.
- Co ty wyprawiasz? - syknął Smith, próbując ściągnąć ją na dół za rękaw bluzy, ale policjantka szybko wyrwała się z jego uścisku i uniosła ręce nieznacznie do góry.
- Hollenbeck? - odłożyła broń na wieko metalowego pojemnika i niepewnie poruszyła się w bok. Może z tego wszystkiego miała już zwidy, bo była zbyt zmęczona? Albo to dziwna reakcja na zbyt małą ilość nikotyny we krwi?
- Moore? - kobieta w odpowiedzi opuściła karabin i z nieukrywanym zdziwieniem przyjrzała się blondynce. No tego to chyba żadna z nich się nie spodziewała, a na pewno nie Teena, która gdyby tylko chciała, mogłaby zrobić z Jo ser szwajcarski. I pewnie wkrótce szybko. pożałuje, że jednak tego nie zrobiła, kiedy miała tak świetną okazję.
_________________




[Profil] [WWW]
 
 
Dylan Bishop



32

strażak na rencie

tequila is her love

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, davis, holgate, woodill

Wysłany: 2018-12-30, 05:57   
  

  
Dylan Bishop

  
alcohol and sex addicted, bad mom, disabled

  

  
  
  
  


Nie do końca było prawdą, że młody Hollenbeck nie posiadał męskich wzorców. Może i przebywał głównie w towarzystwie kobiet, ale nie tylko. W szkole za którą tęsknił, jego wychowawcą był sympatyczny pan, a sama matka niejednokrotnie przyprowadzała do domu kolegów. Pomimo swojego uwielbienia do kobiet, Bishop od zawsze czuła się lepiej w męskim gronie. Dlatego gdy tylko nadarzała się okazja, spotykała się z chłopakami z remizy, czy też innymi znajomymi, a mały Sam niejednokrotnie jej w tym towarzyszył. Dobre czasy niestety już minęły, więc całą ich trójka musiała skupić się na przetrwaniu i nie marnować sił na bezsensowny płacz, czy inne słabości.
Otrzymując odpowiedź od kumpeli, odetchnęła z ulgą. Nie wiedziałaby co zrobić, gdyby Moore skończyła tak samo jak Jones, który na pierwszy rzut oka zdawał się nie oddychać.
- Co tutaj się odjebało?! - skierowała swoje słowa do policjantki, by w następnej chwili obrócić się w stronę przerażonego malca. - Już wszystko dobrze... ej, słyszysz mnie?! - podniosła głos, dostrzegając brak jakiejkolwiek reakcji. - Sam! - tym razem to ona potrząsnęła chłopcem, który ostatecznie rzucił jej się w ramiona i zaczął płakać.
- Chcę do domu, zabierz mnie do domu, do babć i do... MAMA! - wrzasnął, uwalniając się z uścisku i zanim Dylan zorientowała się o co chodzi i zdążyła powstrzymać syna, ten rzucił się pędem w kierunku, z którego dobiegł go znajomy głos. - Mama, mama! - wołał radośnie, szybko przebierając nóżkami. Nie zwrócił nawet uwagi na zakrwawione ciało jednego z ich towarzyszy. Minął ciotkę Jo i nie zważając na wszystkich tych ludzi, którzy celowali w niego z różnego rodzaju broni, dotarł do celu i wtulił w ramiona Teeny.
Bishop zgłupiała na moment, choć jej reakcja była dość szybka. Z lekkim trudem, przez wzgląd na bolące kolano, wydostała się zza samochodu, dokładnie obserwując Sama, wpadającego w ramiona kobiety, z którą w przeszłości wiele ją łączyło. Była w szoku, nie przypuszczała przecież, że Hollenbeck udało się przetrwać, a tym bardziej, że znów pojawi się w jej życiu. Z jednej strony czuła pewnego rodzaju ulgę, mając nadzieję, że ta pomoże jej przy Samie.
- Czy ciebie do reszty pojebało? Pozwalasz im strzelać do własnego dziecka? - zapytała, stukając się palcem w pokrytą jasną czupryną głowę. Nie była cierpliwą osobą, więc zamiast spokojnie poczekać na odpowiedź, machnęła ręką i pokuśtykała w stronę Billy'ego. Pochyliła się nad nim, sprawdziła puls i kiedy już miała orzec zgon, tuż obok pojawiła się White. - To powinnaś być ty - powiedziała bez żadnych ogródek, nawet nie spoglądając na dziewczynę. Zamknęła chłopakowi oczy, po czym uniosła swój długi kij i bez zastanowienia wbiła go w jeden z jego oczodołów. Krew rozbryzgła się dookoła, a spora jej część pozostała na twarzy zarówno Bishop, jak i jej nielubianej towarzyszki. Dopiero wtedy była pani strażak, podpierając się kijem, ruszyła w kierunku Moore, nie spuszczając z oczu jasnej czupryny syna. - Teraz to na pewno przydałoby mi się coś mocniejszego - mruknęła, opierając się o ramię kumpeli.
Nie dało się po niej tego dostrzec, ale była zadowolona ze spotkania z Teeną. Zawsze miała do niej pewnego rodzaju słabość, nie życzyła jej źle. Poza tym Sammy od dawna nie zdawał się być tak szczęśliwy jak w tej chwili, a w brew pozorom to właśnie on był dla Bishop najważniejszy.
_________________
I'm Gonna Swing
from the chandelier, I'm gonna live like tomorrow doesn't exist


[Profil]
 
 
Jo Moore



32

gania za bandytami

trochę wspomnień i nic więcej - czarne serce

North Brentwood

mów mi: kamilka

multikonta: jackie, booker, echo

nieobecność: częściej bywam niż jestem, ale odpisuję!

Wysłany: 2018-12-30, 20:06   
  

  
Jo Moore

  
frozen hearts growing colder with time

  

  
  
  
  


Obserwowała Samuela, który wystartował do biegu, żeby ostatecznie zakończyć go w ramionach matki. Patrzyła, jak Bishop rozłupuje czaszkę Jonesowi, bo ten z pewnością zdążył wyzionąć ducha i jeszcze tego brakował, żeby przemienił się w jednego ze sztywnych. Widziała też, jak Hollenbeck podnosi się z kolan, cały czas trzymając Sama, który kurczowo zawiesił się na jej szyi i na razie nie miał zamiaru zwolnić uścisku.
- Jeśli ona tutaj jest to wątpię, żeby w środku uchował się jakiś alkohol - Moore spojrzała w kierunku stacji benzynowej, a konkretniej w stronę sklepiku okupywane przez uzbrojoną grupę. Pozwoliła kumpeli oprzeć się na swoim ramieniu i sięgnęła po broń, którą wcześniej odłożyła na blaszany kontener. - Ej, Hollenbeck! - zawołała do brunetki, a ta łypnęła na nią groźnie spode łba. - Odwołaj swoich ludzi, nie muszą w nas cały czas celować! - po tych słowach Teena zreflektowała się i machnęła ręką, żeby jej towarzysze schowali pochowali glocki i karabiny. Jo z odległości mili potrafiła rozpoznać policyjne spluwy, a takimi operowali ludzie zajmujący tanksztelę. Najwyraźniej musieli napaść na posterunek kiedy to wszystko dopiero się zaczynało.
- Nic ci nie jest? Pokaż no się - Tee przyjrzała się uważnie synowi, unosząc delikatnie jego podbródek. Na twarzy Sammy'ego widniało kilka wyraźnych zadrapań, jednak żadna rana nie wyglądała groźnie. - Uważasz, że pozwoliłabym im strzelać, gdyby wiedziała, że jest tutaj mój syn?! - w głos Hollenbeck wdarło się wyraźne oburzenie. Pojawiało się ono najczęściej w stosunku do byłej małżonki i jej koleżaneczki, która działała jej na nerwy jak mało kto.
- Mama, musisz z nami jechać! Ciocia Jo mówi, że musimy dostać się do Norwich, a potem gdzieś dalej nad morze, ale nie pamiętam gdzie - Sammy paplał jak najęty, a oczy świeciły mu się z radości i ekscytacji. Już nie płakał, wręcz przeciwnie, na jego umorusanej buźce pojawił się szeroki uśmiech.
- Za chwilę o tym porozmawiamy - brunetka odwzajemniła uśmiech i pociągnęła syna w stronę głównego wejścia do stacji benzynowej. - Na pewno jesteś głodny, co? - zapytała, a Sam pokiwał zgodnie głową. Może nie głodował przez ten czas, ale racje żywnościowe były ograniczone, o czym ciągle powtarzały mu matka z ciotką. Hollenbeck zatrzymała się i zerknęła przez ramię. - Idziecie? - zwróciła się do kobiet i ich dwójki towarzyszy. Mężczyzna właśnie przeszukiwał zwłoki rudego Jonesa, żeby zabrać wszystko, co ten miał przy sobie. Nie było to nic szczególnego - nóż, mapa i plecak z jedzeniem, a tego nigdy nie było za wiele.
- Chcecie z nią iść? Rozjebała Billy'ego - Smith spojrzał najpierw na Moore, a potem na Bishop. Ta pierwsza wzruszyła tylko ramionami i ukryła ręce w kieszeniach. Nie czuła się bezpiecznie, ale ze względu na Sama, ufała Hollenbeck. Zresztą również ze względu na Dylan, którą koszykarka kiedyś bardzo kochała i nie pozwoliłaby zrobić jej krzywdy. Przynajmniej tak zdawało się policjantce.
- I tak był rudy i nie miał przyjaciół - zażartowała, szczerząc przy tym zęby, ale widząc minę Smitha, szybko spoważniała i odchrząknęła z zamiarem sprostowania, ale szybko zaniechała dalszej rozmowy o Jonesie. Przystanęła na moment w miejscu czekając, aż kumpela doczłapie się niej. Moore wiedziała, że Dylan nakurwiało kolano i wcale nie musiała się skarżyć, żeby Jo miała pewność, jak paskudnie czuła się była pani strażak po dłuższych wędrówkach.
_________________




[Profil] [WWW]
 
 
Dylan Bishop



32

strażak na rencie

tequila is her love

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, davis, holgate, woodill

Wysłany: 2019-01-05, 13:02   
  

  
Dylan Bishop

  
alcohol and sex addicted, bad mom, disabled

  

  
  
  
  


- Chuj wie, co masz w tym łbie! - podniosłą głos, nie zważając na otaczających ich, uzbrojonych ludzi. Dobrze pamiętała, że Hollenbeck trwała w chorym związku, pozwalając rekreacyjnie się napierdalać. Nie wiadomo, czy taki rodzaj zabawy nie uszkodził jej mózgownicy. - Ciekawe czy byłabyś taka mądra, gdyby kulka wylądowała kilka centymetrów dalej?! - postukała palcem w pokrytą jasną czupryną głowę. Nie chciała nawet wyobrażać sobie co by było, gdyby faktycznie Młody w nogę, brzuch, czy między oczy. Pewnie zabiłaby ją, nie zważając na konsekwencje.
Cała umorusana krwią Jonesa, uważnie przyglądała się synowi i jego drugiej matce. Może i Sam był pewnego rodzaju utrapieniem i ciągle się mazał, to jednak nie zamierzała pozwalać Teenie zabierać go z dala od niej. Przypuszczała, że ta może mieć pewnego rodzaju obiekcje i nie zgodzi się wraz z nią i Moore wyruszyć na wschód.
- Co jeśli nie będzie chciała oddać Młodego? - zwróciła się do kumpeli, wciąż podpierając się o nią ramieniem. - Nie był tak radosny odkąd to wszystko się zaczęło - zauważyła nieco niezadowolona tym faktem. Oczywiście cieszyła się, że Hollenbeck udało się przeżyć, na swój sposób wciąż darzyła ją uczuciem, o czym powinny świadczyć chociażby częste propozycje bzykanka, które padały z ust blondynki. Niestety za każdym razem spotykała się z odmową.
- Chodźcie, mama da nam coś zjeść - mały Sammy również zwrócił się do Dylan i Jo, po czym przeniósł wzrok na pozostałą dwójkę. - To moja mama Teena, nic wam nie zrobi - zapewnił radośnie i zanim którekolwiek z nich zdążyło się zorientować, wraz z Hollenbeck zniknął z zasięgu ich wzroku.
- White, powiedz, że chociaż ty masz trochę oleju w głowie - Smith złapał za rękę ciemnowłosą dziewczynę lecz ta wyrwała się automatycznie. - Okej, jak wolisz - uniósł ręce w obronnym geście, pozwalając jej odejść.
Bishop nie miała się nad czym zastanawiać, jej jedyny syn właśnie się od niej oddalał i to w dosłownym znaczeniu tego słowa. Poza tym liczyła na wykorzystanie sytuacji, nawet przy końcu świata coś jej się należało od życia. Gdy wszyscy z wyjątkiem Smitha znaleźli się zabezpieczonym sklepiku, Dylan sięgnęła po stojącą na parapecie butelkę wody.
- Nie wydaje mi się - usłyszała męski głos, a gdy podniosła wzrok dostrzegła muskularnego osobnika, celującego do niej z karabinu. Niechętnie więc, ale posłusznie odstawiła plastik na miejsce.
- Tak to tutaj wygląda? Moore, Teena, Sam spadamy - zwróciła się do najbliższych osób, podpierając się kijem o wyłożoną kafelkami podłogę. - W zamian weźcie ją - skinieniem głowy wskazała Georgię, oczekując reakcji ze strony syna i pozostałej dwójki.
_________________
I'm Gonna Swing
from the chandelier, I'm gonna live like tomorrow doesn't exist


[Profil]
 
 
Jo Moore



32

gania za bandytami

trochę wspomnień i nic więcej - czarne serce

North Brentwood

mów mi: kamilka

multikonta: jackie, booker, echo

nieobecność: częściej bywam niż jestem, ale odpisuję!

Wysłany: 2019-01-05, 17:53   
  

  
Jo Moore

  
frozen hearts growing colder with time

  

  
  
  
  


Moore parsknęła śmiechem widząc, jak Hollenbeck w odpowiedzi na słowa Dylan popukała się palcem w głowę, zupełnie jak przed momentem zrobiła to była pani strażak. Te dwie zawsze były siebie warte, a ich związek składał się z ogromnej gamy emocji. To tak, jakby benzyna spotkała się z ogniem i to właśnie Teena zazwyczaj wzniecała pożar, podczas którego Bishop czuła się niczym w domu, jak na strażaka przystało. A to z kolei doprowadzało koszykarkę do szału. I koło się zamyka.
Nigdy nie wiedziała, jakim cudem dwa tak podobne charaktery wytrzymały ze sobą tyle czasu i to był naprawdę wielki sukces, że przez ten czas nikt nie zginął.
- Przecież nie pozwolimy jej zabrać Sama - uspokoiła kumpelę, chcąc tym sposobem rozwiać jej obawy. Nawet jeśli miałaby użyć broni, to zrobiłaby to bez wahania. Chrześniak stanowił istotną część w życiu Jo i niejednokrotnie traktował ją jak kolejną matkę, bo policjantka była dla niego, a nie tylko bywała raz na jakiś czas. Hollenbeck pojawiała się w jego świecie i znikała, i chociaż właściwie wychowywały go babki, to chłopiec największą więź stworzył nie tylko z Dylan, ale także z Moore.
- Właśnie widzę, jak nam nic nie zrobi- muskularny mężczyzna, który celował do byłej pani strażak z karabinu sprawił, że Smith zrobił krok w tył. Nic dziwnego, w powietrzu dało się wyczuć nieprzyjemną atmosferę i szybko można było stwierdzić, że cała grupa wcale nie była mile widziana.
Jednak to wszystko nie przeszkadzało Samuelowi kurczowo zaciskać palce na dłoni swojej drugiej matki. Cieszył się, że była tutaj z nimi, dlatego spojrzał na nią wyczekująco, kiedy Bishop zadecydowała o dalszej podróży.
- Mama, chodźmy. Musimy wziąć benzynę, bo samochód został daleko - wyjaśnił skrupulatnie, ale nawet na moment nie puścił jej ręki w obawie, że rodzicielka może za chwilę odejść i już nie wrócić.
Jo skrzywiła się ostentacyjnie, bo zachowanie ludzi ze stacji w ogóle jej się nie podobało i nie zamierzała obdarzyć zaufaniem nikogo z obecnych. Popatrzyła najpierw na Bishop, później na Smitha i White, aż ostatecznie jej spojrzenie zatrzymało się na twarzy niskiej brunetki.
- Twoich kumpli chyba trochę poniosło - burknęła z nieukrywanym niezadowoleniem i odepchnęła lufę karabinu, bo ta cały czas wisiała na wysokości piersi Dylan. - Może od razu najlepiej nas rozstrzelacie?
- Ciebie bardzo chętnie - Tee posłużyła się podobnym tonem i skinieniem głowy nakazała osiłkowi schować broń. Wszystko wskazywało na to, że zyskała sobie ich zaufanie i stała się przywódcą grupy.- Nie mogę ich zostawić, Dylan. Uratowali mi życie i dużo im zawdzięczam - oznajmiła, a jej twarz przybrała kamienny wyraz. Nie wyglądała, jakby cokolwiek mogło zmienić jej decyzję, nawet obecność sześciolatka, który wpatrywał się z nią jak w obrazek.
Georgia obruszyła się i spojrzała złowrogo na Dylan, do czego przyczyniło się postanowienie o wymianie osób.
- Oszalałaś? Ja przynajmniej nie chciałam cię zabić. Już zapomniałaś kto prawie wpakował kulkę w łeb twojego synalka? - prychnęła i odsunęła się od blondynki, żeby po chwili stanąć ramię w ramię ze Smithem. Wyglądała tak, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale uniemożliwił jej to dźwięk, który rozniósł się po wnętrzu pomieszczenia.
Moore zerknęła przez ramię, a jej oczom ukazało się kilku nieumarłych - odbijali się od szyby, próbując dostać się do środka. Sam wydał z siebie cichy pisk, natomiast policjantka wyjęła zza paska nóż myśliwski z zamiarem oczyszczenia terenu. Nie chciała strzelać, to ściągnęłoby jeszcze więcej sztywnych, a wtedy mieliby jeszcze większy problem niż proszenie Hollenbeck, żeby towarzyszyła im w dalszej podróży.
_________________




[Profil] [WWW]
 
 
Dylan Bishop



32

strażak na rencie

tequila is her love

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, davis, holgate, woodill

Wysłany: 2019-01-05, 19:57   
  

  
Dylan Bishop

  
alcohol and sex addicted, bad mom, disabled

  

  
  
  
  


Na świecie żyło kilka osób (przynajmniej do niedawna tak było, bo na ten moment Bishop nie wiedziała komu udało się przetrwać), za które była w stanie oddać życie. Jakimś cudem do tego grona zaliczała się Hollenbeck, będąca jedyną miłością byłej pani strażak. Nie były już razem od wielu lat, co nie oznaczało, że pozwoliłaby komukolwiek ją skrzywdzić, nawet Moore. Dlatego jeśli chciałaby zatrzymać Sama przy sobie, musiałby go odbić w jakiś bardziej cywilizowany sposób, nawet jeśli to w ogóle do blondynki podobne nie było.
- Jak chcesz z nimi wygrać? - zapytała, skinieniem głowy wskazując na tych wszystkich uzbrojonych ludzi. - Rozpęta się prawdziwa jatka, gdy tylko zechcemy go zabrać - ściszyła głos tak, żeby nikt poza policjantką nie mógł jej usłyszeć. Nie zamierzała zostawiać syna, ale również nie chciała aby Teena stawiała ją w niezręcznej sytuacji. Tak na dobrą sprawę nie znała dzieciaka, widywała go tylko od święta.
Z każdą chwilą sytuacja przestawała być wesoła i chyba każde z nich, z wyjątkiem Sama zaczęło żałować, że w ogóle tutaj trafili. Wprawdzie nie mogli obyć się bez benzyny, ale na pewno w bliższej, czy dalszej okolicy znajdowała się inna stacja paliw.
- Ta benzyna należy do nas, młodzieńcze - ten sam mężczyzna, który jeszcze przed momentem celował w Bishop i próbował przegonić Smitha, zwrócił swoją czerwoną gębę w stronę sześciolatka. - A powiesz mi, gdzie zostawiliście ten samochód? - zainteresował się, ale z pewnością nie z zamiarem pomocy.
- Powiem jak się podzielisz - Sammy w końcu oderwał się od Teeny i położył ręce na bioderkach, do tego jeszcze tupnął nóżką i wystawił język w stronę niemiłego pana. Nie mógł przywłaszczyć sobie benzyny, ona należała do wszystkich jeśli tylko mieli czym zapłacić. Dobrze o tym wiedział, wiele razy pomagał ciotce Jo tankować samochód.
- Moja krew - Bishop szturchnęła kumpelę, po czym zrobiła kilka kroków w przód. Tak na wszelki wypadek wolała trzymać się w pobliżu Sama. - Wolisz zostawić własnego syna? - spojrzała na nią jak na idiotkę. Byli to tylko obcy ludzie, tak samo jak Smith i White, nad których pozostawieniem nie zastanawiałaby się nawet sekundy, gdyby znalazła się w podobnej do Hollenbeck sytuacji. - Nie bądź głupia i zabieraj się z nami - ponownie zabrała głos, ale tym razem dało się dosłyszeć w nim pewnego rodzaju prośbę. Zależało jej na Teenie, chciała mieć ją blisko i pragnęła też, aby Sammy był szczęśliwy, co było możliwe tylko wtedy, gdyby miał przy sobie obie matki. - A ty się w końcu przymknij, bo skończysz jak Jones - skierowała swoje słowa do Georgii i zanim dodała coś jeszcze, do jej uszu dobiegł głośny huk. Widząc co się dzieje, mocno zacisnęła palce na kiju i ruszyła śladami Moore.
Przyłączyło się do nich jeszcze kilka osób, w tym Smith, który wciąż przebywał na zewnątrz i był najbardziej narażony na pożarcie przez zombiaki. Chwilę zajęło im uporanie się z niebezpieczeństwem, ale ostatecznie, nie ponosząc przy tym strat w ludziach, opanowali sytuację. Bishop liczyła na to, że matka jej dziecka zdążyła przemyśleć wszystko i bez zbędnej gadaniny, uda się z nimi w dalszą podróż. Dla dobra Sama.
_________________
I'm Gonna Swing
from the chandelier, I'm gonna live like tomorrow doesn't exist


[Profil]
 
 
Jo Moore



32

gania za bandytami

trochę wspomnień i nic więcej - czarne serce

North Brentwood

mów mi: kamilka

multikonta: jackie, booker, echo

nieobecność: częściej bywam niż jestem, ale odpisuję!

Wysłany: 2019-01-05, 22:45   
  

  
Jo Moore

  
frozen hearts growing colder with time

  

  
  
  
  


Na świecie były tylko dwie osoby, dla których Jo oddałaby życie, a były nimi Bishop i mały Sam. A tak naprawdę to gówno prawda, bo Moore była altruistką i pewnie poświęciłaby się dla każdego. Tak, jak kiedyś na służbie, gdy osłoniła swoją partnerkę własnym ciałem. Działała machinalnie, zupełnie odruchowo i pewnie, jeśli byłaby taka konieczność, zareagowałaby podobnie. Istniała możliwość, że będąc obok rudego Jonesa, odepchnęłaby go, przyjmując na siebie cały magazynek amunicji. To byłoby bardzo głupie i Dylan jeszcze dołożyłaby jej jeszcze kilka kulek. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, a ona wraz z kilkoma innymi osobami oczyściła teren stacji benzynowej ze sztywnych.
- Nie mogłabyś się go wyprzeć - stwierdziła, kiedy Młody skończył uczestniczyć w rozmowie z nieprzyjemny, muskularnym gościem. Wytarła ostrze noża o ciemne spodnie, schowała go za pasek i przykucnęła, żeby móc porozmawiać z chrześniakiem. - Sam, co by się nie działo, to będziemy musieli się stąd wynieść. Niezależnie od tego, czy twoja mama będzie chciała z nami iść, czy nie - wyjaśniła chłopcu najspokojniej, jak tylko potrafiła. Samuel wydął usta w podkówkę, podbródek zadrżał mu nerwowo, a Jo była przekonana, że zaraz usłyszy łkanie i ciche pociąganie nosem. Nic takiego jednak nie miało miejsca.
- A co z mamą? I benzyną? - dopytywał i wyczekująco spojrzał na ciotkę, a potem na Dylan. Wszystko wskazywało na to, że zaczął rozumieć powagę sytuacji, ale za nic w świecie nie chciał ruszać w dalszą podróże bez drugiej matki.
Hollenbeck milczała, ale w końcu skinęła głową i popatrzyła na swoich towarzyszy, których poznała podczas apokalipsy. Była im wdzięczna, ale Sam na nią liczył, a ona musiała go chronić, bo przecież nie był bezpieczny w rękach nieodpowiedzialnej i Bishop. Tee nie wierzyła, żeby nawet w takich okolicznościach była małżonka potrafiła zająć się ich sześcioletnim synem.
- Zgoda - przytaknęła ostatecznie, odgarniając z czoła kosmyk ciemnych włosów. - Warren, wybacz, ale nie możecie iść z nami. Weźmiemy trochę paliwa i wam też radzę się stąd zawijać. Tutaj nie jest bezpiecznie - rzuciła dobrą radą, a potem popatrzyła na dwie jasnowłose kobiety.
Moore była przekonana, że każdy człowiek o zdrowych zmysłach wiedział, jak duże zagrożenie stanowią zombie i że trzeba być w ciągłej migracji. Przynajmniej do momentu, aż znajdzie się naprawdę bezpieczne miejsce. Właściwie mocno wierzyła w to, że we wschodniej części Europy działo się znacznie lepiej i że zdołają znaleźć tam schronienie. Nie mogła mieć pewności, dlatego najbezpieczniej było przemieszczać się stopniowo w tamtym kierunku. Istniała szansa, że na Wschodzie sytuacja wyglądała równie, a może nawet jeszcze bardziej nieciekawie, ale nie dowiedzą się dopóki tam nie dotrą. Czekała ich długa i żmudna droga, a później próba przepłynięcia przez morze. Gorzej, jeśli nie zdołają znaleźć transportu, jednak na razie policjantka nie miała zamiaru przejmować się na zapas.
Smith poprawił na ramionach plecak i zacisnął palce na rączkach kanistrów, co miało oznaczać, że jest zwarty i gotowy do działania. Chciał jak najszybciej opuścić stację benzynową i wrócić do pozostawionego dziesięć mil wcześniej samochodu. Zresztą, nie tylko on.
_________________




[Profil] [WWW]
 
 
Dylan Bishop



32

strażak na rencie

tequila is her love

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, davis, holgate, woodill

Wysłany: 2019-01-07, 11:09   
  

  
Dylan Bishop

  
alcohol and sex addicted, bad mom, disabled

  

  
  
  
  


Hollenbeck podjęła słuszną decyzję, co ucieszyło nie tylko Sama, ale również jego drugą matkę. Bishop nie chciała odchodzić bez byłej małżonki, skoro już odnalazły się w takich okolicznościach. Nie wierzyła w takie brednie, ale w tym momencie była w stanie stwierdzić, że było to przeznaczenie. Pomimo dzielących ich różnic, powinny być razem, bo tylko wtedy tak naprawdę były szczęśliwe. Wiedziała o tym, nawet jeśli nie miała problemu z lądowaniem między czyimiś nogami. Nie potrafiła zmienić swoich upodobań, nie mogła udawać, że nie otaczały jej gorące laski, co nie oznaczało, że Teena nie znaczyła dla niej najwięcej.
- Zwijmy się, jeśli nie chcecie włóczyć się po zmroku - skinieniem głowy wskazała okno, za którym można było dostrzec ostatnie, słoneczne promienie i nie czekając na niczyją reakcję, opuściła niewielki budynek. - Myślałam, że będą stwarzać więcej problemów - powiedziała odrobinę zdziwiona, gdy u jej boku znalazła się Moore. W czasach apokalipsy, ludzie niechętnie dzielili się tym co uważali za swoje. Dlatego Bishop była przekonana, że to jeszcze nie był koniec.
- Mama chodźmy, to bardzo daleko - mały Sam zacisnął palce na rękawie hollenbeckowej bluzy. - Ale ciocia Jo weźmie mnie na barana - dodał, dołączając do blondynek. Cały czas jednak obserwował drugą z matek w obawie, że ta może zmienić zdanie.
Ku zaskoczeniu Bishop, wszystko odbyło się bez większych komplikacji. Jedynie zapas benzyny, który otrzymali, był zdecydowanie mniejszy od tego, z jakim zamierzali wrócić do zostawionego na szocie pojazdu. Mimo tego i niesprawnego kolana, złapała za jeden z kanistrów i z widocznym trudem ruszyła śladami Smitha.
- To była dobra decyzja - zwróciła się do Teeny, gdy ta znalazła się wystarczająco blisko. - Młody potrzebuje każdej z nas, a i mi jest lepiej mając świadomość, że nic ci się nie stało - przyznała szczerze, bo nic innego jej nie pozostawało. Przeżywały koniec świata, zagładę ludzkości, mogła więc podzielić się własnymi przemyśleniami, nawet jeśli to było tak bardzo do niej niepodobne. Gdyby nie zajęte przez kij i kanister ręce, pewnie zdecydowałaby się nawet uścisnąć jej dłoń. - A gdzie twój Romeo? Zdecydowałaś się w końcu odwdzięczyć mu za wszystko i zajebałaś go w śnie? - zaśmiała się, bo nawet jeśli się starała, nie potrafiła być poważna przez dłuższy czas. Miała nadzieję, że Hollenbeck tak właśnie postąpiła z tym zwyrodnialcem, który traktował koszykarkę jak prywatny worek treningowy.
Sammy przez dłuższy moment nie odstępował ciotki Jo, zasypując ją pytaniami odnośnie dalszej podróży. Wraz z odnalezieniem matki, można było zaobserwować u niego zdecydowaną poprawę humoru.
- Nie wierzę, że chciała mnie tam zostawić - White za to truła dupę biednemu Smithowi, który nie miał innego wyjścia jak chłonąć każde jej słowo. - Ja rozumiem, że nie dogadujemy się najlepiej, ale chyba wystarczająco przysłużyłam się tej grupie - prychnęła, co spotkało się z głośnym westchnięciem mężczyzny, który tylko poprawił ułożenie ciężkich kanistrów i bez słowa ruszył w dalszą drogę.
_________________
I'm Gonna Swing
from the chandelier, I'm gonna live like tomorrow doesn't exist


[Profil]
 
 
Jo Moore



32

gania za bandytami

trochę wspomnień i nic więcej - czarne serce

North Brentwood

mów mi: kamilka

multikonta: jackie, booker, echo

nieobecność: częściej bywam niż jestem, ale odpisuję!

Wysłany: 2019-01-10, 14:02   
  

  
Jo Moore

  
frozen hearts growing colder with time

  

  
  
  
  


Może i Hollenbeck podjęła słuszną decyzję, akurat co do tego nie było żadnych wątpliwości, ale nie wyglądała na zachwyconą, że jej dalsza podróż odbędzie się w towarzystwie Moore, w dodatku bez ludzi, z którymi trzymała się od początku zagłady.
Pożegnała wszystkich, nie obyło się bez uścisków i krótkich, ale żwawych klepnięć po plecach, i dopiero po tym wszystkim Teena była gotowa do dalszej podróży. Spakowała do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy, w tym pożywienie, po czym opuściła budynek, a Sam cały czas trzymał się blisko, jakby faktycznie obawiał się, że matka rozmyśli się z dotychczasowych ustaleń.
W gruncie rzeczy dla koszykarki wybór był prosty, chociaż naprawdę zdążyła polubić gupę osób, które w krótkim czasie stały się dla niej ważne w tej nierównej walce o przeżycie.
- Nie robię tego dla ciebie - odparła w odpowiedzi na słowa byłej małżonki. Postanowiła do nich dołączyć tylko ze względu na Samuela i Dylan nie powinna traktować tego osobiście. To zabawne, jak najważniejsze osoby na świeciem w mgnieniu oka potrafią stać się dla siebie zupełnie obojętne. Tee usilnie próbowała przekonać się w myśleniu, że Bshop jest dla niej obojętna, co nie do końca było prawdą, ale nikt nigdy miał się o tym nie dowiedzieć.- Nie zajebałam go, jeśli musisz wiedzieć. Ale widzę, że ty i twoja laska macie się świetnie - wskazała podbródkiem na policjantkę, którą zdecydowała się wyminąć, po czym przyśpieszyła i dołączyła do Smitha i White, bo ci znacznie wyprzedzili resztę grupy.
Jo zatrzymała się, pozwalając chrześniakowi wspiąć się na barki. Trochę ważył, więc wcale nie było lekko dźwigać tyle ciężaru, bo do tego dochodziły jeszcze kanistry z benzyną.
- Idę o zakład, że wpakowałaby we mnie cały magazynek, a kule były przeznaczone dla mnie, nie dla Jonesa - zwróciła się do kumpeli. Nawet koniec świata w postaci zarazy nie był w stanie zmienić stosunku Teeny do Moore. Ta pierwsza nigdy specjalnie nie starała się, żeby jakoś zmienić swoje nastawienie, natomiast Moore wielokrotnie próbowała ocieplić relacje. Bishop była ich łącznikiem, jedynym wiążącym je ogniwem i to ze względu na nią, każda tolerowała istnienie drugiej. Ale później była pani strażak przespała sę ze swoją najlepszą kumpelą, a na to nie było już żadnego wytłumaczenia.
- Mama, dasz mi batona? - odezwał się Sammy, spoglądając na Dylan znad głowy ciotki Jo, a następnie wystawił rękę w oczekiwaniu na smakołyk. Był głodny, a czekała ich długa droga.
Po drugiej mili Hugh zatrzymał się i odwrócił do pozostałych, więc Teena i Georgia uczyniły to samo. Mężczyzna spojrzał w niebo; spłoszone ptactwo leciało z naprzeciwka, chowając się w gęste korony drzew.
- Powinniśmy skręcić w las - zadecydował, obierając właściwy kierunek. - Nie jesteśmy tutaj bezpieczni, w naszą stronę może zbliżać się stado - oznajmił krótko. Stadem nazywano chmarę nieumarłych, którzy z niewyjaśnionych powodów przemieszczali się razem. Moore uważała, że dawało im to większą szansę na przetrwanie, jak to bywało w kwestii przewagi liczebnej.
- Może, ale nie musi - wtrąciła White, łypiąc złoworogo na Bishop. Najwyraźniej wciąż nie wybaczyła jej tego, że blondynka chciała zostawić ją z grupą obcych ludzi.
- A w lesie będziemy bezpieczni? To nie wydłuży nam drogi? - dopytywała Hollenbeck, bo przecież tutaj ważyły się losy jej dziecka. - Sam na pewno jest zmęczony, powinniśmy gdzieś się zatrzymać - zasugerowała, na co Moore wywróciła teatralnie oczami. Po pierwsze, to ona dźwigała chłopca na swoich plecach, a po drugie, kiedy Tee stała się tak przykładną i zatroskaną matką? Jeszcze niespełna godzinę temu chciała porzucić syna i zostać z grupą osiłków, a teraz udawała wielce zaniepokojoną.
_________________




[Profil] [WWW]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,11 sekundy. Zapytań do SQL: 5