Poprzedni temat «» Następny temat
Let me taste ya, shake ya, tie you up and break ya
Autor Wiadomość
Anthony Farrar









28

Tatuażysta / Morderca

Alicja... forever.

Downtown Brentwood

mów mi: Bianka/White Rabbit

multikonta: Andrea Rossi

Wysłany: 2018-11-24, 01:04   Let me taste ya, shake ya, tie you up and break ya
  

  
Anthony Farrar

  
No I can't change. I choose my fate...


Tosiu do schrupania :3

Toś był jakiś dziwnie rozkojarzony odkąd poznał Alicję, dla której powoli zaczynał chyba tracić głowę. Rodziło się w nim również coś bliżej nieokreślonego do Lexa. Kompletnie nie pojmował tego, co się z nim działo. Akurat wykonał zadanie od szefowej mafii, a w studiu tatuażu go nie potrzebowali. Przez te wszystkie stresy związane z mętlikiem emocjonalnym tlącym się w jego wnętrzu, szczerze mówiąc cisnęło go na jakąś imprezę. Planował rzecz jasna się nawalić i choć na chwilę zapomnieć o swych cholernych problemach. Miał większe parcie niż zwykle, by wybrać się do jakiegoś klubu. Chciał, by ktoś fajny mu dziś towarzyszył, ale jakoś nikt konkretny nie przychodził mu do głowy. Dużo znajomych nie posiadał, a jako że ciężko u niego z myśleniem o innych, nawet żadna ze znanych osób nie przychodziła mu na myśl. Nic zatem dziwnego, że miał totalną pustkę w głowie. Niby mógłby wybrać się gdzieś ze swoim najlepszym kumplem, ale z nim to na tyle często gdzieś wyłaził, że ta opcja tym razem odpadała. Bezsprzecznie przydałby mu się ktoś inny do towarzystwa. Wychodzi na to, że pójdzie sam, a nuż pozna kogoś nowego, albo przypadkiem trafi na jakąś ciekawą, również znajomą buźkę!
Westchnął ciężko pod nosem, kręcąc ze zrezygnowaniem głową. Odczuł nagłą potrzebę sięgnięcia po fajka, toteż standardowo odpalił zapalniczkę i zapalił papierosa, bo bez tego to się by nie obeszło. Cóż, on jest od jarania bardzo uzależniony, ani jednego dnia nie wytrzymałby bez chociaż jednego szluga. Zwłaszcza gdy ktoś go czymś wkurzy. Zaciągnął się mocno dymem papierosowym, aby z powrotem wypuścić go na zewnątrz. Nie chciało mu się dłużej grzać tyłka w swej luksusowej posiadłości, w związku z czym bez chwili zastanowienia wybył w bliżej nieokreślonym kierunku. Rzecz jasna zamknął za sobą drzwi na klucz, coby nikt nieproszony się mu tam nie wkradł. W dzisiejszych czasach różnie to bywa, także lepiej dmuchać na zimne! Po drodze skończył jarać i rzucił niedopałek na chodnik, przygniatając go butem. Nie spieszyło mu się nigdzie, zresztą musiał przemyśleć, gdzie dokładnie się uda i do jakiego klubu, co robił obecnie na totalnym spontanie, choć Brentwood znał już praktycznie jak własną kieszeń. Sięgnął znów do kieszeni, aby wyciągnąć z paczki kolejnego już szluga. Brnął dalej i tym sposobem trafił do jednego z tych ekskluzywniejszych, mianowicie do Essex Arms. Kiedy znalazł się w środku, zmierzył lodowatym spojrzeniem wszystkie zgromadzone tu osoby. Aczkolwiek udał po prostu, że nikogo nie widzi, że ma ich w głębokim poważaniu. Chyba że ktoś przykuje jego uwagę, wtedy dopiero zmieni nieco swe olewcze nastawienie. Poza tym taki już był, niewiele go obchodziło. Pierw podszedł do lady, usadowił tyłek na krzesełku, aby zamówić sobie coś konkretnego. Miał ochotę na jakiegoś drinka. - Daj mi pan Blue Sharka. - burknął od niechcenia, tym swoim wypranym z jakichkolwiek emocji głosem, nie używając oczywiście żadnych grzecznościowych zwrotów; barman nie był jakoś specjalnie poruszony jego chłodnym nastawieniem, widocznie jest już do takich typów jak on przyzwyczajony. Chwycił swoje zamówienie w obie łapki i powoli począł sączyć alkohol; od razu zapłacił za trunek, coby mieć to szybciej z głowy. Następnie udał się do loży - miał kupę kasy, więc mógł sobie pozwalać na takie miejsca, a co! Usadowił swój zgrabny, kościsty tyłek na miękkim siedzeniu, zatracając się totalnie we własnych myślach; tak mocno, że nawet muzyka wydobywająca się z głośników do niego nie docierała. Był ciekawy, czy zdarzy się dzisiaj coś ciekawego i czy uda mu się jakoś ukoić zaszargane nerwy.
_________________

Anthony Farrar
I am the Devil's smile, I am broken,
The Wretched and Divine...
[Profil]
   
 
Jayden Reyes








27

poszkodowany właściciel warsztatu

*judges you in spanish*

North Brentwood

multikonta: Max, Ellis, Kenai, Terry

Wysłany: 2019-01-27, 12:11   
  

  
Jayden Michael Reyes

  
I ain't mad, knowing that I ain't do no bad


Lekkomyślność mogłaby być motywem przewodnim tego dnia, przynajmniej dla Reyesa. Warsztat miał się dobrze, również wtedy, gdy wziął sobie wolne. Nie mógł powstrzymać w sobie chęci zajrzenia przynajmniej na moment. Skontrolował dokumenty firmowe, przejrzał nadesłane CV kilku facetów, jako, że jeden z ich najlepszych mechaników powracał w swoje rodzinne strony, kończąc przygodę z emigracją. Jemu samemu powrót do Hiszpanii przeleciał przez głowię kilka razy. Tylko ze względu na rodzinę. Całe rodzeństwo było mu bardzo bliskie, podobnie z resztą, jak rodzice, którzy to dzwonili do syna przynajmniej raz na tydzień. Wcześniej miało to miejsce jeszcze częściej. Wtedy był dzieciakiem, ale nie takim zagubionym w innej rzeczywistości angielskiej – brał to, co mógł, radził sobie najlepiej jak tylko był w stanie. Chciał poniekąd uciec od tego, co miało miejsce w Hiszpanii. Dopiero od niedawna przestał zawracać sobie głowę sprawami, związanymi z wypadkiem, do którego doszło wtedy, gdy jechali z paczką samochodem. Było lepiej. Nawet nie myślał o tym, żeby rzucić pracę i powrócić do rodzinnych stron z podkulonym ogonem. Robił to co chciał i sam o sobie stanowił. Potrzebował tego typu kontroli.
W klubie wylądował kilka godzin później, razem ze znajomymi. Jeden z nich, Ryan, pracował w warsztacie. Zdarzało mu się udzielać chłopakowi pożyczek ze względu na dosyć marną sytuację finansową. Dodatkowo, chora matka na głowie oraz dziewczyna zarzekająca się, że wychowywanie ich synka to jedna z najcięższych typów pracy… Przynajmniej gość miał czas wyjść jeszcze na miasto, przy czym niewykluczone, że ćpał gdzieś na boku. Dopóki nie robił tego w godzinach pracy, Reyes przymykał na to oko. Nie nakrył go nigdy bezpośrednio ze strzykawką czy białym proszkiem. Podejrzenia robiły swoje.
Całkiem urocza, rudowłosa dziewczyna, która się do niego kleiła poszła do łazienki razem z koleżanką. Siedząc w loży, ze stołem zastawionym butelkami alkoholu, soków oraz napojów, przeszukiwał zawartość pogiętej paczki swojej lubej-na-pięć-minut. Niby mentole, babskie sprawy, ale nie gardził prawie niczym, co było pod ręką, a on miał kaprys, aby zapalić do tej bursztynowej mieszanki widniejącej w szklance. Ubrania i włosy już zupełnie prawie przeszły mu zapachem alkoholu i tytoniu. Normalna kolej rzeczy w takim otoczeniu.
Zdaje się, rudowłosa wylała mu na koszulę trochę wódki z energetykiem. Swojska dziewczyna z niezbyt wyszukanym gustem. Nawet takie lubił.
- Mierda - nigdzie nie było cholernej zapalniczki. Przeszukał jeszcze kanapę, przestrzeń pod stolikiem, aż szturchnął nogą siedzącego obok koleżkę, co nie poszedł ani do łazienki, ani na parkiet jak reszta towarzystwa. - Zapalniczka. Masz ją?
Musiał się prawie wydrzeć, aby młody go usłyszał. W końcu obdarował go podpitym spojrzeniem i pokręcił stanowczo głową.
- Wybacz, stary. Nie widziałem.
Nie zamierzał tak szybko odpuścić. Potrzebował tytoniu do alkoholu. Na już.
Obrócił się w miejscu, wyciągając głowę. Dojrzał siedzącego w loży obok faceta. Bez towarzystwa. Nie zaszkodzi zapytać.
Bez słowa wyjaśnienia opuścił miejsce dotychczasowej libacji w loży. Upchnął paczkę do przedniej kieszeni spodni. Papierosa umieścił między wargami. Z tego, co kojarzył, palić można było w całym lokalu, bez podziału.
Podszedł do ciemnowłosego, zatrzymując się przy stoliku. Aż tyle tupetu nie miał, żeby od razu ładować się na kanapę, obok niego.
- Cześć. Masz ogień?
Chłopak wyglądał na takiego, co nosił ze sobą zapalniczkę. Po za tym, miał dziwnie przeczucie, że już gdzieś się spotkali. Mylił się?
_________________



[Profil]
 
 
Anthony Farrar









28

Tatuażysta / Morderca

Alicja... forever.

Downtown Brentwood

mów mi: Bianka/White Rabbit

multikonta: Andrea Rossi

Wysłany: 2019-02-23, 16:32   
  

  
Anthony Farrar

  
No I can't change. I choose my fate...


Ogółem Farrar miał w dupie większość ludzi i praktycznie o nich nie myślał i się o nich nie martwił. No, może poza paroma wyjątkami, lecz u niego wyglądało to dość specyficznie. W każdym razie nie rozumiał postępowania i działania takich jednostek, które aż nadto przejmowały się innymi. No ni cholery... Dlaczego? Bo uważał, że to istna głupota. Mało ma się własnych zmartwień na głowie? Ano właśnie. Sam notorycznie miał coś do roboty, a jakby miał sobie dodatkowo do tego dowalić myślenie o innych, oszalałby. Owszem, był z niego samolubny egoista, który skupiał się głównie i tylko i wyłącznie na sobie, niemniej jego zdaniem takie zbyt przesadne odruchy i zachowania są po prostu zbędne i bezsensowne.
Może to zabrzmi okropnie i strasznie, ale jego cieszyłoby odejście z tego padołu zarówno matki jak i ojca, do których praktycznie od zawsze pałał nienawiścią. Bez nich żyło mu się o wiele lepiej i choć dalej żyli i mieli się dobrze, jak dla niego mogliby umrzeć. Wyparł się ich, nie tęsknił za nimi i nie zamierzał wracać myślami do przykrej przeszłości, w której tyle przez nich wycierpiał. Tak czy inaczej w jakimś stopniu odrzucenie przez własną matkę i własnego ojca (a tak odebrał ich stosunek wobec niego) musiało mu się jakoś zakodować psychice, w efekcie czego teraz sam nie był specjalnie empatyczny, a z uczuciami wyższymi kompletnie sobie nie radził. Ponadto ta cała sytuacja z Alicją i Lexem nieźle mu namieszała w głowie i sam szczerze mówiąc nie wiedział, co ma o tym wszystkim sądzić. Nic zatem dziwnego, że miał wszystkiego po dziurki w nosie i chciał się wyluzować, właściwie nawalić w jakimś klubie, by odrobinę sobie ulżyć i swemu biednemu, rozstrojonemu umysłowi. Miał ochotę na jakiś przygodny seks, jednak też nie z byle kim. Zresztą nie bez powodu wybrał jedną z droższych, vipowskich loży, unikając całej idiotycznej hołoty durniów, którzy zazwyczaj okupywali bar. Sam chciał mieć święty spokój, a jednocześnie móc swobodnie obserwować i ewentualnie zareagować, jak już coś lub ktoś przykuje jego uwagę na dłużej. Chwilowo nic szczególnego się nie działo, ani nie wyłapał interesującej osóbki, na której mógłby zawiesić oko.
Anthony sobie siedział kulturalnie pijąc swojego drinka, którego wcześniej zamówił i zabrał od barmana, pozwalając aby alkohol stopniowo zaczął wpływać na jego zszargane nerwy. Na jakiś czas totalnie odpłynął i popadł w taki dziwny trans, kiwając się delikatnie w rytm muzyki. Z tego względu początkowo nie zarejestrował zbliżającej się w jego kierunku piekielnie gorącej partii. Ocknął się dopiero wtedy, gdy usłyszał męski głos, który najwyraźniej zwracał się do niego. Przekręcił głowę bardziej na niego. Uśmiechnął się i to zadziwiające, bo szczerze. Przyjrzał mu się uważnie i musiał przyznać, niezłe z niego ciacho! Niestety, niespecjalnie go kojarzył, a taką buźkę z pewnością by zapamiętał! Zrobiłby największy błąd, gdyby go teraz zbył. Nie mógł być pewien, czy mu wyjdzie coś z podrywu, czy też nie, aczkolwiek... zawsze można próbować, prawda? Cóż to dla Tośka!
- Och, witaj przystojny nieznajomy. A owszem. W sumie... jeśli nie masz nic przeciwko, sam chętnie z tobą zapalę. - zwrócił się doń miłym jak na siebie tonem, podsuwając mu pod rękę swoją zapalniczkę, którą wyciągnął z kieszeni spodni. Farrar nie zwykł wprawdzie być kimś, kto pomaga innym w potrzebie; tym razem jakoś nie mógł się powstrzymać. Poza tym doskonale znał uczucie głodu tytoniowego, co było w chuj nieprzyjemnym doznaniem. Pokusił się nawet o delikatny uśmiech, co było trochę do niego niepodobne, ale jakoś powstrzymać się nie mógł. - Gówniane uczucie, gdy chce się jarać, a czegoś zabraknie czy to fajek, czy ognia, coś o tym wiem... - dodał jeszcze po krótkiej chwili, tak o by skwitować swoją wcześniejszą wypowiedź. W międzyczasie upił kolejnego łyka niebieskiej konsystencji ze szklanki. Oblizał dyskretnie wargi, udając że niby pozbywa się pozostałości trunku, a tak po prawdzie miało to zupełnie inne znaczenie, co było specjalnym zagraniem. Trzeba powolutku wybadać, czy ma tutaj jakieś szanse, czy może kompletnie zapomnieć o czymkolwiek. Ciekawe, co z tego wyniknie!
_________________

Anthony Farrar
I am the Devil's smile, I am broken,
The Wretched and Divine...
[Profil]
   
 
Jayden Reyes








27

poszkodowany właściciel warsztatu

*judges you in spanish*

North Brentwood

multikonta: Max, Ellis, Kenai, Terry

Wysłany: 2019-04-06, 11:37   
  

  
Jayden Michael Reyes

  
I ain't mad, knowing that I ain't do no bad


Zdarzało mu się słuchać komplementów już na samym wstępie, do czego szło z czasem przywyknąć, kiwając już odruchowo głową z zaledwie cieniem podziękowania. Nie, żeby uważał to za coś złego - wręcz przeciwnie. Ludzie powinni być mniej przewrażliwieni na punkcie: komplement odnośnie wyglądu = uprzedmiotowianie kogoś. Reyes na pewno nie był, dlatego wygiął nieznacznie usta w przerysowanym, nie tak szerokim uśmiechu, pilnując równocześnie, aby papieros nie wypadł spomiędzy warg. To byłaby prawdziwa katastrofa, nawet jeśli w przedniej kieszeni miał paczkę z całą resztą tytoniowych tworów.
- Nie mam nic przeciwko - pokręcił lekko głową, zdradzając po części swoje pochodzenie. Po wypiciu kilku szklanek z czymś mocniejszym, nie szło zapanować nad akcentem, jawnie zdradzającym Hiszpana. Myślałby kto, że po pewnym czasie spędzonym w Anglii, powinien już wysławiać się jak Brytyjczyk z krwi i kości. Nie do końca.
Z wdzięcznością w prawdziwie Reyesowym stylu - to jest kiwnięciem głową i wymianie spojrzeń - chwycił za podsuniętą zapalniczkę. Niespiesznie zbliżył ogień do końcówki papierosa. Głęboko zaciągnął się tytoniowym posmakiem, zaraz odkładając zapalniczkę na powierzchnię stolika w loży.
Musiał przyznać przed sobą, że ciekawiło go, dlaczego chłopak siedział zupełnie sam w takim miejscu. W loży ViP znaczy się. Zwykle przychodziły tutaj tłumy młodzieży, bawiącej się między sobą, w towarzystwie butelek, których wiecznie było pełno. Szło się o nie potykać.
Kiwnął głową, zgadzając się ze słowami nieznajomego.
- Idzie oszaleć.
Spojrzał pytająco na ciemnowłosego, jakby pytając o możliwość zajęcia miejsca obok. Nie musiał czekać zbyt długo, bo skoro mieli zapalić w swoim towarzystwie, lepiej, aby obaj siedzieli. Dziwnie by się czuł, stojąc jak ten kołek, podczas gdy jego tytoniowy towarzysz rozwalałaby się na kanapie.
Usiadł więc obok, zachowując te trzydzieści centymetrów przerwy. Podniósł wzrok na faceta, wypuszczając leniwie obłok dymu, kiedy ten oblizał usta. Nie w sposób przesadnie ostentacyjny, ale widoczny, bo kontakt wzrokowy mówił sam za siebie. Wcale mu to nie przeszkadzało. Po tylu drinkach tym bardziej.
Zorientował się, że swój alkohol zostawił dwie loże dalej, tam, gdzie urzędował wraz z resztą znajomych, co teraz rozeszli się po całym klubie. Ciężko trzymać wszystkich w jednym miejscu, kiedy napojeni życiodajnymi płynami mieszającymi w głowie, wybierali się na podbój świata.
- Dobry ten drink? - zagaił, zerkając na niebieską zawartość w szklance. Osobiście lubował się w prostych, nieskomplikowanych mieszankach. Słodsze whisky bez żadnych dodatków, te mocniejsze specyfiki, w towarzystwie gazowanych, słodzonych napojów.
- Swój zostawiłem w loży… chociaż jak skończę papierosa, mogę skoczyć do baru po coś więcej.
Wlepił wyczekujący wzrok w chłopaka, proponując nic innego, jak wspólne raczenie się trunkami. Ledwo żywy kolega, którego zostawił w loży swojej świty, nie był najlepszym kompanem w aktualnym stanie.
- O ile pod stołem nie chowasz innych butelek… - dodał jeszcze, ukazując białe zęby w niewielkim uśmiechu. Skoro niektórych było stać, aby w pojedynkę załatwić sobie lepszą lożę, skombinowanie butelek z alkoholem, co by nie podchodzić co chwilę do baru, również mogło wchodzić w grę.
- Jestem Jayden - wyznał w końcu, wyciągając dłoń, co by nieznajomy mógł ją uścisnąć. Warto jeszcze dodać, że przedstawiał się jako Haiden, w prawdziwie hiszpańskim stylu.
_________________



[Profil]
 
 
Anthony Farrar









28

Tatuażysta / Morderca

Alicja... forever.

Downtown Brentwood

mów mi: Bianka/White Rabbit

multikonta: Andrea Rossi

Wysłany: 2019-05-04, 01:16   
  

  
Anthony Farrar

  
No I can't change. I choose my fate...


Zwykle jak już prawił komuś komplementy, robił to w jakimś konkretnym celu. Tym celem przeważnie było spędzenie z kimś upojnej nocy, czego łatwo się w zasadzie można domyślić. Rzadko obsypywał drugą osobę tak zwanymi czułymi słówkami szczerze; bardziej machinalnie, byle dopiąć swego i bez większych problemów uwieść upatrzoną sobie w danej chwili pociągającą partię. Takie pragnienie odczuwał również dzisiaj, można by rzec, iż nieco intensywniej przez te wszystkie dziwne uczucia, które go ostatnio dopadły. Niełatwo było mu z nimi obcować, gdyż nie był do nich najzwyczajniej w świecie przyzwyczajony. Z tego względu właściwie chciał je czym prędzej stłumić, a wszystko po to, byle tylko o nich nie myśleć, ani nie skupiać na nich największej uwagi. Czekał więc w tej loży VIP na idealny moment, rozwalony wygodnie na sofie i delektujący się swym niebieskim drinkiem. Widząc kątem oka podchodzącego w jego stronę Jaydena, od początku starał się skorzystać z okazji jaka mu się z jego przybyciem nasunęła. Usiłował wypaść przed nim jak najlepiej i na tyle zachęcająco, żeby zatrzymać go przy sobie dłużej. Od razu przypadł mu do gustu i niezależnie od tego jak to wszystko się zakończy, chciał po prostu wyciągnąć z tej (nawet jeśli krótkiej) znajomości jak najwięcej przyjemności, nie bacząc na konsekwencje. Och, jakże uroczo wyglądał z tym uśmiechem z wystającym szlugiem spomiędzy jego warg! Sam kochał palić, dlatego podobny widok niesamowicie kręcił go u innych. Co za tym idzie doskonale rozumiał jego odczucia odnośnie papierosów. Dla niego utrata choćby jednego z nich w rozmaitych okolicznościach to istna katastrofa, nieważne że byłoby go stać na kupienie kolejnej paczki! Pod tym względem ich myśli były wprost identyczne.
- Wspaniale. - skomentował krótko jego słowa, a kąciki ust ciemnowłosego uformowały znacznie szerszy i uwodzicielski uśmieszek. Oczywiście wyłapał ten specyficzny akcent, ale postanowił poruszyć ów kwestię trochę później. Nie zna się on wprawdzie zbytnio na pozostałych językach, rzecz jasna poza swym ojczystym, którym posługuje się na co dzień, niemniej różnice czasem bywają aż nadto wyczuwalne i po lekkiej deliberacji można dojść do odpowiednich wniosków. W każdym razie Anthony nigdy nie czuł potrzeby uczenia się innych języków. Angielski mu wystarczał i tego się trzymał. Reszta była mu obojętna, zbędna. Ewentualnie mogło mu się coś przypadkiem przewinąć po drodze, stąd idzie jako tako rozpoznać, skąd druga osoba może pochodzić.
Po wręczeniu zapalniczki zasmuconemu przystojniakowi, sam wygrzebał szybko fajka i gdy już jego nowy towarzysz zbliżył ogień do końcówki swojego, sam poszedł w jego ślady, także czyniąc powinność dość powoli, odbierając swoją własność z powierzchni stolika. Po co się śpieszyć, skoro sam proces podpalania sprawiał radość? Przynajmniej jego zdaniem. Kiedy Farrar rozpoczyna swe łowy istotnie jest wówczas sam dopóki nie znajdzie kogoś, kto mu się spodoba na tyle, by był godny jego towarzystwa. Specjalnie wybiera jakieś miejsce całe dla siebie, by w późniejszym czasie dzielić je ze swoją ofiarą. Tak już działał. Nie lubił przebywać w pomieszczeniu przepełnionym ludźmi po brzegi. Zawsze go od zapchanych lokalów odpychało, choć najprościej wyszukać w takowym kogoś obiecującego. W związku z tym opłacał przeważnie drogą lożę, którą okupywał w pojedynkę i bacznie obserwował wszystkich i wszystko dookoła. Jak ktoś ostatecznie wpadnie w jego sidła i polowanie chłopaka skończy się powodzeniem, reszta przestaje mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Wyłącza się na otoczenie i spędza resztę dnia jedynie z tym szczęściarzem, niekiedy zabierając go po nieznacznym zapoznaniu gdzieś indziej. Czy będzie tak i w tym przypadku? Wyjdzie w praniu!
- Niezaprzeczalnie. - potwierdził to jeszcze tym jednym słowem, nie dodając nic więcej. Na mocniejsze podkreślenie tego pokiwał głową. Widząc pytające spojrzenie, naturalnie pojął aluzję. Natychmiast przesunął się w bok, robiąc nieznajomemu więcej miejsca i poklepał dłonią obok siebie, zachęcając go owym gestem, by się nie krępował i do niego swobodnie przyłączył. Zresztą o to mu chodziło! Po to między innymi posyłał w jego kierunku mało dyskretne sygnały. Przecież nie kazałby mu sterczeć niczym kołek, toż to absurd! Mógł być poniekąd egoistą w pewnych sprawach, aczkolwiek wiedział jak czasem winno się zachować, aby dopiąć swego, niezależnie od tego czy mu to odpowiada, czy też nie.
- Bardzo dobry, jeden z moich ulubionych. Mogę go z czystym sumieniem polecić, mimo że ludzkie gusta są różne. Chcesz spróbować? - wyskoczył z kuszącą propozycją, nie zmieniając buńczucznego wyrazu twarzy. Uznał to za świetne rozwiązanie na wypadek gdyby trunek mu nie posmakował. W takim ustawieniu nie musiałby marnować forsy na kupno drugiego. A tak sam zadecyduje czy rzeczywiście warto, toteż dał mu wybór. - Wiesz co... nie musisz. Mamy tu wszystko, czego dusza zapragnie. W razie co zawołam kogoś i przyniesie nam co trzeba. - wyjaśnił jak to wygląda, gdyż przemyślał każdy najdrobniejszy szczegół; po to włożył w to sporą kasę, żeby nie musieć zakrzątać sobie głowy brakami, tudzież bezsensownym łażeniem co pięć minut do baru. Po zamówieniu Blue Sharka załatwił resztę formalności i czerpał korzyści z absolutnie każdej oferowanej tutaj rzeczy, bez konieczności poruszania się po spelunce. Mogłoby to zostać uznane za lenistwo, chociaż nim bynajmniej nie jest. Wynika to w dużej mierze z aspołeczności Tośka i częściowo z fobii społecznej, którą niestety posiadał. Ale to też nie tak, że całkowicie stroni od ludzi, jak widać na załączonym obrazku. Ot, ogranicza kontakty do minimum, głównie dla zaspokajania swych potrzeb i tyle.
- Proś o co zechcesz. Mówisz i masz! - skwitował, ukazując rząd swych równie białych zębów, jednocześnie szerzej się doń uśmiechając. Dla niego ograniczenia nie istniały. Z taką ilością pieniędzy jaką obecnie dysponował... nie musiał się z niczym szczypać. Skoro takie udogodnienia przewinęły się Jaydenowi przez myśl, a Toś był w stanie sprawić je rzeczywistymi... powinien odczuć niemałą satysfakcję!
- Anthony. Miło mi! - wyjawił mu swe prawdziwe imię, co było u niego rzadkością, ponieważ normalnie przedstawiał się jako Andy, jednak znów postawił na większą szczerość. Odpuścił sobie dziś zabawy w fałszywą tożsamość. Powoli czynił tak coraz częściej, ale nie widział w tym niczego złego. To on wybierał kogo kopnie ten zaszczyt, a kogo nie, o! Swobodnie uścisnął jego wyciągniętą ku niemu dłoń, którą nieumyślnie przytrzymał na odrobinę dłużej. Łaknął jego bliskości coraz silniej. Wiadomo, z niczym mu się namolnie nie narzuci, lecz to nie oznacza, że musi się powstrzymywać od drobnych zmysłowych, sugestywnych gestów. Zależało mu na zyskaniu u niego zaufania na tyle, by nie musiał siedzieć tak od niego oddalonym, a wręcz przeciwnie - by się doń zbliżał coraz bardziej.
_________________

Anthony Farrar
I am the Devil's smile, I am broken,
The Wretched and Divine...
[Profil]
   
 
Jayden Reyes








27

poszkodowany właściciel warsztatu

*judges you in spanish*

North Brentwood

multikonta: Max, Ellis, Kenai, Terry

Wysłany: 2019-05-10, 20:53   
  

  
Jayden Michael Reyes

  
I ain't mad, knowing that I ain't do no bad


Przez większość czasu, Reyes uchodził za całkiem obeznanego w kwestii tłumienia dziwnych uczuć, byle tylko nie narastały do większych rozmiarów, powodujących już większe spustoszenie, najczęściej w sferze psychicznej. Mógł się wydawać na pierwszy rzut oka osobą, nieprzywiązującą większej wagi do poważniejszych relacji, a to było podejście cokolwiek mylne. Może za bardzo się zamykał przed innymi osobami, zwyczajnie obawiając się uzewnętrzniania, przez które mógłby uchodzić za zbyt wrażliwego chłopaka? Sprawa, która wymagałaby konkretnego sprecyzowania, a jak na złość, wolał odsuwać ją od siebie. Czyżby wstydził się zwyczajnego bycia człowiekiem? Nie powinien jednak tego roztrząsać, szczególnie w tym miejscu. Nie było tu raczej miejsca dla przywiązania do kogoś czy mówienia o poważniejszych uczuciach.
- Spróbować przecież nie zaszkodzi - uznał, uśmiechając się tak odrobinę, w całkiem nieznaczny sposób. Nie odmawiał poczęstunków, szczególnie, jeśli rozchodziło się o alkohol. Gdyby nie zamierzał pić, nie pojawiłby się przecież w podobnym miejscu.
Wypuścił dym z ust, sięgając po podsunięta szklankę, wypełnioną błękitem. Kiwnął jeszcze z wolna głową, przyjmując do wiadomości, że wcale nie musieli się stąd ruszać, aby uzupełniać alkoholowe zasoby. Rozwiązanie bardzo wygodne.
Przytrzymując odpalony tytoń między palcami prawej dłoni, upił dwa łyki, po których odstawił szklankę z powrotem na powierzchnię stolika.
- Całkiem w porządku… - bo nawet wolał połączenia, w których alkohol jest wyczuwalny znacznie bardziej, acz nie gardził również niczym, co posiadało te drogocenne procenty. Przez chwilę jeszcze wyczuwał charakterystyczne ciepło, rozlewające się po przełyku.
- Mogę tak? - spojrzał na faceta, gdy ten powiedział, że może prosić o co tylko chce. Idealnie trafił. To wyjście nie było jeszcze stracone. Nie myślał też nad istnieniem ewentualnego haczyka, albo zasady, starej jak świat pod hasłem coś za coś. Później poświęci temu więcej czasu.
Nie umknął mu ten drobny gest z przytrzymaniem dłoni, który mógł w sobie nieść coś więcej, szczególnie, że na wstawionego brunet nie wyglądał.
- W takim razie, Anthony - zaakcentował nieco bardziej jego imię. - Chętnie się z tobą napiję. Może być ten niebieski drink, albo… coś innego.
Znowu się delikatnie uśmiechnął, co przy procentach było znacznie częściej obserwowane, aniżeli w przypadku trzeźwego Hiszpana.
- Muszę przyznać, że nigdy wcześniej cię nie widziałem, a w Brentwood mieszkam już od pewnego czasu… - powiedział w następnej chwili, czując dziwną potrzebę wyrzucenia z siebie kilku słów, chociaż z reguły uchodził za małomównego gościa. - Jesteś tu nowy czy po prostu bardzo dobry w ukrywaniu się i kamuflażu?
Kto by pomyślał, że będzie w stanie tak frywolnie zgadywać kogoś, będącego dla niego póki co, zupełnie świeżo poznaną osobą. Nie, żeby był zatwardziałym odludkiem, potrafił nawiązywać znajomości w podobnych przybytkach, jednak szybko się kończyły. Żadnych, poważnych kontynuacji. Zdarzało mu się nawet podać swój numer osobom, które go nie interesowały w większym stopniu. Po prostu, tak pod wpływem chwili, bo nawet na wiadomości tekstowe, wysłane następnego dnia, nie miał w zwyczaju odpisywać. Istne prawo dżungli.
Tym razem nie miał większych powodów, aby zachowywać te odludne podejście, według którego powinien wycofać się do swojej loży, tuż po odpaleniu papierosa. Gdyby nie towarzystwo Anthony’ego, musiałby się zwijać za godzinę, mając na uwadze wypalenie jego własnej ekipy. Nie wszyscy dawali radę pozostać w tym samym składzie, do końca.
_________________



[Profil]
 
 
Anthony Farrar









28

Tatuażysta / Morderca

Alicja... forever.

Downtown Brentwood

mów mi: Bianka/White Rabbit

multikonta: Andrea Rossi

Wysłany: 2019-05-26, 21:20   
  

  
Anthony Farrar

  
No I can't change. I choose my fate...


Pod tym względem raczej idealnie by się zrozumieli. Praktycznie od zawsze Anthony tłumił większość swych emocji, obierając na twarz maskę obojętności, pod którą chował te uczucia, których nie chciał w danym momencie odczuwać. Zresztą sam żył w przekonaniu, iż nie jest zdolny kogokolwiek pokochać, skrupulatnie, a może ździebko z uporem osła w nim trwając. Trzymał innych na dystans, podchodząc do każdej jednostki z dostateczną nieufnością, byle nikogo nie dopuścić do swego zimnego jak lód serca. Wolał zbytnio nie angażować się w żadną znajomość, bo po pierwsze naraziłby takie osoby na spore niebezpieczeństwo, a po drugie było mu dobrze z byciem bezlitosną, a zarazem niewzruszoną maszyną do zabijania. Już od małego oswajał się z takim trybem życia (może odrobinę za sprawą rozwijającej się choroby psychicznej, w której z każdym kolejnym rokiem coraz głębiej się zatracał), a kiedy się usamodzielnił, popadał jedynie w większy mrok. Uważał, że tylko w taki sposób uda mu się przetrwać, a postawienie na dobro go zupełnie osłabi. Tuż po dołączeniu do mafijnej organizacji, zasady w niej panujące potwierdziły jego podejście do sprawy. Dlatego uznał swój ogólny stosunek za dużo słuszniejszy. A jako zawodowy morderca... musiał odrzucać przede wszystkim empatię. Jeszcze by zmiękł i co wtedy? Jako jeden z lepszych w swym fachu nie mógł sobie na coś takiego pozwolić, zwłaszcza że w oczach swojej szefowej był niemalże skarbem. Wolał jednak mieć nieustannie u niej profity; nie chciałby niczego popsuć. Widocznie w jakimś sensie sam się bał przed kimś uzewnętrznić i stąd te jego rozbestwienie. W rzeczywistości sam był niezwykle wrażliwy w środku, ale skutecznie odpychał ów część w najdalszy zakamarek, robiąc wszystko, aby nie przejęła nad nim kontroli. Wypierał to. Dopiero po poznaniu Alicji, coś w nim pękło i częściej pozwalał sobie na czułości i inne dotychczas nieznane mu emocje. Najlepszym przykładem jest niewielka zmiana w jego usposobieniu, co powoli zaburzało całkowicie jego światopogląd. Ta urocza istota miała na niego tak niesamowicie ogromny wpływ, że aż zaczynało go to przerażać! Ba, wbrew pozorom powstała w nim potrzeba zapewnienia jej bezpieczeństwa i wyjątkowo nie chciał, by stała się jej jakakolwiek krzywda, a przez zawód jaki wykonywał było to bardzo możliwe. Poza tym jako ktoś, kto tak długo był przesiąknięty brutalnością, nienawiścią i wiecznie utrzymującą się w nim złością, dziwnie się czuł i nie wiedział specjalnie jak powinien się w danych sytuacjach zachowywać. W związku z tym musiał koniecznie to sobie w głowie poukładać. Postanowił więc wybyć do tego klubu, coby się rozerwać i o tym nie myśleć. I oto jesteśmy w tejże VIPowskiej loży.
- Istotnie. - odparł zgodnie, odwzajemniając jego nieznaczny uśmiech. Urzekał go swoją osobą coraz bardziej. Odkąd Jayden przystał na jego propozycję z takim zachwytem, z góry wiedział, że spędzi z tym mężczyzną wspaniałe chwile, nawet jeśli potrwa to ledwo parę godzin. Nie był pewien, czy uda im się razem wylądować w łóżku, niemniej nie wykluczał takiej opcji. Na pewno tego tak łatwo nie zaprzepaści, a był na świetnej drodze do doprowadzenia tego do skutku z powodzeniem. Farrar preferował wygodne rozwiązania, zwłaszcza w takich okolicznościach! A co miałby się kłopotać, tudzież ograniczać? Zarabiając tak zwane kokosy wszystko było wykonalne! - A nie mówiłem? Ja doskonale wiem, co dobre! - wyszczerzył szerzej do niego zęby, ucieszywszy się, że drink, który polecił mu zasmakował. Owszem, on także lubił wypić coś znacznie mocniejszego, lecz poeksperymentować nigdy nie zaszkodzi. A nóż nagle trafi na coś, co mu lepiej przypadnie do gustu?
Pomimo iż daleko było mu do bycia kompletnie nawalonym, popijany trunek stopniowo dawał mu coraz mocniej w łeb, choć nim on się tak maksymalnie upije... trochę minie. Mógłby spokojnie się z kimś zmierzyć na to, kto wypije najwięcej, gdyż byłby godnym zawodnikiem! Żeby doprowadzić siebie do okropnie żałosnego stanu, potrzebuje on większych ilości procentów niż przeciętny człowiek. Zdążył w tym nabrać wprawy i sobie wzmocnił głowę, dzięki czemu nie jest ona aż tak podatna na alkohol jak u większości. - Ależ oczywiście, nie krępuj się. - przytaknął mu na potwierdzenie, zachęcając go swoim mrukliwym głosem. Puścił dodatkowo perskie oczko w jego kierunku. O nie, w tym przypadku nie było haczyka, niech się tym nie martwi! Wcale nie musiał mu się nijak odwdzięczać. Anthony nie miał problemu z wydawaniem pieniędzy, nieważne w jakim celu. Wystarczającym dla niego będzie, jeśli... odda mu w naturze i zgodzi się na wspólne erotyczne uniesienia, ale też na niego nie będzie z tym naciskać. Jak tego nie zrobi to przecież nie będzie to koniec świata. Tak czy siak nie zamierzał od niego czegokolwiek wymagać. Jak to mówią, będzie co ma być! Poczuł lekką satysfakcję, że ten niepozorny gest go nie zgorszył i jak na razie mu jego czyny odpowiadały. - Mam tu cały zestaw, możemy sobie stworzyć jakąś mieszankę wybuchową. Do wyboru do koloru. Chętnie poznam twoje upodobania. Powiedz mi, na co masz najbardziej chrapkę i ci to ogarnę. - zaoferował ochoczo z kusicielskim uśmieszkiem, nie spuszczając ani na sekundy z niego podekscytowanego spojrzenia. Mieli tutaj od groma możliwości, także nic a brać i korzystać! Usłyszawszy kolejną wypowiedź swego nadzwyczaj przystojnego towarzysza, cicho zachichotał. - Nowy zdecydowanie nie. Jestem tu od jakiegoś czasu. Od mojej przeprowadzki z rodzinnego domu minęło z parę miesięcy, coś takiego. - przerwał na sekundę, przytykając dłoń do brody w zastanowieniu, coby sobie odświeżyć pamięć i nie wprowadzić go przypadkiem w błąd, czego chciał uniknąć. - Trafiłeś bezbłędnie. Masz rację, spryciarz ze mnie, potrafiący się nieźle kamuflować! Ujawniam się głównie wtedy, gdy najdzie mnie ochota. - skwitował szczerze z taką zadziorną miną. Bynajmniej nie kłamał, tak właśnie było. Podczas realizacji zadań od szefowej odnosił się do tego z wielką ostrożnością i wykonywał je bez najmniejszego szmeru, jakby był wprost niewidzialny. Był niczym zwinny ninja. W końcu to zawodowiec, musiał być profesjonalny w każdym najdrobniejszym szczególe. Ponadto mało komu zdradzał swój obecny adres zamieszkania, nie wspominając o numerze telefonu. Im mniej ludzie mają o nim informacji, tym lepiej. Z tego powodu nie dane było Reyesowi na niego wpaść. Aż do dzisiaj. Trafił swój na swego, nie ma co! Jak widać obaj na tym spotkaniu zyskają. Ciekawe, co z tego wyniknie dalej!
_________________

Anthony Farrar
I am the Devil's smile, I am broken,
The Wretched and Divine...
[Profil]
   
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 6