nawigacja


Poprzedni temat «» Następny temat
Eternity is the sun mingled with the sea
Autor Wiadomość
Winter Aldridge



22

barman

South - West Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Mordechai, Phoenix, Philippa, Ivy, Dale, Dayami, Tinsley





Wysłany: 2018-11-17, 21:03   Eternity is the sun mingled with the sea
  

  
Chione Winter Aldridge

  
how can a heart like yours ever love a heart like

  

  
  
  
  


ciuszek

Przyszedł listopad, a to oznaczało chłód i deszcz, które niespecjalnie napawały Wintera entuzjazmem. Oczywiście, był zimowym chłopcem i naprawdę tę zimę lubił, ale wtedy, gdy spadł śnieg i wszystko było białe i piękne, natomiast szary deszcz, błoto i jesienny wiatr nie były aż tak bardzo w jego guście. Jego dusza była wrażliwa, więc we wszystkim starał się doceniać piękno, w jesieni także, jednak jego spacery nie mogły być już tak długie, jak wtedy, gdy było ciepło i nie musiał przejmować się tym, że z chłodu zaraz odpadną mu uszy. To znaczy, teraz też się tym nie przejmował, ale to było po prostu nieprzyjemne. Miał ponad dwadzieścia lat, a momentami wciąż zachowywał się jak nastolatek - nie założy przecież czapki, bo jego tleniona fryzura ulegnie naruszeniu. Jego matka zresztą nigdy sobie tym nie zaprzątała głowy, jeśli już ktoś mu zwracał uwagę, to było to jego starsze rodzeństwo, ale nie był jedynym małym dzieckiem w rodzinie Aldridge'ów, tak naprawdę musiał dbać sam o siebie od najmłodszych lat. Wciąż chyba nie wychodziło mu to najlepiej.
Zmarzł, chciał się gdzieś schować, jednocześnie nie chcąc wracać do domu. Jak dobrze, że na jego drodze pojawiła się kawiarnia! I to nie byle jaka. Jedna z jego ulubionych - taka, w której nie było bardzo drogo, głównym wystrojem były książki różnej maści, było przytulnie i ciepło, a raz na jakiś czas urządzano wieczorki poetyckie. Czasami na nich bywał. Zazwyczaj pojawiali się tam ze swoją twórczością miejscowi artyści od siedmiu boleści, którzy często wcale tak źle nie wypadali i Winterowi zdarzyło się wyłapać kilka lepszych tekstów, w jego prywatnej opinii, rzecz jasna, która w gruncie rzeczy była gówno warta. Czasami jednak zapraszani byli bardziej popularni autorzy, czy to osobiście, czy bardziej metaforycznie, bo chętnie po prostu czytali cudzą poezję, głównie wtedy, gdy sam autor już nie żył. To były miłe wieczory i Aldridge dobrze wspominał te spotkania. No i proszę. Winter, lucky you! Kiedy blondyn wszedł do kawiarni, na niewielkiej scenie na drugim końcu pomieszczenia jeden z miejscowych, początkujących poetów właśnie kończył recytować swą twórczość. Z jednej strony, Winter ucieszył się w duchu, ale z drugiej, dobrze wiedział, że ciężko będzie mu teraz znaleźć miejsce. Odruchowo ruszył do swojego ulubionego kącika, gdzie zresztą wypatrzył kilka wolnych miejsc. Ostatnich. Przy ostatnim, prawie wolnym stoliku. Przecież jemu też się należało, nie będzie stał, jak głupi, w drzwiach. Przy odrobinie szczęścia nikt go stamtąd nie wypędzi. Szkoda tylko, że odbywający się właśnie wieczorek poetycki chyba wyczerpał winterowy limit szczęścia na przynajmniej tydzień.
_________________
take a look at these dirty hands
take a look at this face these blazing eyes


[Profil]
 
 
Ginger Edwards



18

I wanna be a virgin pure

South - West Brentwood

Wysłany: 2018-11-19, 22:28   
  

  
Ginger Edwards

  
What's the difference? We could all die tomorrow.

  

  
  
  
  
  


1

Chociaż wielu ludziom jesień kojarzy się wyłącznie z deszczem i przeziębieniem, ze wszystkich pór roku Ginger przypodobała ją sobie najbardziej. Być może przez jej nieobliczalność, w końcu nigdy nie wiadomo, czy nie zaskoczy nas ulewa, ale chyba bardziej przez jej aparycję. Uwielbiała, gdy liście nabierały żółtych, czerwonych i brązowych barw. Kiedy była młodsza, myślała, że to Bóg, chcąc dodać jej otuchy, zamienia drzewa w rudowłose piękności. Dopiero z wiekiem uświadomiła sobie, że to nieprawda, jednak widząc pomarańczowe korony drzew, wciąż zdawało jej się, jakby mniej wyróżniała się z tłumu. Dlatego te jesienne dni wywołują u niej pozytywne emocje. Dzięki nim mogła zachować anonimowość, idąc do uroczej kawiarni na rogu ulicy. Przychodziła tu tylko czasami, kiedy potrzebowała inspiracji, czując kulturalny niedosyt. Chociaż prezentowana w niej poezja nie zawsze była dobrej jakości, to słuchanie deklaracji tak różnych od siebie ludzi przynosiło spokój. Oglądanie emocji na twarzach słuchaczy i autorów było jak narkotyk.
Siedziała przy jednym ze stolików w kącie, sądząc, że nie będzie zwracać na siebie niczyjej uwagi, ale jednocześnie będzie widzieć artystów. Jej filiżanka była tylko w połowie wypełniona herbatą ze skórką pomarańczy i odrobiną goździków. Saszetki z cukrem pozostały nietknięte, albowiem dla Ginger nie ma większej zbrodni niż słodzenie herbaty. Według jej przekonań cukier zabija smak naparu, który powinien być mocny, odrobinę goryczkowaty. O ile miód był jeszcze akceptowalny, tak sztuczne słodziki absolutnie nie wchodziły w grę.
Gdzieniegdzie rozległy się owacje, kiedy młody artysta skończył swój występ. Ginger nie należała do grona klaskających, preferowała raczej rolę "cichego obserwatora", który wtapiał się w ścianę. Chciała właśnie udać się do toalety, gdy do jej stolika dosiadł się platynowy blondyn. Przez chwilę siedziała z otwartą buzią. Zaczęła nawet zastanawiać się, czy gdzieś na stoliku nie było kartki z napisem "REZERWACJA", którą mogłaby przeoczyć. Może zrzuciła ją swoją torebką, albo wiatr zdmuchnął ją podczas otwierania i zamykania drzwi? Może była schowana pod wazonem na środku stoliku?
-Przepraszam, czy zajęłam twoje miejsce? -zapytała cichutko, aby nie przeszkadzać kolejnemu deklarującemu, ale również nie była pewna, czy chce, aby mężczyzna ją usłyszał, chociaż na wszelki wypadek odezwała się tak grzecznie, jak tylko potrafiła.
[Profil]
 
 
Winter Aldridge



22

barman

South - West Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Mordechai, Phoenix, Philippa, Ivy, Dale, Dayami, Tinsley





Wysłany: 2018-11-25, 21:13   
  

  
Chione Winter Aldridge

  
how can a heart like yours ever love a heart like

  

  
  
  
  


Winter dobrze rozumiał, co oznaczała chęć zachowania anonimowości w tłumie, a jednocześnie wiedział, że czasami to wcale nie było dobre. Wszystko zależało od tego, o jaki tłum chodziło. W szkole zawsze był wytykany palcami, jako ten Aldridge, kolejny, następny, z patologii, z biedoty, czasami brudny czy zasikany, a innym razem zwyczajnie gorszy. Wtedy bardzo chciał się schować, zapaść pod ziemię. Z czasem to się trochę zmieniło. Na studiach ludzie nie zwracali już uwagi na pewne kwestie, a i on był w stanie zadbać o siebie samodzielnie, nie trzeba było mu mówić, kiedy powinien się umyć czy wyprać swoje ciuchy. Jednocześnie w domu zawsze był jednym z wielu. Było ich w sumie dwanaścioro, niczym Apostołów, najstarsi zajmowali się młodszymi, a z każdym następnym dzieckiem wszystkie pozostałe miały nadzieję, że kolejnemu porodowi pani Aldridge już nie podoła. Ona jednak pokazywała, że wcale nie przegrywa tak łatwo, wydawała więc na świat kolejne dzieci, którymi potem wcale się nie zajmowała, a Winter, jako najmłodszy, był najmniej chciany przez resztę rodzeństwa. To nie tak, że go nie kochali czy że się nim nie zajmowali. Zawsze miał jednak w środku poczucie, że jest najgorszy, samotny i nikomu niepotrzebny. Chciał się czymś wyróżniać wśród rodzeństwa, ale na dobrą sprawę, nawet nie było nikogo, kto w jakiś sposób mógłby go docenić. A może nie starał się wystarczająco?
Z początku nie zwrócił uwagi na drobną, rudowłosą istotkę siedzącą właściwie niemal tuż obok. Jej głos, choć cichy, zdołał przebić się przez ogólny szmer i na jego dźwięk Winter niemal podskoczył na krześle. Spojrzał na nią, szeroko otwierając swoje zielone oczy. Jego miejsce? Oczywiście, że nie. Winter przecież nie miał swojego miejsca, nigdzie. Pokręcił szybko głową i spuścił wzrok, by zastanowić się nad jej pytaniem.
- A tu jest zajęte? Ja... mogę iść gdzie indziej - niby tylko zaproponował, ale w gruncie rzeczy zaraz zaczął zbierać swoje rzeczy, aby faktycznie się stąd wynieść. Co prawda nie było zbyt wielu wolnych miejsc, jakieś pojedyncze przy grupkach ludzi, którzy nie wyglądali na równie zagubionych, co on, ale trudno. Właściwie, jeśli ten stolik był przez kogoś zajęty, to by wyjaśniało, dlaczego był pusty. Jak mógł nie wpaść na to wcześniej?
_________________
take a look at these dirty hands
take a look at this face these blazing eyes


[Profil]
 
 
Ginger Edwards



18

I wanna be a virgin pure

South - West Brentwood

Wysłany: 2018-12-05, 22:11   
  

  
Ginger Edwards

  
What's the difference? We could all die tomorrow.

  

  
  
  
  
  


-Nie, nie, tutaj jest wolne. Zostań, jeśli masz ochotę -posłała w jego stronę nieśmiały uśmiech. Nie czułaby się komfortowo, gdyby z jej powodu musiał zająć miejsce stojące. Tym bardziej, jeżeli chciał zamówić sobie coś do picia lub jedzenia. Wolałaby raczej, zamiast niego stanąć i dokończyć swoją herbatę w jeszcze ciemniejszym i ciaśniejszym kącie. A jednak nie wstała ze swojego miejsca, uznając, że najprawdopodobniej dopije napar przy stoliku i wsłucha się w deklamowany wiersz, równocześnie bazgroląc coś na serwetce przy pomocy ulubionego długopisu z granatowym wkładem. Właściwie to zabawne, że jesteśmy w stanie lubić konkretny typ atramentu. Dla Ginger zawsze musiał być ciemnogranatowy, ale broń Boże wpadający w fiolet, najlepiej zakończony grubą kulką. Cienkie końcówki wydawały jej zdaniem nieprzyjemny dźwięk skrobania papieru. W dodatku obudowa musiała idealnie leżeć w jej dłoni, nie mogła być za cienka, ale też nie za duża, bo obcierały jej skórę na dłoniach, którą chłód wystarczająco już maltretował. Pomimo że starała się częściej używać kremu do rąk podczas mroźnej części roku, to jednak ten nawyk nie wchodził jej w krew i zwyczajnie zapominała o takiej czynności, przez co jej dłonie były szorstkie i spękane na niektórych kostkach. Gin szczególnie nie lubiła swoich palców, mimo zadbanych paznokci. Były dla niej mało kobiece. Długie, nieco powykrzywiane z haluksem w miejscu, gdzie opierał się długopis. Nieświadomie rzuciła spojrzenie na dłonie swojego towarzysza, ale przez panujący półmrok niewiele udało jej się zauważyć. Właściwie mogła określić tylko ich rozmiar i kolor.
-Nigdy wcześniej cię tutaj nie zauważyłam, często tutaj przychodzisz? Może jesteś jednym z artystów? -niespodziewanie głos wydobył się z jej gardła. Zaskoczyła ją jej śmiałość, ale nie mogła już cofnąć swoich słów, więc postanowiła grać rolę typu "doskonale wiem, co robię", chociaż czuła, że za chwilę wypluje swoje wnętrzności.
[Profil]
 
 
Winter Aldridge



22

barman

South - West Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Mordechai, Phoenix, Philippa, Ivy, Dale, Dayami, Tinsley





Wysłany: 2018-12-13, 02:08   
  

  
Chione Winter Aldridge

  
how can a heart like yours ever love a heart like

  

  
  
  
  


przepraszam, studia mnie zjadły :c

Słysząc słowa dziewczyny, zamarł w pół ruchu i spojrzał na nią zaskoczony. Wolne? Tak po prostu? Odwiesił swoją ciepłą, puchową kurtkę na oparcie krzesła, tam, gdzie wisiała jeszcze przed chwilą - i gdzie najwidoczniej chwilowo było jej miejsce. To właściwie całkiem miłe, że go nie wygoniła. Jego twarz rozluźniła się, a Winter spuścił nieśmiało wzrok, ale po chwili znów go podniósł, ostrożnie wbijając spojrzenie w twarz rudowłosej.
- Dziękuję. Jeśli to dla ciebie nie problem. Właściwie... nie ma zbyt wielu wolnych miejsc - zmarszczył brwi, szybkim spojrzeniem omiatając pomieszczenie. Nie wpatrywał się uporczywie w dziewczynę, uważał to za niezbyt komfortowe, tak dla niej, jak i dla niego. Nie lubił patrzeć ludziom w oczy i rzadko kiedy to robił, nawet, jeśli niektóre oczy były naprawdę ładne. Nie miał odwagi, było to dla niego dość intymne przeżycie. Być może gdzieś tam w świecie były oczy, w które potrafił wpatrywać się niemal w nieskończoność, od dłuższego czasu nie było jednak ku temu okazji, bo ich właściciela Winter skutecznie wyparł ze swojego życia. Bynajmniej nie dlatego, bo tamten na to zasługiwał. Aldridge był po prostu zwykłym tchórzem.
Na podeście imitującym scenę trwała przerwa, Winter zdążył w tym czasie zdecydować się na zieloną herbatę i wrócić z nią do stolika. Przysunął się bliżej, by skupić się na gorącym płynie, w którym bez większego celu mieszał łyżeczką. Nie słodził zielonej herbaty, choć nie dotyczyło to każdego napoju. Drugą dłonią objął naczynie, by ogrzać ją jeszcze trochę po tym, jak zmarzł na zewnątrz. Jego dłonie były raczej zwyczajne, chociaż Winter nigdy za nimi nie przepadał. Tak naprawdę, nie potrafił znaleźć w sobie cechy, którą naprawdę by lubił, a dotyczyło to zwłaszcza jego wyglądu. Jego dłonie były blade, szczupłe, długie i trochę nieproporcjonalnie zbudowane - czyli dokładnie takie, jak on sam. Wysoki, chudy jak tyczka, a jego skóra wyglądała, jakby nigdy nie widziała słońca. Kiedy był dzieckiem, obgryzał paznokcie, i choć dziś już tego nie robi, to nie udało mu się ich doprowadzić do należytej formy, wciąż były nieco nieforemne, a do tego pożółkłe od papierosów, które stały się dla niego swego rodzaju alternatywą dla obgryzania paznokci. Przyzwyczaił się do swoich dłoni, nie zwracał na nie większej uwagi, po prostu były, jak i jego oczy, zwykle schowane za zbyt długą grzywką, czy nieco kościste kolana. To, czego najbardziej w sobie nie lubił, to uśmiech, bo jego zęby żyły swoim życiem i wcale nie chciał prezentować ich światu, co nie było wcale takie proste. Dłonie też najczęściej chował w rękawach, ale to był bardziej odruch, niż świadomy gest. Czasami nawet pisząc, trzymał długopis czy ołówek przez materiał bluzy. Sam chyba nie preferował określonego przyboru do pisania, mógł pisać wszystkim, co mu tylko wpadło do ręki, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Liczył się sam fakt zapisania myśli, które w danej chwili kłębiły mu się w głowie. Mimo to, wolał pisać na papierze, niż na laptopie. Być może nie przepadał też za niezatemperowanymi kredkami, które często stawały się wówczas niewidoczne. Z jakiegoś powodu najczęściej i tak wybierał długopis z czarnym atramentem, sam jednak nie wiedział, czemu, nie przykładał do tego większego znaczenia (tak naprawdę te długopisy były czarne, jak jego dusza, i to dlatego), a i wygodniej pisało mu się takimi z cienką końcówką. Ale potem i tak gubił je wszystkie, przez co kupował następne, albo zgarniał jakieś gratisy ze sklepów, i miał ich potem w torbie cała kolekcję.
Głos dziewczyny zaskoczył Wintera tak samo, jak i ją. Niekoniecznie chciał z nią nawiązywać konwersację, nie mógł jednak wiedzieć, jak ona podchodzi do jego obecności tutaj. Może trafił na taką gadatliwą, co to zwyczajnie nie potrafi się przymknąć, myli uprzejmość z zainteresowaniem i nie dostrzega nawet tych mniej delikatnych aluzji? To nie wróżyłoby najlepiej, ale póki co, Aldridge postanowił jeszcze nie uciekać, a raczej dać jej szansę. Nie mógł przecież zawsze uciekać. Czasami zapominał, że ludzie potrafili być mili, że nie każdy chciał go zwyzywać czy wyśmiać. Ostatecznie nie wszyscy byli z Brentwood i nie mieli jeszcze przyjemności poznać jego rodziny, czy nawet usłyszeć jakichś plotek na jej temat. No cóż, lepiej dla niego.
- Nie, nie jestem artystą - pokręcił głową, wykrzywiając usta w grymasie, który miał być nieznacznym uśmiechem. Bywał twórcą, ale to, że ktoś coś tworzył, nie czyniło go od razu artystą. Uważał, że jego treściom wiele brakowało do sztuki, z nikim się tym też nie dzielił. Może kiedyś uda mu się napisać coś, co uzna za przynajmniej dobre, ale póki co miał jedynie chęć wszystko, co trzymał w szufladzie, wyrzucić do śmieci. Nie trzymał tego tam po to, by kiedyś coś z tym zrobić. Bardziej po to, by czasem do tego wracać i szukać własnych błędów, myśleć nad tym, co mógł zrobić lepiej. A czasem zwyczajnie nie chciał czegoś wyrzucać, trzymał też teksty, o których dawno zapomniał, a które jednak kiedyś kłębiły się w jego głowie. Kłębiło się tam wiele rzeczy, które chyba nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. - Kiedyś przychodziłem tu częściej - w takich miejscach bywali raczej dziwacy jego pokroju, a nie ich oprawcy. Rzadko kiedy szkolne osiłki interesowały się poezją, łatwo było więc tu się przed nimi schronić. - Zazwyczaj pracuję, jak organizują wieczorek poetycki - wzruszył ramionami. - Też cię tu wcześniej nie widziałem. Stałaś tam kiedyś? - przeniósł wzrok na podest, na którym zaczynało się robić zamieszanie, bo przerwa zmierzała ku końcowi. Równie dobrze mógł jej po prostu nie pamiętać, nie rzucała się przecież w oczy. Nie oznaczało to jednak, że nie mogła skrywać w sobie jakiegoś talentu. Ludzie mogą się wyróżniać na różne sposoby, niekoniecznie widoczne na pierwszy rzut oka. Tylko on zawsze był najmniej istotny w całym tym tłumie.
_________________
take a look at these dirty hands
take a look at this face these blazing eyes


  
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 6