Poprzedni temat «» Następny temat
#1 trick or treat
Autor Wiadomość
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, mav, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam



Wysłany: 2018-11-11, 01:41   #1 trick or treat
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


Ukryj: 
Idealnie ułożone włosy o złocistym kolorze opadają na ramiona, skręcając się w delikatne fale. Ręce oraz klatka piersiowa pokryte są granatowym, elastycznym materiałem, składającym się na dość obcisłą bluzkę. W okolicach bioder umieszczony został pobłyskujący, złoty pas, oddzielający górę stroju od jego dołu, a mianowicie - czerwonej, wykonanej z taniego, śliskiego materiału spódniczki, sięgającej nad kolano. Wysokie, karminowe kozaczki na szpilce stanowią idealne uzupełnienie dla tego dzikiego outfitu. I pewnie nikt nie pomyślałby, że to kostium na halloween, gdyby nie duża, wciśnięta w figurę o kształcie diamentu, czerwona litera "S", umiejscowiona na środku ciemnoniebieskiej góry stroju oraz szkarłatna peleryna, która powiewa z dramatyzmem przy każdym mocniejszym podmuchu październikowego wiatru.



Blue przez cały miesiąc trąbiła mu o Halloween. Straszne przekąski, straszne przebrania, straszne filmy - wszystko to zajmowało jej małą głowę tak bardzo, że po pewnym czasie nawet Izzy'emu udzielił się halloweenowy nastrój. Nic więc dziwnego, że mocno się przejął, gdy pewnego dnia jego córka oświadczyła, że powinien był zacząć myśleć nad swoim przebraniem, bo w ostatni wieczór października to w jego towarzystwie zamierzała chodzić po domach, żebrając o cukierki. I chociaż mógł wybierać spośród tysiąca kostiumów, jego ostateczny wybór okazał się... specyficzny.
Może za bardzo wziął sobie do serca to, co ludzie mówili o samotnych ojcach - że musieli pełnić dla swoich dzieci zarówno rolę taty, jak i mamy. Może miał spaczone poczucie humoru i pomyślał, że przebranie się za Superwoman będzie świetną zabawą. A może po prostu nie chciał przebrać się za Supermana, bo wiedział, że wciskanie się w jakiś dziwny, jednoczęściowy kostium w pozycji leżącej bądź siedzącej będzie czymś niemalże niemożliwym do wykonania. No, przynajmniej w pojedynkę, bo gdyby poprosił o pomoc jakąś osobę trzecią, włożenie na siebie leginsów i obcisłych gaci zapewne nie stanowiłoby problemu. W najbliższym otoczeniu nie było jednak nikogo, komu mógłby powierzyć tak wymagające zadanie. Blue była jeszcze za mała, aby użerać się z czymś podobnym - w końcu sama nie raz miała problem, aby założyć na siebie jakieś rajstopki w seruszka czy inne badziewia. Ellis ani Jaggera natomiast nie zamierzał ściągać tylko po to, żeby pomogli mu z ubraniem cholernych leginsów, jeszcze nie oszalał w stu procentach. Zresztą na pewno nie czułby się komfortowo, gdyby coś podobnego w ogóle miało miejsce. Może i się puszczał, może i ćpał z najbardziej podejrzanymi typami z Londynu, może i umawiał się na fejkowe randki ze starymi zboczeńcami z Internetu, ale jakąś tam godność jeszcze miał. Jeszcze.
W każdym razie ostatecznie skończył jako Superwoman na wózku. Co mogłoby wydawać się trochę żałosne (no bo jak taka bohaterka w ogóle miałaby ratować świat, skoro ledwo dawała radę się poruszać?), ale z pomocą córki, która w pół godziny narysowała mu na kartce wielkie, kolorowe i koślawe logo Superwoman, a potem przykleiła je do jego odlotowego pojazdu, wcale nie czuł się głupio. Wręcz przeciwnie. Razem z Blue, przebraną za małą, straszną pannę młodą, stanowili odlotowy, niepowtarzalny duet.
Jak tylko się ściemniło, ruszyli w przerażającą podróż po domach najbliższych sąsiadów. Na szczęście wszyscy, do których pukali, byli serdeczni i uśmiechnięci, i wszyscy z radością częstowali Blue cukierkami, podczas gdy Izzy stał tuż za nią, robiąc za zabawne tło. Ostatecznie doszedł do wniosku, że strój Superwoman i tak nie był najgorszy. Przynajmniej wyglądał oryginalnie i prowokował śmiech, a to było dobre. Nawet jeżeli na ogół w Halloween chodziło o coś zupełnie odwrotnego.
- Cukielrlek albo psikus! - krzyknęła Blue (której ostatnimi czasy coraz częściej udawało się poprawnie wymówić dźwięk "r") do kolejnego sąsiada, który postanowił otworzyć przed nią drzwi. - Ooo, to znowu pan! - dodała od razu, a potem odwróciła się do Izzy'ego z szerokim, szczerym uśmiechem. W tamtym momencie nie miał pojęcia, na kogo patrzeć - na swoją niezwykle zadowoloną córkę, czy na stojącego w progu faceta, który był mu już całkiem dobrze znany.
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Mordechai Potter








37

ochroniarz

forever alone

North Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Winter, Philippa, Phoenix, Dale, Ivy, Dayami, Tinsley

Wysłany: 2018-11-11, 21:10   
  

  
Mordechai Potter

  
i'm alone and i feel empty


ciuszek

Halloween nie było ulubionym wydarzeniem Morta, ale nie czuł się też nim zdegustowany. Nie oglądał horrorów, nie wybierał się na wielkie imprezy, ale zdarzało mu się czerpać namiastkę przyjemności z wymyślania jakiegoś kostiumu, w którym miał witać dzieci, a potem z podjadania cukierków z kolorowej torby, w której czekały, aż wpadną w ręce małolatów. W tym roku było podobnie. Niestety, dzieci nie były wdzięcznymi rozmówcami, ale może to i lepiej, bo, jak już wiemy, Mort nie do końca wiedział, jak wobec nich sie zachowywać. Zagadywanie je o pogodę bądź kostiumy mogłoby uchodzić za... podejrzane. Czy to nie byłby jakiś wstęp do zostania pedofilem? Tego to by nie chciał. Ten etap miał już za sobą i zdecydowanie wolał do niego nie wracać.
W tym roku Mordechai został wampirem. Blady, z podkrążonymi oczami, ze strużką sztucznej krwi spływającej z kącika ust prezentował się chyba nie najgorzej. Właściwie, to gdyby nie ta czerwona smuga, mógłby uchodzić za trochę bardziej zmęczonego siebie, takiego na co dzień. Pomalował na czarno paznokcie i ubrał się elegancko. Nie miał przecież wielu w życiu okazji, by wcisnąć się w garnitur, a miał dziwne przeczucie, że coraz ciężej było mu się w nim zmieścić, i choć był cholernie niewygodny, to siedzenie na fotelu, z torbą cukierków obok i poradnikiem akwarystycznym w rękach było w porządku. Tak, to całkiem w porządku wieczór. Pozostaje tylko nadzieja, że wszystkim dzieciom będą smakować wybrane przez niego cukierki i żadne z nich nie obrzuci jego domu jajkami, ani nie obleje ciężko zmywalną farbą. Słyszał, że kiedyś stało się tak z niejaką Laurą kilka mieszkań obok, która rozdawała dzieciom anyżowe cukierki. Laura była złem wcielonym, nic dziwnego, że w Halloween spotkała ją kara.
Kolejny dzwonek do drzwi nakazał mu odłożyć książkę (akurat przeszedł do części dotyczącej odpowiedniego doboru filtrów do akwarium) i ruszyć do niej wraz z torbą cukierków. Z nawyku najpierw spojrzał przez wizjer - równie dobrze mogli to być jacyś kryminaliści, którzy wykorzystywali naiwność mieszkańców - ale na widok Izzy'ego i Blue, nie zastanawiał się nad otwarciem, od razu to zrobił. Od razu też się roześmiał - nie tak, aby miał się zaraz ze śmiechu zwijać, ale to i tak był najszczerszy śmiech, jaki wydobył się z Mordechaia od miesięcy, jeśli nie lat. Oczywiście, Blue wyglądała przeuroczo, choć Mort nie potrafiłby tego ocenić, jednak Superwoman przebiła wszystko. To potrafił docenić nawet tak niekontaktowy człowiek, jak Potter.
Mordechai zamilkł, kiedy odezwała się Blue. Zacisnął wargi, bo dziewczynka odrobinę go zdeprymowała, ale posłusznie wyciągnął garść cukierków ze swojej torby, by przełożyć je do tej jej.
- I znowu ty. Nie uciekasz, prawda? - zmarszczył brwi, jakby w zastanowieniu. Konwersacje z takimi małymi podlotkami wymagały jednak od niego więcej wysiłku, niż te zwyczajne, a i z tymi przecież najłatwiej nie było. - Pani też życzy sobie cukierka? - przeniósł wzrok na Isidore'a. W różnych sytuacjach miał okazję go widywać, ale nawet wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy, żadna była z niego drag queen.
_________________

I've lost myself again and I feel unsafe
[Profil]
 
 
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, mav, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam



Wysłany: 2018-11-25, 14:55   
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


Blue raczej nie była wybredna w kwestii cukierków. Jasne, nie lubiła anyżowych, kawowych, alkoholowych i tych z przeróżnymi, suszonymi owocami w środku, ale poza tym uwielbiała wszystkie i wszystkie pożerała tak, że aż się jej uszy trzęsły. Groźby Izzy'ego odnośnie tego, że popsują się jej zęby, i że pani dentystka będzie musiała borować jej zęby, nigdy nie działały. Choć być może w tym przypadku autentyczności odejmowało mu to, iż pożerał wszystkie te słodycze razem z nią. Zdecydowanie nie szło mu bycie odpowiedzialnym dorosłym.
Ujrzenie Morty'ego w drzwiach, do których postanowiła zapukać dzierżąca pomarańczowe wiadereczko z cukierkami Blue, było zupełnie niespodziewane. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, w jakich udało im się spotkać, te chyba były najbardziej ekscentryczne. No, przynajmniej dla Litchfielda, który był przyzwyczajony do oglądania poważnego, trochę przygnębionego Mordechaia w codziennych, niespecjalnie zaskakujących sytuacjach. Tym razem jednak natrafili na siebie podczas Halloween, co kompletnie Izzy'emu nie pasowało. Trudno powiedzieć, czy to przez strój wampira, który nadawał Morty'emu zupełnie innego wyrazu, czy przez to, że znajdowali się przed jego domem. W jakiś sposób myśl, że Potter gdzieś mieszkał i prowadził normalne życie, była dla niego kuriozalna. Chociaż chyba jeszcze dziwniejszy był śmiech, który wydobył się z gardła Mordechaia, gdy ten dostrzegł strój Superwoman. To był chyba pierwszy raz, kiedy Morty się przy nim zaśmiał i pewnie Isidore powinien być z siebie dumny, bo wszystko to za sprawą jego wymyślnego kostiumu, ale zamiast się ucieszyć, zastanawiał się nad tym, dlaczego nigdy wcześniej nie było mu dane usłyszeć jego śmiechu. Przecież był zabawny, nie? Mówił wszystkie te durne rzeczy i pluł życiu w twarz, co zazwyczaj było wystarczające, aby wywołać na twarzy drugiego człowieka uśmiech. Tymczasem aby rozśmieszyć Morty'ego, musiał wcisnąć się w strój Superwoman i przypadkowo zajść pod jego dom. Interesująca kwestia.
- Nigdy! - Blue wypięła dumnie pierś, jakby to, że po raz kolejny wpadła na pana Pottera było zasługą jej dziecięcego sprytu. - Dziękuję! - dodała, gdy Mordechai przesypał jej trochę cukierków do wiadereczka. Szybkie zerknięcie na dotychczas zebrane łupy niezwykle ją usatysfakcjonowało. Jej pomarańczowe wiaderko było niemalże pełne. - Pats, tato! - wykrzyknęła z zachwytem, nieco zbyt energicznie przechylając plastikowe naczynie w kierunku Izzy'ego, w wyniku czego przynajmniej połowa cukierków rozsypała się na ziemi. - Ojej - mruknęła ze zmartwieniem, od razu schylając się, aby pozbierać swoje zdobycze. Isidore w ostatniej chwili powstrzymał się od odruchowego schylenia się po to, aby jej pomóc. Jego położenie i tak nie pozwalało na wykonywanie specjalnie skomplikowanych manewrów.
Próbując nie myśleć o swojej chwilowej bezużyteczności, przeniósł wzrok na Morty'ego.
- To zależy od smaku - powiedział, uśmiechając się lekko. - I od tego, czy to wszystko nie jest zwykłym podstępem - kontynuował poważnie. - Nie myśl, że nie wiem. Wampiry tylko czekają na odpowiednią okazję, aby rozerwać takim pięknym niewiastom gardła. - Rozbawienie błysnęło w jego oczach.
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Mordechai Potter








37

ochroniarz

forever alone

North Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Winter, Philippa, Phoenix, Dale, Ivy, Dayami, Tinsley

Wysłany: 2018-12-03, 01:07   
  

  
Mordechai Potter

  
i'm alone and i feel empty


Na szczęście, Mordechai nie miał w swojej kolekcji żadnego z cukierków, których nie lubiła Blue. Wiedział, że dzieci mają różne smaki, bo zdaje się, że nie różnią się w tej kwestii za bardzo od dorosłych, choć mogą być bardziej wybredne (chociaż są przecież takie dzieci, które zjedzą autentycznie wszystko, a dopiero potem, gdy będą starsze, ktoś im obrzydzi brukselkę czy śledzie). Skoro jednak Blue taka nie była, to może uda im się dogadać. A może to kwestia przystosowania do nowych warunków? Izzy nie był chyba mistrzem kuchni, a mała musiała coś jeść, aby w ogóle przeżyć.
Mordechai nie był najlepszy w zawieraniu znajomości, więc chcąc nie chcąc, dla większości ludzi pozostawał względnie anonimowy. Nie opowiadał o sobie, bo i przecież nie miał zbyt wiele do zaoferowania, ale jednocześnie nie potrafił też podtrzymywać takiej znajomości, by poznać się bliżej. Wszystkie spotkania z Isidore'm były przypadkowe, już kilka razy los wpakował ich w to samo miejsce, w tym samym czasie, a jednak wciąż niewiele o sobie wiedzieli. Praktycznie nic. Jeden ma córkę i jeździ na wózku przez wypadek, a drugi pracuje w centrum handlowym jak ochroniarz i płaci prostytutkom, którym potem ucieka jeszcze w trakcie gry wstępnej. To właściwie tyle, co nic.
Mort skończył się śmiać, choć Izzy nie przestawał go bawić, jednak sytuacja Blue byłą w tej chwili dramatyczna. Sam Potter przykucnął, odstawiając własną torbę z cukierkami za drzwiami swojego mieszkania, i pomógł małej zbierać cukierki, które rozsypała, wrzucając je na nowo do jej wiaderka. Jednak kiedy Litchfield do niego mówił, Mort uniósł głowę. Zmierzył mężczyznę sceptycznym wzrokiem.
- Blondynki bywają niestrawne, wolałbym chyba nie ryzykować - to wszystko pewnie na skutek głupoty, albo zbyt dużej ilości botoksu w ciele. Czy to drugie nie wynika poniekąd z pierwszego? W każdym razie, skoro Izzy miał wątpliwości, Mort nie zamierzał go na siłę namawiać na cukierki. Więcej dla innych dzieci, no i może dla niego samego. Wrzucił ostatniego cukierka do wiaderka, otrzepał kolana z drobinek piasku i wyprostował się. - Chcesz jeszcze? - spojrzał na Blue. W kostiumie był odważniejszy, trochę tak, jakby inny strój i dziwny makijaż zrobiły z niego innego człowieka. Nie bał się małej dziewczynki i próbował żartować. A może to wpatrywanie się w rybkę w akwarium sprawiło, że miał tego wieczora lepsze samopoczucie?
_________________

I've lost myself again and I feel unsafe
[Profil]
 
 
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, mav, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam



Wysłany: 2018-12-22, 00:44   
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


Ej, umiejętności kulinarne Izzy'ego i tak wskoczyły na nowy poziom, gdy okazało się, że w sumie to został na lodzie z wychowaniem dziecka (dzięki, Lillian) i musiał sam zatroszczyć się jakoś o jej rozwój. Wiedział już jak ugotować ziemniaki, żeby nie były surowe i jak przyrządzić makaron, aby nie zrobiła się z niego jedna wielka, miękka masa. Ostatnimi czasy nauczył się nawet robić kotlety w panierce, więc był już coraz bliżej dorównania Gordonowi Ramsayowi, naprawdę. Jeszcze trochę a założy własną restaurację, której twarzą zostanie nie kto inny, jak sama Blue. Ciekawe czy dałoby się ją jakoś przekupić, żeby stała przed drzwiami lokalu i zapraszała potencjalnych klientów słowami "ja się nie otrułam to i wy przeżyjecie!" albo czymś jeszcze innym, ale równie ironicznym. Hmm, trzeba by rozważyć jakieś dobre, chwytliwe hasło reklamowe.
Właściwie Izzy trochę żałował, że nie miał okazji poznać Morty'ego bliżej. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że ich pierwsze spotkanie było trochę... niekonwencjonalne, i że raczej nie zwiastowało żadnej niesamowitej znajomości, ale z drugiej strony mieli okazję spotkać się już kilka razy w bardziej przyziemnych okolicznościach, a nadal jeszcze nie umówili się na tamto piwo, które Isidore był mu winny jeszcze z targów wiosennych. Należałoby to w końcu, kurczę, nadrobić. Przecież nie musieli gadać o poważnych sprawach, mogliby nawet pograć w chińczyka, jeśli akurat to Mordechaia fascynowało. Izzy był bardzo elastyczny i dostosowałby się do wszystkiego, dopóki to nie było jakoś bardzo kripi.
Całe szczęście, że Morty był na tyle uprzejmy, że pomógł Blue zbierać rozsypane cukierki, co jakoś załagodziło izydorowe wyrzuty sumienia. Oczywiście wcale nie poczuł się przez to lepiej, ale przynajmniej słodki bałagan został szybko uprzątnięty i Blue nie musiała tarzać się po ziemi niczym dziewczynka z zapałkami. Chociaż prawdziwa dziewczynka z zapałkami pewnie byłaby wdzięczna, gdyby ktoś sypnął jej garścią cukierków, biedaczka.
- Nie wiesz co tracisz - powiedział i wzruszył ramionami, układając usta w dzióbek, którego nie powstydziłaby się sama Nancy Eyston. Nie, żeby Izzy wiedział, kim ona była. Na szczęście nie wpadło mu do głowy, aby zrobić research do swojej halloweenowej roli i spróbować zaprzyjaźnić się z jakimiś blondynkami. To byłoby już za dużo, nawet jak na niego.
- Nie, dziękuję. - Blue potrząsnęła głową, wrzucając ostatnie cukierki do swojego wiadereczka. - Jak się je dużo cukierków to się potem robi baaal... baaaardzo glubym! - powiedziała i nawet pokazała Morty'emu o co jej chodziło, rysując sobie rękami niewidzialny, wielki brzuch. Isidore nie dał rady powstrzymać się od śmiechu.
- I jak się pije dużo piwa - dodał, bo przecież taka ciekawostka była niezbędna w rozwoju sześcioletniego (czy tam pięcioletniego, gubię się już w liczbach) dziecka.
- Tak, to tes - przytaknęła, a potem zmierzyła Mordechaia uważnym spojrzeniem. - Ale pan nie jest gluby, tata tes nie, to mozecie iść na piwo - wywnioskowała, uśmiechając się szeroko. - I na cukiel... cukierki! - dodała poważnie. Bo przecież cukierki były ważniejsze niż jakieś tam piwo.
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Mordechai Potter








37

ochroniarz

forever alone

North Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Winter, Philippa, Phoenix, Dale, Ivy, Dayami, Tinsley

Wysłany: 2019-01-10, 21:43   
  

  
Mordechai Potter

  
i'm alone and i feel empty


Lillian postąpiła bardzo nieodpowiedzialnie umierając, nim Izzy nauczył się gotować. Powinna go przygotować na taką ewentualność, a nie tak sobie odwalać kitę, kiedy jej się spodobało. Mort chętnie by go poduczył, ale niestety, chyba sam nie był w tym najlepszy. Zazwyczaj stołował się w centrum na jakichś obiadach na wagę, bo na szczęście nie miał na głowie dziecka, które też musiałby wyżywić. Niedługo będzie odpowiedzialny za rybkę, która będzie wymagać, by ją karmić, inaczej też zemrze i Mort zostanie sam z paskudnym poczuciem zaniedbania i skazania kogoś na śmierć w męczarniach. To znaczy, czegoś - rybki. Rybka wydawała mu się być świetnym zwierzątkiem, akwarium potrafiło być takie piękne, tylko że nie spodziewał się, iż będzie to wymagać tyle przygotowań. Rybki są cholernie wymagające. Oczywiście, można trzymać jakąś rybkę w kuli, bez filtrów, w zaglonionej wodzie, ale on już dość zła wyrządził na tym świecie i wolał się przyłożyć do sprawy. Właśnie dlatego tak produktywnie spędzał ten wieczór, pomijając cukierki, rzecz jasna.
Chińczyk brzmiał wybornie! Potter uwielbiał grać w planszówki, mogliby obskoczyć chińczyka, warcaby, monopol i pierdyliard innych gier, w które Mort nie miał z kim grać, więc gdy tylko ktoś się trafiał, wykorzystał sytuację po całości. To jeden z niewielu momentów, kiedy czuł się faktycznie dobrze, kiedy robił coś, co lubi, nie mówiąc już o odczuwaniu satysfakcji, gdy wygra. Umiał też przegrywać, nie obrażał się, miał dystans i ważniejsza była dla niego zabawa, ale mimo wszystko, biorą pod uwagę fakt, że na ogół nie kłębi się w nim zbyt wiele uczuć, to gry planszowe w końcu coś wyzwalają. Jejku, jak bardzo trzeba być rąbniętym, żeby tak mieć?
Mort też wzruszył ramionami, może i nie wiedział, też specjalnie nie miał w życiu do czynienia z żadnymi blondynkami (może to i lepiej?), ale w gruncie rzeczy chodziło o to, że jego ciąg żartów już się skończył. Jak się nie ma nic ciekawego do powiedzenia, to najlepiej nic nie mówić. Jeszcze tego brakowało, by się skompromitowało, jakby niewystarczająco robił to na co dzień.
- Ty też wcale nie jesteś gruba, więc możesz dostać więcej cukierków - była dzieckiem, zasługiwała, a on przecież nie będzie się potem po nocy obżerał... Oh, wait. Oczywiście, że będzie, bo poskąpi innym dzieciom, które nie miały takiego ojca superwoman, tym samym nie kradnąc tego wieczora mordechaiowego serca. Brzmi to trochę ckliwie, nie miało tak brzmieć, to wcale nie ten moment, w którym Mort miałby się zacząć zakochiwać, po prostu strój Izzy'ego wciąż go śmieszył. - Nie mam piwa, ale jeśli chcecie, możecie wejść na herbatę, albo kakao - uśmiechnął się niepewnie, niezbyt szeroko, nie był dobry w zapraszaniu do swego niewielkiego mieszkanka innych ludzi, pewnie nikogo tam nigdy nawet nie było, prócz niego samego. Mimo to nie miał syfu, ubrania pochowane do szafy, naczynia pozmywane, okruszki starte ze stołu, a przez okna przedostawało się światło ulicznych latarni. Całkiem dobrze mu się tu mieszkało, samemu, chociaż odwiedziny mogły być faktycznie miłą odmianą.
_________________

I've lost myself again and I feel unsafe
[Profil]
 
 
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, mav, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam



Wysłany: 2019-03-11, 22:21   
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


Isidore pewnie też wychodził z założenia. W ogóle bez sensu, że umarła przed tym, jak ich córka dorosła. Czy ona w ogóle nie wzięła pod uwagę tego, iż taka śmierć całkiem zniszczy temu dziecku życie? Przecież powinna była wiedzieć, że zostawienie Izzy’ego samego z małym człowiekiem mogło zwiastować jedynie poważne kłopoty. Z jego umiejętnościami kulinarnymi, organizacyjnymi, wychowawczymi i generalnym ogarnięciem życiowym (albo jego brakiem), Blue zyskiwała naprawdę niewielkie szanse na przeżycie. Lillian zdecydowanie powinna była bardziej przemyśleć swój zgon. W porównaniu do jej nieodpowiedzialności, Isidore spisywał się w swoim rodzicielstwie na medal.
Gdyby tylko Izzy mógł wybierać pomiędzy hodowaniem dziecka a rybki, na pewno wybrałby to drugie. Rybka przynajmniej nie zadawała trudnych pytań, nie płakała, nie krzyczała i nie wymagała, aby tłumaczyć jej skomplikowany sposób, w jaki działał świat. Rybka tylko ładnie wyglądała i od czasu do czasu jadła, co jednak również nie stanowiło żadnego problemu, bo nie miała jak wybrzydzać czy chociażby pożalić się, że karma z marketu jej nie smakowała. Wychodziło więc na to, że posiadacze rybek wiedli o wiele spokojniejsze życie niż posiadacze dzieci. Ech, gdyby tylko Isidore rozważył to wszystko wcześniej, może uważałby bardziej na skuteczną antykoncepcję.
Jeśli chodziło o planszówki, Litchfield z kolei należał do tej grupy ludzi, którzy nie mieli pojęcia, czym szachy różniły się od warcabów, ale w sumie nie przeszkadzałoby mu to w podjęciu wyzwania. Nie miał parcia na to, żeby wygrywać, w końcu w takich rozrywkach chodziło przede wszystkim o dobrą zabawę.
Chwilowo poważna buźka Blue rozjaśniła się, jak tylko padły słowa o większej ilości cukierków.
- Taaak, bardzo plrosę! – powiedziała z entuzjazmem, po czym automatycznie podsunęła Mordechaiowi swoje wiadereczko ze słodkościami. Bo to prosta dziewczyna była i w tańcu się nie pierdzieliła. Jak Morty mówił jej, że nie była gruba i mogła dostać trochę więcej cukierków to zamierzała skorzystać z tego od razu. Nawet mimo nieco sceptycznego spojrzenia swojego ojca.
Kiedy Potter wyszedł z propozycją wejścia do środka, Izzy zerknął na niego szybko, próbując rozkminić, czy mówił tak wyłącznie z grzeczności, czy naprawdę nie miałby nic przeciwko temu, aby on i Blue zajęli mu nieco więcej czasu. Sam byłby całkiem ucieszony, mogąc na chwilę porzucić rolę błagającej o cukierki superbohaterki.
- Możemy wejść – potwierdził, gdy nie wyczytał z twarzy Mordechaia żadnej jawnej niechęci i skinął lekko głową, patrząc na córkę. – Co ty na to, Blue? - zagadnął z nadzieją, że jej reakcja pomoże mu rozwiać resztki wątpliwości.
- Napiłabym się kakałka - przytaknęła radośnie, na moment odrywając wzrok od swojego wiadereczka i skupiając spojrzenie na Mortym. - Bo jak tata robi to wychodzi kozuch i jest ble - dodała, nawet nie ściszając głosu. Izzy przewrócił oczami. To dziecko niewątpliwie odziedziczyło szczerość po nim.
- Dobrze wiedzieć - stwierdził z rozbawieniem. Nie był zirytowany ani zawstydzony, w końcu nigdy nie twierdził, że potrafił przygotować kakao bez kożucha.
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Mordechai Potter








37

ochroniarz

forever alone

North Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Winter, Philippa, Phoenix, Dale, Ivy, Dayami, Tinsley

Wysłany: 2019-03-19, 17:48   
  

  
Mordechai Potter

  
i'm alone and i feel empty


Antykoncepcja to bardzo ważna rzecz, Isidore powinien o tym wiedzieć, no chyba że będąc prostytutką nie miał nic przeciwko łapaniu weneryków, to już właściwie jego sprawa. Mordechai absolutnie nie miał prawa się w to wtrącać. Nawet nie chciał. Jego antykoncepcja opierała się na braku koncepcji, toteż świadomie zdecydował się na rybki, chociaż opieka nad akwarium wcale nie była taka prosta, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Rybkom trzeba było dać dużo miłości, by odwdzięczyły się tym samym. Wyposażenie akwarium jest drogie, ale wymaga także wysiłku, bo kupić filtr to jedno, ale rybki potrzebują też odpowiednich roślin, domków, kryjówek, wystarczająco dużo miejsca na pływanie, no i oczywiście trzeba im regularnie sprzątać. Nie jest to zapewne tak obrzydliwe, jak zmienianie pieluch, i robi się to rzadziej, jednak trwa trochę dłużej, czasem można się przypadkiem nałykać brudnej wody, kiedy się ją odciąga z akwarium, albo pokaleczyć palce żyletką, kiedy z szyb zdrapuje się glony, i właściwie, to wszystko brzmi jak zajęcia odpowiednie dla Pottera. Wyciszy się, utonie w samotności, jednocześnie zajmując swe myśli i dłonie na długie godziny. Do tego, przy odrobinie szczęścia, nie podetnie sobie żył.
Kiedy Blue podsunęła Mordechaiowi wiaderko, do którego miał wrzucić więcej cukierków, on wziął do ręki tę torbę, której akurat nie zostawił w salonie, po czym odwracając ją do góry nogami przesypiał wszystko to, co jeszcze w nie zostało. Oczywiście, że nie zamierzał jej skąpić, chociaż miał nadzieję, że albo Isidore, albo ona sama będą mieli na tyle oleju w głowie, by nie zjeść wszystkiego na raz i nie zwymiotować. Byłoby naprawdę szkoda cukierków.
Oczywiście, że Izzy nic nie wyczytał z twarzy Morta, ponieważ nie miał on nic przeciwko temu, by weszli w odwiedziny. Co więcej:
- Och, potrafię zrobić kakao bez kożucha - zapewnił Blue, kiwając głową, a jego twarz nieco pojaśniała, i nawet jego usta nieznacznie wygięły się w uśmiechu. Co mogło być przecież lepszego od uszczęśliwiania rezolutnej dziewczynki. Nie mówiąc już o tym, że Mort właśnie odkrył w sobie kolejną umiejętność przydatną w życiu.
Przesunął się w wejściu, wpuszczając ich do środka. Cierpliwie poczekał, aż Izzy wtoczy się do środka, zamknął za nimi drzwi i zaprosił do salonu. Na stoliku leżały poradniki dla rybkowych hobbystów, na komodzie stało puste akwarium, nie żadna marna kula, ale takie całkiem duże i pokaźne, więc pewnie konwersacja z Blue przynajmniej na chwilę przeszła na ten temat, a Mort cierpliwie odpowiadał na wszelkie jej pytania. Mogła też wziąć więcej cukierków. Potter wstawił mleko, które po kilkunastu minutach było już zagrzane, więc mógł przynieść kakao dla Blue, i dla siebie samego, i dla Izzy'ego też, o ile miał taką ochotę, a jeśli nie miał, to mógł mu dać cokolwiek innego, czego tamten tylko zapragnął. Rozmawiali pewnie nie tylko o rybkach, ale też o innych zwierzątkach, i może nawet Mort zdradził Izzy'emu wielki sekret kakałka bez kożucha? W każdym razie, ten halloweenowy wieczór był znacznie bardziej przyjemny, niż Mordechai mógł się na początku spodziewać, było to też dość zaskakujące, ale nawet, jeśli nie był fanem niespodzianek, to ta całkiem przypadła mu do gustu. Co więcej, wcale nie chciał żegnać się z Litchfieldami, chociaż zapewne w końcu musiał, Blue przecież chodziła spać wcześniej, niż te dwa stare pryki, więc kiedy zaczęła ziewać, nie zostało Isidore'owi nic innego, niż zebranie się do domu. Kiedy wyszli, Mort jeszcze pomachał im przez okno, ale po tym, jak zniknęli za rogiem, sam poczuł nużące go zmęczenie. Kontakty społeczne są przecież niezmiernie wyczerpujące.

/zt x2
_________________

I've lost myself again and I feel unsafe
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 6