Poprzedni temat «» Następny temat
Sala #3
Autor Wiadomość
Frankie Shah




Wysłany: 2017-08-03, 13:41   

Dziewczyna, która Caden znała, zaginęła dawno temu i nie zamierzała wrócić o własnych siłach – przy optymistycznej wizji, jakoby Frankie nie zabiła w sobie tego dziecka, jakim niegdyś była. Zbyt nieporadnie, zbyt trudno, wszystko zwyczajnie było zbyt i cofnięcie własnych kroków nie działało, jak w durnej grze komputerowej. Teraz też – za dużo emocji, za mało opcji, dopóki głupia duma nie odpuszczała.
Złapała za kolejny płatek, przygladajac się poczynaniom Cad, jej wilgotnym oczom, które w kacikach już robiły się czerwone, jak wtedy, gdy pierwszy raz zdarła przy niej kolana na boisku. Wspomnienia wracały jak fala przypływu z każdym drobnym gestem czy wielkim słowem, bo i faktycznie, Holgate była wtedy, kiedy Frankie wciaż wychodziła z dołka po niespodziewanej śmierci matki.
Pokręciła nosem niepocieszona i spuściła wzrok na różę. Nawet nie zauważyła, kiedy urwała kolejne cztery płatki, leżace bezradnie na podłodze. Pociagnęła za jeszcze jeden, a ten powoli opadł na jej but na obudowanym, niewielkim obcasie.
- Musisz mi dać coś więcej, niż to – odparła powoli, machajac badylem, nim zdecydowała się rzucić go beznamiętnie na stolik. Wyladowała obok tej drugiej z cichym odbiciem. Tak bezradna na tym łóżku szpitalnym i zmarnowana, Caden, przypominała bardziej dziewczynkę, która dowiedziała się, że ma raka, a nie złamany obojczyk. Podświadomie chciała wierzyć, iż to właśnie ból z nim zwiazany był przyczyna wilgotnych, sarnich oczu. – Jeżeli mam uwierzyć, powinnaś bardziej się postarać. – nadal ostawała przy swoim, nie tyle oczekujac, co żadajac wyjaśnień, bo miała prawo wiedzieć, dlaczego z dnia na dzień Cad zniknęła. Trudny okres w rodzinie każdy przechodził prędzej czy później, kryzysy nie szczędziły ludzi, sama była tego świetnym przykładem, a przy tym zmieniały ich o sto osiemdziesiat stopni w niewierzacych i nieczułych. Chodzace lodowe giganty.
[Profil]
 
 
Caden Holgate








27

szefuje w Sands Bistro

straciła głowę dla Yevtsye

Southend

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, parker, woodill

nieobecność: żyję od niedzieli do wtorku









Wysłany: 2017-08-04, 00:55   
  

  
Caden Holgate

  
life should be about more than just surviving


Caden także nie była ta sama osoba, jaka Frankie miała okazję znać i może pamiętać. Dorosła zdecydowanie zbyt szybko, traca przy tym najistotniejsze lata swojego dziecięcego i nastoletniego życia. Wymagała tego od niej tragedia, jaka spotkała jej rodzinę. Nigdy nie narzekała, nie miała za złe, że zamiast bawić się z rówieśnikami, musiała pomagać starszemu rodzeństwu w restauracji, która z czasem naprawdę pokochała. Jedyne czego brakowało jej poza rodzicami, to właśnie Shah i chociaż przyszło jej to ciężko, musiała pogodzić się z jej strata. Nie miała innego wyjścia, więc pewnie dlatego w końcu przestała prosić Altheę i Tylera o zabranie jej do Brentwood.
Obserwowała płatki róż, które kolejno spadały na szpitalna podłogę. To na nich starała się skupić swoje spojrzenie, nawet jeśli nie było to łatwe. Przez jej głowę przebiegało tak wiele różnych myśli, że była bliska krzyku. Nie potrafiła się skupić, a przecież doskonale wiedziała, że zaistniała sytuację może uratować tylko w jeden sposób.
- Staram się, po prostu nie łatwo mi o tym mówić - odezwała się po dłuższej chwili, w dalszym ciagu skupiajac spojrzenie na pojedynczych płatkach róż. - Pamiętasz wycieczkę do Stanów, o której ci opowiadałam? To było kilka dni po tym, gdy widziałyśmy się po raz ostatni - mówiła spokojnie, próbujac jej przypomnieć tamte chwile, ale coś jej mówiło, że Frankie nawet na moment ich nie zapomniała. - Wróciłam tylko z trójka rodzeństwa... - odparła cicho, trochę niewyraźnie, ponownie decydujac się spojrzeć na Shah. - Moi rodzice i najstarszy brat zginęli w ataku terrorystycznym - dodała ledwo słyszalnie, pociagajac przy tym głośno nosem. Nie płakała. Czuła się po prostu źle. Od wielu lat nie wspominała na głos o tragedii, która przydarzyła się jej w dzieciństwie. Większość bliskich jej osób po prostu wiedziała, nikomu nie musiała o tym opowiadać. Ze starszym rodzeństwem również nie dzieliła się wspomnieniami z tamtego okresu. Nie czuła się na siłach i nie była pewna, czy oni nie mieli podobnie.
Podobno tonacy brzytwy się chwyta, aczkolwiek Holgate nie była zadowolona z podjętej decyzji. Nie chciała opowiadać tej ckliwej historyjki, która dopiero wypowiedziana na głos, przypominała o wiażacym się z nia bólu. Tak samo było z Frankie. Przyzwyczaiła się do jej nieobecności, jednak wraz ze swoim powrotem dziewczyna dała jej nadzieję, na odzyskanie czegoś, co utraciła dawno temu. Gdyby zdecydowała się odejść, zabrałaby ze soba część jej serca, a może nawet i duszy.
_________________



[Profil] [WWW]
   
 
Frankie Shah




Wysłany: 2017-08-04, 02:31   

Wydłużajaca się cisza, tłumiona miejscami buczeniem lampy jarzeniowej zawieszonej u sufitu, częściowo odrzucała Frankie. Z jednej strony, podejrzewała, że być może Caden, tak na dobra sprawę dla egoizmu Indianki, wcale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego tak źle jej się wiodło i co takiego zaszło, że tak wielka rodzina postanowiła ignorować podstawowe potrzeby rozwojowe najmłodszego ich członka. Z drugiej, kiedy oparła łokieć o kolano zdrowej nogi i ułożyła brodę na piastce, zauważyła narastajace napięcie w zielonych oczach, które bardziej przypominały swoim odbiciem zagubienie w sercu burzy, niż potencjalne kombinatorstwo w goraczce szukania dobrej historyjki, jaka nakarmiłaby ja.
Zwilżyła niecierpliwie wargi końcówka języka, czujac, że zjadła cała pomadkę. Gotowa była już przejać pałeczkę i podsumować tę niezręczna ciszę kaśliwa uwaga, gdy Holgate przełamała barierę, obnażajac swa słabość. Mozolnie mrugnęła raz w odpowiedzi, prędko otwierajac w pamięci szufladkę z tamtego konkretnego okresu. Jak mogłaby zapomnieć? Okrutne porzucenie miało miejsce w okolicach jej urodzin czternastego dnia tamtego smutnego miesiaca. Ani babciny torcik, ani prezenty nie mogły zastapić pustego miejsca, które miała wtedy zajać przyjaciółka.
Ściagnęła delikatnie brwi, podejmujac się kolejnej analizy, tworzac teorie spiskowe. Rodzice odesłali najmłodszych z powrotem do Anglii? Może dostali pracę, która nie pozwalała jednak na rodzinne spotkania? Holgate’owie posiadali dorobek restauracyjny, więc ktoś złożył im ofertę otworzenia biznesu w Stanach, lecz to wymagało przygotowań? Wszystko nie miało najmniejszego sensu i dopiero cicho wymamrotane słowa rzuciły nowe światło na sprawę.
Z poczatku nijak się tym przejęła, myślac na temat tego, jak żałośnie Caden wygladała pociagajac nosem, jakby dostała niespodziewanego nieżytu. Komunikat do niej dotarł, przyjęła z zaskakujacym spokojem wieść o śmierci rodziców dawnej przyjaciółki, a jednak nie potrafiła w środku znaleźć smutku pasujacego do załaczonego obrazka.
- Jedenasty września? – zapytała i westchnęła ciężko, odwracajac głowę w bok na moment przymykajac oczy. – Przykro mi. – powiedziała spokojnie, w środku nadal dziwiac się, że prawie jej ot nie obeszło, lecz gdy spojrzeć na to z innej perspektywy – Shah wiedziała, jak to jest stracić przedwcześnie rodzica. Po prostu nauczyła się z tym żyć, a czas wreszcie zasklepił rany w sercu, choć wiele by dziś dała, aby móc jeden, ostatni raz porozmawiać z matka. Nie zdażyła się pożegnać.
Ostrożnie wstała ze skrzypiacego krzesła, balansujac na zdrowej nodze. Do łóżka miała co prawda tylko dwa kroki, ale dla kuśtykajacej osoby ze świeżym urazem to nadal problem, więc gdy już znalazła się przed Caden, oparła się kolanami o metalowa barierkę spuszczona u dołu mechanizmu. Chwilę spogladała z góry na dziewczynę, stwierdzajac w myślach, że z tej perspektywy znowu wyglada na małego brzdaca, tylko z trochę dłuższymi włosami, niż zapamiętała.
- Tylko nie płacz – mruknęła, unoszac słabo kaciki ust. – Nie lubię, kiedy ktoś to robi, bo jestem beznadziejna w pocieszaniu. - wzruszyła jednym ramieniem, niby to nic. - Nie umiem w relacje. – wyjaśniła z marnym prychnięciem, niby to przypominajacym urywany chichot, a po chwili dodała: - I nie patrz tak na mnie. – pstryknęła od niechcenia Cad w czoło pomalowanymi paznokciami, aby zaraz pochylić lekko i otoczyć jej czuprynę ramieniem, przyciagajac ostrożnie do siebie, byle nie zadać obojczykowi dodatkowych obrażeń pod gipsem. Ułożyła brodę na włosach dziewczyny, spogladajac w kierunku okna, za którym ścieliła się miejska panorama na tle płaczacego nieba. Dla jednych wygladałoby to na gest powrotu do starej przyjaźni, zaakceptowanie wyjaśnienia, lecz nikt, poza Frankie, nie wiedział, że postapiła tak jedynie z egoistycznej pobudki. Nie chciała już widzieć tej smutnej twarzy, przynajmniej przez chwilę.
[Profil]
 
 
Caden Holgate








27

szefuje w Sands Bistro

straciła głowę dla Yevtsye

Southend

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, parker, woodill

nieobecność: żyję od niedzieli do wtorku









Wysłany: 2017-08-04, 12:51   
  

  
Caden Holgate

  
life should be about more than just surviving


Nie otworzyła się przed nia tyko po to, aby Shah poczuła obowiazek do użalania się nad nia. Pragnęła jedynie ratować dawno utracona przyjaźń i w tym momencie wydawało się jej, że żadne inne słowa nie sa w stanie tego zrobić. Poza tym pokrótce opowiedziała historię, która zmieniła jej życie i już nie miała jak tego cofnać. Ciemnowłosa mogła potraktować to jak chciała, mogła nawet uznać, że powód nie był wystarczajacy i po raz kolejny tego dnia ja odtracić. Holgate nie miała na to wpływu, zrobiła co w jej mocy, tym samym narażajac sama siebie na palace serce wspomnienia.
Skinieniem głowy potwierdziła tę nieszczęsna datę, która kojarzona była z zamachem terrorystycznym. Nie czuła potrzeby aby mówić więcej, nie chciała rozdrapywać ran, które dawno temu zdołały się zagoić.
- Nie musi być - po dłuższej chwili ponownie zabrała głos. - Ale dziękuję - chciała się uśmiechnać, jednak zamiast tego na jej twarzy pojawił się grymas bólu. Z pewnościa nie był to ten fizyczny, bo aktualnie zapomniała o połamanym obojczyku, któremu zawdzięczała pobyt w szpitalu. Wzrokiem starała się uciekać w każdy możliwy kat, byle tylko nie spojrzeć na Shah, obawiała się, że w końcu nie będzie w stanie powstrzymać łez. Niby było to naturalne i w zaistniałej sytuacji mogło wydawać się wręcz wskazane, ale okazywanie słabości nie przychodziło jej zbyt łatwo. Na to z pewnościa również miała wpływ śmierć rodziców i jej następstwa, które wykształtowały w niej mocny charakter. Nie do końca taki był, nawet jeśli Caden próbowała to sobie wmawiać w każdej gorszej sytuacji.
Zanim Frankie stanęła przed jej łóżkiem, sięgnęła po plastikowy kubek zakładajac, że wcześniej odłożyła go na szpitalna szafkę. Z tego wszystkiego zaschło jej w gardle, musiała się napić. Wtedy też ciemnowłosa podniosła się z, trzęsacego się niebezpiecznie krzesła i niezgrabnym krokiem podeszła do niej. Holgate w końcu zdecydowała się na nia spojrzeć i wlepiała w nia te swoje zielone ślepia, wysłuchujac tego, co dziewczyna miała do powiedzenia. Nie zamierzała płakać i właśnie miała ja o tym zapewnić, gdy niespodziewanie poczuła jej ramię na swojej głowie. Za sprawa tego gestu mimowolnie przymknęła oczy, wracajac pamięcia do tych wszystkich chwili spędzonych z najlepsza przyjaciółka. Zabawy na placu zabaw, czy kopanie piłki przywołały uśmiech na jej usta, ale również wywołały łzy, a tych nie była już w stanie powstrzymać. Jeszcze chwilę temu była przekonana, że rozstana się w żalu i Frankie nigdy więcej nie dopuści jej do siebie, teraz trwały w czymś na kształt objęcia, chociaż przez wzglad na zagipsowana górna część ciała, Caden nie była w stanie opleść jej własnymi rękami. Tak, dla dziewczyny z Southend było to niczym gest pojednania i nawet przez myśl jej nie przeszło, że Shah uczyniła to z egoistycznych pobudek.
_________________



[Profil] [WWW]
   
 
Frankie Shah




Wysłany: 2017-08-04, 15:28   

Wypuściła cicho powietrze nosem, skrzywiajac usta. Co ona powiedziała o płakaniu? Pożałowanie boskie… Cad i tak nigdy w dzieciństwie nie słuchała przestróg starszej o rok Frankie. Nie wchodź w te krzaki, poparzysz się. Pokrzywy. Nie zjeżdżaj z tej ślizgawki. Była goraca od nagrzanego słońca i kopała pradem przy zjeździe. Drobnostki, które zapamiętała, a jakie chciałaby zapomnieć, bo tak byłoby łatwiej. W ogóle miałaby lżej, gdyby się nie spotkały ponownie. Nadal pozostawała nieprzekonana, że to odnowienie znajomości przyniesie cokolwiek dobrego. Tym razem już nie będzie na nia uważać, mówić, czego powinna unikać. Nie chciała.
Pomimo niekoniecznie dobrego nastawienia wewnętrznego, nie mogła jej tak zostawić, choć narcystyczna bestia wewnatrz niej aż gryzła ja po kostkach do żywego. Przecież wystarczyło opuścić pomieszczenie i zajać miejsce gdzieś w korytarzu, personel znalazłby ja bez problemu, a jednak dokuczajaca noga, która odciażała, balansujac na lewej, stanowiła wyzwanie, zaś kuśtykanie, jak obolały Zgredek, wcale nie napawało optymizmem. Tak jak i to, że tkwiac w zaimprowizowanym uścisku, nie wiedziała, co poczać. Jedna z rak tkwiła w kieszeni ciemnych spodni, a druga „wspierała” emocjonalne załamanie dziewczyny w gipsie. I tak źle, i tak niedobrze.
Westchnęła, unoszac podbródek znad włosów Cad, które pachniały dymem i zaprawa, po czym odsuwajac się odrobinę, powiedziała:
- No już przestań – mruknęła z niewielkim niezadowoleniem. – Poważnie ci mówię, że nie wiem, co mam teraz zrobić. Poza tym… - zabrała ramię i pstryknęła drugi raz Holgate w czoło. - …nie lubię, kiedy ładna dziewczyna płacze. – dodała z przekasem, liczac, iż może chociaż w ten sposób jakoś udobrucha opłakujaca tragiczna historię swoich rodziców Caden. Nadal dziwiła się, że największe ludzkie nieszczęście, jakie można sobie wyobrazić, nie ruszyło Shah aż tak bardzo, jeśli nie wcale.
- To już przeszłość – podjęła po chwili, decydujac się całkiem odsunać od dziewczyny i usiaść obok, pozostawiajac niewielka przestrzeń między nimi wolna. – Tego nie zmienisz. – choć sama tego chciała.
[Profil]
 
 
Caden Holgate








27

szefuje w Sands Bistro

straciła głowę dla Yevtsye

Southend

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, parker, woodill

nieobecność: żyję od niedzieli do wtorku









Wysłany: 2017-08-04, 23:25   
  

  
Caden Holgate

  
life should be about more than just surviving


Łzy, które pojawiły się w jej oczach, a następnie spłynęły po zaczerwienionych od pożaru policzkach, nie były wywołane wspomnieniem o tragicznej śmierci rodziców. Może po części też, bo nie łatwo przyszło jej opowiedzenie o tym co spotkało ja w dzieciństwie. Raczej zostały wywołane tym niby nic nieznaczacym gestem ze strony Frankie. Właściwie to wszystkie emocje jakie przeżywała w tym momencie skumulowały się i była zmuszona dać im upust.
Trwała w uścisku tak długo, na ile pozwalała jej na to dziewczyna i z pewnościa sama nie byłaby w stanie go przerwać,w obawie przed tym utraceniem tego, co stopniowo zaczęła uzyskiwać. Bała się, że jeśli powoli Shah odsunać się od niej, nigdy więcej nie będzie mogła doświadczyć czegoś podobnego.
Po raz kolejny pociagnęła nosem, a gdy ciemnowłosa cofnęła ramię i stuknęła ja w czoło, zabawnie zmarszczyła nos. Biorac pod uwagę mokre od łez oczy, w tym momencie wygladała niczym porzucony szczeniak, ale czy aby na pewno nim nie była?
- Wybacz, trochę mnie poniosło - po raz kolejny pociagnęła nosem i przetarła, zapłakane oczy. Nie chciała sprawiać problemów i okazywać własnych słabości. Nie przyczyniły się do tego ostatnie słowa Frankie, chociaż skwitowała je uśmiechem, pogodniejszym od każdego wcześniejszego i nawet można było doszukiwać się rumieńców na jej zaczerwienionej od ognia twarzy. - Wraz z toba wróciły wspomnienia, do których starałam się nie wracać - dodała już całkiem spokojna i opanowana. Nie zamierzała więcej płakać i miała nadzieję, że tym razem nie zaskoczy samej siebie. Wspomnienia, o których była mowa, dotyczyły zarówno rodziców jak i samej Shah. Z czasem próbowała wyprzeć ja ze swojej głowy, bo tak było łatwiej, bo mniej bolało. Po tym dniu nie będzie to już możliwe. To dobrze, nie chciała tego.
_________________



[Profil] [WWW]
   
 
Frankie Shah




Wysłany: 2017-08-04, 23:54   

Oparła dłonie na krawędzi materaca, zaciskajac nań palce, nieprzekonana do stabilności zdrowej nogi, gdy spogladała na leżace płatki róży. Odrzuciła lekko głowę, kiedy niesforne kosmyki zasłoniły jej widok i nachmurzyła czoło, usłyszawszy słowa Caden.
- Brzmi pocieszajaco. – mruknęła cierpko z nietęga mina, choć wcale się tym nie przejmowała. Niech głowę Holgate nachodza wspomnienia wszelkiej maści, ja nie interesowała treść popiołów. Tak było prościej, nie musiała brudzić sobie rak.
- Ktoś po ciebie przyjedzie? – zapytała niespodziewanie, zerkajac przez ramię na Holgate. – Siostra któraś albo brat? Mówiłaś, że byli i pojechali. Byłoby głupio, gdyby kazali ci się samej zabrać taksówka – wypowiedziała to z niekontrolowanym prychnięciem na koniec, bo choć mogła zrozumieć, iż każdy miał swoje życie, bliskich w potrzebie się nie pozostawało samym sobie. Jej podświadomość kazała krzyknać , wręcz podświadomie wrzasnać na siebie i nazwać hipokrytka, bo wcale nie była wobec tego wszystkiego w porzadku. Ani wobec zbolałej Caden, ani własnej dziewczyny, która bombardowała jej telefon połaczeniami i wiadomościami, ani ojca, który leżał na oddziale kardiologicznym. Mogła prawić innym kazania, ale w żaden sposób nie potrafiła tego przełożyć na swoje zachowanie, a od tego powinna była zaczać.
[Profil]
 
 
Caden Holgate








27

szefuje w Sands Bistro

straciła głowę dla Yevtsye

Southend

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, parker, woodill

nieobecność: żyję od niedzieli do wtorku









Wysłany: 2017-08-05, 00:30   
  

  
Caden Holgate

  
life should be about more than just surviving


Obserwowała każdy ruch dziewczyny, zastanawiajac się dlaczego zwyczajnie nie przysiadzie na skraju łóżka tak jak na poczatku. Miała mieszane uczucia, bo z jednej strony wydawać by się mogło, że złapały wspólny język i stawiaja kolejne kroki do przodu. Z drugiej, Frankie w dalszym ciagu zdawała się nie być zadowolona ze spotkania, na co wskazywała mimika jej twarzy. Wprawdzie nie znała jej, bo krótki okres dziecięcej przyjaźni nijak się miał do szesnastu długich lat z dala od siebie. Nie były w stanie tego odzyskać, ale mogły próbować na nowo i Caden była do tego nastawiona optymistycznie, sama jednak nie była w stanie zdziałać zbyt wiele.
- Spencer ma mnie odebrać, nie wiem czy ja pamiętasz - gdy w dzieciństwie te dwie spędzały wspólnie czas, zapominały o całym bożym świecie, więc starsze rodzeństwo Holgate przestawało mieć znaczenie. Właściwie to w tamtych chwilach liczyła się wyłacznie Shah i na niej zielonooka skupiała się całkowicie. Oczywiście było to spowodowane sympatia i łaczaca je przyjaźnia. W tamtym okresie Caden była zbyt mała, aby uznać, że interesuja ja dziewczyny. - W każdym razie mam jej dać znać, gdy będa mieli mnie wypisać. Możemy cię podwieźć - zaproponowała z uśmiechem, w dalszym ciagu nie odwracajac wzroku od jej postaci.
- Będziesz chciała się spotkać, gdy już stad wyjdziemy? - zapytała niepewnie po jakiejś dłuższej chwili, ale zanim Shah zdażyła odpowiedzieć, ponownie zabrała głos. - Nie będę namawiać cię do odwiedzenia mojej restauracji, ale może byłabyś w stanie wyskoczyć ze mna na kawę? - zaproponowała. Wprawdzie przy kolejnym spotkaniu zdecydowanie bardziej odnalazłaby się w towarzystwie alkoholu, ale coś jej mówiło, że przez wzglad na zagipsowana górna część ciała i obolały obojczyk, nie będzie mogła sobie na to pozwolić. Poza tym kawa brzmiała dobrze.
_________________



[Profil] [WWW]
   
 
Frankie Shah




Wysłany: 2017-08-05, 12:46   

Pamięcia sięgała ku zakurzonym zwojom mózgowym, w których gdzieś kryło się małe pudełko wspomnień o Holgate’ach. Zadumała, wytężajac umysł do pracy na zdwojonych obrotach, kiedy szukała posiadaczki imienia, jakie wybrzmiało w Sali. Zmrużyła nawet oczy i przygryzła delikatnie dolna wargę, lecz wizerunek Spencer pozostawał nadal zaciemnionych w archiwach (Random Character). Zapomniany i pozostawiony. Nie pamiętała nawet czy to właśnie ona, czy może druga siostra zawsze przychodziła po Caden, kiedy nadchodził czas powrotu do domu, tak też gdy dziewczyna pociagnęła dalej, była jej nawet wdzięczna za szybkie przejście z jednego tematu do następnego.
Krótkim ruchem głowy zaprzeczyła.
- Mam tu coś do załatwienia – skłamała w żywe oczy, usprawiedliwiajac siebie przed soba myśla o ojcu. Wcale tam nie pójdzie, ale przynajmniej posiadała solidna podstawę, gdyby Holgate zapytała o szczegóły, nie żeby zamierzała jej w ogóle powiedzieć o swojej sytuacji.
Kawa.
Brzmiało dobrze i gdyby nie fakt, że nadal nie była przekonana do tego spotkania czy odnowienia znajomości, odpuściłaby, godzac się na pierwsze lepsze spotkanie, lecz teraz wyraźnie balansowała na linie. I po co? Dla zwykłego uporu, próby udowodnienia, że kto inny był tym złym? O tym już wszyscy wiedzieli, ale Frankie wciaż było mało.
- Może – wymijajaca odpowiedzi, ani tak, ani nie, bezpieczny złoty środek. – Będziesz mogła się z tym pancerzem ruszyć do Brentwood? Sama? – spojrzała na nia, nie mogac nadziwić się nadal jak bardzo mały kopacz piłki tak wydoroślał. W dzieciństwie śmiała się z niej, że jest o cały rok do tyłu za nia co zaostrzało rywalizację na boisku czy podczas wyścigów do huśtawek, ale teraz chyba nie potrafiłaby. Doświadczenie życiowe sprawia, że człowiek ma więcej lat, niż wskazuje data w dowodzie.
[Profil]
 
 
Caden Holgate








27

szefuje w Sands Bistro

straciła głowę dla Yevtsye

Southend

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, parker, woodill

nieobecność: żyję od niedzieli do wtorku









Wysłany: 2017-08-05, 22:08   
  

  
Caden Holgate

  
life should be about more than just surviving


Przyjęła do wiadomości informację i nie zamierzała wypytywać Frankie o szczegóły. Nie była ciekawska, a nawet jeśli, po tak długim czasie bez jakiegokolwiek odzewu, nie miała prawa pytać o cokolwiek. Rozumiała w jakiej znalazła się sytuacji i nie planowała naciskać na dziewczynę. Chciała odnowić kontakt, ale decyzję zamierzała pozostawić jej.
- Rozumiem - skinęła głowa dla potwierdzenia własnych słów i nawet obdarowała ja uśmiechem. Oczy wciaż miała czerwone od łez, ale prezentowała się zdecydowanie lepiej i wszystko wskazywało na to, że nie miała więcej płakać. Przynajmniej nie w obecności Shah, bo kto wie jak zachowa się po powrocie do domu, gdy już wyladuje w swoim własnym łóżku. Istniało jeszcze prawdopodobieństwo, że przetransportowanie się do samochodu siostry, może wiazać się z silnym bólem, a w połaczeniu z silnymi emocjami, mogła pozwolić sobie na łzy. Aczkolwiek nie zastanawiała się nad tym, podobnych zachowań raczej się nie planowało.
Może. Nie to chciała usłyszeć, nawet jeśli było lepsze od nie. Propozycja wyjścia na kawę miała być aktualna przez długi czas. Nie chciała ponaglać dziewczyny i zmuszać jej do podejmowanie pochopnych decyzji. Uważała jednak, że powinny porozmawiać na spokojnie, z dala od miejsca, w którym umierali ludzie.
- Pierwsze dni na pewno nie będa łatwe, ale myślę, że dam radę - gdyby nie gips, prawdopodobnie w tym momencie wzruszyłaby ramionami, niestety nawet tego gestu nie była w stanie wykonać. - A ty? - skinieniem głowy wskazała na zabandażowana kostkę. - Nie powinnaś dostać czegoś co umożliwiłoby ci poruszanie się? - zapytała, majac na myśli kule medyczne, nie wyobrażała sobie Frankie przemieszczajacej się na wózku inwalidzkim. Zdawało jej się, że dziewczyna miała zbyt silny charakter, chociaż tak naprawdę było chyba całkiem inaczej. Miała jeszcze czas, by się nad tym zastanowić.
_________________



[Profil] [WWW]
   
 
Frankie Shah




Wysłany: 2017-08-06, 17:19   

Nie chciała, ale mimowolnie jej wyobraźnia uruchomiła oczy wyobraźni, tworzac projekcje Caden niedorajdy, która ma problem ze stoczeniem się z łóżka następnego dnia z wszelakich powodów- bo poparzenia były zbyt dotkliwe, bo leki przestały działać przez noc albo przyjęła dzień wcześniej zbyt mała dawkę, bo zwyczajnie nie. Takie obrazy nie powinny jej nachodzić, choćby już przez wzglad, że miała do czynienia z kimś zupełnie obcym. O takowych martwili się tylko desperaci.
Oceniajac, spojrzała na własna kostkę, która opierała o grzbiet zdrowej stopy, odciażajac ja od pełnienia swej pierwotnej funkcji. Trenowanie psów w takich warunkach wiazało się ze spowolnieniem procesu rozwojowego, jak nie wycofaniem części z nich na jakiś czas.
Wzruszyła ramionami, przechylajac lekko głowę.
- Pewnie powinnam – odparła beznamiętnie. – Nie widzę tego jakkolwiek, ale taka cena za głupotę. – zauważyła, odwracajac delikatnie stopę, ale nagły, kujacy ból wywołujacy grymas na twarzy Frankie uniemożliwił dalsze oględziny. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a te były usłane pinezkami, rozżarzonymi węglami i cierniami. Nadal była na siebie zła za to nieudolne ladowanie; Catwoman dla paralityków.
Jasne drzwi sali otworzyły się z rozmachem, a do środka wparowała Sympatyczna Pielęgniarka. Na jej czole mienił się lekko ledwo widoczny pot, a zziajany oddech świadczył o pośpiechu. Pewnie gdyby podniosła ręce do góry, pacjentki ujrzałyby potężne, ciemne łaty na białym fartuszku tuż pod pachami.
Sympatyczna nie sprawiała wrażenia zadowolonej, gdy ujrzała Shah ponownie na łóżku Caden, lecz nim ta wydobyła z siebie głos, treserka wtraciła:
- Nie siadamy na łóżkach – przedrzeźniła kobietę, zapierajac rękami i powoli wstajac. – Już wracam na krzesło...
- Tak właściwie to zabieram pania do gabinetu konsultacyjnego.
Frankie uniosła brwi w zdumieniu, zatrzymujac na etapie podnoszenia tyłka z krawędzi.
- Mój lekarz już przyszedł?
Pielęgniarka przytaknęła, mocujac się z hamulcami wózka, który ustawiła przodem do wyjścia.
- Ma chwilę pomiędzy raportami, a pani kostka raczej nie wymaga wielkiej uwagi, więc pewnie zadecyduje też o tym, kiedy zgłosić wypis.
- Świetnie, na to czekałam.
Podsumowała, kuśtykajac do wózka, lecz nim na nim usiadła, jej wzrok padł na identyfikatorze kobiety oraz zawieszonych przy nim kolorowych długopisach.
- Mogę na chwilę jeden pożyczyć? – wskazała ruchem głowy na kieszonkę Sympatycznej. Przez moment mierzyła się na spojrzenia z pielęgniarka, która nieufnie spogladała na Shah, lecz ostatecznie podarowała jej czerwony cienkopis. – Dzięki – wymamrotała, sięgajac do kieszeni spodni, pewna, że gdzieś tam miała stary paragon ze stacji benzynowej. Karteczka zaszeleściła pod palcami i gdy ja wyciagnęła, usiadła na wózku. Odwróciła papier na druga stronę, zapisujac kombinację. – Żeby nie było, że cię olałam. – mruknęła, mielac paragon w mała kulkę, która podrzuciła w kierunku łóżka. Niech już ma ten numer.
Oddała cienkopis pielęgniarce i bez słowa pożegnania czy zapewnienia, że wróci do sali, wyjechała na wózku w towarzystwie Sympatycznej Pielęgniarki, która zaczęła coś mówić o respektowaniu zasad szpitalnych, jakie Frankie szczerze (Frankie frankly, brzmi lepiej) miała w głębokim poważaniu zwanym dupa, co i tak było wysokim stopniem kultury w jej przypadku.

z/t x2
[Profil]
 
 
Susan Chavis


Wysłany: 2017-09-24, 18:43   

/z eventu

Szczerze mówiac to wszystko tak szybko się działo. Niby Susan słyszała o przewidywaniach synoptyków o burzy, ale kurcze, po pierwsze, nie była z cukru. Po drugie przecież burza nie rozpęta się ot tak, a silniejszy wiatr nie jest w stanie bardzo uszkodzić człowieka. Przynajmniej takie myślenie miała blondynka. Nie dziwmy się. Niby słyszy się o tajfunach i innych huraganach, ale to w telewizji, więc nic im nie groziło, to zawsze było jakieś wirtualne wydarzenie, po którym wszelkie te fundacje i inne organizacje zbierały hajs, który nawet w połowie nie trafiał do poszkodowanych. To tak tytułem wstępu, jeszcze nakreślę co tam się działo na evencie.
Susan jeszcze wtedy zignorowała dopowiadania Joan. No co, co miała powiedzieć? Wiedziała, ze to tamta miała racje na temat jej chorych relacji ze swoja, już była, dziewczyna. Bo kto zostawia kogoś i wyjeżdża sobie ot tak, w poszukiwaniu przygód i jeszcze ryzykuje życie? Raczej tylko egoista, więc Chavis nie miała kompletnie powodów, aby ten zwiazek kontynuować. Ale też nie bez powodu była z Latifa, nie było tak, że się spotkały i stwierdziły ej, badźmy razem, bo tak. Przecież obie coś do siebie czuły na poczatku, a że później to wszystko się rozlatywało, to... taka jest kolej rzeczy w niektórych przypadkach. Karuzela życia i takie tam.
- No ja... Ja wiem, ze to wszystko głupie. Ja... nic od ciebie nie oczekuje.- Miała nadzieję, że Joan ucieszy się na informację o zerwaniu, ale nie chciała jej stawiać w jakiejś niewygodnej sytuacji. Kiedy Torres zaczeła się tłumaczyć to Susan czekała i... się nie doczekała. Najpierw spojrzała wymownie na Lauren i przy okazji na Alison, a nastepnie... wszystko potoczyło się z... prędkościa tornada :lol:
Blondynka spojrzała w niebo i przytaknęła Joan. To był idealny pomysł. Żeby się zbierać. Szkoda, ze tak późno na niego wpadły. Mogły zwinać się o wiele szybciej, a teraz nie było odwrotu. Wszystko latało wszędzie, a Chavis nawet już niewiele widziała. Nie miała pojęcia za co łapać, za kogo łapać i gdzie uciekać. Na razie obrała sobie za cel pójście po prostej, do wyjścia. Oczywiście na to wpadło już wiele osób, a wszechobecna panika nie ułatwiała sprawy. Szczególnie jeśli wszędzie słychac było krzyki, jęki i szlochania. Susan tak skupiła się na swojej woli przetrwania, że nie zauważyła najpierw wózka, który przejechał jej po stopie. Blondynka poczuła tylko przeszywajacy ból i... nie mogła postawić dalej kroku. Przechyliła się w tył upadła na ramię, które spowodowało, że prawie zobaczyła gwiazdki przed oczami. Ból, wszechobecny i palacy był tak mocny, że kobieta zemdlała, widzac jeszcze katem oka Joan szamoczaca się z jednym z psów. Później zapadła ciemność.
Czy to już piekło? Czy w piekle jest tak jasno? Ugh, moja głowa...
Blondynka pomrugała i zmrużyła oczka. Jasne światło z żarówek odbijało się od białych ścian jeszcze bardzo potęgujac ból głowy. Susan chciała poprawić włosy, jednak jedna z rak odmówiła jej współpracy. Westchneła i walczac dzielnie z bólem spojrzała po sobie. Leżała w szpitalnym łóżku, podłaczona do kroplówki, która od razu zanalizowała. Było to zwykłe NaCl, w takim razie wydawało jej się zbędne. Nie była przecież odwodniona.
Miała też unieruchomiony cały bark w temblaku.
Bez wahania poprosiła do siebie pielęgniarkę. Sama zdawała sobie sprawę z tego co się stało, ale chciała się przynajmniej dowiedzieć w jakim jest stanie. Usłyszała, że została przewieziona karetka, jak większość poszkodowanych, że byli tu jej rodzice, że straciła przytomność z bólu. Żeby było śmieszniej! To była już po drutowaniu stopy! Tyle ja ominęło. Z racji tego, ze w karcie pomocy miała wpisanych rodziców i to oni podjęli decyzje o operacji, nie miała im tego za złe. Co prawda druty w stopie były chujowym wyjściem, zawsze mogli poczekać aż samo się zrośnie, jednak drutowanie było szybsze, prostsze i na pewno bardziej skazane na powodzenie niż czekanie. Blondynka od razu pomyślała o tym, że widocznie nie będzie jej dane nawet zatańczyć na swoim własnym ślubie, jeśli się takowego doczeka i już wiedziała, że kolejne operacje w klinice będzie musiała wykonywać na siedzaco. Nawet była w tym momencie świadoma tego, ze przez najbliższy czas będzie musiała zaprzyjaźnić się z kulami ortopedycznymi, kto wie, może ze wskazaniem na do końca życia? Jednak nie było tak źle. W końcu oddychała, nie czekał jej wózek... Zawsze, w razie komplikacji mogła czekać ja amputacja i proteza. Mimo wszystko, żyła, a to chyba najważniejsze? No i zapowiadało się na to, ze będzie miała sprawne ręce, a brak ich sprawności by ja wykluczyło z jej specjalizacji, która była ortopedia i chirurgia. Halo, w tej profesji trzeba mieć sprawne paluszki i nadgarstki. Nie tylko w tej, ale o tym teraz nie myślała. Podziękowała pięknie dobrej kobiecie, chyba że to był pielęgniarz, to i mogła podziękować facetowi i wykręciła numer do rodziców. Ktoś musiał zajać się Donem!
_________________



She's driving me crazy,

but I'm kinda into it
[Profil] [WWW]
   
 
Joan Torres


Wysłany: 2017-09-24, 20:10   

Look what you made me do..
Małego człowieka diabli nie biora, co wręcz odnalazło swoje potwierdzenie w burzliwej sytuacji powstałej podczas festynu. Wraz z Susan miały już sobie iść i zapewne pożegnać by rozejść w swoje strony, ale nagle psy zaczęły szaleć. Deszcz a potem grad wielkości przepiórczych jajek przyjmowała na siebie chcac ochronić psy, które jak na nia ciężko było ochronić. Trzymała je jednak ciasno by osłonić futrzane głowy i dopiero po tym zaczęło się piekło. Powstały chaos był nie do opanowania. Bolo poleciał zapewne szukajac kogoś, komu mógłby pomóc, bo to psi Kapitan Ameryka zaś Mario pognał w druga stronę przez co straciła go z oczu. Została tylko ona i Jello schowane pod wbitym do ziemi stolikiem (bo z niektórymi tak się robi) i nie zostało im nic innego jak czekać aż to piekło się skończy. Wszystko trwało strasznie długo, chociaż tak naprawdę minęła minuta, może dwie, gdy rozszalała traba poleciała dalej siejac opustoszenie.
Puściła Jello wolno by ta znalazła co chciała. Usłyszała szczekanie Bolo, który tuż po wydaniu głosu złapał za mundur Lauren i próbował wyciagnać ja spod ciężkiego wózka pomagajac przy tym przerażonej Alison. Ludzie wokoło krzyczeli przygnieceni lub zranieni, co z perspektywy wychodzacej spod stołu kobiety wygladało strasznie. Na dodatek dudniło jej w uszach i nie miała pojęcia od czego zaczać, gdy nagle do jej uszu dotarło kolejne szczekanie. Jello informowała pania o swym znalezisku, na którego widok ruszyła pędem chcac pomóc przygniecionemu Mario. Zaczęła go wołać po imieniu, ale nie reagował, nawet po siłowaniu się z fragmentem budki, który w końcu wyladował obok pozwalajac psu wziać oddech. Tylko, że nie było już psa a jego płuca nawet się nie poruszyły. Gdyby nie kolejne szczeknięcie Jello to zapewne rozpłakałaby się jak małe dziecko, ale zamiast tego uniosła wzrok widzac jak psina znów próbuje ja przywołać. Wrócę do ciebie. Wydusiła z siebie starajac się jak najszybciej dotrzeć do psa. Po drodze prawie przewróciła się o leżacego człowieka. Powinna mu pomóc, ale wierzyła, że Jello miała jej coś ważnego do przekazania. Po drodze zauważyła, że jakiś człowiek pomógł wyciagnać Lauren spod wózka a Bolo wział sobie za cel dopilnowanie by kobiecie nic się nie stało (ah ta słabość do mundurów). Suczka znów szczeknęła i dopiero po paru krokach dostrzegła kogo znalazła.
Przez parę godzin nie odetchnęła z ulga. Po upewnieniu się, że każda z towarzyszacych jej kobiet trafiła do szpitala z pomoca brata zabrała stad ciało Mario i resztę psów, które ani na chwilę nie zamierzały jej zostawiać. Nie ważne jak bardzo na nie krzyczała i ile rozkazów wydała te uparcie najpierw siedziały w samochodzie a potem wyjęte siła nie zamierzały wejść do domu. W końcu im odpuściła i pozwoliła jechać na tyłach starego pick-upa, którym ledwo przedarła się do szpitala. Całe Brentwood to jeden wielki potornadowy śmietnik.
Lauren nadal była nieprzytomna lub ciagle operowana. Alison okazała się mieć przepuklinę i właśnie zmierzała do sali, gdzie o zgrozo leżała jej córka, więc Joan obiecała, że do nich zajrzy jak tylko upewni się co z Chavis.
Nadmiar adrenaliny dał się we znaki, bo wygladała tak jakby nie spała od miesiaca, chociaż to też wpływ choroby, która w sobie nosiła i skutecznie ignorowała. W około tak dużo się działo, że nie miała czasu na siebie. Tyle dobrego, że brat ja namówił i się przebrała jeszcze zanim trafiła do szpitala, w którym nadal panował taki chaos, że na razie nikt nie zwracał uwagi na obcych placzacych się w czyjś salach.
Słyszac rozmowę dobiegajaca ze środka przystanęła przy drzwiach wcale nie zamierzajac podsłuchiwać. Zastanawiała się tylko, czy w ogóle powinna tutaj być i przeszkadzać rodzinie. Tylko, że nie słyszała żadnego innego głosu a po pożegnaniu nikt nie wyszedł z sali, co było jasnym znakiem, że ów rozmowa została przeprowadzona przez telefon. Stanęła więc w progu i zapukała w framugę nie chcac przestraszyć Susan nagłym wejściem.
- Hej. – przywitała się łagodnie i z troska obserwujac całe łóżko jakby miała rentgen w oczach i mogła stwierdzić, co dolegało kobiecie. – Jak się czujesz? – zapytała, chociaż nie spodziewała się konkretnej odpowiedzi. Możliwe, że blondynka nadal nie orientowała się w sytuacji, chociaż nie wiedzieć kiedy minęło parę dobrych godzin. – To się porobiło. – próbowała zażartować, ale jej nie wyszło, więc w milczeniu podeszła do łóżka, zerknęła na kroplówkę, zamknęła powieki i dopiero po głębokim wdechu przyznała szczerze: - Strasznie mnie wystraszyłaś. – najpierw znalazła martwego Mario a potem niekontaktujaca ze światem Susan. – Myślałam, że nie żyjesz. Najpierw mi piszesz, że zerwałaś z Lay, a potem masz czelność robić coś takiego. – prychnęła na koniec, ale każdy, kto znał Joan wiedział, że nie robiła wyrzutów naprawdę. Ot, to był tylko kiepski humor, bo ani przez chwilę nie myślała, że to wina Susan, która uknuła niecny plan. Na dodatek utwierdziła się w przekonaniu, że mimo chęci pójścia w innym kierunku, to nie powinna próbować rozmawiać o tym, co by mogło być skoro już miała zielone światło na flirtowanie z Chavis. Nie chciała by kobieta czuła się tak, jak ona teraz, a raczej w chwili, gdy zobaczyła Jello stojaca nad jej ‘ciałem’. Wprawdzie dawano Torres szanse na przeżycie, lecz to było coś co dotykało nie tylko ja, ale również pobliskie otoczenie i naprawdę wystarczył jej fakt, że Gabriel musiał się ze wszystkim męczyć. Innych nie chciała w to pakować.
_________________

    - What’s your greatest wish?
    - I just wanna punch God in the face.

[Profil]
 
 
Susan Chavis


Wysłany: 2017-09-24, 21:05   

Susan nie zdawała sobie sprawy z wszelkich uczuć, co lepsze, nawet nie podejrzewała, że może kogoś przerazić. W końcu sama tego nie planowała, prawda? Ale na przyszłość będzie pamiętać, aby na pewno sprawdzić zapowiadana pogodę i przy jakichkolwiek przesłankach o niebezpieczeństwie nie wybierać się nigdzie, choćby nie wiem co. Zapamięta. Obstawiam, że trochę nabawi się strachu przed burza, ale coś za coś. Może to nauczy ja przyszłościowego myślenia i wyciagania konsekwencji. Niby robiła to w pracy, więc takowa umiejętnośc posiadała, co za tym szło, nie powinna mieć większych trudności z przeniesieniem tego na życie codzienne, prawda? Tym bardziej, ze dostała nauczkę. Mimo wszystko, nie mogła się też sama obwiniać za zaistniała sytuację. To nie ona wywołała tornado, nie jej broszka.
Blondynka przeżyła debatę z rodzicami na temat uważania na siebie, jej stanu zdrowia, na opiekowaniu się psem konczac, głównie opierajac się na słowie dobrze i prawie niemym potakiwaniu, co wcale nie spowodowało, ze głowa zaczęła ja mniej boleć. Ale co miała zrobić, martwienie się to urok rodziców. Rozumiała ich w zupełności. Sama natomiast martwiła się o swojego psa, a gdy o nim pomyślała to przed oczami ukazał jej się urywek wspomnienia, a raczej obrazu, który widziała przed zasłabnięciem. Joan! I jej psy! Co się z nimi stało? Jednak jak widac, połaczenie mentalne nie zostało przerwane, bo tak to często jest. Nagle sobie o kimś przypominasz, a ten ktoś pojawia się ni stad ni zowad niezapowiedziany w pobliżu.
Tak też było tym razem. Susan przeniosła wzrok z ekranu telefonu, kiedy to jeszcze zdażyła napisać smsa do Blaise'a i spojrzała na gościa.
- Hej!- Na jej twarzy niemal automatycznie pojawił się lekki uśmiech i blondynka spróbowała podsunac się wyżej na poduszce, aby mieć lepszy widok i tym samym zapraszajac Joan, aby ta się trochę rozgościła. Przymknęła na moment oczy nabierajac powietrze i otworzyła je robiac oddech, tak jakby analizowała co jej powiedzieć. - Zmęczona. Obolała. Ale cieszę się, że żyję. I bardzo się cieszę, że cię widzę.- Skoro kobieta do niej przyszła, to oznaczało, ze raczej mocno nie oberwała. Susan spojrzała na jej nadgarstki niemal automatycznie, nie miała szpitalnej opaski, co napawało optymizmem. Same plusy w tej beznadziejnej sytuacji. Chavis znów posłała Joan uspokajajacy usmiech. - Co to tak właściwie było?- Niby wiedziała, że zalamanie pogody i takie bajery, ale nigdy w życiu czegoś podobnego nie przeżyła. No i dobrze. - Tobie nic się nie stało?- zapytała jeszcze, aby się upewnić. Też się pewnie przestraszyła. Później spojrzała na nia uważniej.
- Uh, przepraszam. Nie chciałam cię wystraszyć.- Odpowiedziała skruszona, jednak za moment znów się łobuzersko uśmiechnęła. Nie wiedziała czy to kwestia tego, że powoli zaczynały działać na nia leki przeciwbólowe czy samo towarzystwo Torres mimo takiej, a nie innej sytuacji, wprawiało ja w taki nastrój, chociaż pare godzin wcześniej czuła się lekko zażenowana, że wpadła na nia na tym festynie. Albo nie zażenowana, a osaczona. Nie czuła się jeszcze gotowa na wszelkie rozmowy, ale widocznie zycie wolało ja wyręczyć.
- Czekaj... jak to było..? Jak się zabijesz, to cię ukatrupię.- Powtórzyła za jedna z bohaterek ostatniego filmu, który ogladała i szturchnęła lekko Joan w ramię zdrowa ręka. - Jeszcze się stad nie zabieram, mimo że pewnie niektórzy by chcieli.- Susan na pewno miała tutaj swoich wrogów. Oh, bo kto ich nie ma. Ale do kończenia życia na ten moment nie była pierwsza.
Po raz setny uśmiechnęła się do kobiety i zamyśliła się.
- Ah, czyli na czym skończyłyśmy? Że jestem beznadziejna blondyna, która nie zaufała ci od razu, tylko musiała przekonać się na własnej skórze, która drogę ma wybrać.- Oczywiście nawiazywała do rozmowy sprzed paru godzin, tak, jakby własnie nie znajdywaly się w szpitalu wśród rannych i przeróżnych kroplówek.
_________________



She's driving me crazy,

but I'm kinda into it
[Profil] [WWW]
   
 
Joan Torres


Wysłany: 2017-09-25, 11:08   

Ciagle martwiła się o Lauren zwłaszcza, że zanim wszystko się zaczęło to tamta nie promieniała z miłości a wrzała od gniewu na siostrę i na nia. Nie chciała by przyjaciółka była zła o to, że jej nie powiedziała o Chrisie. Wierzyła, że Tunncliffe to zrozumie, jak już opadna emocje, ale nawet nie miała okazji by się uspokoić, bo wtedy trafiło w nich tornado. Przynajmniej Alison była cała i Susan, której entuzjastyczne przywitanie i uśmiech sprawił, że Joan odetchnęła z ulga i nawet się z tym nie kryła. Dosłownie kamień z serca, bo choć nie powinna to na festynie wyobrażała sobie nie wiadomo co dopóki nie upewniła się, że kobieta oddychała. Niepotrzebnie panikowała, bo nawet Jello zachowywałaby się inaczej, gdyby Chavis faktycznie padła trupem, ale wtedy nikt nie myślał racjonalnie a wszystko działo się tak szybko, że nawet nie było czasu na przeanalizowanie każdego szczegółu.
- Horror. - odpowiedziała krótko. - W telewizji mówili o zagrożeniu i totalnie nie wiem, co wszystkim odbiło by się tam pojawić. - ona miała wyjść tylko na spacer, ale psy poprowadziły ja aż na festyn, więc jako tako miała wymówkę, w trakcie której, podczas spotkania każdej z kobiet po kolei, zapominała o załamaniach pogody. A cała reszta? Szlag by wiedział. Joan ze swego doświadczenia wiedziała, że nie była panikara i wszelkie wzmianki o 'możliwym zagrożeniu' zlewała machnięciem ręki. Możliwe, że reszta, a przynajmniej większość, miała podobnie. Człowiek nie przejmuje się za bardzo dopóki sam tego nie doświadczy.
- Nie. - jak na nia odpowiadała bardzo zdawkowo, co było nietypowe. - Miałam szczęście. - wręcz niewyobrażalne, bo prócz może jakiegoś siniaka to nie stało się jej nic. Chciała jeszcze dodać, że w sumie Susan też jako tako miała farta, bo z tego co Joan widziała niektórzy już nie pojawia się w domu. - Mam nadzieję, że wydobrzejesz. - znaczaco spojrzała na rękę będaca przecież ważnym elementem pracy Susan i znów zlustrowała wzrokiem cała pościel doszukujac się kolejnych zranień. Na pewno uwadze nie umknęła jej noga, za która też trzymała kciuki, bo mimo wszystko to było strasznie nie fair, że ona wychodzi z tego cało, a reszcie się dostaje. Ożywiła się nieco, gdy postanowiła 'ochrzanić' Susan, ale nie robiła tego w gniewie tylko z troska a złość oraz irytacja była jedna z reakcji na ciężkie sytuacje (żarty też się jej trzymały).
- I żeby to mi było ostatni raz. - nakazała niczym nauczycielka albo matka. Wraz z uśmiechem blondynki i na jej twarzy pojawił się radosny grymas. W końcu wszystko było w porzadku. Susan żyła, co było najważniejsze, więc zostaje tylko dojść do siebie w czym Joan była gotowa pomóc nawet jeśli przez to odwlecze w czasie własne leczenie. Tak, to był dobry plan zwłaszcza, że nadal nie pogodziła się z tym wszystkim, co czekało ja w przyszłości. Mogła z tym poczekać i nie mówić nikomu, nawet jeśli brat po drodze z milion razy da jej popalić twierdzac, że była głupia i nieodpowiedzialna.
- Ej.. - jęknęła kiedy została szturchnięta. - Żebyś wiedziała, że mam taka moc, więc uważaj. - lepiej nie umierać, bo Joan znajdzie i zabije. - Nie mów tak. - tym razem to ona traciła ja w zdrowe ramię. - Albo pokaż kto tak myśli a się z nim rozprawię. - jak nie łowczyni burz, która cało wychodziła z tornada to jeszcze skryta assasinka. Jak na małego człowieka miała wiele umiejętności.
- Coś w ten deseń. - przytaknęła jej uśmiechajac się z rozbawieniem, chociaż po części właśnie tak myślała. - Miałam ci za złe, ale tak naprawdę nie potrafiłabym zmusić cię do czegoś, czego sama nie czujesz albo nie uważasz za słuszne. - nic, co było wbrew naturze Chavis. - Zreszta, nie rozmawiajmy o tym teraz. - nie chciała mówić, że nigdy, bo to mimo wszystko byłoby także wbrew jej pragnieniom. - Powinnaś odpoczać. Potrzebujesz czegoś? - rozejrzała się na boki jakby za praca, która mogłaby wykonać w ramach pomocy. Mimo paru uśmiechów nadal czuła się przygaszona, ale jak to miała w nawyku, nie mówiła niczego zwłaszcza, gdy ktoś inny był teraz w potrzebie. - Może potem? Akurat od jakiegoś czasu siedzę u brata w Brentwood, więc jestem na miejscu i zawsze mogłabym w czymś pomóc. - zaoferowała się, bo Joan już taka była i tego nie dało się przeskoczyć zwłaszcza jeśli chodziło o bliskich.
_________________

    - What’s your greatest wish?
    - I just wanna punch God in the face.

[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 7