Poprzedni temat «» Następny temat
Las
Autor Wiadomość
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2017-11-13, 15:20   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Zrobił obrażona minę. Przecież jego majtki zawsze były czyste i pachnace, jakby Max bardzo chciała to Chester mógłby nawet dać jej sprawdzić. Zaraz jednak rozchmurzył się i pokiwał entuzjastycznie głowa, gdy Andrew wspomniał o zawartości jego bielizny. Złoty chłopak! Zawsze potrafił podnieść komuś samoocenę. A reszta towarzystwa jeszcze nakręcała w nim spiralę strachu. Potwory, no po prostu potwory.
- Widzisz, Max? A ty mnie nie chciałaś - to mówiac, wykrzywił twarz w grymasie rozczarowania i przejmujacego smutku. Tak naprawdę to jak przez mgłę pamiętał te odległe, zamierzchłe czasy, kiedy to na jakiejś zakrapianej imprezie zabiegał o względy Parker, ale gdyby chciał, mógłby to sobie dokładnie wyobrazić: on - pijany, bełkoczacy, próbujacy swoich najgorszych tekstów na podryw, ona - patrzaca na niego ni to z rozbawieniem, ni z pogarda i twardo oświadczajaca, że nie miał u niej szans. Scena niczym z najbardziej tragicznej opery mydlanej.
Z daleka całe to towarzystwo wygladało jak banda nieokiełznanych tubylców, bo co rusz darli się wniebogłosy, podsycani alkoholem i ziółkami od pani Aldridge, ale czy na którejś ich imprezie zachowywali się w bardziej cywilizowany sposób? Ilekroć wychodzili w grupie, pili niemożliwe ilości alkoholu, śmiali się i przekrzykiwali nawzajem do takiego stopnia, że budzili zgorszenie wszystkich znajdujacych się wokoło ludzi. Tyle więc dobrego, że dzisiaj nie musieli za bardzo hamować się ze swoimi wrzaskami - byli w końcu w środku lasu, całkowicie sami (no chyba żeby liczyć te mrówki, które chodziły gdzieś po ziemi i zapewne czekały tylko na odpowiedni moment, aby zaatakować ich za zakłócanie spokoju). I głównie z powodu hałasu, jaki potrafiła stworzyć wokół siebie ekipa z Brentwood, Chester nie obawiał się tego, że wraz z Andrew mogliby się zgubić. No bo kto nie usłyszałby wrzasków pijanych, przesadnie radosnych ludzi znajdujacych w środku cichego lasu? Chyba tylko głuchoniemy.
Niespodziewany trzask nieco wytracił go z równowagi, ale nie do takiego stopnia, aby od razu wziać nogi za pas i uciekać gdzie pieprz rośnie. Właściwie Chester nie zamierzał odchodzić od przyjaciół dalej niż to było potrzebne, ale kiedy spanikowany Andrew pociagnał go wgłab lasu, nie miał dużo do gadania. Przez sekundę czy dwie jeszcze próbował oponować, postawić jakiś opór, ale strach sprawił, że Bailey miał dużo więcej siły.
- Cholera - wymamrotał z niezadowoleniem, gdy Andrew wreszcie się zatrzymał i genialnie stwierdził, że po przyjaciołach ani śladu. - Nie dość, że coś nas chce zabić to teraz jeszcze odciałeś nas od wsparcia. - Spojrzał na kumpla z udawanym niezadowoleniem, kręcac głowa. Zaraz jednak uniósł brwi, bo oto zdał sobie sprawę z tego, że Andrew naprawdę miał pietra. - O rany, boisz się? - zapytał z niedowierzaniem. - No daj spokój, nic nas przecież nie goni. To pewnie jakieś zwierzę. Tygrys czy inny niedźwiedź - to mówiac, obdarował Andrew lekkim kuksańcem, który w zamierzeniu miał dodać mu trochę otuchy. Podejrzewał, co działo się w umyśle przyjaciela. Slendemany, Krwawe Mary i inne takie potwory - w niesprzyjajacych warunkach wyobraźnia potrafiła działać na niekorzyść swojego właściciela. - Dobra, musimy do nich wrócić - zadecydował wreszcie, a potem rozgladnał się na boki. Gdzieś musiało być to ognisko, prawda? Przecież nagle nie zgasło. - Tylko ten... z której strony przyszliśmy?

/ może uznajmy, że Malcolm się zjarał/zapił i zasnał czy coś, żeby go tak chamsko nie wywalić
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Adam Deacon


Wysłany: 2017-11-21, 07:52   

/ Wybaczcie, że trochę zmuliłam i kazałam Wam czekać, ale czasem życie wzywa.

Szczerze żałował, że wdał się w tę cholerna potyczkę słowna dotyczaca One Direction, bo wcale nie uśmiechało mu się, żeby ktokolwiek uznawał go za fana tej formacji. I nawet jeśli zespół się rozpadł, to jednak dawni członkowie zaczęli tworzyć własne projekty, co w sumie ani go ziębiło, ani grzało. Po prostu trochę się orientował, bo wszystkie media non stop zalewały ludzi informacjami na temat najpopularniejszych artystów. Szkoda tylko, że ten cały fejm często nabijały współczesnym artystom bezrozumne nastolatki za pomoca krzyków i pisku. Na całe szczęście zaraz wypłynał temat gaci Chestera i słabości Andrew do męskiego sprzętu, przez co musiał parsknać śmiechem. Rozumiał to zafascynowanie męskimi genitaliami, w końcu miał z nimi często do czynienia, jednak sam potrafił też docenić kobiece walory i jakoś tak mimowolnie wyszczerzył się szeroko na tę myśl.
Przestał strzępić język dopiero wtedy, gdy zakasał rękawy, aby wspiać się na drzewo z zasłoniętymi oczyma. Chociaż jak już wlazł na górę znów zaczał gadać, aczkolwiek już nieco mniej pewny swego i lekko podenerwowany, bo pod powieki wkradł się obraz bolesnego upadku na leśna ściółkę. Po cichu modlił się o to, żeby Aldridge tkwił na dole i w razie czego próbował go złapać. I co z tego, że w takim wypadku to jego kości zostałyby połamane, przynajmniej te adamowe pozostałby całe. Ale którymś momencie na dole zapanowało poruszenie – chłopaki gdzieś poleźli, bo pęcherz Andrew musiał dać o sobie znać, z kolei dziewczyny zaczęły się jeszcze bardziej rechotać. W pierwszej chwili fuknał poirytowany, ale szybko wymiękł i prawie rozpaczliwie objał drzewo rękoma.
Choćbym miał spaść, to zlezę! – odparł buntowniczo, bo przecież nie mógł pozwolić, aby to Max miała ostatnie słowo w jakiejkolwiek dyskusji. I Astrid też nie powinna tak się cieszyć, ponieważ naprawdę zamierza dać jej niemała nauczkę. Jak go poniesie, może nawet każe jej ściać się na łyso, a potem będzie na nia wołał Britney. – A jak zlezę, to obie zobaczycie – warknał agresywnie.
Gdy usłyszał warunek Max, zawrzał ze złości. Czuł jak mocny rumieniec oblewa jego twarz, dajac jawny dowód tejże jego złości. W pierwszej chwili chciał rzucić wiazankę przekleństw pod adresem tych dwóch bab, na całe szczęście opanował się, co w jego przypadku było pierdolonym cudem.
Oderwał jedna rękę od drzewa i uniósł ja nad głowę, następnie zaczał mierzwić dłonia swoje włosy przy jednoczesnym wydobywaniu z siebie zwierzęcych odgłosów szympansa. Rzecz jasna było to uwłaczajace, ale nic nie miał do stracenia, zaś do zyskania ważna rzecz. Skoro zrobienie z siebie przez chwilę idioty gwarantowało mu powrót na ziemię.
Szympans Adam lubi banany! – wykrzyknał potem ile sił w płucach.
Wykonał to zadanie, więc szybko energicznym ruchem ściagnał przepaskę z oczu i zerknał w dół. Kiedy dostrzegł telefony komórkowe w rękach dziewczyn i to skierowane w jego stronę, zaklał głośno.
Już nie żyjecie!
Zejście z drzewa było o wiele łatwiejsze, w końcu miał już odsłonięte oczy, dzięki czemu łatwo było wybrać gałaź, za która należy chwycić. Poczuł się jednak zbyt pewnie w trakcie tej wędrówki w dół. Zahaczył noga o jedna z gałęzi, na której rozerwał spodnie, ale również dorobił się długiej i wcale nie tak płytkiej rany, przez co zasyczał boleśnie. Z zakrwawiona noga wyladował na solidnym podłożu i z grymasem bólu na twarzy doczłapał do ogniska.
Szlag – mruknał pod nosem, po czym złapał za butelkę wódki i pociagnał z niej solidne dwa łyki, aby umysł mógł skupić się na rozgrzanym przez alkohol przełyku zamiast ranie na łydce.
[Profil]
 
 
Max Parker








23

future film director/french hipster

aesthetic hoe, local detective

East Brentwood

multikonta: Jayden, Ellis, Rhea, Erwin, Dani, Kenai, Terry

Wysłany: 2017-11-23, 17:47   
  

  
Max Janae Parker

  
We're getting lost in some new place


Przy słowach Astrid na temat One Direction, zmrużyła nieznacznie oczy i pokiwała głowa na boki, unoszac przy okazji dłoń w geście no niekoniecznie.
- Ponoć maja przerwę. Zawieszeni sa czy coś w tym guście.
Teraz sama się podłożyła, jako potencjalna fanka boysbandu. Padła ofiara własnego żartu, podłożonego Adamowi. Prawda była taka, że Max orientowała się we wszelkich nowinkach artystycznych. Nie ważne czy rozchodziło się o jej hipsterskie zespoły czy muzykę popularna. Jednym słowem, zagladała w sieć. Musiała wiedzieć, co się dzieje dookoła.
- Ale może ze względu na Adama znowu postanowia się połaczyć? - powinni wziać pod uwagę zdanie ich najwierniejszego fana.
Słowa Chestera skwitowała wzruszeniem ramionami, przewracajac przy okazji oczami. Życie. Nie jej wina, że Czesiek był ewidentnie zbyt męski jak na jej standardy. Nawet pachnace i czyste gacie niewiele pomagały w tej sprawie.
Spojrzała z niepokojem na Astrid, kiedy ta wspomniała coś o porzucaniu ciała. Ok, wymyślone potwory czy duchy nie robiły na niej wrażenia, ale żartujacy sanitariusze, którzy mieli w razie potrzeby ratować im życie, wspominajacy o ciałach brzmieli już znacznie bardziej creepy. Parker miała nadzieję, że nie obudzi się w koleżance jakaś nowa osobowość psychopaty.
Adamowa zawziętość była godna podziwu. Nic dziwnego, że był taki pewny siebie, jeśli chodziło o schodzenie z drzewa na dół. Alkohol dodawał odwagi, szczególnie w takich przypadkach, w obliczu konsekwencji durnych pomysłów pijanych studenciaków. W tym przypadku Max Parker.
- Pięknie - podsumowała, gdy już udało jej się uwiecznić szympansa Adama na telefonie. Nie omieszka tego wykorzystać przeciwko niemu, kiedy zaistnieje powód.
Pociagnęła kolejny łyk wódki, która raczyły się razem z Astrid. Spojrzała niepewnie na blondyna, schodzacego z drzewa. Świat już jej się odrobinę kołysał, ale cholera to nie wygladało bezpiecznie. A co jeśli on…
Groźba kumpla sprawiła, że Parker parsknęła głośno i machnęła dłonia, zajmujac swoje bezpieczne miejsce, niedaleko ogniska. Najwyżej będa się ganiać w kółko, wokół płomieni, nie dorwie jej tak łatwo! Uśmiechała się szeroko do momentu, gdy Deacon nie pojawił się obok ogniska. Otworzyła szeroko oczy, kiedy zauważyła plamy krwi na nogawce spodni.
- Adam, kurwa! - podniosła nieznacznie głos, opuszczajac swoje miejsce, do którego docierało przyjemne ciepło ogniska. Podeszła bliżej chłopaka, nie obawiajac się w tym momencie, że ten ja zabije. Nie wiedziała na czym powinna zatrzymać wzrok na dłużej, a tym bardziej, co konkretnie robić w obliczu takiej sytuacji.
- Co ty sobie zrobiłeś… Astrid! - spojrzała na przyjaciółkę, szukajac u niej pomocy. Chyba się znała na takich rzeczach jak zakładanie opatrunków, prawda? Musiała się znać. Przecież nie mogły dopuścić do tego, aby Adam się wykrwawił. To byłaby bardzo głupia śmierć.
_________________


[Profil] [WWW]
   
 
Astrid Bergley


Wysłany: 2017-12-11, 01:20   

- Pewnie ciężko było mu się pozbierać – zaśmiała się, bo jeśli już szydzić sobie z Adama, to po całości. Znajac życie jak wróca do domu, zapomni o całej tej aferze z One Direction, więc nie miał o co się martwić. Całe miasto nie dowie się, czego tam ukradkiem słucha.
Zreszta, ona sama słuchała One Direction, gdy lecieli w radiu, więc chcac nie chcac znała kilka utworów tej grupy i musiała przyznać, że niektóre z nich były całkiem chwytliwe. Astrid zazwyczaj słuchała tego, c było aktualnie na topie i co serwowała jej któraś z radiowych stacji. Odkad mieszkał z nia Schuyler jej obeznanie w muzyce i tak nieco się poprawiło, bo co chwilę puszczał w ich mieszkaniu swoje ulubione formacje, których w słuchanej przez niej stacji radiowej nie można było usłyszeć. Całkiem się jej podobały i nie miała nic przeciwko, gdy przejmował kontrolę nad tym, co wydobywało się z ich głośników, więc być może jeszcze będa z niej ludzie, jeśli chodzi o słuchana muzykę. Co nie znaczyło, że zamierzała zrezygnować w słuchania swoich perełek w wykonaniu Britney Spears czy innej Madonny.
Astrid śmiała się, aż z oczu poleciało jej kilka łez, obserwujac poczynania Deacona na drzewie. To wyzwanie zdecydowanie im się udało! Nie przejmowała się nawet, co będzie, gdy zejdzie już z drzewa i wróci do nich, pewnie już snujac w głowie plany jak odwdzięczyć im się za to wyzwanie, gdy przyjdzie ich kolej. Bergley zauważyła, że coś było nie tak dopiero, gdy Adam zbliżył się do ogniska na tyle, że w jego świetle doskonale widziała jego rozdarte spodnie i błyskajaca spod nich czerwień krwi, wypływajacej z rany. Szlag by to.
- Jezu, Adam, co ci się stało? – zapytała głupio, jakby nie skojarzyła faktów, że najwyraźniej zahaczył noga o jakaś gałaź, których na drzewie przecież nie brakowało. Przykucnęła przy nodze przyjaciela i przyjrzała się ranie. Zapomniała, że sama była już podpita i prawdopodobnie nie powinna zabierać się za ogarnianie jego rany, ale cóż mogła pogorszyć? Zszywać go tu w lesie nie będzie, zreszta rana nie wydawała się na tyle głęboka, aby potrzebował szwów. – Max, weź mi podaj tamten plecak – zwróciła się do przyjaciółki, a sama podwinęła spodnie Adama na tyle, aby odsłonić ranę i chwyciła za butelkę wódki, wylewajac trochę na rozdarta skórę, aby ja zdezynfekować, jako, że nie mieli pod ręka nic lepszego. W plecaku miała akurat mini apteczkę (przezorny zawsze ubezpieczony), w której znajdowała się gaza i bandaż. Pracujac w służbie zdrowie nauczyła się nosić przy sobie takie rzeczy, nigdy nie wiadomo kiedy będzie musiała ich użyć. Przyłożyła gazę do rany i prowizorycznie owinęła bandażem. – Powinno się trzymać – stwierdziła, patrzac na swoje dzieło i aż sama wzięła łyka wódki.
Chestera i Andrew tyle ominęło! A właśnie, gdzie oni byli? Czy sikanie zajmowało im tak wiele czasu? Nie dość, że Adam porzadnie skaleczył się w nogę, to jeszcze tamci najwidoczniej zgubili się w lesie, no pięknie!
_________________

    THEY SAY THAT THINGS JUST CANNOT GROW BENEATH THE
    WINTER SNOW, OR SO I HAVE BEEN TOLD. THEY SAY WERE BURIED
    FAR, JUST LIKE A DISTANT STAR I SIMPLY CANNOT HOLD.
[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2017-12-20, 17:58   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Ostatecznie nikt się nie zgubił, Chester i Andrew tylko na chwilę stracili orientację w terenie. W momencie, gdy usłyszeli szelest krzaków, zza których wyłonił się niegroźny szop pracz, prędko odnaleźli drogę do reszty ekipy, wcale a wcale nie wydzierajac się wniebogłosy. Oczywiście przyjaciołom powiedzieli, że natknęli się na jakiegoś dzika czy inne bardzo groźne zwierzę, aby nie wydało się, iż przypadkowo pomylili sobie małe zwierzatko z postacia z horroru, która niby czaiła się na nich w mroku. Zapewne wszyscy spojrzeli na nich z powatpiewaniem, nie dowierzajac, że akurat w tym lesie mogłoby się znajdować jakiekolwiek niebezpieczeństwo, ale Chester i Andrew byli zdeterminowani, żeby nigdy nie pozwolić nikomu poznać prawdy. Gdyby ktokolwiek się dowiedział, ich duma przepadłaby z kretesem.
Adam wyszedł z wypadku bez większego uszczerbku na zdrowiu, głównie dzięki szybkiej reakcji Astrid. Co prawda pamiatka po niesamowitym wyczynie na drzewie zapewne miała stać się niemała blizna, przebiegajaca wzdłuż jego łydki, ale obeszło się bez większych szkód. Po kilku kolejnych łykach alkoholu Deacon mógł dalej spędzać czas z przyjaciółmi bez żadnych nieprzyjemnych dolegliwości.
Koniec końców, po powrocie chłopaków i ogarnięciu Adama stwierdzili, że gra w prawdę czy wyzwanie jednak była bardziej niebezpieczna niż mogłoby się wydawać i porzucili ja na rzecz kalambur, które, oczywiście, zaproponował Chester. Astrid jeszcze upierała się co do podchodów, ale po akcji z szopem Aldridge wolał siedzieć na tyłku i nie zapuszczać się w nieznany teren. Chciał jeszcze trochę pożyć.
Żadne z nich nie żałowało sobie alkoholu, więc pod koniec imprezy zapewne ledwo kontaktowali, a ich kac kolejnego dnia osiagał kolosalne rozmiary. Tamtego wieczoru jednak wcale ich to nie obchodziło, więc opróżnili cały asortyment, który ze soba przywieźli. Nie zabrakło też oczywiście pieczonych kiełbasek, które udało im się przyrzadzić tylko dzięki wspaniałomyślności Adama oraz jego wystruganym patykom.
Gra o namiot, której wszyscy tak bardzo się obawiali, w rzeczywistości przebiegła bez żadnej wojny. Malcolm, który odpłynał już w połowie, został na zewnatrz, spędzajac tę noc pod gołym niebem, troskliwie nakryty swetrem Astrid, bluza Max i cienka kurtka Chestera, którzy nie chcieli ryzykować zdrowia swojego przyjaciela. Prawdę mówiac, Aldridge trochę obawiał się tego, że szop z krzaków mógłby zaatakować go w środku nocy i w ten sposób pozbawić życia, ale był na tyle pijany, że wszystkie myśli wylatywały z jego głowy tak szybko, jak do niej wpadały. Tak czy siak, chociaż namiot w teorii był w stanie pomieścić tylko cztery osoby, ostatecznie cała piatka wepchnęła się do środka. Co prawda Andrew, który odpłynał jako drugi, został ulokowany w nogach pozostałych, lecz nikt nie narzekał. Chester, Max, Adam i Astrid, ściśnięci niczym sardynki w puszce, przespali się kilka godzin zanim obudziła ich nieznośna suchość w gardle oraz ból głowy. Co zabawne - chociaż każde z nich przywiozło ze soba jakiś alkohol, tylko Max oraz Andrew pomyśleli o tym, aby wziać ze soba po butelce wody, która miała przydać im się kolejnego poranka, więc następny dzień wydawał się istna męczarnia.
Jedno było pewne. Wycieczka do lasu na pewno nie miała szybko opuścić ich pamięci.

/zt x6
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Yevtsye Reyes









29

wizażystka

chyba lubi Caden

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam













Wysłany: 2018-02-07, 22:41   
  

  
Yevtsye Rebeca Reyes

  
so what if i'm crazy? the best people are!


Nie lubiła, gdy inni ludzie byli nieszczęśliwi. A już kompletnie nie lubiła, gdy nieszczęście dotykało osób, które były szczególnie bliskie jej sercu, bo ich złe samopoczucie przekładało się na jej złe samopoczucie, a kiedy Yevtsye się smuciła to smucił się cały świat. Serio, tak było. W każdym razie Reyes bardzo nie lubiła, gdy ktokolwiek z ważnych dla niej osób źle się czuł, więc jak tylko dostrzegła, że przygaszony nastrój Percy'ego nie mijał, postanowiła wyciagnać go na super hiper ważna ekspedycję do lasu. Przed wyjściem oczywiście poszperała trochę w swoich ksiażkach i przejrzała inne źródła, dzięki którym zorientowała się w tym, czego w ogóle zamierzała szukać, a potem wybrała sobie najcieplejszy outficik, jaki tylko mogła, co by uniknać przeziębienia. Yev była na swój sposób madra i wiedziała, że choróbsko to jedna z najgorszych rzeczy na świecie, więc ubrała rajstopki pod spodnie i dodatkowa parę grubych skarpet, aby nie zmarzły jej palce u stóp. Zima była fajna, zwłaszcza jak już spadło trochę śniegu, bo można było zjeżdżać na sankach i robić aniołki, co niesamowicie ja cieszyło, ale równocześnie uciażliwa, ponieważ mimo wszystko trzeba było ubierać się na cebulkę i uważać na oblodzone chodniki. Szczerze mówiac, Yevtsye już nie mogła doczekać się wiosny, która zdecydowanie była jej ulubiona pora roku, i która napawała ja ogromna radościa. Ba, miała niemalże stuprocentowa pewność, że wiosna łatwiej byłoby jej znaleźć to, po co zamierzała wybrać się do lasu, aby wreszcie wywołać na twarzy Percy'ego prawdziwy uśmiech, ale niestety do upragnionej pory roku jeszcze trochę brakowało. Trochę dużo właściwie, bo czterdzieści dwa dni. A Yev nie zamierzała odwlekać swojej wyprawy o czterdzieści dwa dni, więc po zebraniu wszystkich potrzebnych wskazówek, wsiadła w najbliższy autobus do Southend, oczywiście w towarzystwie Percy'ego, który był jedynym powodem, dla którego Reyes zamierzała przeszukać wzdłuż i wszerz cały las.
- Ciepło ci w moich bucikach? - zapytała, kiedy już znajdowali się na miejscu, patrzac na Aldridge'a z szerokim, rozczulonym uśmiechem. Różowe, rozlazłe emu prezentowały się na nim o niebo lepiej niż na niej! Gdyby Yevtsye tylko wiedziała o tym wcześniej, już dawno oddałaby mu tę parę. - Mam nadzieję, że tak, bo czeka nas dłuuuuga wyprawa. Cieszysz się? Musimy znaleźć parę roślin... wzięłam herbatkę jakby co, nie zmarzniemy! - to mówiac, podsunęła pod nos Percy'ego różowy termos, druga dłonia szperajac po kieszeniach kurtki w poszukiwaniu telefonu. Miała na nim zapisane wszystkie nazwy tego, co potrzebowali. Ba, nawet ściagnęła kilka zdjęć, żeby się nie pomylili. Znalezienie prawidłowych roślin było ważne, jeśli chcieli sporzadzić maść, która byłaby w stanie uratować rękę Perseusza.
_________________
yevtsye reyes
NOT EVERYONE WILL HAVE THE HEART YOU HAVE. △ not everyone will appreciate you and what you do for them. sometimes it won't be easy having a kind heart in a cruel world. BE PREPARED. ©endlesslove
[Profil]
 
 
Percy Aldridge


Wysłany: 2018-02-11, 00:45   

Zazwyczaj tryskajacy pozytywna energia Percy faktycznie był od pewnego czasu przygaszony, ze względu na stan swojej ręki, która wciaż nie była w pełni sprawna. Cyrk do którego należał zapewnił mu opiekę lekarska, aby już w najbliższym tournée móc ponownie wystapić na cyrkowej arenie, ale ten cały czas powtarzał mu, że wymaga to czasu. I zdawał sobie sprawę, że minie go jeszcze sporo, zanim uda mu się przywrócić swoja rękę do stanu sprzed wypadku, ale nie należał do cierpliwych osób, dlatego uparcie szukał nowych rozwiazań, które mogłyby pomóc mu w przyśpieszeniu tego procesu. Angażowali się w to także jego najbliżsi, za co był im wdzięczny. Matka skontaktowała się z jakimś handlarzem, który miał w swojej ofercie kadzidła o uzdrawiajacych właściwościach, które wedle instrukcji należało zapalić przed pójściem spać, aby w ciagu nocy wdychać wydzielane przez nie lecznice substancje. Perseus nie wiedział w ilu procentach było to prawdziwe i czy w ogóle było, doszedł jednak do wniosku, że spróbować nie zaszkodzi. Dlatego gdy Yevtsye zaproponowała, że przygotuja maść z naturalnych składników, których uprzednio również sami poszukaja, Percy nie mógł być bardziej szczęśliwy. Czy maść zadziała? Tego nie wiedział, ale przynajmniej spróbuje jakoś sobie pomóc, zamiast bezczynnie siedzac w domu.
Zima być może nie była najlepsza pora na szukanie w lesie roślin, ale według notatek Yev te, których potrzebowali występowały także o tej porze roku, dlatego byli dobrej myśli. Nawet jeśli nie uda im się nic znaleźć, spacer po lesie także dobrze im zrobi.
- Tak, sa cieplutkie. W dodatku nie czuje, jakbym w ogóle miał na sobie buty! – zachwycił się spogladajac na podniszczone, różowe buty typu emu, które podarowała mu Yev wiedzac, że Percy nie lubił chodzić w jakichkolwiek butach, jednak w zimie nie było innej opcji, nie chcac odmrozić sobie stóp. Próbowała też dać mu nowa parę, ale okazało się, że ta rozchodzona była dla Percy’ego znacznie wygodniejsza.
- Czego dokładnie szukamy? – zapytał, liczac na jakieś zdjęcie, aby szukać przedstawionej na nim rośliny, bo słyszac jej nazwę zapewne i tak niewiele zdziała. Reyes zdawała się być jednak odpowiednio przygotowana na wyprawę. – Pozwól, że ja ulepszę – powiedział, otwierajac termos z herbatka i wlewajac do niej trochę bimbru ze starej piersiówki ojca, która pożyczył sobie na tę wyprawę. Teraz herbata będzie grzała ich jeszcze bardziej!
_________________

    ROUND AND ROUND LIKE A HORSE ON A CAROUSEL WE GO, WILL
    I CATCH UP TO LOVE? I CAN NEVER TELL. COME TAKE MY HAND AND
    RUN THROUGH PLAYLAND SO HIGH, TOO HIGH AT THE CARNIVAL.
[Profil]
 
 
Yevtsye Reyes









29

wizażystka

chyba lubi Caden

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam













Wysłany: 2018-02-12, 00:05   
  

  
Yevtsye Rebeca Reyes

  
so what if i'm crazy? the best people are!


Uśmiechnęła się szeroko, słyszac jego pochlebna opinię na temat butów, które swego czasu należały do jej ulubionych. Tak się składało, że temat stóp Percy'ego przysparzał Yevtsye wiele zmartwień, nie tyle nawet z powodu samego ich kształtu, który w wielu ludziach budził przerażenie albo chociażby zdziwienie, lecz poprzez niebezpieczeństwo, na jakie Aldridge narażał samego siebie, wybierajac bosy tryb życia. Reyes niejednokrotnie bała się, że pewnego dnia Percy wejdzie w jakiś ogromny odłamek szkła, którego wcześniej nie zauważy, i porani sobie nogi, a to byłoby okropne dla jego cyrkowej kariery o wiele bardziej aniżeli powikłania po złamaniu ręki. Ona sama czuła wobec chodzenia na boso ogromny strach, prawdopodobnie przez to, że kiedy miała siedem lat, weszła w kawałek rozbitej szklanki, który wbił jej się w piętę i spowodował ogromny krwotok. Była prawie pewna, że mogłaby zliczyć na palcach od jednej ręki okazje, podczas których po tamtej akcji zdobywała się na odwagę i ściagała skarpetki. Także pod względem stosunku do swoich stóp Yevtsye bardzo, bardzo podziwiała Percy'ego. No i trochę się o niego bała, bo, jak już zostało napisane, taka odważna postawa ciagnęła za soba duże ryzyko! Na szczęście na okres zimowy Perseus zaprzyjaźnił się z jej mięciutkimi butami i Yev mogła spać spokojnie. Przynajmniej tyle.
Zachichotała, gdy Percy dodał do herbatki trochę jakiegoś alkoholu.
- Mam nadzieję, że to twój bimber? - zapytała, zagladajac mu przez ramię, aby powachać trochę ulepszacza zastosowanego przez Aldridge'a. - Ostatnio tylko on pasuje mi do herbatki - dodała po chwili z nadzieja, że przynajmniej ta jedna rzecz poprawi Percy'emu humor. Mówiła prawdę, choć znajac swoja słaba głowę, nigdy specjalnie nie szalała z dodawaniem alkoholu do herbaty.
- Szukamy... czegoś, co nazywa się wrzosiec krwisty - poinformowała tonem, który zdradzał brak jakiegokolwiek obeznania w temacie. No cóż, jakby nie patrzeć to Yevtsye po raz pierwszy w życiu miała okazję robić jakakolwiek maść. - Tak to wyglada - powiedziała, podsuwajac pod nos Percy'ego telefon z odpowiednia fotografia. - Nie rozumiem dlaczego się tak nazywa, na tym zdjęciu wcale nie wyglada krwiście. - Na świecie wystarczajaco dużo rzeczy było skomplikowanych, Yev nie widziała powodu, dla którego botanicy jeszcze bardziej musieli to wszystko utrudniać. - No i poza tym potrzebujemy trochę ciemiernika białego. Te dwa sa najważniejsze, resztę dostaniemy w sklepie zielarskim. - Pokiwała głowa, co by dodać swoim słowom autentyczności, a potem wzięła Percy'ego pod rękę i skierowała się wgłab lasu. Wyprawę czas zaczać!
_________________
yevtsye reyes
NOT EVERYONE WILL HAVE THE HEART YOU HAVE. △ not everyone will appreciate you and what you do for them. sometimes it won't be easy having a kind heart in a cruel world. BE PREPARED. ©endlesslove
[Profil]
 
 
Percy Aldridge


Wysłany: 2018-02-17, 00:26   

Musiał przyznać, że w sezonie zimowym, a szczególnie, gdy ziemia pokryta była śniegiem, nawet jego stopy przyzwyczajone do ciagłego chodzenia boso marzły i zmuszony był ubierać buty. A ciężko było znaleźć takie, w których nie czułby się nie swojo, dlatego niespecjalnie przepadał za zimowymi spacerami. Dla większości ludzi zakładanie butów przed wyjściem było najbardziej oczywista czynnościa, a on krzywił się, będac zmuszonym do założenia ich na swoje stopy. Butki Yevtsye naprawdę były dla niego wybawieniem i czuł, że posłuża mu jeszcze przez wiele kolejnych zim. Gdyby nie one, męczyłby się teraz niemiłosiernie idac po pokrytym w niektórych miejscach śnieżkiem lesie.
I nie przeszkadzał mu ich kolor, Aldridge nie zwracał uwagi na takie szczegóły. Wiedział jak bardzo Reyes uwielbia różowy kolor i chyba nigdy nie widział jej bez czegokolwiek właśnie w tym kolorze, choćby nawet tak niewielkiej rzeczy, jak różowy breloczek z pomponem przyczepiony do jej torebki. Perseus uważał to za całkiem urocze.
- Nie dałbym ci żadnego innego – stwierdził, biorac łyka herbatki z dodatkiem bimbru własnej roboty, która od razu przyjemnie zapiekła do w gardle. Różowiutki termos Yev trzymał odpowiednia temperaturę, bo pomimo, że od jakiegoś czasu szli już w zimnie, napój wciaż był cieplutki. Nie powinni upić się jego mieszanka z bimbrem, bo nie wlewał go dużo, a jedynie na smak, aby herbata jeszcze bardziej ich rozgrzewała. Percy uśmiechnał się, słyszac, że dziewczyna aprobuje jego wyrób, który wciaż starał się udoskonalać.
- Wydaje się jakiś taki różowawy – powiedział, spogladajac na obrazek przedstawiajacy roślinę, jakiej szukali. Krew nie była różowa, dlatego nie miał pojęcia dlaczego wrzosiec otrzymał miano krwistego. Według niego znacznie ułatwiłoby to sprawę, gdyby został nazwany wrzoścem, ale różowym. Zdawał sobie sprawę, że krwisty brzmiało jednak bardziej chwytliwie. – Dobrze chociaż, że mamy to zdjęcie, bo gdyby nie ono nigdy nie pomyślałbym, że ta roślina wyglada akurat tak – stwierdził, ubierajac rękawiczki, które pani Aldridge wydziergała mu, gdy to właśnie dzierganie stało się jej tymczasowym hobby. Teraz wszystkie niezbędne do tego materiały leżały zapomniane w którejś szufladzie i czekały, aż kobieta przypomni sobie o nich i powróci do tego zajęcia. Rozgladał się po lesie w poszukiwaniu czegokolwiek, co wystawało ponad pokrywę śniegu, jednak jak na razie wszędzie było biało no i w niektórych miejscach, gdzie śnieg zdażył stopnieć, zielonkawo od trawy, która zdołała się pod nim utrzymać. – Chyba coś znalazłem! – oznajmił, widzac pod którymś drzewem coś różowego. Gdy jednak podniósł swoje znalezisko okazało się jednak, że to tylko zgubiona przez kogoś rękawiczka, pokryta warstwa ziemi i igliwiem, które spadało z drzew.
_________________

    ROUND AND ROUND LIKE A HORSE ON A CAROUSEL WE GO, WILL
    I CATCH UP TO LOVE? I CAN NEVER TELL. COME TAKE MY HAND AND
    RUN THROUGH PLAYLAND SO HIGH, TOO HIGH AT THE CARNIVAL.
[Profil]
 
 
Yevtsye Reyes









29

wizażystka

chyba lubi Caden

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam













Wysłany: 2018-02-20, 22:46   
  

  
Yevtsye Rebeca Reyes

  
so what if i'm crazy? the best people are!


Uśmiechnęła się szeroko i podskoczyła, aby obdarować Percy'ego całusem, który w zamierzeniu miał dosięgnać policzka, ale ostatecznie wyladował na jego brodzie. Zachichotała radośnie, po czym upiła łyka ciepłej herbatki z dodatkiem bimbru, która przyjemnie rozgrzała jej brzuszek.
- Mniam! - Nigdy nie piła żadnego innego bimbru, ale dałaby sobie rękę uciać, że ten wyrabiany przez Perseusza był najlepszy.
Przytaknęła Percy'emu, marszczac zabawnie nosek. Jej również ten kwiatek w ogóle nie wygladał na krwisty, no ale trudno, nie zamierzała przecież sprzeczać się z naukowcami, którzy nazwali to tak, a nie inaczej.
- Śmieszne sa te roślinki - skomentowała tylko i uśmiechnęła się do Percy'ego zanim przystapiła do rozgladania się po lesie w poszukiwaniu tego, czego potrzebowali. Och, gdyby tylko była z nimi Fiji! Ona na pewno wiedziałaby gdzie szukać konkretnych roślin, w końcu świetnie się na tym znała. No i była madra, ale to już swoja droga. Ciekawe co tam u niej słychać? Yev zdecydowanie musiała odwiedzić ja w najbliższym czasie, chociażby aby pochwalić się swoja własnoręcznie robiona maścia. Może Zivai znała jakieś składniki, które ulepszyłyby tę formułę?
Przez chwilę rozgladała się po lesie, podnoszac każdy krzaczek i obchodzac wszystkie kolejne drzewa, lecz wtem usłyszała wołanie Aldridge'a. Z radościa ruszyła w kierunku, który obrał Perseus, podekscytowana tak szybkim osiagnięciem sukcesu. No czyż nie byli wspaniałym duetem? Yevtsye podskoczyła wesoło nim znalazła się obok Aldridge'a i zmarszczyła brwi w zamyśleniu, przygladajac się jego odkryciu.
- Och... to rękawiczka - zauważyła inteligentnie, patrzac na znalezisko Percy'ego tak, jakby oczekiwała, iż zaraz wyskoczy z niego coś podejrzanego. W przeciagu kilku sekund nic takiego jednak się nie stało, więc Yev zbliżyła się do rękawiczki i pokiwała głowa z mina eksperta. - To nie to, czego szukamy, ale całkiem nieźle, jak na poczatek. - W końcu poszukiwany przez nich wrzosiec był niemalże w identycznym kolorze, prawda?
Nieoczekiwanie Yevtsye poczuła powiew chłodnego, zimowego wiatru na policzkach, więc naciagnęła kolorowy szalik aż po sam nos, aby przypadkiem nie zmarznać. O tej porze roku choróbska dopadały ludzi dwa razy częściej, nie zamierzała ryzykować.
- Percy? - szepnęła nagle, naprawdę wstrzaśnięta. Przez moment milczała, zbierajac w sobie odwagę i siły, w końcu jednak otworzyła usta, aby zadać bardzo poważne pytanie: - A co, jeśli ktoś tutaj zginał? - Podświadomie przysunęła się bliżej chłopaka, jak gdyby zaraz coś miało wyskoczyć zza krzaków i podstępnie ich zaatakować. - Bo wiesz... ta rękawiczka. Może to jakiś znak? Wiesz, czytałam kiedyś artykuły naukowe o tym, że w lasach w Essex można spotkać dużo wilkołaków - powiedziała konspiracyjnym tonem, po czym pociagnęła Perseusza za rękaw kurtki. Z ich dwójki to on był madrzejszy, musiał zabrać w tej sprawie głos!
_________________
yevtsye reyes
NOT EVERYONE WILL HAVE THE HEART YOU HAVE. △ not everyone will appreciate you and what you do for them. sometimes it won't be easy having a kind heart in a cruel world. BE PREPARED. ©endlesslove
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 7