Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica #1
Autor Wiadomość
Lex Peyton


Wysłany: 2017-09-13, 10:06   

Lex może i nie był aż tak spostrzegawczy jak kobiety, a na pewno nie miał ich szóstego czy któregoś tam zmysłu, ale ślepy też nie był. Chciał kilka razy pogadać z Anthonym o tym co go dręczy jednak za każdym razem powstrzymywało go to, że nie chciał być wzięty za wścibskiego osobnika. Oczywiście często obserwował Farrara ale nigdy nie robił tego nachalnie lub wówczas gdy jego protegowany spotykał się z dziewczynami. Oczywiście zauważał, że Antoś ma dość sporo samotnych zadań i wiedział, że każdy z nich przez to przechodził, nawet Lex, choć jemu po czterdziestu pierwszych samotnych akcjach dali spokój, gdyż tylko jego mentor był w stanie powstrzymać ognisty charakter chłopaka i można było powiedzieć, że był w stanie przypilnować go by wykonał zadanie czysto i tak jak należy. Peyton nie trzymał Propheta, aż tak krótko, ale zaczynał zauważać, że szefowa ich mafii nie zamierza odejść od swojej procedury nawet wobec kogoś, kto nigdy nie zawiódł. Jednak Deviant wiedział, że wreszcie samotnicze misje dla Farrara się skończa i po nich szefowa będzie, miał taka nadzieję, uznawała jego i Antosia za prawowitych partnerów. Lecz teraz po każdej misji, która jego podopieczny wykonywał samotnie Lex był wołany na dywanik i przedstawiane mu były raporty z tego jak się spisał jego protegowany.
Już sama ta sytuacja z SMSem utwierdziła Devianta, w tym, że tym razem chodzi o coś więcej niż tylko sprawdzenie Farrara. Treść wiadomości nie dawała mu spokoju, a obserwacja zarówno miejsca jak i stojacej parę metrów od nich grupki podsuwało mu różne scenariusze. Analizowanie przerwał mu głos Anthony'ego. Brazowooki spojrzał na swojego podopiecznego i przyjaciela.
- Wiesz nasza szefowa czasem zapomina gdzie kogo wysyła i już parę razy zdarzyły jej się takie wpadki. Więc mnie to już nie dziwi. Tym nie mniej jeszcze nie przestało mnie to śmieszyć. - powiedział tak by tylko Farrar to słyszał. Nie przejmował się co też typy z drugiej grupki „kaczek” usłysza bo wiedział, że każde wypowiedzenie złego zdania przez nich przy szefowej skończy się natychmiastowa egzekucja. No ale na razie nie mógł o tym myśleć, bo głowę zawracało mu coś innego. Tym czymś było wyszkolenie dupków z tej drugiej grupki.
- Bracie przecież doskonale wiesz, że jeśli coś mi się nie podoba, to mówię o tym prosto z mostu i się nie certolę. Poza tym patrzac na to jak się zachowuja nasi „koledzy kaczki”, aż się prosza o to by ktoś strzelił im w łeb. Może wówczas się naucza. - powiedział do niebieskookiego zabójcy i po chwili zwrócił swoje oczy na innych cyngli. Dalej w zachowaniu jednego z nich coś mu nie pasowało. Był zbyt nerwowy, a jego ruchy świadczyły o tym, że się ewidentnie denerwuje. Dyskretnie zwrócił na to uwagę Antosia, a sam zwrócił się do nich z mała rada, choć wiedział doskonale, że pewny siebie, lekko nerwowy dupek zaraz go zjedzie.
- Posłuchajcie mnie „kaczki” rozejdźcie się trochę i stańcie tak by jeden drugiego mógł osłaniać. W ten sposób na pewno uda się wam przetrwać. A jeśli zacznie się piekło to najlepiej dla was będzie przyklejenie się do ziemi i nie przeszkadzanie nam wykonywać swojej roboty, bo watpię byście nawet umieli strzelać, tudzież trzymać innej broni niż pistolet zabawka na wodę. - stwierdził. Oczywiście kpił sobie z nich jednak tym wywodem dał im niezła lekcję fachu, jaki sam wykonywał od dłuższego czasu. Wiedział, że raczej mówi do słupów, bo po słowach, które wypowiedział by pomóc „kaczkowatym bęcwałom” żaden się nie ruszył. No cóż stójcie sobie tak dalej. Łatwiej będzie was się pozbyć w razie by co. pomyślał i znów rzucił okiem na okolicę. Peyton nie musiał obracać głowy by przeprowadzać takie krótkie rekonesanse. On po prostu wiedział, że najważniejsze będa szczegóły wjazdu ciężarówki. A na razie mógł się tylko upewniać czy żaden dureń nie zamierza do nich podejść.
- Ty chuju zajebany. Jak śmiesz obrażać mój zespół. Ja ich szkoliłem sieroto zafajdana. To przez ciebie zginał jeden z najlepszych zabójców jakich posiadaliśmy w naszej zacnej organizacji. Mam nadzieję, że ta misja będzie twoim końcem złamasie. - wrzasnał krewki „kaczor” na co Peyton zareagował tylko silniejszym spięciem mięśni i mocniejszym zaciśnięciem szczęk. Nie ruszył na gościa, bo gdyby się przy nim znalazł pewny siebie dupek zbierałby szczękę z ulicy. Jednocześnie kolejnym gestem powstrzymał Anthony'ego. Wiedział, że Farrar nie lubi gdy ktoś wyrażał się o nim w takich słowach jednak teraz zadanie było ważniejsze. Poza tym wiedział, że jeśli oni zaatakuja pierwsi będa musieli się ostro tłumaczyć, a na to Lex nie miał najmniejszej ochoty. Kolejny dźwięk nie pasujacy do tej okolicy spowodował, że Peyton na chwilkę się wyłaczył. Szybkim ruchem zmienił swoja Berettę na karabin snajperski i zaczał przez dłuższa chwilę obserwować dachy. Jednak choć słyszał jakieś niepokojace odgłosy niczego nie zauważył nawet przez lunetę jaka miał zamontowana na karabinie. Oczywiście słuchał też tego co mówił Anthony jednak najpierw musiał się upewnić, że sa bezpieczni a dopiero później odpowiadać. Kolejna zasada jaka wpoił mu ten, który go szkolił.
- Cieszę się, że już nie uważasz tej misji jako kary czy czegoś innego, bo uwierz mi raczej nie jest ona niczym takim. Natomiast co się zaś tyczy przyjebania komuś to powiem ci szczerze, że sam nie wiem ile wytrzymam, bo szczerze powiedziawszy mam dość jednego z tamtych „kaczek” i z chęcia przestawiłbym mu nie tylko szczękę ale i połamał kończyny, by gościu wreszcie nauczył się, że mojej obecności z w mafii się nie kwestionuje. - powiedział na tyle głośno by nie tylko Farrar, ale i cała reszta tałatajstwa to słyszała. Deviant miał podobne zdanie o ludziach, z którymi przyszło im pracować. Nie dość, że byli strasznie bojaźliwi i podatni na sugestie innych, to jeszcze z tego co wiedział od swojego protegowanego, który miał z nim częstszy kontakt bali się własnego cienia. No ale czego miałby się spodziewać po osobach, które szkolił ten buc, którego Lex miał pomału serdecznie dosyć. Miał nawet zamiar porozmawiać z szefowa mafii o tym, by nie tylko odebrać temu bucowi szkolenie ludzi, ale również by go zdegradować za durne odzywki do starszych członków ich organizacji. W końcu te dwie sprawy były dość ważne nie tylko dla Peytona ale i dla całej ich mafijnej społeczności.
- Wiem, że nie muszę ci o tym przypominać. Mówiłem bardziej do „kaczek” niż do ciebie. W końcu twojej wiedzy jak i wyszkolenia jestem stuprocentowo pewny. Bo wiem, że jak na razie bijesz większość moich rekordów na torach przeszkód w naszym „ośrodku szkoleniowym”. - dodał uspokajajaco patrzac na Anthony'ego. W końcu słowa, o których była mowa wypowiedział na tyle głośno by wszyscy, „kaczki” też, je usłyszeli. Nawet widział, że dowódca boi dudków również przysłuchuje się im z uwaga. Dla Peytona było to już coś choć nie wierzył, ze ktoś z „drużyny kaczek” wyjdzie cało z tej akcji. Kolejnych słów swojego protegowanego nie komentował gdyż doskonale wiedział, że nie ma to sensu. Przecież dokładnie jeden jak i drugi wiedzieli, że transportowcy uwielbiaja się spóźniać i zawsze mówia, że właśnie o takim czasie mieli być. No ale ten transport już sam w sobie wydawał mu się dziwny. Nie dość, że ciężarówka podjechała do nich tyłem, to jeszcze miała zasłonięta ładownię co już samo w sobie było dziwne. Lex zaczynał mieć coraz gorsze przeczucia. Nie wiedział czemu ale też ruszył za Antosiem i uważnie obserwował samochód. Nagle z paki padły strzały, a „dowódca kaczek” odwrócił się do nich i zaczał mierzyć do Farrara. Lex ruszył natychmiast. Nie zamierzał pozwolić by jego podopiecznemu stała się krzywda.
- Stary uważaj. To pułapka. - krzyknał i odepchnał go z linii strzału. Sam również prawie zdażył odskoczyć jednak po chwili poczuł piekacy ból i zobaczył, że z jego palców na bruk kapie krew. Spojrzał na swój lewy bark i wściekł się niemiłosiernie. Wyszarpnał Berrettę 9 MM z kabury i zaczał mierzyć do policjantów kładac jednego po drugim. Nie miał zamiaru zostawiać żadnych świadków, którzy mogli donieść o tym transporcie. Oczywiście cały czas miał na oku dowódcę kaczek i paroma precyzyjnymi strzałami trzymał go na dystans. Nie zamierzał dopuścić go do tego by zaczał strzelać lecz robił wszystko by wyszedł z tego cało by mógł postawić go przed obliczem szefowej mafii. Jednak wytrzymałość to jedno, a ból to drugie. Już przy samym końcu strzelaniny, a przynajmniej tak się Peytonowi wydawało, Lex zaczał tracić siły. Miał tylko nadzieję, że nie fiknie tutaj z powodu zbyt wielkiej utraty krwi.
[Profil]
   
 
Anthony Farrar









28

Tatuażysta / Morderca

Alicja... forever.

Downtown Brentwood

mów mi: Bianka/White Rabbit

multikonta: Andrea Rossi

Wysłany: 2017-09-13, 10:31   
  

  
Anthony Farrar

  
No I can't change. I choose my fate...


Chyba to musiałby być jakiś ślepiec, żeby nie dostrzec, że coś Andysia trapi, bo już przecież nawet ten kretyn, co go tak zaczał wkurwiać, zauważył, że coś jest bardzo nie tak, ale wiadomo, jemu by w życiu nic nie wyjawił. Nie ma takiej opcji nawet! Prędzej anioł wyfrunałby mu z tyłka, niżeli by mu wyznał jakikolwiek sekret. Jak on nawet miał problem z przyznaniem się do swoich rozterek sercowych najlepszemu kumplowi, to co dopiero komuś przypadkowemu... No, ale może w końcu Lex zostanie o tym uświadomiony, bo przecież wiecznie tego kisić w sobie nie będzie to raz, a dwa prędzej, czy później Peyton sam wyjdzie z inicjatywy i zahaczy o ten temat, a wtedy dupa, bo on nie potrafi kłamać... Zawsze wali prosto z mostu i jest z innymi szczery, często aż do bólu, więc w takim wypadku nie będzie miał już wyjścia, bo nie będzie potrafił przed nim udawać, że to nic takiego... Taka kuźwa robota! Lecz to z pewnościa nie stanie się w tym dniu, ani teraz, bo to było kiepskie miejsce na takie wyznania... Jak już wolałby to z siebie wydusić w miejscu odosobnionym od innych ludzi, gdzie zostanie sam na sam z przyjacielem i wtedy to mu nieco ułatwi sprawę, choć wciaż będzie to dla niego trudne. Nie da się ukryć, że bał się jak na to zareaguje... I tu nie chodzi o taki typowy strach, bardziej lęk przed tym, iż Deviant złapie się za głowę, spojrzy na niego jak na idiotę i koniec końców go wyśmieje. To było najgorsze z możliwych scenariuszy, co widział oczami wyobraźni i ani trochę mu się to nie podobało. Ale cóż, wolał się na tym nie skupiać, co ma być, to będzie i tyle! W tej chwili nie mógł się za bardzo rozpraszać, bo w końcu miał zadanie do wykonania. A już i tak był nieźle rozkojarzony przez te swoje przeklęte myśli, przez które co rusz zaczynał być taki trochę nieobecny. I nieważne, jak mocno się starał z tym walczyć, nijak mu to nie wychodziło. Niemniej jednak był na tyle uważny i czujny, by odpowiednio zareagować, gdyby przyszło co do czego, a więc nie można uznać tego za jakiejś wielkiej tragedii. Gorzej by było, jakby w ogóle się wyłaczył na wszystko i jeb, mógłby na tym poważnie ucierpieć i wyladować w szpitalu, a tak chociaż tyle dobrze, że istniała w nim wciaż podzielna uwaga chociażby w najmniejszym stopniu. I istotnie, ta cała sprawa, która otrzymali była od samego poczatku jakaś podejrzana i dziwna... Ale zarazem interesujaca, bo przynajmniej coś więcej się działo i zapewne to była tylko cisza przed burza i po raz pierwszy Farrar odczuje na własnej skórze, co to prawdziwa akcja, a takowych jak dotad nie było mu dane zasmakować. Wyczuwał to wręcz w kościach! Tak czy inaczej w przeciwieństwie do swojego mistrza, był jakiś niepokojaco spokojny i niespecjalnie był tym wszystkim poruszony. Ale jak to Anthony, nigdy z góry nie zakładał źle, bo wolał trzymać się pozytywnych myśli, a nie tych negatywnych.
- Szczerze? Mnie to już NIC nie zdziwi. - odparł tylko, wzruszajac obojętnie ramionami, dajac większy nacisk na słowo „nic”. Tego nie wypowiedział zbyt cicho, bo miał wyjebane na to, co tamci sobie pomyśla, nie bał się ich, bo niby co moga mu takie obiboki i ofiary losu zrobić? Poza tym nie było to nic konkretnego. Dlatego też nie wahał się podczas mówienia i robił to ze stoickim spokojem... No przynajmniej do czasu, gdy tamci nie zaczęli jechać po Peytonie, bo to już go nieźle wkurwiało. Gdyby to od niego zależało, już dawno ten najbardziej „wyszczekany” zostałby przez niego ukatrupiony. I to najlepiej tak, by jego śmierć nie była szybka i bezbolesna, a wręcz przeciwnie, długa i okrutna, a na dokładkę jakby był torturowany i odczuwał każda z tych tortur najdosadniej, jak się tylko da. Och, jakże taka wizja go podniecała... Ale cóż, ku jego niezadowoleniu nie mógł z tym fantem zupełnie nic zrobić i to go tylko bardziej rozjuszało.
- No tak, ale ja mam dokładnie to samo... Zreszta znasz mnie i powinieneś coś o tym wiedzieć. Daj spokój, ledwo się powstrzymuję przed popełnieniem na nich mordu... - westchnał ciężko pod nosem, kręcac z politowaniem głowa. I tutaj także nie krępował się otwarcie przyznawać do tego, co o nich wszystkich myśli, niech wiedza jak bardzo nimi gardzi, że dla niego sa po prostu nikim, żałosnymi gnidami, które powinny wachać kwiatki od spodu. A to, że ten konkretny gościu był podejrzany, to już Andy wiedział o tym od samiuśkiego poczatku. Za cholery mu się nie podobał i coś mu tutaj istotnie śmierdziało. Nie miał pojęcia, co dokładnie, ale zamierzał to czym prędzej rozgryźć.
- Radziłbym się go posłuchać, ale znajac życie zrobicie po swojemu... Bo oczywiście wiecie lepiej, skoro pozżeraliście wszelkie rozumy... - nie musiał nic szczególnego dodawać, bowiem Deviant idealnie to ujał w słowa, i taka była prawda. On tak samo watpił w to, że cokolwiek potrafili, tym bardziej strzelać. Ale też nie mógł powstrzymać się od jakiejś kaśliwej i sarkastycznej uwagi, bo nie byłby soba, gdyby tego nie zrobił. Wyczuwał, że odpowiedź z ich strony będzie jakże inteligentna… Wywrócił teatralnie oczyma, a Lex mógł zauważyć, jak jego partner jest mocno zażenowany i tego nie ukrywał. - Pomyłka - ta misja będzie WASZYM końcem do kurwy nędzy i odpierdol się od niego, bo jeszcze chwila i naprawdę poczujesz, co to prawdziwy ból! - sam nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo trafne było to stwierdzenie, które w zasadzie nieświadomie pod wpływem emocji skierował do tego pajaca, który znów ośmielił się obrażać jego kumpla. Tak, jakby przewidział, co się niebawem stanie... Mimo że przecież jasnowidzem nie jest. Antoś już miał powyżej dziurek od nosa tych pojebów, z każda sekunda jego furia stawała się coraz większa i jak tak dalej pójdzie, nie będzie się dłużej hamował i ich rozpierdoli. Oj niewiele do tego brakowało, wierz mi... Jednak ostatkami zdrowego rozsadku jakimś cudem nie pozwolił na to, by stracić nad soba kontrolę i zatracić się całkowicie w swoim niekończacym się gniewie... Wiedział doskonale, że gdyby się na nich rzucił, byłoby to lekkomyślne i bezcelowe, przynajmniej na razie. Musiał zacisnać zęby i jakoś to znieść, choć stawało się to coraz trudniejsze... Andy automatycznie już trzymał dłoń na swoim Desert Eaglu, który spoczywał w kieszeni jego eleganckiego garniaka, lecz wciaż nie wyciagał broni na zewnatrz, mimo iż miał na to szczera ochotę. Aczkolwiek był w gotowości i wystarczy jeden fałszywy ruch, tudzież bład i nie będzie litości... - No coś ty... Niby czemu miałbym? Byłoby jeszcze lepiej bez tych kretynów, a tak psuja cały efekt... Ja to bym nie tylko im coś połamał... Zasługuja zdecydowanie na coś znacznie gorszego i serio, ledwo już ich znoszę... - jęknał donośnym i zdegustowanym głosem, aby każdy go słyszał, czujac jak się w nim gotuje i lada chwila wybuchnie niczym wulkan i pomimo, że naprawdę chciał się uspokoić, nie dało się po prostu. Nie przy tych zjebach... - Chyba że tak, to mogłem źle odebrać... Wiesz, nerwy i te sprawy. Ciężko jest się przez te kaczki skupić... I dobrze, że nie watpisz w moje umiejętności. - mruknał niezbyt entuzjastycznie, no ale nie mógł mu się co dziwić i musiał mu wybaczyć jego stosunkowo oschły ton, pomimo iż czuł dumę, że dostał tyle pochlebnych komentarzy w swoim kierunku. Acz chyba Lex był już przyzwyczajony, że Prophet nigdy nie dziękował za komplementy... Taki był, cóż poradzisz. On i dziękowanie za cokolwiek? A gdzież tam! Mimo to nie ukrywał, że mu się milej na sercu zrobiło i kaciki jego ust wygięły się w nieznacznym uśmiechu, który jedynie Peyton mógł zauważyć. Był on stworzony tylko i wyłacznie dla niego, aby wiedział, że jego słowa nie sa mu obojętne i tym drobnym gestem to mu udowadniał na swój, specyficzny sposób.
I wtem wszystko zaczęło dziać się w tak szybkim tempie, że Andy nie od razu zarejestrował, co się w ogóle odbywało. Dlatego też poczuł chwilowa dezorientację na tyle, by nie móc jakkolwiek zareagować i dopiero w momencie, w którym Lex go obronił, udało mu się otrzasnać z tego przeklętego szoku, który go tak beznadziejnie dopadł... Wtedy był jakiś taki bezsilny i sam nie miał pojęcia, skad mu się to wzięło, bo z reguły działał od razu, gdy zaczynało się robić goraco... I tu już nawet nie chodziło o jego wieczne zamyślenie. To było coś innego... Tym samym wkurwił się już do imentu, że bardziej to się już chyba nie da. Kiedy został odepchnięty, przetoczył się do jakiejś bezpiecznej strefy, ukrył za jakimś murem i wyciagnawszy wreszcie pistolet, wymierzył stamtad do tego kretyna, który był głównym powodem tego całego zamieszania. No po prostu kurwa wiedział, że trzeba było się nim zajać! Ale nie ma co rozpaczać nad rozlanym mlekiem... Andy uważnie przygladał się poczynaniom każdego z osobna i widzac, że wszyscy praktycznie zostali zesłani na drugi świat, a Peyton lada chwila może dostać kulka w łeb, bez zastanowienia strzelił do tego imbecyla i za pierwszym razem oczywiście udało mu się go zdjać. W żaden sposób on sam na niczym nie ucierpiał, no może poza lekko poobijanym tyłkiem i bez siniaków się nie obejdzie, ale tak poza tym nic gorszego mu się nie stało. Ponadto wyratował przyjaciela z opresji, bo był w zasadzie w gorszym ustawieniu od niego... Pomógł mu tak, jak on jemu, więc byli kwita. Kiedy wszystko ucichło i było już bezpiecznie, dźwignał się na nogi i popędził do Devianta, chwytajac go od razu pod ramię, by przypadkiem nie osunał się na ziemię, a niestety do tego było bliżej niż dalej... - Wszystko w porzadku...? Cholera, dostałeś... Nie znam się na tym, ale spróbuję ci to chociaż trochę opatrzyć... - był poważnie przejęty jego stanem, a w jego głosie można było wyłapać nutkę troski. Postarał się zajać jego rana, ale bał się, że zaraz coś bardziej spieprzy, dlatego wszelkie ruchy wykonywał nie dość, że delikatnie, bo bardzo powoli. Może to było dość zaskakujace z jego strony, ale jak widać potrafił okazywać przejawy cieplejszych uczuć... Miał tylko nadzieję, że poradzi sobie z tym dostatecznie sporym dla niego wyzwaniem i potem już będzie z górki.
_________________

Anthony Farrar
I am the Devil's smile, I am broken,
The Wretched and Divine...
[Profil]
   
 
Lex Peyton


Wysłany: 2017-09-13, 20:59   

No cóż choć widać było jak na dłoni, że podopieczny Lexa ma jakieś problemy, to Peyton i tak nie zamierzał na razie tego roztrzasać. Oczywiście widział, że chodził jak struty i choć naprawdę chciał mu pomóc i wyciagnać od niego to co go dręczy to jak na razie nie miał w ogóle pomysłu na to w jaki sposób to zrobić. Jednak postanowił, że po akcji jakiś pretekst znajdzie. Jednak teraz Deviant sam na chwilę pograżył się we własnych wspomnieniach, które nie zawsze były miłe. Oczywiście nie tracił kontaktu z rzeczywistościa i dalej czujnie obserwował otoczenie jednak widzac, że nic się nie działo mógł na parę chwil odpłynać. Przypomniał sobie swoja pierwsza akcję ze swoim mentorem. Nie pamiętał może o co dokładnie wówczas chodziło ale pamiętał ten wewnętrzny głos, który mówił mu by niczego nie spieprzył. Leżeli wówczas obaj na jakimś dachu i obserwowali jakaś ciężarówkę. Czy były tam prochy czy też nie, nie było to ważne. Wówczas mieli zlikwidować jednego z ich dość groźnych konkurentów i to było najważniejsze. Lecz nie to chodziło Lexowi po głowie. On przypomniał sobie ich rozmowę podczas tej roboty. Wówczas czuł się jak żółtodziób nie pasujacy, ani do miejsca, ani do stroju, który miał na sobie, bo co jak co ale do broni zdażył się już przyzwyczaić. Cisza wtedy trwała jakiś czas, a młody Peyton był bardzo niespokojny i co było dla niego dziwne nie mógł przybrać spokojnej i wygodnej pozycji. Zmieniał ja co pięć minut tak samo jak i ułożenie karabinu. Po setnej już zmianie do akcji wszedł jego mentor i zamiast pokazać swojemu protegowanemu co i jak, zaczał z nim rozmawiać. Mówił mu o swoich pierwszych zadaniach, o tym, że sam się wówczas kręcił i wiercił no i o tym, że wówczas jego mentor powiedział coś, co zastanowiło młodego zabójcę. Otóż te słowa były jakby wyszyte złotymi zgłoskami w sercu Lexa. Nie dość, że były one bardzo madre to jeszcze niosły ze soba przesłanie, którego Deviant nigdy nie zapomniał. Otóż jego mentor powiedział mu wówczas coś takiego. Nie denerwuj się młody. Doskonale wiesz, że ta akcja wiele zmieni. Jak na razie jesteś daleko od jej centrum lecz jest to spowodowane tym, że jeszcze nigdy nie zabijałeś z bliska. Ta pierwsza akcja wprowadzi cię do innego świata. W nim króluja brutalność, bezwzględność i brak wszelkich uczuć. Ta robota wprowadzi cię w świat zabójców. Po tym zadaniu staniesz się pełnoprawnym morderca, który wie kiedy należy zabić, a kiedy oszczędzić, kiedy trzeba strzelić z bliska, a kiedy się schować i zabić z ukrycia. To po tej nocy będzie twój świat i gdy już w nim będziesz staniesz się spokojny i bezwzględny, oraz wreszcie odnajdziesz spokój. Także staraj się uspokoić, weź dwa głębokie wdechy i połóż się tak by było ci wygodnie. A potem gdy nadejdzie odpowiedni moment oddaj strzał.
Lecz ta chwila powrotu do przeszłości nie trwała długo i Peyton znów wrócił do rzeczywistości. Tak tego właśnie potrzebowałem. Dziękuję ci za ta lekcję gdziekolwiek teraz jesteś. powiedział w myślach i na jego wargi wypełzł o dziwo spokojny uśmieszek lecz widać było, że ma on znamiona szatańskiej natury, która tkwiła w Deviancie i ci, którzy ten uśmiech widzieli byli świadomi, że to ich koniec.
- Wiesz przyjacielu mnie też już niewiele zdziwi. Poza tym jak widzę ten brak profesjonalizmu to mnie szlag trafia. No ale to jest też dla ciebie dobra okazja by zobaczyć co to znaczy wyszkolenie. Oczywiście nie żebym uważał, że go nie masz gdyż wiem jak ciężko pracujesz i wiem jakim poziomem szkolenia i wiedzy możesz się popisać. Po prostu chcę byś znalazł w tej misji okazję do jeszcze lepszego poznania naszego fachu. - powiedział to tak spokojnie jakby te słowa nie pochodziły od Lexa, a mężczyzna odtwarzał je ze swojej pamięci. Jednak jak było naprawdę nikt się nie dowie. No może Anthony, ale to był wyjatek, który tylko potwierdzał regułę, że Peyton kształcił najlepszych zabójców wśród całej mafijnej rodziny. Po tych słowach jednak znów wrócił do wnikliwej obserwacji miejsca i analizowania sytuacji w jakiej obecnie się znajdowali. Już dawno położył laskę na „kaczki”, gdyż wiedział, że nikt z nich z tej akcji żywy raczej nie wyjdzie jednak Lex nie miał pojęcia skad się brała ta pewność. Być może z tego, że Peyton już dość długo siedział w tym fachu i doskonale wiedział co może oznaczać spóźniajacy się konwój, choć tym razem pragnał się mylić. No ale to się dopiero miało okazać. Minuty przed pojawieniem się wreszcie ciężarówki strasznie się ślimaczyły.
- No cóż wiem, że zarówno ty jak i ja z ledwościa możemy się powstrzymać by nie pociagnać za spust. W końcu treningi właśnie takimi nas uczyniły. To co teraz pokazałeś jest myśleniem prawdziwego mistrza w swoim fachu. Bo wiesz zabójca nie może tylko i wyłacznie straszyć, a musi być pewny, że jest w stanie wykonać swoja robotę. - stwierdził Deviant i wskazał na najdalej stojaca „kaczkę”- Ty... - dał się słyszeć zimny głos Peytona. - Po co tu jesteś i dlaczego masz takie braki w wykształceniu. - dodał wskazujac lufa swojej beretty na mężczyznę. „Kaczka” zatrzęsła się tylko, spojrzała na ich szefa i cicho coś tam zapiszczała, czego Lex nie mógł zrozumieć. No cóż ale widocznie ci ludzie skupieni wokół gbura mieli właśnie takie rozkazy i nie mieli się do nikogo odzywać choć dla Peytona to było głupota. Lecz nie po dłuższej chwili stało się jasne, że wskazany końcówka lufy beretty nie odpowie. Deviant wzruszył tylko ramionami i starał się powstrzymać od przewrócenia oczami wobec tak jawnej głupoty. Po czym znów zaczał słuchać swojego przyjaciela. W tym co mówił Antoś było sporo racji. Jednak Lex już to wiedział gdy zaczynali razem szkolenia i gdy wykonywali pierwsze akcje. Wówczas narodziło się pomiędzy nimi nierozerwalne porozumienie i zarówno brazowooki zabójca, jak i Farrar znał każde zachowanie czy też każde skrzywienie twarzy drugiego. Nie komentował słów przyjaciela o tym by „kaczki” się go posłuchały, bo na ten temat zostało już powiedziane chyba wszystko, a przynajmniej Lex miał taka nadzieję gdy nagle usłyszał słowa o swoim mentorze. Oczy Devianta zrobiły się prawie czarne i gdyby było to możliwe zabijałyby samym spojrzeniem.
- Ty dupku i królu zafajdanych sierot, jak to ładnie ujałeś. Nie śmiej w mojej obecności obrażać kogoś, kto był dla mnie jak ojciec. Myślisz kurwa frajerze jeden, że nie starałem się mu pomóc. Myślisz, że patrzyłem na to spokojnie? To się mylisz i to grubo pieprzony partaczu. I mam taka sama nadzieję jak mój partner, że już nigdy więcej cię nie zobaczę na żadnej misji. - wrzasnał tak, że jego głos odbił się echem od okolicznych budynków. Teraz już nie tylko Anthony ale i Lex pałali żadza mordu i Peyton dziwił się, że „Kaczka” tak długo przetrwał sama bytność w zaułku pod jego nieobecność. Oczywiście był pewny Farrara i wiedział co jego podopieczny potrafi jednak nie spodziewał się, że głupie słowa i jego tak mocno dotkna i zrania, a także spowoduja to, że jeśli tylko usłyszy jeszcze jeden komentarz sam pociagnie za spust. Palec drgał Deviantowi na spuście i robiło się rzeczywiście nieciekawie, jak nie śmiertelnie niebezpiecznie. Oczywiście „kaczki” po wybuchu starszego z mężczyzn zbiły się w jeszcze ciaśniejsza grupę i patrzyły lękliwie na obu czarnowłosych tym bardziej, że widzieli już kiedyś moment, kiedy Lex stracił panowanie nad soba. Przecież ta akcja był pokazywana wszystkim jako dowód, że samemu da się powalić celnymi strzałami kilkudziesięciu wrogów nie ukrywajac się zbytnio. I choć Deviant był u niektórych bohaterem to większość ludzi się go najzwyczajniej bała. Pewnie gdyby nie kolejne słowa jego przyjaciela, Peyton zrobiłby i tu masakrę by udowodnić, że jest w stanie powtórzyć swój wyczyn, ale teraz chodziło o to by zajać się zadaniem.
- Wiesz co masz cholerna rację ja chyba też zaraz komuś przywalę. Chociaż nie, mam lepszy pomysł. Odstrzeliłbym co poniektórym klejnoty rodowe. Przecież to nie „kaczki”, a istne cioty. - warknał i nawet się nie hamował. Widać było, że Deviant jest mocno wkurwiony i raczej jeśli się nic nie zmieni nic go nie zatrzyma by spełnił swoje groźby. Słyszac kolejne słowa swojego przyjaciela skomentował je tylko lekko cieplejszym uśmiechem. I gdy tylko to zrobił wszystko się zaczęło. Kule świstały nad i koło jego głowy, a napastnicy padali jak muchy. Jak na razie nie wydawało się, że postrzał w ramię, który dostał był poważny. Jednak pod koniec walki Peyton zaczynał tracić siły i stawał się coraz wolniejszy. Po rękawku jego koszulki i na całej ręce aż do palców ciekła krew. Mężczyzna bał się, że zaraz padnie jednak miał nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Po jakimś czasie wszystko ucichło, a zmęczony Lex oparł się o pakę ciężarówki. Nie wiedział za bardzo co się dzieje. Wszędzie widział trupy wrogów, „kaczek” i tego wkurwiajacego fagasa. Oddychał bardzo ciężko i wtedy zobaczył przy sobie twarz przyjaciela.
- Spokojnie wszystko w porzadku. Cieszę się tobie nic nie jest. Powiedz mi co się stało, że nagle wydawałeś się jakbyś był ubezwłasnowolniony? - zapytał. Oddech cały czas przyśpieszał Deviantowi i coraz mocniej wieszał się na ramieniu przyjaciela. Dopiero wtedy zobaczył dziurę w ramieniu.
- A to, to nic. Nie bój się. Pokieruję cię i powiem co zrobić. Wiem jak takie rzeczy opatrywać jednak najpierw musimy się znaleźć jak najdalej od tego miejsca. - powiedział i spojrzał na Anthony'ego. Wiedział, że dziś przeszedł swój kolejny chrzest i trzeba było powiedzieć, że Lex był z niego strasznie dumny. Wiedział, że sa partnerami, ale Farrar nigdy nie wykazywał współczucia. To było coś, co nie tylko wzruszyło Devianta, ale pomogło mu się trochę otrzasnać.
- Jedziemy do kryjówki mafii czy zostawiamy ten bałagan i jedziemy do nas? - zapytał spokojnie i wydawałoby się nawet całkiem przytomnie. Jednak widać było, że Lex się czegoś obawia. Nie był pewny, czy w tym stanie uda mu się prowadzić swoja ukochana maszynę.
[Profil]
   
 
Anthony Farrar









28

Tatuażysta / Morderca

Alicja... forever.

Downtown Brentwood

mów mi: Bianka/White Rabbit

multikonta: Andrea Rossi

Wysłany: 2017-09-14, 03:02   
  

  
Anthony Farrar

  
No I can't change. I choose my fate...


I plus dla niego, że usilnie nie robił wszystkiego, byleby wyciagnać z niego prawdę. Bo gdyby na niego naciskał, pogorszyłby jedynie sprawę, Anthony zamknałby się już zupełnie w sobie i nigdy mu nie wyjawił, co go tak ostatnio gnębi. A tak szanse na to były dużo większe... Nie było pewne jednak, kiedy dokładnie to nastapi, ale kiedyś w końcu nadejdzie dzień, w którym Lex się o tym dowie. Niemniej i tak będzie mu to ciężko przychodziło, bo co jak co nie mógł przewidzieć jego reakcji na takie rewelacje. No ale póki co sam nie miał ochoty się nad tym głębiej zastanawiać, ani sobie tego szczegółowo wyobrażać, bo będzie co ma być, nie? Tak czy inaczej pomocy nie potrzebował, bo niby w czym? To było po prostu myślenie o pewnej osóbce, w której się najprawdopodobniej zabujał i nijak nie potrafił wywalić jej ze swojej głowy, stad tak ciagle się na niej skupiał. Chciał to wypierać, ale właśnie łapał się na tym, że tę walkę przegrywał i nic na to poradzić się nie dało.
Gdy jego kumpel pograżył się w swoich myślach, Andy też nie był specjalnie obecny, bo ciagle ta laska zakrzatała mu głowę i nawet się nie zorientował, iż Peytonowi się też na jakiś czas odpłynęło... Dobrze, że w tym czasie nic się złego nie działo, bo inaczej obaj byliby biedni, mogliby skończyć marnie przez ta krótka chwilę nieuwagi... Lecz nic takiego miejsca nie miało, na całe szczęście.
Cóż, poczatki Farrara w mafii były różne, ale w żadnym przypadku nie zawiódł, radził sobie bardzo dobrze, i mimo że nie był obeznany za bardzo w tym wszystkim i tak szybko się uczył, chłonał najdrobniejsza rzecz niczym jakaś gabka. Tym bardziej majac tak niesamowitego mistrza, jakim niewatpliwie był Deviant. Ponadto od razu złapali wspólny język i się polubili, a ich więź za każdym razem jedynie pogłębiała. Fakt, może Antoś nie zawsze był wobec niego zbyt miły, niemniej nie oznacza to, że nie darzył go sympatia, a wręcz przeciwnie, wyjatkowo jak jednemu z nielicznych udało mu się do niego dotrzeć, co jest nie lada sztuka, bowiem charakterek Andy'iego do łatwych nigdy nie należał. Poza tym to on wprowadził go w świat mafii i cholernie się cieszył, że to jemu przyszło być jego partnerem, który pokazywał mu, co i jak działa. Lepsza partia mu się trafić nie mogła!
Tosiek wrócił do rzeczywistości nieco później, niż jego towarzysz, ale no takie zawiechy go łapały, że to się nie dzieje i dopiero wtedy, gdy coś do niego mówił, ten wreszcie wracał na ziemię.
- Myślisz, że mnie nie? Cóż, jak na razie nic z tego nie wynoszę, bo nic nowego się nie dowiedziałem... A to, czy poznam dzięki tej misji lepiej nasz fach, się okaże... - tu wzruszył obojętnie ramionami i był tu chyba aż szczery do bólu, spojrzawszy na niego nieco zdziwionym wzrokiem. Nie, żeby się jakkolwiek przechwalał, czy puszył... Co to, to nie. No, ale serio, patrzac na tych żałosnych kretynów, wykręcało go w żoładku i jedyne co tu widział, to niekompetencję, tchórzostwo i beznadzieję, nic ponadto. Owszem, chciał z tego wszystkiego coś wynieść i starał się mieć takowe nastawienie, ale nic nie mógł poradzić na to, że chwilowo po prostu nie potrafił zauważyć w tym zadaniu niczego szczególnego. Zwłaszcza obserwujac tę bandę idiotów, którzy nie dość, że wkurwiali, to nie wygladali mu na doświadczonych ani madrych. Wiadomo, później miał się o tym dosadnie przekonać, no ale jeszcze nie teraz... Dlatego teraz jedynie zachodził w głowę, co niby w tym zadaniu jest takiego godnego uwagi, że miałoby mu to dodać więcej praktyki... Anthony miał podobne odczucie co do „kaczek”, bo odnosił wrażenie, że lada chwila stanie się coś, przez co odpadna z gry i było jasnym, że żaden z nich nie przeżyje tej misji... No dla niego było to widoczne na kilometr. Ba, nawet sam im dał to jasno do zrozumienia, jak zaczęli pieprzyć takie głupoty, że to on i Lex zgina... Hahaha, nie; w ich zasranych snach!
- Żałuję, że nie możemy tego zrobić... Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. - tu westchnał, będac wyraźnie rozczarowanym, że nie moga najzwyczajniej w świecie pociagnać za ten przeklęty spust i ich powybijać co do jednego, bo gdyby tylko miał pozwolenie, zrobiłby to już teraz, zaraz, natychmiast. Ale musiał się powstrzymywać, gdyż Peyton miał tutaj absolutna rację i chcac nie chcac nie mógł tego kwestionować. - No ba... Ja przynajmniej umiem używać mózgu, nie to co te patałachy... - dodał po krótkiej chwili stanowczo i głośno, tak by każdy mógł go usłyszeć, bo nie zamierzał siedzieć cicho, tylko jawnie pokazywać, co o tym wszystkim myśli, bez najmniejszego zawahania, będac przy tym niesamowicie pewnym siebie. I znów idealny przykład, jak to nie potrafił dziękować za komplementy, choć powinien, bo przecież jego mistrz wyrażał się o nim w samych superlatywach... Ale nic już się na to nie poradzi, takie słowa jak „dziękuję”, „przepraszam” po prostu nie potrafiły mu przejść przez gardło, tak jakby były dla niego toksyczne i wypalały mu język... Bo tak to się w jego przypadku trochę prezentowało, oczywiście w przenośni. No, ale Lex już go znał na tyle, że z pewnościa był świadom, jak bardzo doceniał jego słowa i był mu za nie wdzięczny, pomimo iż nie potrafił tego w normalny sposób okazać.
Na reakcję i pisk tamtego najbardziej wnerwiajacego wypierdka po tym, jak Peyton się do niego zwrócił, Andy parsknał głośnym śmiechem, gdyż miał z tych kretynów ubaw po pachy, no ale inaczej to się nie dało! Ich żałosność sięgała już dosłownie zenitu i już w zasadzie nie wiadomo było, czy się śmiać czy płakać. Prophet to się nie powstrzymywał od śmiechu, bo nawet nie chciał.. miał taka bekę, jak nigdy i grzechem byłoby to w sobie tłumić! Ba, nie byłby już w stanie tego zrobić, było to już niemożliwe.
- I co? Zatkało kakao? Wiedziałem, że jesteście tylko mocni w gębie, a jak przychodzi co do czego, podkulacie ogon i pękacie. Żałosne, doprawdy... - nie mogło się obejść bez takiego komentarza z jego strony, bo się te słowa same cisnęły mu na język. Pokręcił z politowaniem głowa, wywracajac przy tym teatralnie oczyma, będac przy tym cholernie zażenowanym. Oj, gdyby nie miał zakazu strzelania w ostateczności, to dawno by tego idiotę zdjał, a wierz mi, było do tego bardzo blisko.. no, ale nie chcac mieć przejebane u szefostwa, ostatkami sił sobie darował, i tylko dlatego tak długo wytrwał bez wykonania jakiegoś okrutnego ruchu w kierunku tej chujowej grupki. W innym wypadku ich mózgi byłyby obecnie rozbryzgane na murach, a krew byłaby dosłownie wszędzie. Co do Andy’ego, gdyby stracił panowanie nad soba... Oj wszyscy dookoła mieliby w chuj przejebane, a jak dotad chyba nikomu z zabójców z tej konkretnej mafii nie dane było widzieć go w takim stanie.. może to i lepiej. Niemniej nie będzie niczym dziwnym, jeśli kiedyś do tego dojdzie i wtedy zobacza jego prawdziwa twarz psychopatycznego sadysty… Andy był chyba jedynym wyjatkiem, który nie bał się Peytona, bo koniec końców był jego partnerem i wiedział, że by mu krzywdy nie zrobił, co działało rzecz jasna i w druga stronę. Jak widać obaj siebie nawzajem uzupełniali, bo gdyby nie ten drugi obok pierwszego, doszłoby właśnie do masakry, bo zapewne i Lexa by poniosło, gdyby nie miał przy sobie w tym momencie przyjaciela. I znowu z jego gardła wydobył się gromki śmiech, słyszac jego kolejne słowa. - Lepiej bym tego nie ujał! Ale taka kurwa prawda... - zgodził się z nim, czujac ból w brzuchu, bo już nie wyrabiał z tego rechotu. On wprawdzie też był wkurwiony i to nieźle, ale po takich tekstach nie dało się też być zarazem rozbawionym do imentu. Ale długo ten stan niestety nie trwał, bo niespodziewanie sprawy wymknęły się spod kontroli. Coś tak czuł, że to była tylko cisza przed burza... Ten spokój był zbyt podejrzany! Kiedy został odepchnięty, musiał zaczać działać, dlatego się podczołgał do pobliskiego murku i obserwujac uważnie otoczenie, namierzyć z ukrycia tego, co to piekło rozpętał i wystrzelić w odpowiednim momencie. Nie mógł tutaj zrobić czegokolwiek zbyt pochopnie, bo wtedy cały jego plan spaliłby na panewce, a do tego nie mógł dopuścić, zwłaszcza, że Lex był w niebezpieczeństwie... Andy idealnie skorzystał z okazji, bo nikt nawet się nie zorientował, gdzie zniknał, ani go nie szukali, tylko cała uwaga była skupiona właśnie na Peytonie. I bardzo dobrze... Bo przynajmniej kule nie świstały mu nad głowa i nic go nie rozpraszało. No i gdy już pozbył się tego kutafona, natychmiast się zerwał, by pomóc przyjacielowi, który niestety na tym wszystkim ucierpiał i został ranny. - Jesteś pewien? To nie wyglada najlepiej... Nawet mnie o to nie pytaj, dobrze? To nieistotne, grunt że wyszliśmy z tego cało... - odparł niby to obojętnie, ale nie uśmiechało mu się teraz mówić mu o tym, czemu go tak w tamtej chwili zmroziło, że nie mógł niczego zrobić. Bo w istocie sam nie miał bladozielonego pojęcia, co się z nim stało... Może to wynik krótkotrwałego szoku, jakiego wtedy doznał, bo mimo wszystko nie spodziewał się tego ataku tak nagle i każdemu mogło się takie coś zdarzyć... Nawet komuś tak dobremu w swym fachu jak Antoś. A co do tego, że wszystko jest z Deviantem w porzadku nie był do końca przekonany, a to jak coraz bardziej się na nim wieszał, jedynie potwierdzało jego obawy. Trzymał go z całych sił, coby przypadkiem nie upadł na ziemię; nie zamierzał dopuścić, aby do tego doszło. Przytaknał jedynie potwierdzajaco głowa na następna wypowiedź kumpla, bo nie widział sensu w odzywaniu się.
- Pierdolmy to, ogarnie się ten bajzel później... Trzeba cię natychmiast opatrzyć. Bez dwóch zadań jedziemy do nas. - ton jego głosu brzmiał bardzo stanowczo. O nie, on nie będzie w takim stanie prowadził... Czy to mu się podobało, czy też nie, Farrar dosiadł motor, usadowiwszy na tylnym siedzeniu Lexa, wskazujac mu dyskretnie gestem ręki, by się go mocno złapał, po czym odpalił maszynę i ruszył z piskiem opon prosto do ich domu. Dobrze, że sam przybył tu na piechtę, bo inaczej musiałby się potem wracać po swoje cudeńko, a tak nie będzie to konieczne.

[z/t x2] -> lecim do sypialni Lexa. :gryz:
_________________

Anthony Farrar
I am the Devil's smile, I am broken,
The Wretched and Divine...
[Profil]
   
 
Rhea Aldridge








31

Były pilot/bibliotekarka

diazepamy, xanaxy i vicodiny

East Brentwood

multikonta: Max, Jayden, Ellis, Erwin, Dani, Kenai, Terry

Wysłany: 2017-10-23, 22:27   
  

  
Rhea Jaime Aldridge

  
Let's pretend I give a shit and leave it at that


/po Kali

- Nie powinnaś tego palić. Kilka kolejnych lat z petem w ustach, a nikt nie będzie cię chciał całować. Będziesz rzęzić jak stary parowiec będac nie-hot dziewiętnastka i nie, nikt nie weźmie tego za seksowna chrypę wokalistki z zespołu rockowego. Dziewczyno, masz przed soba cała młodość.
Rzuciła żarzacego się papierosa na chodnik i przydeptała podeszwa ciemnych, sznurowanych butów za kostkę. Blondwłosa nastolatka, której wyrwała tytoń z ust, spojrzała na nia z totalnym zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.
- Dobij chociaż do dwudziestki.
- Pojebało cię? Nie musiałaś go od razu rzucać na chodnik.
Grupka młodzieży odeszła od niej szybkim krokiem, kierujac się w stronę centrum. Pobliskiego parku, a może zatłoczonej meliny? Wszystko jedno. O ile zgodziła się kupić dzieciakom czteropak browarów, nie podobał jej się widok papierosów w ustach nastolatków. Postępowała trochę jak hipokrytka, bo czasami sama takie kopciła, ale była przecież dwa razy starsza od nich. Chyba chciała po prostu nabić kilka punktów pozytywnej karmy. Ostatnio tak dużo się działo...
Nie tak dawno część jej rodzeństwa wyladowała w szpitalu za sprawa pieprzonego tornada. Afrodyta prawie kopnęła w kalendarz. Po za tym, od jednego znajomego z dawnej pracy dowiedziała się, że samolot, który uległ katastrofie, był uszkodzony jeszcze przed startem z lotniska w Southend. Jedna tragedia goni kolejna. Nie wiedziała na czym powinna skupić swoje myśli. Na szczęście, były również dobre wieści. Odkad Kala zaczęła zgłębiać się w swoja przeszłość, wykazywać inicjatywę dażenia do prawdy, Rhea zaczęła być nieco bardziej spokojna. Może nie powinna… sama nie wiedziała, co może czekać na przyjaciółkę gdzieś w odmętach podświadomości i strzępek wspomnień. Cały czas zamierzała ja wspierać. Była gotowa pojawić się w willi Dandekarów w każdym momencie, o każdej porze dnia i nocy. Nawet teraz. Miałaby w głębokim poważaniu obecność ojca Kali, z którym ostatnio dogadywała się jeszcze gorzej. Nie, żeby kiedykolwiek miała z nim dobre relacje, ale... gdy pracowała w roli pilota, wydawał się całkiem znośny.
Wypiła wcześniej butelkę whisky, jednak za cholerę nie mogła się upić. Paradoks? Oby ten jeden nie stał na czele całego szeregu paradoksów, których miała niedługo doświadczyć. Nie pisała się na to.
Kręciła się po ulicy po tym, jak wyszła z jednego z tańszych przybytków, prowadzonych przez kumpla z dzieciństwa. Picie po zniżkach było bardzo przyjemne. Niestety, w tle kręciło się sporo osób, przepychajacych się nawzajem, krzyczacych, wszczynajacych awantury. O, na przykład teraz jakiś czarnoskóry typ, obcięty na jeża, szarpał się z kobieta w szpilkach, wylewajaca istny potok łez. Ich kłótnia skutecznie wrzynała się w myśli Aldridge, jako, że oboje stali dosłownie kilkanaście centymetrów obok. Nie miała w zwyczaju wtracać się w czyjeś sprawy, ale teraz poczuła nagła potrzebę zainterweniowania. To przez ta niemożność upicia się. Musiała coś zrobić, była za trzeźwa na to wszystko.
- Może się pan uspokoić? - wycedziła w którymś momencie, patrzac spode łba na faceta. - Nie wypada tak traktować kobiety.
- Będę ja traktował, jak chcę, to moja żona, ciekawska suko. Stul dziób.
Mężczyzna chwycił mocno partnerkę za ramię i poprowadził ja dalej, idac szybkim krokiem, przez co nieznajoma jeszcze bardziej chwiała się na nogach.
Nabrała powietrza w usta, aby rzucić ripostę, jednak wstrzymała się w ostatniej chwili. Facet i tak nic sobie nie robił z potencjalnej widowni, patrzacej na jego kłótnię z żona. Jej słowa krytyki byłyby bezcelowe. I tak nikt nic nie robił. Większość ludzi łypała z zaciekawieniem na rozwój wydarzeń, nie chcac wstawić się za żadna ze stron. Właściwie, to nieświadomie popierali napastliwego mężczyznę, pozostajac biernymi, niewzruszonymi na takie zachowania.
Pieprznięte, dysfunkcyjne społeczeństwo…
Może coś w tym było. Wszyscy ludzie, przewijajacy się na mieście, jakoś szczególnie działali jej dzisiejszego wieczora na nerwy. To by wyjaśniało, dlaczego nie może odpowiednio się zrelaksować przy większej dawce alkoholu.
Schowała dłonie do sporej, skórzanej kurtki. Trochę na niej wisiała. Podprowadziła ja któremuś z braci, kiedy przy okazji odwiedzała Aldridge’ów i zabrała się za przeszukiwanie starej szafy. Jej własna kurtka była tymczasowo pod opieka Kali, więc musiała sobie znaleźć coś innego. Posiadała jeszcze zimowy płaszcz, ale w nim by się ugotowała. Trochę wyświechtana była ta kurtka po bracie, ale najważniejsze, że zapewniała jako takie ciepło.
Obróciła się i zrobiła krok do przodu, o mało co nie wpadajac na kolejna postać. Zacisnęła zęby i zaklęła odruchowo, przymierzajac się do rzucenia nieznajomemu nienawistnego spojrzenia (chociaż była to poniekad jej wina, że wpadła na faceta). Na szczęście, okazało się, że nieznajomy wcale nie jest nieznajomym.
- Cześć - spojrzała uważniej na mężczyznę, rozpoznajac Rashida. - Wreszcie jakaś przyjazna twarz. Pierdolca dostanę z tymi ludźmi.
A to niby Mustafa nie zaliczał się do tego gatunku? Cóż, wydawał się bardzo spokojnym gościem, nie darł się jej nad uchem, z nikim się nie szarpał – przynajmniej na ten moment, co w zupełności wystarczało Rhei.
_________________



[Profil]
 
 
Mustafa Rashid
[Usunięty]

Wysłany: 2017-11-05, 13:47   

#3

Powrót z pracy do domu był jednym z przyjemniejszych zajęć w życiu Mustafy. Nie dlatego, że nie lubił swojego prosektorium, bo uwielbiał to miejsce, jak dziwnie by to nie brzmiało, a dlatego, że w mieszkaniu czekała na niego córka i psy. Wizja późniejszego spotkania z Dallasem też go cieszyła. Od ich ostatniej poważnej rozmowy czuł się dużo lepiej, jakby znowu wracali na stare tory przyjaźni i spotykania się jak najczęściej. Chyba dlatego do domu Rashid wręcz pędził. Przebierał szybko nogami, wymijajac wolno idacych mieszkańców Brentwood i nie zwracajac uwagi na ich niezbyt miłe komentarze, które rzucali pod nosami. Nie miał na to czasu. Musiał zrobić obiad dla Jessy, wyjść z psami i je nakarmić, a po wszystkim namówić Cadwalladera, żeby znowu go odwiedził w mieszkaniu. Problem w tym, że jego plany runęły w momencie w którym na kogoś wpadł. A raczej ktoś na niego wpadł, tak szczerze powiedziawszy. Zaklał głośno, na szczęście utrzymujac równowagę i nie robiac z siebie pośmiewiska jakim zapewne stałby się, gdyby upadł na tyłek po czymś takim.
Już miał rzucić, że się spieszy, ale wystarczyło jedno spojrzenie na osóbkę, która na niego wpadła, żeby zrezygnował z tego planu. - Hej - nie spodziewał się, że wpadnie akurat na Aldridge. - Nie tylko Ty - stwierdził, bo hej, w końcu sam nie przepadał za większościa ludzi. - Aż tak Cię dzisiaj denerwuja? - dodał jeszcze. Skoro już na siebie wpadli to wypadało trochę porozmawiać o wszystkim i o niczym, nawet jeśli się spieszył. Kilka minut go nie zbawi, prawda? Zapobiegawczo wyciagnał jednak komórkę, żeby naskrobać szybko wiadomość do opiekunki Jessy, że może się spóźnić kilka albo kilkanaście minut. - A tak w ogóle to co u Ciebie? Jak życie? Dawno się nie widzieliśmy, na pewno masz się czym pochwalić - co nie było prawda, bo on tak na przykład, nie miał się czym pochwalić. Bo co się działo w jego życiu ostatnio? Nic. Dalej pracował w prosektorium, dalej miał córkę i psy, a tak poza tym to dalej też był samotny. Typowo.

/ przepraszam, że tyle musiałaś czekać! obiecuje poprawę i dłuższe posty.
 
 
Rhea Aldridge








31

Były pilot/bibliotekarka

diazepamy, xanaxy i vicodiny

East Brentwood

multikonta: Max, Jayden, Ellis, Erwin, Dani, Kenai, Terry

Wysłany: 2017-11-06, 17:38   
  

  
Rhea Jaime Aldridge

  
Let's pretend I give a shit and leave it at that


Zabawne, że jak dotad Rhea nie domyśliła się, kim tak naprawdę jest przyjaciel Mustafy. Być może nie rozmawiali o nim zbyt często? O nim i o najlepszej przyjaciółce Aldridge, a jego narzeczonej. Narzeczonej, kiedy to się stało? Czemu to się stało? Alkohol skutecznie mieszał jej w głowie. Kiedyś Mustafa (którego często nazywała Mufasa) mógł coś napomknać, ale ona uznała, że owe Dallas rozlega się z jej głowy, niczym złowrogie echo, wykopane z głębokich czeluści podchmielonej podświadomości. Po za tym, była zajęta rozpracowywaniem Trzynastu Pieprzonych Powodów, dla których Kala mogła wyladować pod kołami samochodu. Ostatecznie nie dotarła do żadnych, konkretnych wniosków. Jedyne, co wiedziała na ten moment to fakt, że nadal nie przepada za Panem Żmija Dandekarem. Koleś tracił kanciarstwem na kilometr (jeśli chodziło o sprawę jego córki), ale cóż. Co ona, Rhea, mogła wiedzieć odnośnie sytuacji sprzed wypadku? Musiała to przedyskutować z przyjaciółka, nie naciskać. Trochę pokręcić się w jej towarzystwie, motywowana własnymi, wewnętrznymi potrzebami, a nie oklepana ciekawościa. Nie myślała o niej, jak o cudownie ocalonej, której należy usługiwać na każdym kroku i traktować, jak kalekę. Sama Aldridge nie chciała, aby ludzie ja tak traktowali, od czasów pamiętnej katastrofy. Z czasem wszystko się wyjaśni, a Kali wróci pamięć. Tak właśnie będzie. Albo i nie. Cholera, nie chciała zatruwać sobie myśli negatywnymi odczuciami. Szczególnie kiedy rozchodziło się o jej dawna, najlepsza przyjaciółkę. Właściwie, to o kogoś więcej, niż przyjaciółkę, ale wygladało na to, że owe uczucie było jednostronne.
Skinęła twierdzaco głowa przy dosyć retorycznym pytaniu faceta.
- Chyba za mało wypiłam.
W stanie upojenia alkoholowego ludzie rzeczywiście wydawali się bardziej znośni. Nie ważne, że krzyczeli, robili z siebie kompletnych idiotów. Nasuwał się jeden wniosek – alkohol jest sprawca tego, że ludziom chce się dalej żyć. Żyć, żeby przeżyć. Podobnie można mówić o substancjach psychoaktywnych, ale nie wypada przecież. Jasne.
- Och, nie wiem czy powinieneś podpinać to pod chwalenie się - przesunęła dłonia po karku, schowanym pod ciemnymi, poplatanymi odrobinę włosami. - Ale! Moja siostra wprowadziła się do mnie ze swoja dziewczyna, po tym jak huragan zniszczył im dom. Wzięły ze soba swojego szopa. Mam w domu szopa, czaisz?
Ten futrzasty skurczysyn o babskim imieniu (chyba jakiejś fikcyjnej postaci, z tego co zrozumiała, podczas rozmowy z Miranda) bezceremonialnie grzebał jej w szafkach. Musiała założyć na nich zamki. Gdyby nie one, codziennie użerałaby się ze sprzataniem zawartość śmietnika, rozsypanej w salonie. Dobrze, że na noc zwierzak zazwyczaj zaszywał się w drugim pokoju, razem z Miranda i Hecate.
- Myślałam, że skoro jest szopem praczem, to przynajmniej w ramach wdzięczności będzie mi prał ubrania. Nic z tego. Niewdzięcznik.
Albo piwo rzeczywiście było rozwodnione, albo to zwyczajnie nie był dzień na picie. Noc. Czy tam wieczór. Z reguły nie potrzebowała „szczególnego” dnia, aby się narabać. Ciekawe.
- A ty? - odbiła piłeczkę, wdychajac słodki zapach perfum, przechodzacej obok kobiety. - Spieszysz się gdzieś czy masz trochę czasu na rozmowy na świeżym powietrzu? Albo nie na powietrzu. Bo w sumie moglibyśmy się gdzieś przejść… o ile nie masz innych planów.
Mustafa, jako ojciec ewidentnie miał więcej obowiazków od takiej Rhei.

w porzadku!
_________________



[Profil]
 
 
Mustafa Rashid
[Usunięty]

Wysłany: 2017-11-18, 19:52   

Mustafa nie był zbyt rozmownym człowiekiem, nawet jak już się przełamał i mówił to zwykle unikał zbyt osobistych tematów. Dallas zdecydowanie zaliczał się do grupy właśnie takich tematów, chociaż, tak na dobra sprawę, Rashidowi ciężko było określić dlaczego tak nie lubi mówić o relacji łaczacej go z Cadwalladerem. Może dlatego, że znali się już tyle lat i był jedynym, co przywoływało jego wspomnienia o życiu w Nowym Orleanie? Nie miał pojęcia. Grunt, że cenił sobie swoja przyjaźń z Dallasem i wolał wszelkie informacje jej dotyczace zatrzymywać dla siebie. Pewnie dlatego Rhea nie wiedziała, że znaja męża Kali, bo (podejrzewam) ona też niezbyt chętnie mówiła o swojej przyjaciółce. Swoja droga Mustafa nigdy nie przepadał za narzeczona przyjaciela, więc może i lepiej, że nigdy nie poruszyli tego tematu. Aldridge pewnie broniłaby Kali, a Mustafa Cadwalladera. Znajac życie po takiej rozmowie już ani jedno, ani drugie nie byłoby zadowolone z takich przypadkowych spotkań jak te teraz.
- Ja też - stwierdził. Ostatnio za mało pił. Problem w tym, że w jego przypadku pozwolenie sobie na częstsze picie nie wchodziło w grę, bo córka wymagała od niego trzeźwego myślenia. Na szczęście zdarzały się dni, kiedy miał chociaż trochę wolności i mógł sobie pozwolić na moment relaksu, który w jego przypadku oznaczał bardzo często siedzenie w domu z butelka czegoś mocniejszego.
Wysłuchał jej, marszczac lekko nos na informację o szopie. Tego się nie spodziewał. - To szopy można trzymać w domach jako zwierzatka domowe? - uniósł lekko jedna z brwi, nie wierzac za bardzo w to, co słyszy. - Zazdroszczę. Przynajmniej masz niekonwencjonalnego czworonoga - dodał jeszcze, zmuszajac się do lekkiego uśmiechu. - Ja mogę tylko pochwalić się trzema psami - które kochał, jasne, ale szopem też by nie pogardził. Albo lisem. Marzenia.
- Ja? - powtórzył za nia. - Właściwie to nic nowego. Dalej grzebię w trupach, dalej wychowuje Jessę i dalej marzy mi się święty spokój od wszystkiego - wzruszył lekko ramionami. - Miałem wracać do domu, ale... - głupio było mu już uciekać do swoich czterech ścian. - ...możemy się gdzieś przejść. Tylko daj mi chwilę, muszę zadzwonić do opiekunki Jessy - po tych słowach wyciagnał komórkę z kieszeni, żeby wybrać numer do zajmujacej się jego córka dziewczyny. Szybko załatwił z nia sprawę, jeszcze przez telefon obiecujac Jessie, że na pewno wróci do domu przed jej ulubiona bajka, po czym rozłaczył się, wbijajac spojrzenie zielonych oczu w oblicze brunetki. - Idziemy na piwo? - na to mógł sobie pozwolić.
 
 
Rhea Aldridge








31

Były pilot/bibliotekarka

diazepamy, xanaxy i vicodiny

East Brentwood

multikonta: Max, Jayden, Ellis, Erwin, Dani, Kenai, Terry

Wysłany: 2017-11-20, 21:03   
  

  
Rhea Jaime Aldridge

  
Let's pretend I give a shit and leave it at that


Z Rhea na trzeźwo było całkiem podobnie. Albo przechodziła w tryb offline w stosunku do reszty społeczeństwa, albo odczuwała aż za dużo. Tak działo się dzisiejszego wieczoru. Zupełnie, jakby coś drażniło tył jej głowy. Niewykluczone, że spory wpływ miała na to Kala. Bynajmniej nie w złym znaczeniu. Aldridge zaczęła powoli wyrywać się z pijackiej rutyny, co stało się procesem dosyć bolesnym. Może z założenia miał to być stan tymczasowy, który pójdzie za kilkadziesiat minut w odstawkę, gdy w jej dłonie ponownie wpadnie trunek alkoholowy.
Rzeczywiście, nie rozmawiała o Kali bezpośrednio. Szczególnie ostatnimi czasy, kiedy życie jej przyjaciółki stało się zupełnie inne, na skutek obrażeń odniesionych w wypadku. Zazwyczaj używała skrótów myślowych w stylu ktoś, kogo znam, co by nie rozprowadzać zbyt wielu informacji dookoła. Brentwood było niewielka mieścina, a jej koleżanka uchodziła za ustawiona osobę. Wszelkie szczegóły na jej temat, które przeniknęłyby do wiadomości publicznej mogłyby podkopać autorytet ojca, prowadzacego międzynarodowa korporację. Nie była to zwyczajna znajoma z jednej ulicy, z która za czasów szkolnych bawiła się w piaskownicy. Poczatkowo sama nie miała pojęcia na jak bogata dziewczynę trafiła. Zupełnie inny świat, w porównaniu z rzeczywistościa, w której żyli Aldridge, pełna przeciekajacych dachów i innych okropieństw. Gdyby ojciec Kali chciał jej zaszkodzić w znaczny sposób, mogłaby się po tym nie podnieść. Wolała działać dyskretnie, chociaż niedawno powiedziała mu prosto w twarz co o nim sadzi. Powinna zaczać korzystać z tylnego wejścia, jeśli zdecyduje się następnym razem odwiedzić przyjaciółkę.
Któregoś dnia temat ich przyjaciół w końcu wypłynie na wierzch (być może dzisiejszego wieczoru?), nie da się unikać tego w nieskończoność tym bardziej, że Rhea i Rhys/Mustafa chętnie spędzali czas w swoim towarzystwie i całkiem się dogadywali (może to kwestia kompatybilności pierwszego imienia Aldridge i tego angielskiego, którym przedstawiał się Rashid?)
- Dobrze, że na siebie wpadliśmy.
Nie upijała się do przesady, tym razem wolała wypić mniej, a skupić się na rozmowie z dawno niewidzianym kumplem. Nie musieli nawet tworzyć monologów, Rhea wiedziała, że Rashid był bardziej introwertykiem, niż energiczna dusza towarzystwa. Nawet jej to odpowiadało.
- Najwyraźniej moja siostra uznała, że można. Jest przecież Aldridgem, nikogo nie powinno to dziwić.
Skoro jej rodzeństwo potrafiło uznawać szczury za zwierzatka domowe, szopy tym bardziej zaliczały się do tej kategorii.
- Wiesz, zastanawiałam się kiedyś nad psem, ale później zaczęłam wracać do domu późna noca. Nie miałabym dla niego czasu.
Nawiazywała oczywiście do swojej dawnej profesji pilota. Z pewnościa napomknęła o tym Rhysowi w pewnym momencie. Był to dosyć istotny element jej przeszłości. Punkt zwrotny można powiedzieć.
- W takim razie jest nas dwójka - święty spokój skutecznie się przed nia ukrywał. Leżał zakopany gdzieś głęboko pod wspomnieniami z przeszłości, powodujacymi przypływ smutku i wyrzutów sumienia. Aby do niego dotrzeć musiałaby uporać się ze wszelkimi negatywnymi sprawami, zaprzatajacymi jej myśli. Być może w końcu to osiagnie.
Kiwnęła głowa, kiedy Mustafa wyjał z kieszeni telefon, celem skontaktowania się z opiekunka. Gdy już ustalił wszelkie szczegóły odnośnie opieki nad córka, posłała mu niemrawy uśmiech.
- Jasne, piwo brzmi świetnie - kiwnęła głowa, ruszajac się z miejsca, podażajac razem z kolega w stronę drugiego końca ulicy.

/zt x2
_________________



[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-02-18, 19:23   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Chociaż ta konkretna sobotnia noc dla niektórych mogła być nadzwyczajna, Chester spędzał ja tak, jak zawsze - imprezujac w Essex Arms, gdzie zabijał czas, pijac, tańczac oraz prowadzac mniej lub bardziej udane podrywy. Tamtego wieczoru miał jeden cel - wypić tak dużo, aby poczuć się niesamowicie dobrze, ale jednocześnie odpowiednio, aby nie narobić sobie wstydu w razie gdyby udało mu się zbałamucić jakaś śliczna dziewczynę. Z jakiegoś nieznanego mu powodu miał ochotę skończyć tę noc, zabawiajac się z dziewczyna, więc ignorował wszelkie pożadliwe spojrzenia mężczyzn, skupiajac się na znalezieniu swojego wymarzonego celu. To nie zajęło długo. Już po godzinie wpadła mu w oko zgrabna blondynka o ciemnych oczach i zniewalajacym uśmiechu, która poprzysiagł sobie poderwać. Zadanie nie było trudne, bo dziewczyna sprawiała wrażenie, jakby również miała nadzieję na jakaś dobra zabawę, więc po paru tańcach i kilku drinkach oboje byli zmotywowani, aby jak najprędzej dostać się do jej mieszkania. Bo oczywiście Chester nie miał zamiaru psuć tej okazji, zabierajac ja do siebie, gdzie zapewne w połowie gry wstępnej do pokoju wparowałaby jego matka z posażkiem Dionizosa w dłoni, przerywajac im płomienna mowa o tym, jak bardzo czuła się uradowana przez to, że grecki bóg dobrej zabawy i płodności miał Adonisa w swojej opiece, zsyłajac na jego ścieżkę tak niesamowita kochankę. Takie rzeczy zdarzały się mu już wcześniej i był pewien, iż najbardziej na świecie pragnał uniknać powtórki z rozrywki.
Z trudem udało mu się namówić tę ślicznotkę, Hattie, do tego, aby poszli do niej, tłumaczac się nieznośnymi współlokatorami. Wyraźnie wstawiony, zgodził się poczekać na nia przed klubem, jako że dziewczyna czuła wewnętrzny obowiazek, by pożegnać się z przyjaciółmi czy coś takiego, Chester nie wiedział dokładnie, bo muzyka grajaca w klubie była bardzo głośna, a on bardzo pijany. Wyszedłszy przed Essex Arms, z ulga odetchnał zimnym powietrzem, a potem oparł się o ścianę i odpalił papierosa. Skoro i tak miał chwilę przerwy, mógł sobie na to pozwolić. Co prawda Hattie zdażyła już uraczyć go jakaś historyjka o tym, że ze względu na traumę z dzieciństwa nie znosiła zapachu nikotyny, ale hej, od czego były gumy do żucia, prawda? To znaczy... zakładajac, że się je miało, co do czego Chester nie był do końca pewien. Z nadzieja poklepał się po spodniach, a później nawet przeszukał kieszenie kurtki, ale nie natrafił na nic, co mogłoby służyć chociażby za substytut gumy do żucia. Cholera. Wygladało na to, że pozostało mu szukać jakiegoś sklepu. Westchnał, odchodzac od wejścia klubu na kilka kroków. Gdzieś w pobliżu musiało istnieć miejsce, w którym mógłby zaopatrzyć się w gumę, prawda?
Zdołał przejść zaledwie parę metrów, nim usłyszał jakieś podniesione głosy. Zmarszczył brwi, rozgladajac się na boki z nadzieja, iż hałas był znakiem od Zeusa, który postanowił poprowadzić go do najbliższego sklepu, ale jedyne, co zobaczył, to pies, który właśnie obsikiwał hydrant, kilkoro mężczyzn napastujacych jakaś drobna postać i zataczajacy się mężczyzna, który śpiewał coś o byciu idolem. Prawie nic nowego. Aż chciałoby się machnać ręka i powiedzieć "dzień jak co dzień", ale... chwila. Napastujaca kogoś grupka facetów? Co? Aldridge stanał jak wryty, nagle zapominajac o potrzebie zaopatrzenia się w gumę do żucia. Czy to się właśnie działo na jego oczach?!
- Hej wy! - słowa przecisnęły się przez jego wargi niemalże samodzielnie, jako że alkohol krażacy po jego organizmie nie pozwolił na przemyślenie jakiegokolwiek ruchu. - Spieprzajcie stad - pijany Chester był średnio błyskotliwy, nadrabiał jednak lekkomyślnościa i głupia odwaga.
- Hę? - jeden z mężczyzn rzucił pytajace spojrzenie swojemu towarzyszowi. - Ty, on do nas mówi?
Aldridge podszedł bliżej, patrzac na nich wyzywajaco.
- Ta, do was - język trochę mu się platał. - Jaki jest wasz problem?
- Aktualnie ty jesteś naszym problemem, koleś - drugi facet podszedł do niego, zakładajac ręce na klatce piersiowej. - Więc może łaskawie się odpieprzysz? - Jeden z jego kolegów parsknał zuchwale i niebezpiecznie zbliżył łapy do atakowanej osoby, chwytajac ja gdzieś w okolicach pośladków. Chester zmarszczył brwi.
- Co jest, kurwa? - Alkohol podpowiadał mu, że odejście byłoby wielce niestosowne. - Nie umiecie norymalnie zaliczyć, bo najapffwyraźniej żadna nie chce zbliżyć rak do waszych niemytych chujów, które, tak na pierjebanym marginesie, śmierdza już z oddali, więc napastowujecie tę dziewczyczynę w piatkę? Powaliło was? - Mężczyźni wymienili się znaczacymi spojrzeniami, a jeden z nich wyszedł Chesterowi naprzeciw.
- Mogłeś sobie iść, stary, ale skoro tak... sam się prosisz o wpierdol - to powiedziawszy, podszedł blisko niego, najwyraźniej czekajac na jego ostateczny ruch. Jeszcze miał szansę się wycofać, co było całkiem wzruszajace, zważywszy na to, iż w piatkę zmiażdżyliby go na kwaśne jabłko, ale...
Bach. Zaciśnięta pięść Chestera wyladowała na twarzy faceta, który machinalnie cofnał się, zaskoczony nagłym ciosem. Taki rodzaj odpowiedzi najwyraźniej był wystarczajacy, bo zaraz jeden z jego kompanów zbliżył się i, wykorzystujac średnio zdatny do walki stan Aldridge'a, przyłożył mu z pięści, przez co chłopak wpadł na ścianę najbliższego budynku. Och, czy właśnie mignał mu szyld sklepu spożywczego? Nie był pewien, nie zdażył się przypatrzeć, ponieważ po kilku sekundach dostał po raz drugi, tym razem o wiele mocniej. I pomyśleć, że jedyne, czego chciał, to opakowanie gum do żucia...
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Alfair Rashid
[Usunięty]

Wysłany: 2018-02-20, 02:16   

outfit

Zadecydował, że tej nocy miał ochotę wybrać się na miasto w swoim kobiecym wydaniu, dlatego przygotowania do wyjścia musiał rozpoczać odpowiednio wcześnie. Jako Alfair zadbałby co najwyżej o to, aby jego włosy dobrze się prezentowały, ale gdy w grę wchodziła transformacja w kobietę, włosy były tylko jedna z wielu rzeczy, o które musiał zadbać, chcac wygladać wiarygodnie. Wiele razy słyszał pytanie dlaczego nie podda się kuracji hormonalnej, aby upodobnić się do kobiety, co niewatpliwie znacznie ułatwiłoby sprawę, ilekroć zechciałby pojawić się gdzieś w roli Afry. Rzecz w tym, że wcale tego nie chciał. Fakt, że od czasu do czasu przebierał się w damskie ubrania, nie znaczył, że marzy mu się operacja zmiany płci i że nie chciał już dłużej być mężczyzna. Afrah została wykreowana dla jego własnej przyjemności, która czerpał z chwilowego przeistaczania się w kobietę.
W kwestii makijażu szkolił się metoda prób i błędów, zanim doszedł do tego jak poprawnie go wykonywać, aby załagodzić swoje męskie rysy twarzy, nadajac im bardziej kobiecego wygladu. Uczył się na każdym popełnionym w przeszłości błędzie, gdy to jeszcze podkradał kosmetyki starszym siostrom i wypróbowywał je w domowym zaciszu, krok po kroku opanowujac sztukę makijażu. Na poczatku zwykł mocno przesadzać z makijażem, myślac, że to pomoże mu wygladać bardziej kobieco, ale z czasem doszedł do wniosku, że przy odpowiednich umiejętnościach wcale nie potrzebował używać tak dużej ilości poszczególnych produktów. Aktualnie miał już swój zbiór sprawdzonych kosmetyków, których używał ilekroć chciał stać się na jeden dzień Afra. Nie chciał zapuszczać swoich włosów do długości, która by mu odpowiadała, dlatego posługiwał się perukami, a właściwie jedna, już wysłużona, która stylizował tak, jak akurat miał ochotę. Tym razem postawił na luźne upięcie, takie jak zazwyczaj, gdy nie chciał poświęcać zbyt dużo czasu na zabawie z włosami. Ubolewał nad stanem swojej peruki, ale nie było go aktualnie stać na zakup kolejnej, równie porzadnej co ta, ponieważ potrafiły one osiagnać naprawdę wysokie ceny. Alfair i tak był szczęśliwy majac w posiadaniu wszystko to, co sprawiało, że był w stanie spełnić swoje oczekiwania co do tego jak się prezentował.
Decydujac, że wystarczajaco się już tej nocy wytańczył, postanowił wrócić do domu, nie zważajac na to, że klub wciaż tętnił życiem. Nie przyszedł tutaj z nadzieja, że pozna kogoś, z kim mógłby spędzić tę noc, dlatego nie był zawiedziony, że wychodzi sam. Przeszedł zaledwie kilka kroków, a już usłyszał za soba nawoływania kilku mężczyzn, którzy także musieli bawić się w Essex Arms i stojac pod klubem, zobaczyli Alfaira, a w tym przypadku raczej Afrę, jak z niego wychodzi.
- Widzieliśmy, że wychodzisz już z klubu. Nie powinnaś chodzić o tej porze sama – powiedział jeden z nich, ale on nic nie robił sobie z jego zaczepek, idac dalej. – Dokad idziesz? – zapytał kolejny głos, wyraźnie zbliżajac się do Alfiego. Czuł, że grupka mężczyzn za nim idzie i wiedział, że nie wróżyło to nic dobrego. Miał nadzieję, że widzac brak zainteresowania z jego strony, odpuszcza. Ci mieli najwyraźniej zupełnie inne plany, bo wkrótce poczuł dłoń któregoś z nim na swoim ramieniu, która starała się go zatrzymać. – Nie odpowiesz nam? Spytaliśmy dokad idziesz.
- Odpierdol się – odpowiedział, dajac im wyraźnie do zrozumienia, że nie ma ochoty wdawać się z nimi w jakakolwiek dyskusje.
- Oho, jakaś ty ostra! – powiedział ponownie ten sam mężczyzna, szarpiac Alfiego za ramię i zmuszajac go tym samym, aby odwrócił się w ich stronę. – Lubię ostre.
- Odpierdol się – Alfie powtórzył po raz kolejny, tym razem swoim normalnym głosem, zapominajac, że powinien się chociaż starać brzmieć bardziej jak Afrah.
- Ty, to facet! – błyskotliwie zauważył jeden z nich. No teraz to już z pewnościa nie zostawia go samego. Rashid czuł, że to ten rodzaj ludzi, którzy będa mieli wielki problem z faktem, że w rzeczywistości jest mężczyzna. Nie pomylił się. – Lubisz się tak przebierać w damskie ciuszki, co? – zapytał tamten już bardziej agresywnie, po raz kolejny pozwalajac sobie go szarpnać.
Nie spodziewał się, że ktokolwiek postanowi stanać w jego obronie, ale sadzac po jego słowach, nie słyszał krótkiej wymiany zdań między Alfiem a jego napastnikami. Prawdę mówiac wolałby, aby się nie wtracał, bo właściwie przez niego rozpoczęła się między nimi krótka bójka, która skończyła się tak, że jego obrońca sam stał się napastowany przez piatkę mężczyzn. Nie mógł nie zareagować, bo co jak co, ale intencje tamtego chłopaka były akurat dobre, dlatego i on uderzył któregoś z tamtych typów z pięści, czego zapewne się nie spodziewał, bo cios posłał go aż na chodnikowa płytę. Wbrew zasadzie, jakoby leżacego się nie kopało, Alfie zafundował mu kop swoi butem prosto w twarz, a następnie sam otrzymał kilka ciosów od jego znajomego. No tak, dwóch na pięciu to zdecydowanie walka skazana na niepowodzenie. Trudno było mu powiedzieć, czy grupka tamtych oprychów zobaczyła coś, czego się przestraszyła, czy być może po prostu nie zamierzali już bić się z ich dwójka, widzac, że i tak porzadnie ich już poobijali. W każdym razie zniknęli, a Alfie był w stanie lepiej przyjrzeć się swojemu obrońcy.
No i po co zgrywałeś bohatera? – zapytał, podajac mu rękę, aby ten podniósł się ziemi. Już i tak zrobili wystarczajace show na ulicy.
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-02-22, 20:34   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Zaangażowanie w bójkę, zwłaszcza w stanie lekkiego upojenia alkoholowego, nie było najmadrzejszym pomysłem, na jaki udało się mu wpaść, lecz widzac, jak łapska jednego z tych oprychów wyladowały na pośladkach bezbronnej dziewczyny, kompletnie o tym nie myślał. Był odważny i głupi - idealne combo, aby wpakować się w kłopoty, więc nie analizował tej sytuacji zbyt długo, liczac na zwykłe szczęście. Niestety to jak zwykle go ominęło i już po kilku sekundach Chester leżał na ziemi z twarza przyciśnięta do kostki brukowej, otrzymujac kolejne ciosy.
Mężczyźni coś do niego mówili (albo być może przekrzykiwali się między soba?), ale krew szumiała mu w uszach i nie potrafił wyłapać żadnych konkretnych słów. Twarz piekła go od solidnych ciosów, a brzuch bolał po tym, jak został kopnięty przez nogę zaopatrzona w ciężkiego, twardego buciora.
Marny był z niego bohater, oj, marny.
Miał nadzieję, że wkrótce straci przytomność, bo otrzymywanie kolejnych uderzeń robiło się coraz bardziej nie do zniesienia, lecz wtem atak ustał. Spod przymkniętych powiek udało mu się dostrzec kilka par butów, które oddalały się stopniowo, aż wreszcie zniknęły za którymś zakrętem.
Czyli to wszystko? Przez chwilę trudno było mu w to uwierzyć, zwłaszcza że mężczyźni, których zaczepił, wcale nie wygladali na miłosiernych Samarytan, gotowych do zaprzestania ataku w momencie, gdy przeciwnik nie był w stanie już dłużej się bronić. Z drugiej strony... być może to wszystko miało wyłacznie pełnić rolę nauczki, która pokazałaby Chesterowi, że nie należy wtracać się do nieswoich spraw.
Powoli przekręcił się z brzucha na plecy, zaciskajac szczęki, kiedy niemożliwy ból przypomniał o sobie, sprawiajac, iż zakręciło mu się w głowie. Splunał na chodnik i prawie jęknał, dostrzegajac krew. Cholera, tylko nie zęby. Nie miał na tyle pieniędzy, aby ryzykować zgryzem dla jakiejś przypadkowej dziewczyny z ulicy, która znalazła się w tarapatach, kiedy on akurat przechodził obok.
- Hę? - odezwał się nieinteligentnie, gdy usłyszał jakiś głos, najprawdopodobniej zwracajacy się właśnie do niego. Cóż, nikogo innego tutaj nie było, prawda? - Nikogo... nikogo nie zgrywałem - bronił się słabo, po części z powodu bólu, a po części dlatego, że nadal przeżywał możliwość utraty któregoś zęba. Nie chciał zostać szczerbaty! Nie w tak młodym wieku!
Dostrzegajac wyciagnięta rękę, chwycił ja i podniósł się do góry z pomoca nieznajomej, pozwalajac sobie na kilka niezrozumiałych jęknięć. Silny uścisk jak na dziewczynę, przeszło mu przez myśl zanim dźwignał się na nogi, a potem oparł o ścianę, by zaczerpnać tchu. Spróbował przetrzeć oczy, ale jak tylko dotknał dłońmi skóry swojej twarzy, syknał z bólem. Szlag by to trafił.
- Bardzo mam obita mordę? - zapytał, jako że dziewczyna była jedyna osoba w pobliżu, na której opinii mógł polegać. Nie zwykł nosić przy sobie lusterka. Szkoda, bo może gdyby je miał, mógłby rozbić je na głowie któregoś z tamtych mężczyzn, zyskujac dla siebie trochę przewagi. - A zęby? Brakuje któregoś? - to mówiac, rozdziawił paszczę, aby dziewczyna mogła przyjrzeć się jego zgryzowi. Zaraz jednak przypomniał sobie, że jego pytania nie były specjalnie męskie, więc uniósł palec wskazujacy do góry, jakby próbujac podkreślić coś ważnego, i dodał: - Muszę wiedzieć, czy umówić się na wizytę z moim dentysta. - Średnio wiarygodne? Cholera, alkohol źle wpływał na pracę jego mózgu. - Wiesz, ma napięty grafik. - Trochę lepiej, ale to jeszcze nie to. - Jedzie na wakacje. - W środku zimy, tak, to brzmiało logicznie. - Na Karaiby! - Tam chyba było wystarczajaco ciepło, aby Chester nie wyszedł na kłamcę czy krętacza?
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Alfair Rashid
[Usunięty]

Wysłany: 2018-03-15, 10:05   

Zazwyczaj starał się nie wdawać w bójki, ale pomimo szczerych chęci nie zawsze był w stanie ich uniknać. Zazwyczaj były powodowane właśnie takimi zaczepkami kierowanymi do niego, gdy postanowił akurat wyjść na miasto jako kobieta. Większość mężczyzn tego nie zauważała, bo sama nigdy nie doświadczała takiego napastowania z ich strony, ale kobiety nie miały pod tym względem łatwo. Szczególnie gdy tak jak on teraz, wracały samotnie, a wokoło pełno było najczęściej pijanych podrywaczy, którzy taka kobietę uważali za łatwy cel. Ach, ten urok weekendowych nocy, gdy na ulicach roiło się od takich pijanych podrywaczy, którzy nie wybawili się dostatecznie w klubie, z którego akurat wyszli i wciaż tej zabawy szukali. Starał się zostać w roli Afrah, co w wyjatkowych sytuacjach nie zawsze mu wychodziło i w efekcie skutkowało bójka, zazwyczaj zainicjowana przez takiego delikwenta, oburzonego faktem, że dopiero co sam próbował poderwać mężczyznę.
Sam był poturbowany znacznie mniej niż nieznajomy, który postanowił go bronić, bo jako, że to on zadał pierwszy cios, napastnicy skupili się bardziej na nim, nieco popuszczajac Alfiemu, który starał się jakoś odgonić ich od tamtego chłopaka. Był przekonany, że jakby nie on, w ogóle nie doszłoby do żadnej bójki, ale skoro stanał w jego obronie (nawet jeśli według niego zrobił to zupełnie niepotrzebnie), nie wypadało mu go tak zostawić, dlatego także do bójki wkroczył.
- No pewnie, że nie, bohaterze – powiedział i przewrócił oczami, cały czas utrzymujac głos Afrah, jako, że chłopak najwyraźniej nie rozpoznał, że w rzeczywistości wcale nie jest kobieta. Musiał nie usłyszeć, gdy tamci mężczyźni wytknęli mu to, zanim doszło między nimi do bijatyki. Odruchowo sięgnał dłońmi włosów, upewniajac się, że podczas szarpaniny peruka nie osunęła mu się z głowy, z ulga stwierdzajac, że wciaż była na swoim miejscu. Makijaż miał już zapewne lekko rozmazany, ale nie na tyle, aby dało się rozpoznać, że kryje się pod nim męska twarz. Kobiety po całej nocy spędzonej w klubie także nie miały przecież nienaruszonych makijaży.
- Trochę przypudrujesz i nic nie będzie widać – stwierdził, przypatrujac się jego twarzy. Biorac pod uwagę, że napastników było pięciu, mógł skończyć znacznie gorzej niż tylko z poobijana twarza. Nie miał złamanego nosa, co było częsty skutkiem podobnych bójek! Alfie nie raz widział gości kończacych w ten sposób, sam także na szczęście jeszcze tego nie doświadczył. Całkiem lubił swój nos i nie chciałby, aby na skutek pobicia miał on ulec zniszczeniu. Aż się wzdrygnał na myśl o tym jak oboje mogliby teraz wygladać, gdyby tamci goście w porę się nie wycofali. Tym razem zerknał na otwarta buzię swojego supermena, który eksponował mu swoje zęby. – Wszystkie na miejscu – odpowiedział, gdy upewnił się już, że żadnego nie brakuje. – Wyglada na to, że jednak nie odwiedzisz dentysty przed jego wylotem na Karaiby.
Nabrała go ochota na papierosa, dlatego zaczał przeszukiwać dość obszerne kieszenie swojego futra w poszukiwaniu ich paczki, która wcześniej tam chował. Wyjał jednego i włożył go sobie między wargi, po czym wystawił otwarta paczkę w kierunku chłopaka, dajac znać, aby się poczęstował. Pozostawało tylko znaleźć zapalniczkę, niestety nic co znajdowało się w jego kieszeni nie przypominało jej ani trochę kształtem. Cóż, musiał zostawić ja w klubie. – Masz ognia?
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-03-19, 00:30   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Zrobił kwaśna minę, słyszac, jak nieznajoma pogardliwie określiła go bohaterem. Pff, gdyby nie on to ona teraz użerałaby się z krwawiaca warga albo podbitym okiem. Powinien za ten czyn dostać order wzorowego obywatela Brentwood!
Kamień spadł mu z serca, gdy dziewczyna przyznała, że nie wygladał najgorzej, a i wszystkie zęby pozostały na swoich miejscach. Nie, żeby przesadnie obchodził go własny wyglad; wolał jednak uniknać narzekania szefa, który patrzył na niego jak na ostatnia patologię (ha!), ilekroć Chester przychodził do pracy bardziej niż trochę poobijany. Nigdy nie przechodziło tłumaczenie, że wczuwał się w bohaterów promowanych na filarach kina filmów akcji.
Pokręcił głowa na wyciagnięta w jego kierunku paczkę papierosów. Miał własne, zreszta chyba nawet nie chciało mu się palić, lecz nie zamierzał odmawiać kobiecie w opałach ognia. Tak nie przystało.
- Jasne. - Nieprzytomnie poklepał się po kieszeniach, aby znaleźć zapalniczkę. Ponieważ jego twarz nadal trochę bolała, a głowa była trochę otępiała, zeszła chwila, nim natrafił na odpowiedni przedmiot. - Trzymaj - powiedział, odpalajac zapalniczkę i przysuwajac go bliżej niego, żeby mógł odpalić sobie papierosa. No co, uczynny był! Cały Chester. Kochany i pomocny, tylko na niego spojrzeć. Nie miał jednak pojęcia, że w tym samym momencie, kiedy on robił dobry uczynek, dziewczyna, na która miał oko, wyszła z wnętrza Essex Arms i rozgladnęła się na boki w poszukiwaniu jego osoby. Nie dostrzegłszy nikogo w pobliżu, jej wzrok niefortunnie padł na sasiednia ulicę, gdzie Aldridge właśnie przybliżał się do obcej dziewczyny z lekko otumanionym wyrazem twarzy. To zdecydowanie nie wygladało najlepiej.
- Serio?! - Chester zmarszczył brwi, kiedy usłyszał znajomy głos. Czyżby kolejna kobieta potrzebowała pomocy heroicznego Adonisa? Automatycznie odwrócił się i zmrużył oczy, aby zrozumieć, co właśnie się działo; obolała twarz i ogólne nieogarnięcie spowodowane zbyt duża ilościa wypitego alkoholu ani trochę nie pomagały. - Nie ma mnie pięć minut i już znalazłeś sobie inna laskę? - Wreszcie udało mu się dojść do tego, że znajomy głos należał do Hattie - tej samej, z która dosłownie chwilę temu pił alkohol, przekonany o tym, iż właśnie w jej towarzystwie spędzi nadchodzaca noc. O cholera, przeszło mu przez myśl, kiedy zrozumiał, jak bardzo to spieprzył.
- Hej, czekaj! - zawołał, machajac do niej ręka na znak, aby się zatrzymała. Kurczę, naprawdę była fajna! Przynajmniej wtedy, w klubie, gdy śmiała się z jego idiotycznych żartów i utrzymywała, że nie miała nic przeciwko znajomościom na jedna noc. Kłamała czy po prostu poczuła się olana? Trudno stwierdzić, a i nie wygladało na to, żeby Chester miał się tego dowiedzieć, bo dziewczyna odwróciła się na pięcie, po czym ruszyła w dół uliczki, głośno stukajac obcasami. - Hattie! - spróbował jeszcze raz, lecz bez skutku. Zaklał więc pod nosem. Nie zamierzał jej przecież gonić. Pijany i pobity, to z pewnościa źle by się skończyło.
Powoli odwrócił się do dziewczyny, z która, według insynuacji Hattie, miał zamiar iść w tango. Nie była brzydka, właściwie Chester mógłby śmiało stwierdzić, że wpasowywała się w jego typ, ale... tak, zdecydowanie opuściła go już ochota na cokolwiek.
- Dziewczyny - burknał pod nosem, po czym wyjał wygnieciona paczkę papierosów i, wsadzajac jednego z nich między wargi, odpalił go nerwowo. Co prawda kobieta, która uratował przed banda sukinsynów (wiadomo, tak sobie mówił) wcześniej zaproponowała mu własne, ale bez sensu było żerować na niej, skoro miał swoje. - Bez urazy, ale... kurwa - rzucił mało inteligentnie, tak dla sprostowania. Nie miał zamiaru obrażać wszystkich dziewczyn, tak po prostu wyszło, ale byłoby kiepsko, gdyby ta również poczuła się dotknięta jego zachowaniem. Wolał więc od razu się zreflektować.
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,14 sekundy. Zapytań do SQL: 6