Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica #2
Autor Wiadomość
Joan Torres


Wysłany: 2017-10-09, 19:35   

Rak był do bani. Nie dość, że odbierał człowiekowi siły i w niektórych sytuacjach również życie to na dodatek sprawiał, że chorzy w ogóle się nie poznawali. Zastanawiała się czy gdyby nie nowotwór to doszłoby do tego wszystkiego. Chciała znaleźć przyczynę, usprawiedliwić się przed sama soba, bo to nie było niczym, czym chciałaby się komuś chwalić. Ona naprawdę taka nie była i wcale nie czuła satysfakcji ze zdrady Ricky. Pamiętała pocałunek i jasne, był cholernie przyjemny, cała reszta także, ale większości nie pamiętała, więc nie potrafiła postawić się na tym stanowisku. Ba, nie było na czym się stawiać, bo obie się kumplowały i bez watpienia nie zrobiły tego umyślnie w imię nieistniejacych uczuć lub komuś na złość (np. Mike’owi’).
- Ale gdybym nie zaczęła to by do niczego nie doszło. – zauważyła słusznie czujac, że powinna wytłumaczyć się przed Ricky, ale z drugiej strony jakby to brzmiało? Sorry, zrobiłam to przez raka? Czysty egoizm, którym nie chciała się prezentować, dlatego odpuściła sobie wszelkie argumenty, których być może Woodill teraz nie chciała słuchać.
- Nie mów tak. Teraz jest mi głupio, że większości nie kojarzę. – tak jakby to było bez znaczenia lub dobra zabawa, której nawet nie chciała zapamiętywać. W tamtej chwili raczej nie myślała w takich kategoriach. W ogóle nie myślała, więc nie ma co się doszukiwać jakichkolwiek intencji z ich strony. – Kurczę, nawet nie wiem jakbym mogła ci pomóc, bo to nawet niemożliwe. Ty masz Mike’a a ja nikogo i to nie fair, że tak właściwie wychodzę z tego obronna ręka. – przed nikim nie musiała się tłumaczyć ani przepraszać (prócz Ricky), więc była na wygranej pozycji tylko, że to nie zawody a jej naprawdę było przykro. – Jeżeli mogę coś zrobić.. – to niech Woodill powie, bo Joan nawet nie wiedziała czy mogłaby ja przytulić, powiedzieć albo pomóc z czymkolwiek. Właściwie to wszystko wydawało się bzdurne i jedyne słuszne posunięcie to odejście, zniknięcie z życia znajomej, bo od tej pory Torres będzie jej przypominać tylko to, że zdradziła Mike’a.
_________________

    - What’s your greatest wish?
    - I just wanna punch God in the face.

[Profil]
 
 
Ricky Woodill








32

ratuje życia

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, davis, holgate

Wysłany: 2017-10-23, 10:30   
  

  
Ricky Woodill

  
when our feet hurt, we hurt all over


Z pewnościa będzie miała żal do znajomej, jeśli kiedykolwiek odkryje z czym zmagała się w chwili, w której obie zdecydowały się na stosunek seksualny. Wprawdzie były pod wpływem alkoholu, ale nie mogły zwalać całej winy na niego, to nie było w porzadku. W każdym razie Woodill miała większy żal do siebie, niżeli do Joan, ale nie oznaczało to, że obecność dziewczyny niczego nie utrudniała. Wręcz przeciwnie i nie tylko chodziło o zdradę, jakiej dopuściła się względem Mike'a, ale ogólnie o sam fakt odbycia stosunku z dawna znajoma, z która w tym momencie o tym rozmawiała. Nie była przyzwyczajona do podobnych sytuacji.
- Obie ponosimy odpowiedzialność za to, co wtedy miało miejsce, to nie tylko twoja wina - zapewniła, bo sama czuła się z tym wszystkim wystarczajaco źle i nie chciała, aby Torres miała podobnie. Wprawdzie w tym momencie powinna myśleć jedynie o sobie, ale nie potrafiła, nie była tak oziębła jak mogłoby niektórym się wydawać. - Nie możesz mi pomóc, sama muszę sobie z tym poradzić - westchnęła, bo tak właśnie było, czy jej się to podobało, czy też nie. W jaki niby sposób mogła skorzystać z oferowanej przez Torres pomocy? Powinna zabrać ja do domu i przedstawić swojemu partnerowi i dzieciakom? Przy niej rozpętać wojnę, która zdaniem lekarki była nieunikniona? Ta opcja w ogóle nie wchodziła w grę.
Jeszcze mocniej przywarła plecami do oparcia ławki, nie potrafiac skupić się na niczym poza sytuacja, która miała miejsce w jednym z domków, na plaży w Southend.
- Potrzebuję pobyć sama, muszę zastanowić się nad tym wszystkim - powiedziała bardziej do siebie, ale na tyle głośno, aby słowa te dotarły do uszu znajomej. Mogła sama ruszyć się z miejsca, ale nie miała w sobie tyle sił aby zrobić to właśnie w tym momencie. Dlatego łatwiej było pozbyć się znajomej, na która już nigdy nie spojrzy tak jak dawniej.
_________________




[Profil]
 
 
Joan Torres


Wysłany: 2017-10-23, 13:53   

Krótko, bo kończę.
Czuła się strasznie rozdarta, bo chęć wsparcia, porozmawiania i pomocy znajomej stykała się z brutalna rzeczywistościa, w której to ona sama stała się problemem Woodill. Jak w takim przypadku miałaby jej doradzić albo wesprzeć skoro jednocześnie mówiła o sobie i tym, jak strasznie się zachowała. Chciałaby móc coś zrobić, ale nie mogła i ta bezradność również dawała jej się w kość, bo od jakiegoś czasu walczyła z czymś, czego sama nie umiała się pozbyć i tak samo była teraz. Nie potrafiła odebrać Ricky ów wspomnień ani jakoś złagodzić żalu do samej siebie. Wyrzuty sumienia znajomej.. widziała je z daleka i to wcale nie pomagało. Marność, marność i tylko marność.
- Tak wiem. - stwierdziła cicho wzdychajac ciężko. - W innych okolicznościach.. - co? Pomogłaby jej? Tak, przynajmniej rozmowa a teraz jedyne co mogła zrobić to się zmyć a najlepiej zniknać ze świata Ricky. Nie chciała tego. Lubiła kobietę dawniej i przypadła jej do gustu również teraz, ale najwyraźniej nawet o znajomości nie mogły już mówić. Zostana tylko cieniem kończac swa relację punktem 'przespałyśmy się i było fajnie, ale to zdrada, więc sajonara'. Na swój sposób to zabawne, ale im nie było do śmiechu.
Wodzac wzrokiem po ulicy nie od razu wstała na równe nogi. Nie zamierzała się narzucać, ale też chciała pokazać, że w innej sytuacji byłaby przy niej. Teraz też by chciała, ale to wygladałoby idiotycznie, więc ostatni raz obdarzyła Ricky smutnym spojrzeniem, westchnęła ciężko i wstała otrzepujac spodnie z nieistniejacego tyłu. Kupowała sobie czas nawet poprawiajac kurtkę przy okazji szukajac odpowiednich słów.
- Naprawdę cię przepraszam Ricky. Nie chciałam mieszać w twoim życiu i.. miło było ponownie cię spotkać. Szkoda, że tak to wszystko się potoczyło. - że teraz, tak na dobra sprawę, nie będa mogły ze soba rozmawiać ani się spotkać na piwie (już nie wspominajac o tym, że Joan mogła umrzeć na raka, ale nie chciałam o tym znów pisać). - Trzymaj się. - jakkolwiek źle i dziwnie to brzmiało musiała się jakoś pożegnać i w końcu ruszyła w swoja stronę najpewniej już w aucie zajadajac słodkościami, które pójda jej w tyłem albo w boczki. Don't care.
z/tx2
_________________

    - What’s your greatest wish?
    - I just wanna punch God in the face.

[Profil]
 
 
William Boyle


Wysłany: 2017-12-10, 18:36   

Ostatnimi czasy czuł się przemożnie zmęczony. Ciężkie ręce, szurajace nogi, ołowiane powieki i wieczny ból głowy objawiajacy się pulsujacymi dziko skrońmi. Gdyby mógł, zniknałby pod pościela na zawsze, najpierw stał się jednościa z łóżkiem, a potem wyparował stajac jednościa już z całym światem. Z jednej strony ten stan niemocy naprawdę go niepokoił, z drugiej zaś nie na tyle, aby wyzwolić w nim chęć zmiany. Ten powolny tryb życia, wręcz leniwy, pozbawiony większych ekscytacji, był mu na rękę. Uparcie trzymał się jak bardziej prostego cyklu składajacego się z pracy i domu, ponieważ nie wymagał od niego dodatkowego wysiłku. Ale rzucenie się w wir pracy wcale nie było rozwiazaniem problemów, tak jak i przesypianie dni wolnych. Bezruch poniekad pogarszał jego stan, pozwalał mu myśleć więcej i wcale nie był ucieczka od rzeczywistości. Potrzebował jednak czasu, aby odchorować kolejny nieudany zwiazek, który niby nie rozpadł się z czyjejkolwiek winy, mimo to William wyrzucał sobie, że musiał czegoś nie dopilnować, skoro wszystko się rozpadło, tak po prostu.
Dni, w których nawet mocna kawa nie była w stanie go rozbudzić, były dla niego najgorszym przekleństwem. O ile niechętnie opuszczał uczelnianie mury, tak tym razem z jawna ulga wsiadł do samochodu i ruszył w kierunku Brentwood. Nie podchodził zbyt ambitnie do spędzenia tego wieczoru, szybko uznał, że zadowoli się kiepskim winem i nienajlepsza ksiażka. Z każda kolejna przemierzona ulica czuł się coraz bardziej senny, przez co zaczał prowadzić niedbale, zwracać mniejsza uwagę na otoczenie. Naprawdę trudno mu było jeździć po zmroku. Tylko na chwilę przymknał oczy.
Dobrze słyszalne, ale niezbyt mocne stuknięcie w samochód kazało mu szeroko otworzyć oczy i natychmiast się zatrzymać. W jednej chwili rozbudził się, zarazem całkowicie zamarł z przerażenia. Wział głęboki wdech i w końcu odważył się wysiaść z pojazdu. Rozejrzał się odrobinę nieprzytomnie po otoczeniu, a gdy ujrzał postać na drodze, momentalnie zbliżył się do niej.
Nic się pani nie stało? – spytał ze szczerym przejęciem, pełen obaw i lęku, bo przecież sam odpowiadał za obecny stan młodej kobiety. – Powinienem zadzwonić po karetkę?
Dobrze, że była przytomna, ale to niezbyt go pocieszało, przecież pewne urazy moga o sobie dać dopiero po jakimś czasie. Chwycił więc za telefon i wpatrywał się to w jasny ekran, to w poszkodowana.
_________________
William Boyle
I had a dream the other night about how we only get one life. It woke me up right after two, I stayed awake and stared at you, so I wouldn’t lose my mind.


[Profil]
 
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-12-19, 00:13   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Spieszyła się. Ostatnimi czasy zapełniała sobie wolny czas wszystkim, czym tylko mogła, byleby nie mieć chwili na głębsze myślenie, analizowanie wszystkiego, co miało miejsce niedawno. Spotkanie z Taylor pozostawiło ja podenerwowana, niepewna i dziwnie przestraszona, ale ilekroć próbowała zrozumieć, dlaczego reagowała na wszystko w taki sposób, mętlik w jej głowie powiększał się dwukrotnie. Czego się bała? Utraty przyjaciółki? Tego, że w każdej chwili mogła ja zawieść? Poczucia, iż nie zasłużyła na uczucie, którym Taylor ja obdarowała? Cokolwiek to było, nie pozwalało jej zebrać myśli, więc w końcu Latifa rzuciła się w wir przeróżnych aktywności. Dopracowała reportaż, który wysłała do korekty po raz pierwszy bez przedłużania terminu, co wcale nie ucieszyło jej tak, jak powinno. Coraz częściej dopytywała o nowe zlecenie z nadzieja, że im dłużej będzie wiercić przełożonym dziurę w brzuchu, tym prędzej zechca się jej pozbyć. Kilka razy w tygodniu, wcześnie rano, wyprowadzała psy ze schroniska na spacery z braku innego zajęcia. Częściej niż zwykle chodziła na basen, gdzie spędzała tak dużo czasu, że jej skóra stawała się pomarszczona od zbyt długiego kontaktu z woda. Znajomi patrzyli na nia z niedowierzaniem, gdy wyciagała ich na popołudniowe seanse do kina badź któryś raz z kolei proponowała wyjście do baru. Wszystko okej? - pytali, a ona tylko przewracała oczami i uśmiechała się tak, jakby ich troska była zupełnie zbędna. Ostatecznie jednak, aby nie martwili się bardziej, gospodarowała sobie czas w samotności. Polubiła bieganie; czynność, która przyspieszała bieg krwi w jej żyłach i powodowała przyjemne szumienie w głowie - wystarczajace, aby nie musiała myśleć o rzeczach, od których tak usilnie próbowała uciec. Niestety istotny minus biegania przy obecnej pogodzie stanowiło to, że nietrudno było o chorobę, więc już po kilku dniach Latifa, po raz pierwszy od dawna, chodziła przemęczona i zasmarkana. Bolały ja mięśnie, zatoki i nie miała siły na samodzielne zrobienie czegokolwiek, co z jednej strony było dobre, bo przynajmniej osiagnęła swój cel i nie dawała rady zbyt długo myśleć o jednej rzeczy, ale z drugiej niezmiernie ja irytowało. Nienawidziła tego ciagłego kataru, o bólu głowy już nie wspominajac. Aby więc zrobić tym dwóm dolegliwościom po złości, nie odwołała spotkania z Sophie, która zaledwie tydzień temu wróciła do kraju po kilkumiesięcznym pobycie w Korei Północnej. Co być może nie było z jej strony najmadrzejszym posunięciem, bo wywołane przeziębieniem rozkojarzenie sprawiło, że za późno rozgladnęła się na przejściu dla pieszych, przez co nieomal wpadła pod koła jakiegoś samochodu.
- Cholera - zaklęła, gdy zatoczyła się do tyłu i upadła na wilgotna od zimnego deszczu ziemię. Na moment pociemniało jej przed oczami, więc szybko potrzasnęła głowa i zamknęła oczy, ale kiedy je otworzyła, świat nadal wirował. To przez chorobę czy naprawdę mocno w coś uderzyła? - Hm? - wymamrotała, kiedy usłyszała jakiś nieznajomy głos. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, że ktoś, najprawdopodobniej kierowca auta, pytał ja o jej stan. - W porzadku. To znaczy zaraz będzie w porzadku - stwierdziła, masujac sobie skronie. W normalnych okolicznościach poprosiłaby, żeby nieznajomy walnał ja jeszcze raz, ale na razie chyba miała dosyć. - Przepraszam, nie rozgladnęłam się.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
William Boyle


Wysłany: 2017-12-24, 00:20   

Ostrożnie pochylał się nad młoda kobieta, starajac się jej w żadnym wypadku nie przestraszyć, w końcu wygladała na oszołomiona, co zreszta nie było niczym dziwnym. William przygladał się jej z jawnym przerażeniem, choć z każda chwila stawał się coraz bardziej spokojny o jej stan, w końcu nie widział choćby kropli krwi. Żadna z kończyn poszkodowanej nie była wykręcona pod jakimś dziwnym katem i kości z nich też nie wystawały. Oboje mieli wiele szczęścia, piesza najwidoczniej tylko otarła się o jego samochód i to naprawdę był jakiś cholerny cud.
Nie zamierzał wstrzymywać się z okazywaniem emocji, odetchnał z wielka ulga, kiedy otrzymał odpowiedź na swoje pytanie. Najważniejsze, że osoba, która przypadkiem poturbował, czuła się dobrze. Z drugiej strony nie mógł pokładać całej swej pewności w tej deklaracji, bo w przypadku takich zdarzeń istotne sa nie tylko powierzchowne rany, tyle się przecież słyszy o zagrożeniu życia w wyniku wewnętrznych urazów. I na dodatek nieznajoma zaczęła masować swe skronie.
Ale na pewno w porzadku? – spytał z lekkim zwatpieniem. – W każdej chwili mogę zadzwonić po karetkę albo zawieść pania do szpitala – zaoferował szybko swoja pomoc. Nawet jeśli miało to wiazać się z interwencja policji, wolał zachować się przyzwoicie niż zignorować całe zdarzenie.
Proszę nie przepraszać – wyrzucił z siebie szybko i niedbale, bo sam czuł się w całej tej sytuacji okropnie winny. W ostatnich dniach był tak bardzo roztargniony, nawet w ten wieczór nie potrafił się skupić, a przecież powinien przykuwać większa uwagę do rzeczywistości, kiedy już zdecydował się zasiaść za kierownica. Mimowolnie zaczał analizować gorsze scenariusze oraz wszelkie możliwe konsekwencje, przez co robiło mu się wręcz niedobrze. Prawie go zemdliło, ale trzymał się dzielnie; zapewne przez ten okropny chłód, który na chwilę obecna rozbudzał cały organizm. – Najważniejsze, że nie stało się pani nic poważniejszego.
Tak przynajmniej myślę – dodał w myślach, ale szybko pokręcił głowa, bo podobnych komentarzy nie potrzebował, nie chciał wzbudzać w sobie większych watpliwości. Wyciagnał pomocna dłoń w stronę kobiety, aby pomóc jej podnieść się do pionu z mokrego podłoża.
_________________
William Boyle
I had a dream the other night about how we only get one life. It woke me up right after two, I stayed awake and stared at you, so I wouldn’t lose my mind.


[Profil]
 
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-12-27, 02:19   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Dudniło jej w głowie, trudno powiedzieć czy przez nagłe zderzenie z samochodem, czy tę nieznośna grypę, która spowolniała jej umysł i ruchy, przez co czuła się jak kompletna idiotka. Nie dość, że prawie wpadła komuś pod samochód to jeszcze robiła problem, siedzac na środku ulicy jak rzucona w kat, szmaciana lalka, nie będac w stanie wykonać żadnego ruchu. Może rodzeństwo miało racje - może faktycznie nie powinna była w takim stanie wychylać nosa zza murów domu. Dlaczego zawsze musiała udawać madrzejsza i robić wszystko po swojemu?
- W porzadku, tylko... potrzebuję chwilki. - W gruncie rzeczy jej ociaganie się było bardziej wywołane paskudnym samopoczuciem zwiazanym z przeziębieniem aniżeli lekkim stuknięciem się z autem. To drugie niespecjalnie ja alarmowało - w końcu nie wpadła pod koła jakiegoś wariata, który nie stosował się do przepisów, i którego wybryki na jezdni mogłyby pozbawić ja życia, więc nawet nie była roztrzęsiona. Oprócz walacego mocno serca, chwilowego zaćmienia umysłu i przemoczonych spodni (chyba wyladowała tyłkiem w kałuży) nic jej nie dolegało. Chociaż dzwoniaca nad uchem myśl, że mogła nie mieć na tyle szczęścia, aby wyjść z tego wszystkiego bez szwanku, gdzieś tam była - wyraźna, prawdziwa i alarmujaca.
Uśmiechnęła się blado, podnoszac głowę, by po raz pierwszy spojrzeć na kierowcę auta. Chociaż Latifa niewiele była w stanie dostrzec poprzez lekko załzawione z powodu przeziębienia oczy i skape oświetlenie ulicy, odniosła wrażenie, że mężczyzna był bardziej przejęty ta cała sytuacja niż ona. Przetarła szybko oczy, pociagnęła nosem i już miała podjać żałosna próbę podniesienia się do góry, gdy nagle zobaczyła przed soba wyciagnięta dłoń.
- Dziękuję - powiedziała, chwytajac rękę mężczyzny i podciagajac się, aby wreszcie stanać na nogach. - Naprawdę nic mi nie jest - dodała jeszcze, bo wydawało jej się, że nieznajomy był ta sprawa stanowczo za bardzo przejęty. - Z panem wszystko okej? - Dopiero teraz miała okazję przyjrzeć się jego twarzy, więc zmierzyła go spojrzeniem od góry do dołu, aby na końcu przenieść wzrok na samochód. Chyba nic mu się nie stało? Niespecjalnie znała się na motoryzacji, więc nie była w stanie określić czy ktoś jej postury mógłby w jakikolwiek sposób zaszkodzić autu, ale wolała nie spowodować ani jednej rysy.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
William Boyle


Wysłany: 2018-01-02, 01:35   

Nie był pewien skad bierze się spokój u tej kobiety, bo przecież niewiele brakowało do tego, by wpadła mu pod koła. Jeden szybszy krok do przodu i konsekwencje tego zdarzenia mogłyby okazać się tragiczne. Przez chwilę rzeczywiście wygladała na oszołomiona, ale dość szybko zaczęła reagować, powróciła do względnej trzeźwości umysłu. Jednocześnie nie wydawała się specjalnie przejęta, jakby brak większych obrażeń pozwalał szybko przejść do porzadku dziennego i sytuację zagrażajaca życiu uznać po prostu za niebyła. William jednak nie śmiał tego komentować, chyba nawet powinien być wdzięczny za to, że nie spotkał się ze żadna scena ze strony poszkodowanej.
Odetchnał z ulga, gdy ofiarowana przez niego pomoc została przyjęta. Pomógł młodej kobiecie podźwignać się na równe nogi, następnie przygladał jej się przez chwilę badawczym spojrzeniem i nic nie mógł poradzić na zaniepokojenie kryjace się w jego oczach. W końcu wział jednak głęboki wdech i, o dziwo, spokój wreszcie nadszedł, choć w niewielkim stopniu, mimo to pozwolił na jako takie uporzadkowanie pędzacych myśli, co nasuwały gorsze scenariusze, które jednak się nie urzeczywistniły.
To dobrze – odpowiedział krótko, nie mogac jeszcze się skupić, choć już był mniej zdenerwowany. – Ze mna wszystko w porzadku – odpowiedział w końcu z lekkim zaskoczeniem, ponieważ dziwne było to, że osoba bardziej poszkodowana mogła zmartwić się o jego stan, kierowcy, pod którego kołami mogłaby leżeć, gdyby nie łut szczęścia. O samochodzie to nawet nie pomyślał. I może powinien się upierać przy tym, żeby zawieść ja do szpitala, ale stopniowo zaczynał być spokojniejszy o zdrowie nieznajomej. – Niech pani się nie gniewa– zaczał spokojnie. – Spytam raz jeszcze i obiecuję, że już po raz ostatni – dodał jeszcze, aby wyjaśnić jakoś swoje zachowanie. – Na pewno wszystko z pania dobrze i nie ma potrzeby wzywać pogotowia czy też zawozić pani do szpitala?
Spogladał na nia wyczekujaco i z jawna nadzieja na to, iż otrzyma zapewnienie, które już całkowicie go uspokoi.
Przepraszam, jeśli jestem zbyt natrętny, ale naprawdę chcę mieć pewność, że po rozejściu się naszych dróg nie zasłabnie pani.
Posłał jeszcze subtelny uśmiech, nieco blady w obliczu okoliczności, jednak uprzejmy i szczery. Wolał klarownie przedstawić swoje motywy, tak na wszelki wypadek. Choć trudno mu było wyobrazić sobie, że miałby tak po prostu pożegnać się, wsiaść do samochodu i odjechać.
_________________
William Boyle
I had a dream the other night about how we only get one life. It woke me up right after two, I stayed awake and stared at you, so I wouldn’t lose my mind.


[Profil]
 
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2018-01-10, 21:28   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Spotykały ja groźniejsze sytuacje. Co prawda nie codziennie miała tę przyjemność prawie wpaść pod kola czyjegoś samochodu, ale po przeżyciu kilkunastu lat w Iraku i paru miesięcy w poszczególnych miejscach ogarniętych wojna, nie sprawiała wrażenia bardzo zszokowanej zaistniała sytuacja. Bywało gorzej.
Pytanie o samopoczucie z wierzchu mogło wydawać się trochę głupie, a przynajmniej Latifa podejrzewała, że, podczas gdy mężczyzna siedział za kierownica, nie doznał żadnego uszczerbku fizycznego, ale i tak postanowiła się upewnić, jako iż nie była w stanie określić na pierwszy rzut oka jego stanu psychicznego. Tak czy siak, uzyskawszy odpowiedź twierdzaca, skinęła głowa, a potem przystawiła zziębnięte dłonie do skroni, które w jej mniemaniu wydawały się nazbyt ciepłe. Stan podgoraczkowy? Prawdopodobnie.
- Nic mi nie jest - powtórzyła pustym tonem głosu. Głowa bolała ja tak bardzo, że naprawdę nie miała siły poczuć się zirytowana nieustępliwymi pytaniami mężczyzny. - Trochę źle się czuję, ale to nie pana wina. Przeziębiłam się - wytłumaczyła skrótowo, bo podejrzewała, że gdyby tego nie zrobiła, jej mimika twarzy zadziałaby na niekorzyść prawdomówności. - Byłoby dobrze, gdybym po prostu wróciła do domu. - Z pewnościa przydałoby jej się wygodne łóżko, gruba kołdra, ciepła herbata i jakieś skuteczne tabletki do pełnego pakietu.
Uśmiechnęła się bez cienia wesołości i potrzasnęła głowa, gdy usłyszała przeprosiny.
- W porzadku, to bardzo miłe. To znaczy... większość pewnie po prostu pojechałaby dalej, więc dziękuję. - W tym przypadku nie zrobiłoby jej różnicy, jeśli trafiłaby na tchórzliwego kierowcę, ale fakt faktem - ta niegroźna kolizja zawsze mogła skończyć się gorzej. Chociaż myśl, że na świecie istnieli jeszcze dobrzy, troskliwi ludzie, zapewne bardziej podniosłaby ja na duchu, gdyby była teraz zdrowa i w pełni przytomna.
- Naprawdę dziękuję - powiedziała jeszcze, szperajac po kieszeniach kurtki w poszukiwaniu telefonu. Zamierzała jak najszybciej odwołać feralne spotkanie i cofnać się do domu. - Niech pan jedzie ostrożnie - poleciła, patrzac na mężczyznę z autentyczna, niema prośba. Nie znała jego imienia, nie wiedziała na jego temat kompletnie nic, ale miała szczera nadzieję, że po tym niedużym wypadku wróci do domu (czy jakiegokolwiek innego miejsca, w które się kierował) spokojnie oraz bezpiecznie.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
William Boyle


Wysłany: 2018-01-28, 16:38   

Musiał przyznać, że naprawdę mu ulżyło, gdy po raz trzeci usłyszał zapewnienie od kobiety o jej pełnej sprawności. Pozwolił sobie nawet rozluźnić mięśnie ramion, z kolei spojrzenie jasnych oczu stało się mniej natarczywe w swym zatroskaniu. Odetchnał cicho z ulga i w końcu skinał głowa w zgodzie, aby pokazać, że zaprzestał podważać słowa poszkodowanej. Rzeczywiście z poczatku wydała mu się mocno rozkojarzona, co i brał za wstrzaśnienie mózgu, choć z drugiej strony mógł to być również dobrze efekt męczacego przeziębienia.
Spojrzał na nia z wyraźnym zaskoczeniem, słyszac podziękowania z jej strony. Ucieczka z miejsca wypadku znajdowała się poza granicami jego pojmowania. Choć do wielkiej tragedii nie doszło, za co dziękował wszelkim niebiosom i niezmierzonej opatrzności Bożej, to i tak jego obowiazkiem było zatrzymanie pojazdu i upewnienie się, czy rzeczywiście nic się nie stało jakiemuś przechodniowi.
To przecież był mój obowiazek – odparł ze słyszalnym w tonie jego głosu uporem. – Zatrzymać się i w razie konieczności udzielić pomocy – dodał jeszcze pewniej i na tym zakończył, ponieważ z cała pewnościa żadne z nich nie potrzebowało elaboratu na temat moralnego obowiazku każdego człowieka poszanowania życia, a więc i jego ratowania.
Zastanawiała się jeszcze nad jedna kwestia, przez co miotał się przez chwilę niemiłosiernie. Kiedy jednak podjał decyzję, wział głęboki wdech, po czym wyrzucił z siebie szybko:
Może w takim razie odwiozę pania do domu?
Propozycja wydała mu się jak najbardziej uzasadniona. Chce tylko zadbać o to, aby nieznajoma bezpiecznie wróciła do swojego własnego domostwa. Z drugiej strony dość jasno zasugerowała, że sama jest w stanie sobie poradzić. Szybko odpuścił, nawet nie czekajac na jej odpowiedź.
W takim razie proszę na siebie uważać.
Po tych słowach pożegnał się skinięciem głowy i zaraz wsiadł do auta, aby odjechać. Jednak wciaż trzymało się go oszołomienie, jakby nie dowierzał, że spotkało go tak ogromne szczęście w nieszczęściu.

z/t x 2
_________________
William Boyle
I had a dream the other night about how we only get one life. It woke me up right after two, I stayed awake and stared at you, so I wouldn’t lose my mind.


[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-04-21, 21:50   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Mama Harrison miała nowy twardy orzech do zgryzienia. Jeszcze nie tak dawno temu jej syn Fitz zadzwonił do niej i oznajmił, że jego brat bliźniak bawi się z kumplem w agencję matrymonialna- a dzisiaj dowiedziała się, że Joseph wpadł na kolejny durny pomysł. Jak to jest, że ten chłopak zawsze znajdzie sposób, by zrobić wokół siebie szum? Dlaczego średnio raz na dwa tygodnie, biedna mama bliźniaków musiała odebrać połaczenie, z którego wynikało, że Joey wpadł na kolejny dziwny pomysł. Wiecie co niedawno on sobie wymyślił? Polowanie na duchy! No Boże święty, ile on ma lat? Sześć? A może te wszystkie dziwne scenariusze rodziły się z jakiejś formy.... potrzeby atencji? Może to właśnie atencja była motywem, który prowadził jego kolejne działania? Wiecie co on sobie tym razem wymyślił? Zagadywał ludzi na ulicy i prosił o podpisy pod petycja, która zgłosiła że ludzie domagaja się tego by Maoamy byly produkowane bez żelatyny. Póki co pod petycja podpisał się Fitz, ponieważ zdawał sobie sprawę z tego, że brat po prostu nie da mu żyć – a co gorsza mieszkali w jednym domu. Popis niżej należał do rudego, a kolejny do Chestera. I to tyle – ta niesamowicie wpływowa petycja była podpisana przez 3 osoby. Harrison jednak głęboko wierzył, że do końca dnia zbierze osiem podpisów! A jak! Jak hajdować to księżniczki, a jak kraść to miliony.
[Profil]
 
 
Cody Reyes


Wysłany: 2018-04-21, 22:09   

Cody był zmęczony po całym tygodniu pracy, przyjaciel załatwił mu pracę u siebie w hotelu, która była całkiem fajna, ale zdecydowanie musiał w nia włożyć więcej wysiłku, niż przy siedzeniu na słuchawce. Ta praca jednak bardziej go satysfakcjonowała, mimo, że sprzatał pokoje. Załoga była całkiem fajna, szło porozmawiać z ludźmi. Przy samej robocie trzeba było mieć dobre ruchy, a po miesiacu doszedł już do wprawy. Pensja też była całkiem niezła, nawet wystarczało mu na przyjemności i mógłby zrezygnować z pracy w klubie, ale tego jednak nie chciał robić. W dodatku w najbliższym czasie miał zaczać szkolenie, bo kolega chciał go wysłać na recepcję, gdzie mógł więcej zarobić, tylko że warunkiem była również praca w nocy, co mu nawet odpowiadało. Ze względu, że mógł sobie pozwolić teraz na trochę więcej niż wcześniej to postanowił pójść na zakupy i kupić sobie parę rzeczy. Jego pierwszym celem oczywiście był jego ulubiony lumpeks. Nie wstydził się tam kupować, bo rzeczy stamtad były w całkiem dobrym stanie, a czasami nawet nie były używane, bo były sprowadzane z zamkniętych sklepów, które wyzbywały się towaru. Zeszło mu tam ponad godzinę, zanim przetrzepał wszystkie wieszaki i wybrał sobie parę perełek, między innymi skórzana kurtkę, fajne obcisłe jeansy i parę t-shirtów. Wychodzac ze sklepu zobaczył chłopaka, który wygladał znajomo, ale nie był pewien skad go zna. Nie zamierzał jednak podchodzić i się go wypytywać czy przypadkiem się nie znaja. Cody wychodził z założenia, że jeśli się znaja to ten sam podejdzie.
_________________
Cody Reyes
Speak low if you speak love
[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-04-28, 15:48   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Teoretycznie Joey Harrison zbierał podpisy od paru dobrych godzin – rezultaty jednak nie były zbyt imponujace. Większość ludzi przechodzacych obok nawet na niego nie spogladała. No i nawet jeśli udało mu się kogoś zatrzymać i wytłumaczyć co wymaga interwencji, to ten ktos stukał się w czoło i ruszał przed siebie. Dotychczas jego petycja miała aż 3 podpisy, a teraz Harrisonowi udało mu się zwerbować jedynie jakaś staruszkę, która myślała, że petycja dotyczy likwidacji jakiegoś cholernego przedszkola. Dlaczego ktoś chciałby likwidowac przedszkole? A gdzie by się podziały te wszystkie dzieciatka?! Joey już rozważał poddanie się i wyrzucenie do kosza swojej petycji, kiedy nieświadomie nawiazał kontakt wzrokowy z jakimś kolesiem. Jak jużwspominałem, większość ludzi na Harrisona nawet nie spojrzała, dlatego chłopak zdecydował się wykorzystać tę okazję i zebrac PIĄTY podpis pod petycja.
-Siema! podbił do nieznajomego, którego niestety jednak kompletnie nie kojarzył. Czy powinien kojarzyć? No co prawda Cody i Joey już kiedyś się spotkali, ale była to na tyle przelotna znajomość, że kompletnie nie została zarejestrowana przez Joeya -Podpiszesz się pod petycja? – zapytał podsuwajac chłopakowi listę-Chcę zmusić koncern produkujacy Maoamy do produkcji tej gumy bez żelatyny wieprzowej – wyjaśnił po chwili. Harrison liczył na to, że uda mu się zebrać kolejny podpis pod jego arcyważna petycja i już niedługo z czystym sumieniem będzie mógł się zajadać tymi gumami. Czy mu się uda? Zobaczymy...
[Profil]
 
 
Cody Reyes


Wysłany: 2018-05-05, 08:50   

Chłopak faktycznie się przywitał, ale już po chwili okazało się, że ten go wcale nie poznaje. Może się pomylił? Postanowił jednak nie myśleć o tym, a skupił się na tym co chłopak ma mi do powiedzenia.
-Co? Wytłumacz mi, bo nie ogarniam tego tematu-bylo to 100% prawda. Co ważnego miała w sobie guma i zwierzęca żelatyna. Chłopak musiał mieć coś z głowa, bo nikt normalny nie przejmowałby się takimi sprawami, a już na pewno nie stałby na ulicy i zbierał podpisów w tym temacie. Po chwili uświadomił sobie, że zadanie pytania było największa głupota jaka mógł zrobić. Zamiast odejść bez słowa,ten postanowił wdrażyć się w temat i już tego żałował. Domyślał się, że zaraz spadnie na niego fala słów i odpowiedzi, a w dodatku nie zdziwiłby się gdyby ten podczas rozmowy zwróciłby uwagę na siebie wszystkich przechodniów, albo co gorsza zaproponuje mu żeby również zbierał podpisy pod petycja, a to już w zupełności odpadało.
_________________
Cody Reyes
Speak low if you speak love
[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-05-05, 19:30   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Nie da się ukryć, że chociaż Brentwood było mieścina zdecydowanie mniejsza niż przykładowo Londyn, to jednak każdego dnia na ulicy spotykało się dziesiatki ludzi. Bardzo trudno byłoby zapamiętać każda napotkana twarz, prawda? Chociaż swoja droga podobno ludzki umysł nie jest w stanie wykreaować samodzielnie wizerunku i każda spotykana przez nas w snach osoba była kiedyś przez nas widziana w realu. Co prawda nie ma to kompletnie żadnego zwiazku z obecna gra, ale uznałem, że fajna ciekawostka.
-Chodzi o Maoamy, takie gumy rozpuszczalne – oznajmił Joey nieco zaskoczony odpowiedzia chłopaka -Do produkcji używaja żelatyny i chcę to zmienić. Dlaczego? Mówiac krótko - lubię te gumy, ale nie lubię mordowania bezbronnych prosiaczków – wyjaśnił wzruszajac przy tym ramionami niedbale. Może faktycznie jego petycja była głupia, albo naiwna – ale Harrison zawsze uważał, że trzeba walczyć w imię swoich przekonań. No i co prawda kilku jego znajomych sugerowało by po prostu odpuścił, ale Joey nigdy nie odpuszcza i gdyby to on pływał na drzwiach po Morzu Północnym to znalałoby się miejsce dla Jacka -Jest w nich tyle chemii, że na pewno daliby radę zastapić ten składnik innym, pochodzenia roślinnego i straciliby na smaku. – dopowiedział z uśmiechem wymalowanym na twarzy. W końcu niezależnie od tego czy Cody podpisal petycję czy nie, do Joeya zadzwonił brat co sprawiło, że Harrison się ulotnił.

[zt]
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 7