Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica #2
Autor Wiadomość
Brentwood


Wysłany: 2017-06-24, 23:57   Ulica #2
  

  
Brentwood

  
your favourite place on earth


[Profil]
 
 
Ambroise Huismans
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-09, 23:00   

Zazwyczaj jeździł autobusem. Brał ze soba ksiażkę, choć wiedział, że w pojazdach zwykle i tak było zbyt dużo ludzi, a co za tym szło - za mało miejsca by ja czytać. Nie miał słuchawek, bo ostatnio muzyka słuchana w drodze stwarzała większy chaos i nie dawała przyjemności. Lepiej było, kiedy nie słuchał niczego i nikogo.
Było późno ciemno i nie powinien był tego dnia nikogo spotkać. Lecz niestety; już z odległości kilkunastu metrów dostrzegł kobietę - od razu było widać, że nia telepie, że szuka punktu przyczepienia, rozrzucajac swoja osobę wieczorem po mieście; kobieta-rzep. Zbliżała się powoli, stajac się dla oczu Huismana coraz wyraźniejsza, aż w końcu nadszedł ten moment. W chwili w której powinni się minać, kobieta z złapała go delikatnie ręka za ramię i uśmiechajac się, zadała proste pytanie: "Przepraszam, która godzina?" Ambroise natomiast, szybko zorientował się, że to nie było pytanie. To odbezpieczenie granatu, wciśnięcie magazynku w karabin. Kolejny ruch tylko czysto teoretycznie należał do niego. Miał kilka sekund, by dać upust własnej wyobraźni i kreatywności. Od "nie wiem", przez "23:20", do "moja ostatnia". W zasadzie, im bardziej abstrakcyjna odpowiedź, tym większe były jego szanse na uniknięcie rozmowy. Historia jednak już nie raz udowodniła, że istnieli ludzie niezłomni i nieustraszeni.
Nie ważne co odpowiedział. Ona i tak powiedziała to, co powiedzieć chciała od poczatku: "Wie pan ja nie jestem żadna fanatyczka polityczna ale to co mówia w telewizji co one wiedza ja mam wyższe wykształcenie był marsz był społeczeństwo a jest po prostu oszukiwanie i nieświadome wybory i takie kobiety w telewizji, co one wiedza" Literalnie - bez przecinków i kropek. Przez chwilę świat wygladał tak, jakby sam Ambroise był na najgorszym kacu swojego życia i wszyscy wokoło w tym samym momencie zaczęliby krzyczeć. Niezbyt ambitne porównanie, prawda? W końcu życie nie zawsze stawiało go w ambitnych sytuacjach.
Musiał uciec. Byle nie odpowiadać, byle dalej, byle szybciej. Wymamrotał tylko ciche przepraszam, odwrócił się w bok i ruszył biegiem, chcac przebiec przez ulicę na druga stronę i liczac, że nieznajoma nie była wystarczajaco zdeterminowana by pobiec za nim. Niestety - nie udało mu się nawet dobiec do białej linii, namalowanej na asfalcie, gdy usłyszał pisk opon i zgrzyt swoich własnych zębów. Samochód chyba go nie uderzył, ale Huismans i tak upadł na ziemię, lekko ogłuszony nagła sytuacja. Ciśnienie wzrosło, serce przyspieszyło, a on zmrużył tylko oczy, osłaniajac je dodatkowo ręka przed światłem stojacego przed nim auta.
A kobieta? Może wróciła do domu, gdzie maż od dziesięciu lat nie odrywał się od fotela, pilota i piwa? Może dziesięć lat temu zmarł na raka? A może nigdy go nie było? Nie ważne. Nie obchodziły go marsze ani kobiety w telewizji. Nie znał się na polityce. Nie wiele rozumiał z tego wszystkiego i niewiele miał czasu by próbować zrozumieć, bo jego uwaga przeniosła się całkowicie na twarz mężczyzny, który teraz schylił się nad nim, najwyraźniej równie zmieszany.
- Ezra? - Ambroise poznał go już kilka ładnych lat temu. Poznał i zapamiętał. Zainteresowany był nawet jego innościa, a jakże. Jak można było być tak pełnym energii, pozytywnym i w ogóle nastawionym dobrze do życia? Dziwna sprawa, a przecież w Eisenbergu tego zawsze było pełno. Było w nim coś, co sprawiało, że każdy chciał sobie koniecznie wpisać we własna biografię.
 
 
Ezra Eisenberg
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-10, 06:44   

Niby wszystko było w porzadku, niby wszystko było po staremu, ale jednak nie do końca. Nie wiedział dlaczego tak bardzo wkurzyło go zachowanie przyjaciela. Czemu widok jak łasi się do innego i jak tamten go dotyka wkurzył. Przecież tak naprawdę nie byli z soba w żadnym zwiazku. To, że sypiali z soba, a od jakiegoś czasu mieszkali wspólnie to przecież nic takiego. Normalne w przyjaźni, jednak… coś było inaczej, że nie lubił ogladać go w ramionach innych mężczyzn czy też kobiet.
Obecnie to odczytywał od niego smsa i jakoś nie uśmiechało mu się za bardzo. Przyjaciel co prawda zobaczył iż wyszedł i że nie był zadowolony, ale… sama ta treść nie była zbyt przyjemna. Cos go zabolało. Tylko, cholera co? Przecież on nigdy nie podchodził emocjonalnie do tego. Jednak cos się widocznie zmieniło, a sam zainteresowany o tym nie wie lub nie chce wiedzieć.
Spojrzał na jezdnię i normalnie serce to mu podniosło się do gardła. Wstrzymał oddech łapiac pewniej kierownicę i gwałtownie hamujac. Przecież nie jechał szybko z zabójcza prędkościa, nie mógł nikogo potracić. Miał wielkie przerażone oczy. Przejechał kogoś? Przeżył? Nie? Trup? Wiezienie? Teraz miał gonitwę myśli. Szybko wyłaczył silnik i wyskoczył z auta. W mgnieniu oka znalazł się obok chłopaka, który był chyba niewiele starszy od niego lub w tym samym wieku. W szoku zbytnio nie potrafił poznać.
-Nic Ci nie jest? Masz coś złamane? Krwawisz?
Wyrzucił z siebie kucajac. Wodził wzrokiem po jego ciele próbujac znaleźć jakieś oznaki potracenia. Jednak ich nie widział. Chyba na szczęście dla niego. Dopiero gdy usłyszał swoje imię spojrzał na poszkodowanego. Tak jakby to go orzeźwiło, otrzasnęło z pierwszego szoku. Patrzył się przez chwilę na niego, próbujac przypomnieć skad może znać ta twarz. Dawno jej nie widział. Aż sobie usiadł na asfalcie patrzac się na chłopaka.
-Ambroise…
Powiedział cicho z delikatnym uśmiechem. Takiego to on się spotkania w ogóle nie spodziewał. Serio. Tym bardziej w takich okolicznościach.
-Nic Ci nie jest?
Spytał bo w końcu wypadało. Przecież jakby nie patrzeć to go potracił.
 
 
Ambroise Huismans
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-10, 09:27   

Nic dzisiaj nie było takie jak myślał, że będzie. Jego genialny w swej prostocie plan spokoju w ostatnich wolnych chwilach nie wypalił. Co prawda poczatek był niespodziewanie przyjemny to później coś poszło nie tak. Od jednego słowa do drugiego tym razem jego błyskotliwość zbytnio sobie pofolgowała. Napięcie, które uporczywie ignorował, narastało systematycznie, widocznie potrzebowało w końcu ujścia. To powinna być dla niego nauczka. Ukazanie, że jego podejście do życia nie było do końca tak doskonałe jak sobie wyobrażał. Nie zwykł myśleć o wszystkim z takiej strony. Był daleki od wszelkich logicznych dywagacji, analiz tego, co miało miejsce. Przy okazji potoczył spojrzeniem w prawo, wodzac wzrokiem po ciemnym chodniku, na którym jeszcze przed chwila stała nieznajoma kobieta. Na pewno tam była?
Nie było pewne z jakiego konkretnie powodu - czy przez to, że Ezra zaczał mówić, czy może dlatego, że zrobiło się nagle tak ciemno - w każdym razie, Ambroise wrócił na ziemię. Chyba tym razem na dłużej. Uniósł wzrok, słyszac te wszystkie pytania (ile razy już je słyszał?) i zmarszczył delikatnie czoło, dziwiac się, że nawet ten jego uśmiech, po tylu latach, był w stanie poznać. Cały Ezra. Huismans nie miał pojęcia jak on to robił. Skad zawsze czerpał ten nieskończony entuzjazm i nieustanna radość życia. Nie zdziwiłby się, gdyby jego serce biło w rytm jakiejś wesołej przytupajki. To trochę dziwne, że w ogóle się znali. Ciężko znaleźć dwie, bardziej różniace się od siebie osoby. Jeśli coś ich łaczyło to można powiedzieć, że długość włosów, bo podobno kolor był zupełnie inny. Ale to nie przeszkadzało. Co więcej, wydawało mu się, że te wszystkie kontrasty wręcz im pomagały. Zawsze było o czym porozmawiać, jakimś cudem przy Eisenbergu nawet pan florysta potrafił się otworzyć, powiedzieć coś więcej niż zwyczajowe dwa słowa. Nie wiedział jak on to robił, nie pojmował swoim małym rozumem tego całego mechanizmu, ale to nieistotne. Najważniejsze, że ich drogi znów się złaczyły, mogli choć przez chwilę iść do przodu razem. Oby tylko jakoś w połowie tej ścieżki Ambroise nie dostał zawału, gdy przyjaciel znów spróbuje wjechać w niego autem (sam pod nie wpadłeś, Huismans)
- W porzadku, już się zbieram. - odpowiedział w końcu, bo nie wypadało leżeć na mokrym asfalcie zbyt długo. W ogóle nie wypadało na nim leżeć. - Przepraszam. - powoli wstał z ziemi, uśmiechajac się mimo wszystko.
Znów. Znów kolejna osoba, która nie sadził, że spotka. Kiedy wciaż się uciekało (z każdego miejsca, od każdego człowieka) trudno było sadzić cokolwiek. A głupie były te jego ucieczki - bezskuteczne. Po co było uciekać z jednego miejsca do innego, jeżeli potem znów się uciekało z innego do jeszcze innego? Po co zostawiać jednego człowieka dla drugiego, jeżeli tego drugiego zostawia się później dla trzeciego, a tego trzeciego dla...
- Dokad jedziesz?
 
 
Winter Aldridge








23

barman

South - West Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Mordechai, Philippa, Ivy, Dale, Dayami, Tinsley, Barnabas







Wysłany: 2017-07-28, 01:51   
  

  
Chione Winter Aldridge

  
how can a heart like yours ever love a heart like mine?


/chyba już wolne? po Astrid.

Po kilku ostatnich wydarzeniach wciaż nie mógł dojść do siebie, ale życie wymagało, aby do niego wrócić. Były wakacje, więc na uczelni Winter nie musiał się pojawiać, tym więcej jednak podejmował zmian w barze. Chciał sobie dorobić, żeby coś zaoszczędzić na kolejny rok akademicki. Od rodziców nie ciagnał pieniędzy, mieszkał u nich i jadł za ich, tyle mu wystarczało. Praca pozwoliła mu się też choć na chwilę oderwać od myśli, od których nie mógł uwolnić się od kilku dni. Chociaż na chwilę. Kilka godzin mu wystarczyło, ale teraz, kiedy szedł ulica i wsłuchiwał się w muzykę płynaca ze słuchawek, wszystko wracało. Każdy kawałek Beatlesów przypominał mu przyjaciela, właściwie większość muzyki, jaka Winter miał w telefonie, zazwyczaj słuchali wspólnie, mimo to uparcie grzebał usiłujac znaleźć coś, czego będzie mu się słuchać lepiej. Nie było to łatwe zadanie. Skupił się na nim wystarczajaco, aby zignorować zasady ruchu drogowego, nie rozejrzał się więc przed wejściem na jezdnię, nie miał też możliwości usłyszeć nadjeżdżajacego pojazdu. Dopiero poczuł, jak ten w niego wjeżdża, tak, że blondyn został zepchnięty kilka metrów dalej. Telefon wypadł mu z ręki, ciagnac za soba słuchawki i roztrzaskujac się gdzieś o chodnik, a Winter leżał na jezdni, próbujac złapać oddech. Powoli zaczynał czuć każda część ciała, która przed chwila mogła ulec urazowi i zastanawiał się, czy to już pora, żeby umierać? Miał tyle życia przed soba! Nigdy wcześniej nie wpadł pod auto czy nic innego, więc nie był pewien, jak człowiek powinien czuć się w takim momencie. Przez kilka chwil był pewien, że już po nim, zwłaszcza, że nie mógł się poruszyć.
_________________
take a look at these dirty hands
take a look at this face these blazing eyes


[Profil]
 
 
Patrick Jordan
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-07, 18:22   

/po Cavendishu, przed randka ze Stefkiem

Czasem człowiek zbyt wiele miał na głowie. Czasem wystarczyło, że jadac motocyklem w jednej chwili patrzysz przed siebie, ale wystarczy coś złego, jakiś ruch z boku, żebyś odwrócił wzrok i wtedy... wtedy jest źle. Wjeżdżasz w coś, albo w kogoś, jak teraz w przypadku Patricka. Nie chciał przecież spowodować wypadku, odwrócił wzrok zaledwie na moment, na ułamek sekundy, ale to wystarczyło, żeby wjechać... i to nie w jakiś samochód, nie w ścianę, nie w latarnię, ale w cholernego człowieka idacego sobie spokojnie przez ulicę. Nie, nie miał tego za złe chłopakowi, to w końcu Jordan prowadził motocykl. Zeskoczył z niego, gdy tylko zgasił silnik, od razu po tym, jak zorientował się co się stało. Niemalże rzucił motor na bok, na chodnik, by zaraz potem podbiec do leżacego na jezdni człowieka. Miał nadzieję, że nie był jakoś bardzo ranny. Padł przy nim na kolana, majac ochotę potrzasnać nim, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Nie można dotykać rannego, jeszcze mógł go bardziej uszkodzić...
- Hej, słyszysz mnie? - nie krzyczał, ale mówił dość głośno, żeby mieć pewność, że chłopak go słyszy. Nie miał już na sobie kasku, bo zostawił go na siedzeniu motocykla, ale rozpięta kurtka motocyklowa wciaż wisiała na jego ramionach. Niewiele brakowało, a spadłaby na ziemię, ale to było ostatnie, czym się przejmował. - Powiedz coś! Popatrz na mnie! - tak, był spanikowany, ale też co mu się dziwić? Jeszcze nigdy nie spowodował wypadku.
 
 
Winter Aldridge








23

barman

South - West Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Mordechai, Philippa, Ivy, Dale, Dayami, Tinsley, Barnabas







Wysłany: 2017-08-11, 23:55   
  

  
Chione Winter Aldridge

  
how can a heart like yours ever love a heart like mine?


Winter wcale nie był zdania, że to wina kierowcy. Czy też dokładniej nie będzie, jak już wróci do siebie, bo teraz ostatnie, o czym myślał, to kogo obwiniać o wypadek. Teraz interesowało go pozostanie przy życiu. Z drugiej jednak strony, jego marna egzystencja nie przeleciała mu przed oczami w postaci filmowych klatek, nie było żadnego światełka w tunelu, nie czuł unoszenia się ponad własnym ciałem. Śmierć w jego głowie miała pewnie przeróżne wyobrażenia, jako mieszkanka tego, co widział w kinie, telewizji, słyszał od innych ludzi, czego nawciskali mu rodzice. Żadne z nich nie było bliskie temu, co czuł teraz, ale wciaż - nigdy wcześniej nie miał okazji umierać, więc po prostu to wszystko było kłamstwem? Nie wiedział, ale czuł, że jego oddech się uspokaja, że pewne części ciała zaczynaja bolec go bardziej, aż w końcu nawet coś usłyszał. Jakby z innego świata przedarł się do niego głos, który zaraz udało mu się zidentyfikować z chłopakiem, na którego twarzy w końcu skupił wzrok. Nie udało mu się skinać głowa, ale ręka, która bolała chyba mniej wymacał podłoże i powoli spróbował się podnieść. Druga, prawa, nie nadawała się chyba do niczego, nie mógł nia nawet ruszyć. Przynajmniej głowa trzymała mu się na karku.
- Żyję? - wydukał tylko z siebie, a skoro już otworzył usta, poczuł metaliczny smak krwi, która płynęła mu z rozciętej wargi. Zryte o beton policzek i czoło też nie prezentowały się najlepiej, podobnie zdarte kolano wystajace z dziury w spodniach (która była tam wcześniej, na szczęście, bo spodnie rzecz święta), ale chyba poza tym nie było z nim tak źle. Był w szoku, to wszystko.
_________________
take a look at these dirty hands
take a look at this face these blazing eyes


[Profil]
 
 
Joan Torres


Wysłany: 2017-09-15, 06:38   

outfit + Mój ulubiony suchar, gdy gram z doktorami a Joan na gifie ma odznakę - Idzie baba do lekarza i udaje psa. Bo to pies na baby. - Dziękuję.
Dni mijały, lekarze dalej mieli takie same twarze a ona czuła się strasznie zła na świat za to, co ja spotkało. Dzisiejsze wyniki przelały szalę goryczy i tak oto z zaprzeczania przeskoczyła na fazę gniewu na poczatku krzyczac na lekarza, potem pielęgniarkę i dostało się też parkingowej, która wlepiała Joan mandat. Meksykańsko-włoskiej agresji nie brakowało i choć mówi się, że słodkości pomagały tylko w przypadku smutku to Joan poczuła potrzebę kupienia tony smakołyków, zamknięcia się w domu i rzucania szkłem w ściany. To była naprawdę dobra perspektywa zwłaszcza, że chwilę przed wyjściem z auta wydarła się na kierownicę. Nie konkretnie na nia, ale w ów kierunku, bo gdy tylko zerknęła na odstajaca z torebki teczkę, poczuła kolejna falę gniewu. Aż musiała sięgnać po nieszczęsny sztywny karton i upchać go niedbale w schowku. Wręcz wepchnęła teczkę gniotac ja w paru miejscach co z boku musiało wygladać bardzo niepokojaco.
Wysiadła z auta trzaskajac drzwiami i już po chwili stała w kolejce w cukierni. Gibała się na boki dogladajac, co dziś ciekawego stało ze mocno oświetlonym szkłem i niecierpliwie tupiac noga w końcu zerknęła za siebie widzac jak do cukierni wchodzi znajoma, z która jakiś czas temu miała okazję porzadnie się zabawić. Od razu na jej ustach zawitał szeroki uśmiech i nie wiedzieć czemu poczuła falę ciepła oraz dziwne podniecenie, które jak sadziła wynikało z pozytywnych wspomnień z ich ostatniego spotkania. Wprawdzie następnego dnia nie było tak super, gdy cała oblepiona piaskiem wracała do domu na ogromnym kacu, ale i tak było warto to znieść.
- Ola, chica! – przywitała się i pomachała, choć w środku nie było aż tyle osób by musiała przesadnie pokazywać gdzie się znajdowała. – Jak się masz? – zlustrowała kobietę wzrokiem i przyciagnęła do siebie w kolejce nieco denerwujac tym faceta tuż za soba. – Po ostatniej imprezie gdzieś mi przepadłaś. Nigdzie nie mogłam cię znaleźć a uwierz, jak na kogoś oblepionego piaskiem, zmarzniętego po nocy na plaży i z porzadnym kacem, naprawdę się starałam. – żeby nie było, że w ogólnie próbowała szukać Ricky. Przyjechały tam razem i powinny wrócić wspólnie, ale kobieta przepadła i Torres nie mogła nic na to poradzić.
- Do dla pani? – przyszła jej kolej, więc znów spojrzała na przeróżne słodkości, westchnęła raz i drugi w końcu sugerujac, że mogłaby kupić wszystko. Pani za lada uśmiechnęła się niepewnie, co Joan skwitowała machnięciem ręki i krótkim ‘żartowałam’. Mimo wszystko wybrała to, tamto, siamto i jeszcze z cztery różne kawałki ciast, co by mieć zapas na cały dzień. Była zła, smutna i zdesperowana brakiem czasu na życie. Niedługo nie będzie mogła jeść słodkości. Ba, watpiła, że cokolwiek przejdzie jej przez gardło, więc korzystała jak mogła po drodze nawet pytajac znajoma czy skusi się na kawałek czegoś, co mogła jej kupić w ramach podziękowań za udana zabawę.
- Koniecznie musisz spróbować tego. – zapewne nie powinna dawać takich rad rodzimej mieszkance Brentwood, ale może jeszcze nigdy nie skusiła się na ten konkretny wyrób? Może nie wygladał zbyt smakowicie albo Ricky zawsze kupowała to, co lubiła najbardziej? – Babeczka sama w sobie nie jest dobra. – nie bała się mówić o tym na głos i nawet olała zaskoczone spojrzenie pani za lada, która pakowała resztę zamówienia. – Ale ta czekolada u góry.. – zgarnęła palcem wspomniany krem z trzymanego w dłoniach wypieku i śmiało wsunęła do ust. Od razu zamknęła powieki z zadowoleniem głośno mruczac, czym ponownie zwróciła na siebie uwagę zebranych osób (jak widać rak odbierał również resztki wstydu). – Ay, si*. – jęknęła ciagle rozkoszujac się czekolada niczym mistrz degustacji. – ¡Estoy en el cielo!** – uwielbiała ten krem. Mogłaby go zamówić bez babeczki. – Spróbuj. – podsunęła Ricky trzymana słodycz, ale szybko musiała wepchnać ja w dłonie kobiety, bo ekspedientka domagała się zapłaty na czym Joan skupiła cała swoja uwagę.

*Oh, tak.
**Jestem w niebie!
_________________

    - What’s your greatest wish?
    - I just wanna punch God in the face.

[Profil]
 
 
Ricky Woodill








32

ratuje życia

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, davis, holgate

Wysłany: 2017-09-18, 14:05   
  

  
Ricky Woodill

  
when our feet hurt, we hurt all over


Zdecydowanie nie była w humorze, co ostatnimi czasy zdarzało się nagminnie. Wszystkiemu winien był Aaron, który próbował uprzykrzyć jej życie. Nie potrafiła sobie z nim poradzić i sama nie wiedziała już co ma robić. Starała się, chciała mieć z nim dobry kontakt i zależało jej na tym, aby chłopak wiedział o tym, że jest dla niej tak samo ważny jak Izzie. Niestety miał swoja teorię na ten temat i za nic w świecie nie chciał jej słuchać. Rozumiała też, że tęskni za druga matka, ale Loise sama zdecydowała się na opuszczenie rodziny. Nie dogadywały się, to prawda. Nie musiały trwać ze soba i udawać szczęśliwej rodziny, ale to nie Woodill wypięła się na dzieciaki, tylko jej była małżonka. Do tego jej niemal dorosły już syn, trafił przed kilkoma dniami do szpitala z śladami pobicia i Ricky była przerażona tym, co działo się w jego życiu. Nie chciał z nia rozmawiać, nie zamierzał nic wyjaśniać. Możliwe, że wplatał się w jakieś kłopoty, o których lekarka nic nie wiedziała.
Nie zawsze jednak mogła żyć tym co działo się z jej dzieciakami, co tak właściwie nie świadczyło o niej, jak o przykładnej matce. Czasem chciała zrobić coś tylko dla siebie, więc poprosiła Mike'a aby odebrał Izzie z przedszkola i popilnował ja przez kilka godzin. Zgodził się bez żadnego marudzenia, więc Woodill po puszczeniu szpitala mogła udać się na zakupy. Odwiedziła kilka butików, zajrzała do drogerii, zatrzymała się w Starbucksie na kawę, a gdy już miała wracać do domu, postanowiła wstapić do jednej z miejscowych cukierni, by nieco osłodzić sobie dzień. Gdy tylko przekroczyła próg lokalu, od razu dostrzegła znajoma twarz, której nie widziała od czasu ostatniej imprezy. Wypiła wtedy zdecydowanie za dużo, co potwierdzić mógł nie tylko jej partner, ale również muszla klozetowa, przez która przeleciało wszystko to, co poprzedniego dnia miała w ustach. Może nie dosłownie, if you know what i mean.
- Cześć! - powiedziała nieco głośniej, aby chwilę później stać już obok Joan. - Zdecydowanie lepiej niż następnego dnia, kiedy to obudziłam się nad muszla klozetowa we własnym mieszkaniu - oznajmiła, starajac się nie mówić zbyt głośno. W końcu Brentwood nie było aż tak duże, a ona jako chirurg powinna się szanować. - Do tej pory, zagadka pozostaje jak się tam znalazłam - przyznała szczerze. Była niemal pewna, że sprawca całego zamieszania był Mike, który do niczego nie chciał się przyznać. Może zadzwoniła do niego pijana i poprosiła aby zabrał ja do domu. Praktycznie nic nie pamiętała z tamtego dnia.
Z przepraszajaca mina spojrzała na znajdujacego się za nia mężczyznę i cierpliwie czekała, aż znajoma zdecyduje się na jakieś ciastko. Jak się okazało, apetyt to ona miała spory, co wywołało uśmiech na woodillowej twarzy.
- Przewidujesz inwazję zombie i robisz zapasy? - zaśmiała się, a gdy Torres zachwalała czekoladowa babeczkę, postanowiła, że zamówi także jedna dla siebie. Oczywiście zamierzała poczekać na swoja kolej, była kulturalna. - Wezmę jedna i Red Velvet, a dla dzieciaków zamówię... sernik jagodowy - powiedziała na głos, ale tak naprawdę słowa te kierowała do siebie samej. Już chciała nawet sięgnać po portfel, ale wtedy Joan zaczęła zachwycać się nad smakiem czekoladowego kremu, aby po chwili wcisnać babeczkę w jej ręce. To jednak nie był dobry pomysł, bo te jęki w wykonaniu znajomej przywołały wspomnienia z ich ostatniego spotkania i z wrażenia Woodill upuściła babeczkę na posadzkę. Przez moment stała jak wryta wpatrujac się w ubrudzona podłogę, aby po chwili bez słowa opuścić cukiernię. Nie chciała wierzyć w to, co właśnie pojawiło się w jej głowie. Przecież to niemożliwe. Nie była taka, nigdy wcześniej nie dopuściła się zdrady. Co więcej gardziła ludźmi, którzy sobie na to pozwalali przez wzglad, że sama w przeszłości została zdradzona. W tym momencie nienawidziła sobie.
Przeszła kilka kroków, po czym przystanęła przy jednej z ławek i dosłownie na nia opadła. Czuła się podle.
_________________




[Profil]
 
 
Joan Torres


Wysłany: 2017-09-18, 18:57   

Zaskoczona szerzej otworzyła oczy, bo naprawdę wielka zagadka było, jak tamta trafiła do domu. Przez chwilę nawet obawiała się, że Ricky ktoś porwał i po drodze wykorzystał, ale tacy chyba nie podrzucaja swoich ofiar prosto pod dom, prawda? Odrzuciła więc tę teorię, co nie zmieniało faktu, że do dzisiaj nie miała jak sprawdzić, czy kobieta w ogóle żyła. Nie miały swoich numerów albo wymieniały się nimi tylko Joan nazwała ja w taki sposób, że pewnie by nie wpadła na to iż pod na przykład 'zioło' albo błędne 'rocky' znajdowała się panna Woodill. Gdyby była trzeźwa na pewno nazwałaby ja Ricky Ticky i po sprawie a tak.. momentami zamartwiała się o koleżankę ze studiów, która całe szczęście stała tutaj i normalnie rozmawiała. Żyła i była zdrowa, chociaż chyba też trochę przemęczona.
- A jeśli powiem, że tak, to uwierzysz? - zapytała z rozbawionym uśmiechem, bo jednak teoria zwiazana z zombie była zabawna i na pewno o wiele lepsza od prawdy. Joan zawsze starała trzymać się tego, co dobre i choć ostatnio marnie jej wychodziło to robiła co mogła by za bardzo nie różnić się od poprzedniej siebie.
Nie miała pojęcia, co teraz miało miejsce w głowie znajomej. Zachowywała się naturalnie robiac te wszystkie normalne rzeczy przy zakupie słodkości, z których jedna upadła na ziemię. Z lekko rozchylonymi wargami spojrzała na podłogę a potem Ricky, która uparcie wpatrywała się w swoja ofiarę. Chciała wyczytać coś z jej twarzy, ale to nie było łatwe gdy tamta tuż po gapieniu się na babeczkę, jak poparzona ruszyła do wyjścia.
- Ricky? Ricky! - zawołała za nia i niepewna co powinna robić rzuciła kobiecie za lada jakiś banknot, złapała za reklamówkę z łakociami i pędem ruszyła do drzwi, które pchnęła ramieniem od razu rozgladajac na boki. Żadnego 'przepraszam za syf' lub 'miłego dnia'. Nie miała głowy na wszelkie grzeczności zwłaszcza, że znajoma porzadnie ja wystraszyła. Tysiace teorii krażyło teraz wokoło jej głowy i dobrze, że żadna z nich nie potwierdziła się w złych czynach Ricky, która całe szczęście siedziała teraz na ławce. Odetchnęła z ulga i już na spokojnie podeszła do znajomej, obok której usiadła. Przez chwilę nic nie mówiła, bo prócz tysiaca pytań nic rozsadnego nie przyszło jej do głowy.
- Wystraszyłaś mnie Ricky. Coś się stało? - zapytała w końcu. - Coś w domu? Z dziećmi? - dorzuciła od razu nie panujac nad odruchem pełnym troski, z która to położyła rękę na dłoni kobiety. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wystraszyłaś się kalorii? - dodała jeszcze zanim tamta cokolwiek powiedziała i nawet się uśmiechnęła chcac w ten sposób rozładować atmosferę (przynajmniej na drobna sekundę).
_________________

    - What’s your greatest wish?
    - I just wanna punch God in the face.

[Profil]
 
 
Ricky Woodill








32

ratuje życia

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, davis, holgate

Wysłany: 2017-09-25, 14:49   
  

  
Ricky Woodill

  
when our feet hurt, we hurt all over


Potrzebowała pobyć w samotności i zastanowić się, nad tym wszystkim co pojawiało się w jej głowie. Tak do końca nie była pewna, czy wydarzenia te miały w ogóle miejsce, ale nie potrafiła znaleźć innego wytłumaczenia. Z każda kolejna chwila odkrywała więcej, a wyraz jej twarzy robił się coraz bardziej przerażony. To w ogóle nie było do niej podobne! Nie byłaby w stanie posunać się do takiego kroku i czemu w ogóle Torres zdecydowała się na ten cholerny pocałunek, który zapoczatkował stosunek seksualny. Tak, przypominała sobie każdy szczegół. Na domiar złego tuż obok niej pojawiła się Joan, której towarzystwa zdecydowanie nie potrzebowała w tym momencie. Czy miała pretensje do znajomej? Zdecydowanie nie. Nie wiedziała tylko jak ma wytłumaczyć swoje zachowanie.
- Z dziećmi wszystko w porzadku - zapewniła, dopiero po dłuższej chwili zabierajac głos. Nie patrzyła na ciemnowłosa, nie wiedziała w jaki sposób spojrzeć jej w oczy. Zastanawiała się też, czy Torres ma świadomość tego co wydarzyło się wtedy w domku na plaży. Istniało takie prawdopodobieństwo. - Pamiętasz cokolwiek z czasu spędzonego na plaży? - zapytała niepewnie, ze wzrokiem utkwionym w czubkach własnych butów. Może i zachowywała się niekulturalnie, ale nikt nie nauczył jej w jaki sposób powinna reagować na podobne sytuacje. - Dokładniej chodzi mi o ten domek, w którym cię znalazłam - sprecyzowała, zastanawiajac się dlaczego nagle przypomniała sobie o wszystkim. Filmy nie urywały się bez powodu, to umysł łaskawie chciał ochronić swojego właściciela przed wstydliwymi sytuacjami jak chociażby ta.
Czekajac na odpowiedź znajomej, próbowała przypomnieć sobie to co działo się później i w jaki sposób dostała się do domu. Póki co jednak w głowie miała zupełna pustkę, a cały obraz kończył się na ciemnych, torresowych ślepiach.
_________________




[Profil]
 
 
Joan Torres


Wysłany: 2017-09-25, 19:02   

Uparcie wpatrywała się Ricky nie wiedzac, że była powodem takiego a nie innego zachowania. Gdyby cokolwiek jej zaświtało to dałaby kobiecie trochę przestrzeni, a potem mimo wszystko chciałaby o tym pogadać, bo nie mogłaby jej zostawić z ogromnym poczuciem winy, o którym teraz nie miała pojęcia. O niczym nie miała pojęcia, więc po prostu czekała majac wrażenie, że wszystko wokoło poruszało się o wiele szybciej niż zwykle tak jakby świat miał to całkowicie w poważaniu. Miał. Joan przekonała się o tym już jakiś czas temu, ale teraz odczuła straszny dyskomfort czekajac aż Woodill cokolwiek powie. Mogła nawet ja zbyć, nakrzyczeć i sobie pójść byleby zrobiła coś, co tchnęłoby trochę życia w to całe oczekiwanie.
- W takim razie co się dzieje? - nie musiała odpowiadać. Znały się tylko ze studiów i choć przeżyły razem udana imprezę to do niczego ich nie zobowiazywało, nawet do zwykłej znajomości, która mogły olać. A jednak Joan nie potrafiła tak po prostu wstać i odejść, dlatego dopytywała o sprawy Ricky jednocześnie sięgajac do niej ręka. Chciała ja objać, lecz wtedy padło pytanie, które ja przed tym powstrzymało.
- Niewiele. Nawet nie wiem jak tam trafiłyśmy. - do Southeed była spora droga, więc albo przemierzyły ja kolejka albo w czyimś aucie. Chryste, dopiero teraz uświadomiła sobie, że po drodze ktoś mógł je wykorzystać, zamordować, okraść albo porwać. Jak mogły być aż tak nieodpowiedzialne? Wciaż patrzac na Ricky zrozumiała, że to jej nie wystarczało, dlatego na moment zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech starajac się przypomnieć coś więcej niż tylko szalone zabawy na plaży. - Pamiętam, że grzebałyśmy w jakieś lodówce. Chyba szukałyśmy czegoś do picia i.. zdenerwowałam się, kiedy przyszedł tamten facet. Nie chodziło o niego. Nie wiem czemu tak się poczułam. Może powiedział coś złego? Nie wiem, naprawdę nie wiem, co było potem. - w jakim domku ja znaleziono i dlaczego tam się znalazła. Czuła się przez to strasznie głupio i co najgorsze, ciagle myślała o tym, że tam ktoś mógł je skrzywdzić.. że może skrzywdził Woodill a ona o niczym nie wiedziała, bo odleciała? A może to właśnie Joan znaleziono w domku w niezbyt przyjemnej scenerii? Uh.. to straszne. Poruszyła się niespokojnie i nagle zsunęła z ławki tylko po to by móc kucnać naprzeciwko Ricky i zajrzeć po schylona głowa (bo ciagle wpatrywała się w swoje buty). Chciała złapać z nia kontakt wzrokowy, bo nieźle się teraz wystraszyła. - Hej, Ricky. - zaczęła łagodnie jedna dłoń kładac na jej kolanie, zaś głowa lawirujac tak by w końcu złapać jej wzrok. - Czy tam coś się stało? Czy.. czy ktoś coś ci zrobił? - nie chciała pytać wprost, bo nawet nie wiedziała o co, ale ciagle nie mogła wyrzucić z głowy myśli, że jakiś koleś ja dopadł i wykorzystał.
_________________

    - What’s your greatest wish?
    - I just wanna punch God in the face.

[Profil]
 
 
Ricky Woodill








32

ratuje życia

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, davis, holgate

Wysłany: 2017-10-07, 23:07   
  

  
Ricky Woodill

  
when our feet hurt, we hurt all over


Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Nie czuła się na siłach, aby rozmawiać z Joan o tym, co wydarzyło się podczas ich ostatniego spotkania. Nie mogła jednak zostawić tego wszystkiego bez wyjaśnienia, bo skoro pamiętała do czego między nimi doszło uważała, że chyba powinna podzielić się tym ze znajoma. Nie wiedziała jak to zrobić i nie była pewna, czy jakiekolwiek słowa będa w stanie przejść jej przez gardło. Nigdy nie była w podobnej sytuacji, nie miała doświadczenia w przeprowadzaniu takich rozmów. Najlepiej było by, gdy Torres została w cukierni i dała jej spokój, albo gdyby w ogóle na siebie nie wpadły i zapomniały o swoim istnieniu. Tak jednak się nie stało, a Woodill musiała poradzić sobie ze świadomościa tego, co wydarzyło się na plaży w Southend.
- I wtedy wyszłaś, zgubiłam cię na kilka chwil - odezwała się po jakimś czasie, próbujac przypomnieć znajomej sytuację, która miała wtedy miejsce. - Byłaś w jednym z domków, coś mocno cię zdenerwowało - kontynuowała tylko do tego momentu. Obawiała się ponownie otwierać ust, nie wiedziała przecież, jak na to wszystko zareaguje Torres, chociaż to nie o nia się teraz martwiła. Bardziej przerażała ja świadomość tego, co wydarzyło się wtedy na plaży. Nie wiedziała też, w jaki sposób znalazła się w domu i jeżeli to Mike odebrał ja z miejsca imprezy, dlaczego nie zabrali ze soba Joan. Czyżby zastał je w nieodpowiednim momencie? Tego nie była w stanie sobie przypomnieć. Gdy znajoma znalazła się przed nia i położyła dłoń na jej kolanie, Woodill zadrżała pod wpływem jej dotyku. Wtedy też ich spojrzenia spotkały się i nie zastanawiajac się nad niczym, lekarka strzasnęła dłoń ciemnowłosej ze swojej kończyny. - Chciałam cię pocieszyć i wtedy się TO stało - wyrzuciła z siebie, akcentujac mocniej jedno ze słów; w dalszym ciagu spogladajac w oczy Torres. - Pieprzyłyśmy się cała noc i nie wiem, czy naprawdę niczego nie pamiętasz, czy w ten sposób bronisz się przed konsekwencjami. Tylko, że ja wolałabym nie wiedzieć, co wtedy się wydarzyło, to zrujnuje mój zwiazek - ściszyła głos, nie w obawie przed tym, że ktoś ja usłyszy, o tym nie myślała w obecnej chwili. Czuła się beznadziejnie i miała do siebie ogromne pretensje i pomimo, że pierwszy krok nie należał do niej, o nic nie obwiniała Joan.
_________________




[Profil]
 
 
Joan Torres


Wysłany: 2017-10-08, 12:39   

Skoro już zapytano ja o wydarzenia z tamtego wieczoru to słuchajac o tym, co działo się po wyjściu z domu usilnie starała przypomnieć cokolwiek. Zmarszczyła brwi, przymknęła oczy i zaczęła intensywnie myśleć, wręcz walczyć o każdy fragment wspomnień, który usunał się przez nadmiar alkoholu. Możliwe, że nawet dopadł ja totalny zgon i mózg niczego już nie zarejestrował, ale – tak! – coś było. Pamiętała domek i to jak z nim walczyła, a raczej ze wszystkim czego w tamtej chwili nie chciała czuć. Była zła, bo nieznajomy typek przypomniał jej, że umierała a bardzo, ale to bardzo nie chciała o tym myśleć tamtej nocy. Nie spodziewała się jednak, że ów pragnienie popchnie ja ku takiemu czynowi. Nigdy nie była fanka zdrad ani bycia ta, z która zdradzano. Mimo iż swego czasu bardzo chciała być z Susan to nie mogła namówić jej do zdrady i szanowała decyzję jaka wtedy blondynka podjęła. Tylko, że Joan nie mogła czekać. Nie dała rady patrzeć na Chavis, być z nia lub rozmawiać bez urzeczywistnienia swoich fantazji, dlatego musiała zerwać tę znajomość, bo ostatnie czego chciała to być ta trzecia; kimś, kim na jedna noc stała się w przypadku Woodill.
Jej spojrzenie przybrało niezrozumiałego wyrazu, gdy z kolana odtracono dłoń a lekarka zaakcentowała słowo - TO - jakby cokolwiek mówiło. Lekko i przeczaco pokiwała głowa dalej nie rozumiejac o co chodziło, lecz kolejne słowa rozwiały wszelkie domysły.
- Co? – to chyba jakiś żart. Aż wstała na równe nogi i zrobiła krok w tył wpadajac na jakiegoś kolesia, którego szybko przeprosiła i wróciła spojrzeniem na Ricky. – Ja naprawdę nie pamiętam. – była dorosła, więc gdyby miała taka świadomość to na pewno nie uciekałaby przed konsekwencjami. Nie kiedy i tak umierała. Nie miała nic do stracenia. Kuwa, to jej wcale nie uratuje z tej sytuacji. Jeszcze Ricky pomyśli, że zrobiła to z premedytacja. – Cholera. – z powrotem usiadła na ławce i dłońmi przetarła twarz próbujac sobie cokolwiek przypomnieć. – Wiem, że nieźle wyżyłam się na tym domku. Przyszłaś, chyba mnie poniosło i gadałam jakieś głupoty a potem.. – zacisnęła szczękę nerwowo doszukujac się jakichkolwiek obrazów, które pozwoliłyby jej zweryfikować słowa Ricky. Nie żeby jej nie wierzyła, ale chciała wiedzieć, chociaż to jak się wszystko zaczęło.. a zaczęło od niej i potem, jak tylko trafiły na łóżko, wszystko stało się czarna plama.
Gwałtownie wyprostowała tułów i z niedowierzaniem spojrzała na siedzaca obok Woodill.
- Ricky ja.. – kompletnie nie wiedziała, co mogłaby jej powiedzieć. – Nie pamiętałam. Nie wiem. Przepraszam. Nie chciałam. To nie musi niczego rujnować. – nie musiało prawda? – To było bez znaczenia. Tak sadzę. Nie, na pewno. Nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobiła.. nie na trzeźwo jak się okazuje. Mierda! – nie wiedziała, co mogłaby jej powiedzieć. W końcu była powodem jej rozedrgania i zdrady, więc niby jak miałaby to odkręcić? Nie dało się. Czasu nie cofna a ona jedynie, co mogła zrobić to po prostu nikomu nie mówić, bo i tak nie zamierzała dzielić się ów przygodami. Nie była tego typu kobieta. O zgrozo, do niedawna nie była też kobieta, która pakuje się w ramiona kogoś zajętego. – Przepraszam Ricky, naprawdę. – tylko tyle mogła jej dać.
_________________

    - What’s your greatest wish?
    - I just wanna punch God in the face.

[Profil]
 
 
Ricky Woodill








32

ratuje życia

Downtown Brentwood

mów mi: evie

multikonta: aldridge, bishop, davis, holgate

Wysłany: 2017-10-08, 13:09   
  

  
Ricky Woodill

  
when our feet hurt, we hurt all over


Gdyby tylko wiedziała, jakie nieszczęście spotka ja w najbliższym czasie, z pewnościa tak bardzo nie przejęłaby się czymś, co w porównaniu ze śmiercia Aarona wydawało się być całkowicie błahe. Niestety nie potrafiła przewidzieć przyszłości i na ten moment to, co wydarzyło się pomiędzy nia, a Joan wydawało się być sprawa najważniejsza. Zaledwie przed kilkoma chwilami przypomniała sobie upojne chwile, które spędziła w ramionach znajomej, a już nienawidziła siebie za to z całych sił. Jak ona teraz spojrzy w oczy Mike'owi i zapewni go o swoim uczuciu? Przewidywała, że będzie zmuszona odbyć z partnerem poważna rozmowę. Nie mógł mieć przecież pretensji o coś, co zrobiła nieświadomie. Wprawdzie nie zdradziła go z premedytacja. To miało odbyć się w nieco późniejszym czasie, a póki co musiała skupić się na rozmowie z sama zainteresowana, która w tym wszystkim nie pozostawała bierna.
Pozwoliła jej się wygadać, kiedy już poinformowała ja o tym, w jaki sposób zakończyły wspólny wieczór. Tym sposobem sama zyskała czas, zanim ponownie musiała zabrać głos. Najłatwiej byłoby po prostu podnieść się z ławki i odejść w swoim kierunku, ale wiedziała, że po kilku chwilach męczyłoby to ja bardziej od tej rozmowy.
- Ty naprawdę niczego nie pamiętasz - powiedziała z pewnego rodzaju rozczarowaniem. Z jednej strony dobrze dla Joan, że nie musiała zmagać się z tym wszystkim, ale jak by nie patrzeć to Ricky musiała robić to również za nia. Poza tym, nawet jeśli nie było to zbyt stosowne, czuła się z dziwnie z myśla, że dopuściła się zdrady, ale osoba, która również w tym uczestniczyła, nie pamięta zupełnie nic. Sama Torres przyznała, że to wszystko nic nie znaczyło, ale lekarka nie patrzyła na to w ten sposób. Gdyby nie alkohol, na pewno nie zdecydowałaby się na to wszystko. No ale, stało się i nie mogły cofnać się w czasie i poprzestać na kilku kieliszkach w jednym z brentwoodzkich pubów. Skoro się wydarzyło, musiało coś znaczyć i należało ponieść za to konsekwencje, a Ricky obawiała się, że dla niej będa one dość dramatyczne. - Nie zmusiłaś mnie do niczego, więc twoje przeprosiny sa raczej zbędne. W tamtej chwili sama tego chciałam, nawet przez moment nie myślac o Mike'u - podzieliła się tym, jak zapatrywała się na sprawę, nawet jeśli zdecydowanie łatwiej byłoby jej obwiniać Torres za to wszystko. - Też chciałabym niczego nie pamiętać - dodała, aby następnie spojrzeć na znajoma. Nie odpychała jej swoja osoba, chociaż czuła się dość niekomfortowo w jej towarzystwie. Możliwe, że gdyby nie trwała w zwiazku, w tym momencie śmiałby się z tego wszystkiego, ale Woodill zdradę traktowała niczym największe z przestępstw.
_________________




[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5