Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica #1
Autor Wiadomość
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2018-08-07, 13:59   
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


Izzy też był noga w kuchni, ale umiał już robić jajecznicę i makaron z sosem z torebki, to już coś. No i przygotowywanie kanapek też nie było mu straszne, także przeżyłby nawet gdyby Darth Vader go porwał i zatrudnił jako kucharza. Chociaż jeśli Asclepius nie chciał umrzeć przez zatrucie, raczej nie powinien tego robić. Just saying.
Złapał się za pierś, że niby słowa Asclepiusa tak bardzo go wzruszyły, i skinał z powaga głowa w wyrazie wdzięczności. Bycie zapamiętanym wiele dla niego znaczyło, zwłaszcza że szykowała się całkiem poważna, krwawa bitwa. Mógł zginać w każdym momencie - jego jedyna nadzieja było utrzymanie dobrego imienia po śmierci.
Najlepiej by było, gdyby Asclepius wymienił swój szpitalny kitel na strój Dartha Vadera i sprawił sobie szpitalna plakietkę z nowym nazwiskiem, wtedy już na pewno nikt nie wziałby go za żadnego Piusa Aldridge'a. Podejrzewam, że taki imidż wywołałby respekt nawet w upartym Adonisie i zmusiłby go do zaprzestania zatruwania jego życia, także Ascel jak najbardziej powinien to rozważyć.
Asclepius? Zmarszczył brwi w zastanowieniu. Niecodzienne imię, a jednak wydawało mu się, że je znał. Tak samo z twarza - niby nie potrafił przyporzadkować jej do żadnego konkretnego momentu swojego życia, ale czuł, że nie widział jej po raz pierwszy w życiu. Coś dzwoniło, nie wiedział tylko w którym kościele.
- Cholera, wydaje mi się, że skadś cię znam - stwierdził, jednocześnie tłumaczac swoje skupione spojrzenie kota srajacego na pustyni. - Nie robiłeś przypadkiem w tym Londynie jakichś durnych rzeczy? - zapytał, przygladajac się mu uważnie. Pytanie o to, czy ćpał albo chodził na dziwki było co najmniej nieodpowiednie, chociażby ze względu na towarzystwo dziecka, toteż Izzy musiał polegać na tym, że Asclepius zechce przyznać się do tego sam. Nawet między wierszami.
A tak w ogóle to uważam, że powinni zebrać ekipę i nagrać swoja wersję Gwiezdnych Wojen. Amatorska, bo amatorska, ale za to jaka oryginalna! Zdobyliby Oskara, to pewne. Obsada składajaca się z dwójki dorosłych facetów i grupki dzieci z brentwoodzkiego podwórka miała szansę podbić serca ludzi na całym świecie.
Blue spojrzała na niego niepewnie, najwyraźniej nie rozumiejac. Trudno się dziwić - miała dopiero pięć lat, nie siedziała w temacie i nie miała pojęcia na temat wojen, zwłaszcza tych międzygalaktycznych. A już na pewno nie wiedziała nic o żadnych żołnierzach, których przecież miała zobaczyć dopiero za chwilę, w dodatku po raz pierwszy w życiu. Przeniosła wzrok na Izzy'ego, mocniej uczepiajac się jego rękawa, jakby oczekujac od niego jakiejś wskazówki. Rozluźniła uścisk dopiero w momencie, gdy jego twarz rozpromieniła się w szerokim uśmiechu.
- Nie zdradzi ci żadnych informacji, to lojalna wojowniczka - stwierdził z przekonaniem, delikatnie ściskajac Blue za rękę. Jej niepewność w stosunku do obcych była jak najbardziej słuszna, w końcu Izzy nie chciałby, żeby jego dziecko oddaliło się z pierwszym lepszym facetem, przekonujacym je co do swojego pomysłu za pomoca rzekomych kotków z piwnicy, ale w tym przypadku nie miała czego się bać i chciał ja o tym przekonać. - Nie sprzedałabyś swoich przyjaciół, prawda? - dopytał, próbujac jakoś wciagnać ja w dyskusję. Ostatecznie dziewczynka niepewnie pokiwała głowa. Zaraz jednak, słyszac pytanie Asclepiusa, zmarszczyła brwi w zamyśleniu.
- Mogę coś panu nalysować! - zaproponowała ochoczo, jako że rysowanie było czymś, co uwielbiała. Bardziej kochała już chyba tylko lody o smaku gumy balonowej, ale tego nie mogła mu zaproponować. Nawet gdyby miała w domu całe pudełko lodów o tym smaku, raczej nie chciałaby się nimi podzielić.
- Zołnieze, jesteście! - Chłopiec o jasnych włosach, który dotychczas przygladał im się z daleka, wybiegł im naprzeciw. Jak tylko zobaczył mała dziewczynkę, trzymajaca się ręki Izzy'ego, podskoczył z radości. - Kapitan Blue! To zascyt - powiedział i skłonił się lekko, aby po chwili złapać ja za rękę. Isidore cudem powstrzymał się od śmiechu. - Dobla, sypko, mamy juz dluzyny! - pospieszył ich zanim oddalił się wraz z Blue do zebranych w kółeczku dzieci. Dziewczynka rzuciła Izzy'emu ostatnie spojrzenie, a potem, z uśmiechem na twarzy, dołaczyła do spiskujacej dzieciarni. Litchfield spojrzał na Asclepiusa zbolałym wzrokiem.
- A więc? - zagadnał, ruszajac do przodu, aby dołaczyć do wesołej gromadki. Chyba właśnie rozpoczęli jakaś kłótnię, bo dało się usłyszeć ich podniesione, piskliwe głosiki. - Jaka masz taktykę? - Żywił szczera nadzieję, że wygadany, jasnowłosy dowódca przydzielił mu jakichś żołnierzy, w przeciwnym razie szanse byłyby naprawdę niewyrównane.
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-08-15, 08:49   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


Zaprzestanie zatruwanie mu życia adonisowa twarzyczka? Marzenie, o którego spełnienie jak dotad nawet się nie łudził, a tu proszę bardzo – istniała iskierka nadziei na powodzenie. Z taka motywacja wcielenie się w złego do szpiku kości Darth Vadera wcale nie wydawało się duża cena. Lekka utrata szacunku, wywołanie rozbawienia u innych…. W osatecznym rozrachunku nie wyszedłby na tym najgorzej. Asclepius powinien to dokładnie przemyśleć, ale dopiero po wielkiej bitwie. Na razie nie miał czasu na podobne głupstwa!
- Czy nie robiłem durnych rzeczy? Zeusie, Londyn to esencja tych słów – uznał rozbawiony, wcale nie koloryzujac rzeczywistości. Studia studiami, ale Ascel nie byłby soba, gdyby tylko ślęczał nad ksiażkami i uczył się cała dobę. Przecież miał dostępna taka gamę rozrywek, skręciłoby go w środku, gdyby wszystkiego nie spróbował. Niestety w przypadku Aldridge słowo wszystko było całkiem bliskie prawdy. - A co, myślisz, że… - zatrzymał się w pół zdania i zmarszczył brwi w zastanowieniu. Czyżby dawne znajomości pojawiły się w Brentwood? Raczej mało prawdopodobne, ale nie mógł tego wykluczyć. Nigdy. Nie takie rzeczy już zdarzyły się w jego życiu. - Mogłem jednak nie przedstawiać się pełnym imieniem ludziom, z którymi postanowiłem zgłębić…- Swoja wypowiedź zaczał pewnym głosem, lecz zaledwie kilka sekund później ponownie przerwał, rzucajac Izzy’emu porozumiewawcze spojrzenie. -… owoce życia. Czy coś – dokończył, by następnie parsknać śmiechem. Jak ładnie tutaj wyrażać się przy dziecku? Poza tym ogarnęło go specyficzne uczucie, gdyż w takim razie okazywało się, że mężczyzna na wózku i z dziewczynka u boku kiedyś kroczył zupełnie inna ścieżka. Jeśli tak, to potwierdzała się przewrotność życia. Na razie nie pytał, jakim cudem Izzy wyladował na swoim pięknym pojeździe, teraz dajacym mu tyle chwały. Na pytania przyjdzie szansa później. O ile w ogóle.
- Narysować? Oby ten rysunek zawierał jakieś tajne wskazówki podane przez żołnierza Izzy’ego, to mógłbym się w ostateczności zgodzić – uznał łaskawie, nie zamierzajac być takim twardym przeciwnikiem. Przynajmniej nie w tym momencie, potem zażartość przyda mu się bardziej.
Z nieprzerwanym uśmiechem patrzył na rozgadane dzieci, zupełnie jeszcze nie czujac, że dzieliły go zaledwie sekundy od wielkiej walki. Dopiero pytanie Litchfielda sprowadziło go na ziemię, wywołujac delikatne skrzywienie na twarzy.
- Potrzebuję żołnierzy, to na pewno. Chociaż jednego, a reszta… resztę się wymyśli – uznał, by następnie krzyknać w stronę jasnowłosego chłopca. - Drużyny, drużynami, ale gdzie drogi żołnierzu moi ludzie? Darth Vader mierzy się jedynie z tymi, którzy wiedza, co to znaczy godna walka – zasugerował, przyjmujac poważny ton. Jak widać granie nadal szło mu idealnie, po prostu urodzony aktor!
- Przydzielam ci tych. Bendzie prawie równo, to dopsze, prawda? – odparł chłopiec, podnoszac na niego dumne spojrzenie. Niby taki młody, a jednak nie lękał się dorosłych osób, nawet tych będacych jego zagorzałymi przeciwnikami! Choć w sumie ciężko było bać się kogoś, kto bez zajaknięcia zgadza się stworzyć z toba jasna i ciemna stronę mocy w galaktyce.
- Jasne, że tak – stwierdził bez wahania, ręka zachęcajac dwóch chłopców do podejścia w jego stronę. W końcu musieli obgadać taktykę walki! - A ty przestań nasz podsłuchiwać, żołnierzu, chyba że chcesz stracić życie – rzucił Izzy’emu, zmuszajac go tym samym do oddalenia się do własnej drużyny. Choć prawdopodobnie jedynie na chwilę, bo zaraz Ascel z chęcia przyjmie porozumiewawcze spojrzenia z jego strony. Planował spisek? Skadże znowu, skad ten absurdaly wniosek?
- Pamiętajcie, nigdy nie lekceważymy własnych przeciwników, a wiecie dlaczego? – Ciekawe spojrzenia chłopców skupiły się na jego postaci. - Ponieważ znamy ich słabe strony i uderzenie w nie pozwoli nam na wygrana – zachęcił ich tymi słowami i, choć szeptał, podniósł rekę w zwycięskim geście. - I pamiętajcie: Give yourself to the Dark Side. It is the only way you can save your friends.- dorzucił gładko cytat, który właśnie wpadł mu do głowy. Może nie wpasowywał się kategorię idealnie dobranych, ale i tak dobrze brzmiał. Musiał przecież jakoś ich zachęcić. Na tym przecież polegała rola przywódcy, nawet jeśli Asclepius właśnie zgłębiał się w otchłanie zła.
- Jesteśmy gotowi, a wy? – dopytał niczym prawdziwy przywódca grupy, a uśmiech zastapiło baczne spojrzenie. Walka niczym w świecie Star Wars, temu dniowi zdecydowanie brakowało takiego akcentu.
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2018-08-19, 17:26   
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


No... Takie rozwiazanie jak najbardziej mogłoby się powieść, przynajmniej Izzy, gdyby został zapytany o jakaś radę, podsunałby Ascelowi właśnie taki pomysł. Nie znał jednak Chestera i nie wiedział, że ten narwaniec bardzo lubił wszystkie wykraczajace poza normalne życie produkcje, w tym i Gwiezdne Wojny. Toteż gdyby jego ukochany braciszek tytułował się mianem Dartha Vadera, na pewno byłby wniebowzięty i zatruwałby mu życie jeszcze bardziej, samemu przyjmujac rolę Luke'a Skywalkera i co rusz wyzywajac go na pojedynki. Zawsze mógł jednak spróbować, w końcu to nic nie kosztowało! Ewentualnie mogło obedrzeć go z godności, ale skoro właśnie przymierzał się do zabawy z banda dzieciaków, coś takiego raczej nie miało mu zaszkodzić.
Ożywił się znacznie, gdy Ascel odpowiedział na jego słowa twierdzaco. A więc może dziwne wrażenie Izzy'ego, jakoby mieli okazję poznać się wcześniej, nie wzięło sie znikad. Teraz tylko trzeba było zebrać w sobie wszelkie pokłady dyskrecji, której nie zostało mu zbyt wiele, oraz przymierzyć się do jakiegoś większego śledztwa.
Fakt, iż mężczyzna zwrócił się do Zeusa, jeszcze bardziej utwierdził Isidore'a w przekonaniu, że nie miał do czynienia z zupełnie normalna osoba. A to z kolei jak najbardziej pasowało do ogólnego opisu grupy ludzi, z którymi Izzy zadawał się za czasów życia w Londynie.
- A więc... - zaczał z równa konsternacja co sam Asclepius, ponieważ sam nie miał pojęcia, jak powinien wyciagnać z niego więcej konkretnych informacji przy dziecku. Ech, trzeba było zaczać ten temat wcześniej. Bez Blue Isidore nie miałby żadnych oporów przed zapytaniem swojego nowego znajomego, czy zdarzało mu się za czasów studiów chodzić na dziwki albo ćpać w dziwnym towarzystwie. Mimo wszystko niezwykle subtelna odpowiedź Ascela pasowała do obu tych kryteriów, a to wcale nie ułatwiało Izzy'emu dochodzenia. Tym bardziej, że zrobił się już bardzo zaciekawiony. - No... ja.... - Spojrzał na Blue uważnie. Dziewczynka wydawała się być w swoim świecie, ale ostrożności nigdy za wiele. Na szczęście był wystarczajaco kreatywny, by nie milczeć zbyt długo. - Ja też zgłębiałem... to znaczy zjadałem owoce życia - wybrnał w końcu z gracja słonia, który postanowił zostać baletnica. - Lubiłem jeść je w łóżku, z innymi. Ale tylko jak płacili. - Blue chyba była za mała na takie metafory, prawda? - I lubiłem też je... wstrzykiwać, czasami wciagać. Takie pokruszone pestki z jabłek, mmm. - No dobra. Teraz, kiedy już zrobił z siebie debila był przynajmniej pewien, że dołożył wszelkich starań, by wyciagnać z Asclepiusa jak najwięcej informacji. To, czy chciał się nimi dzielić, pozostawiał już jemu. Ponieważ o ile sam nie czuł oporów przed dzieleniem się z ludźmi na poziomie swoimi doświadczeniami z przeszłości, wiedział, że większości przychodziło to z trudem. Swoje błędy upychali gdzieś na samym dnie pamięci i reagowali wstydem na jakiekolwiek niepochlebne dla ich osoby wspomnienia. Izzy nie był aż tak pruderyjny.
- Mogę nalysować mapę! - Blue ożywiła się nagle, patrzac wyczekujaco to na Izzy'ego, to na Asclepiusa. - Taka z tajnymi kolytazami i w ogóle. - Wygladało na to, że również ona odnalazła swoje miejsce w tej zabawie. Jak na oko Isidore'a, miała zostać najważniejszym strategiem jasnej strony, zaznajomionym z każdym sekretnym przejściem, portalami do innego wymiaru, niewidzialnymi drzwiami oraz nawet najlepiej ukrytymi toaletami. To mu się podobało!
Z rozbawieniem patrzył, jak jasnowłosy chłopiec rozstawiał swoich kolegów po katach, przydzielajac ich do odpowiednich drużyn, a nawet nadajac im specjalne ksywki. On sam został Złota Strzała, ale był również jakis grubszy, pyzaty chłopiec, który mianował się Rozpruwaczem oraz rudowłosa dziewczynka, która kazała mówić do siebie per Czarodziejka Bloom. Jak widać - pełna mieszanka uniwersów.
Uniósł ręce w obronnym geście, gdy groźny Darth Vader zarzucił mu podsłuchiwanie.
- Mój statek jest wyposażony w najnowsze, kosmiczne działa - powiedział, silac się na ostry ton głosu. - Nie boję się ciebie - i z takimi słowami odszedł do swoich, gdzie wszyscy wysłuchali motywujacej przemowy Złotej Strzały. Oczywiście niesamowicie dokładna, dopracowana przez dziecięce umysły taktyka również została mu przedstawiona. Zadanie, jakie otrzymał, to odpalanie dział i zgarnianie jak największej ilości jeńców. Tylko cudem udało mu się z powaga skinać głowa.
Kiedy już wszystko zostało ustalone, jasnowłosy chłopiec klasnał w ręce i jak gdyby nigdy nic wdrapał sie Izzy'emu na kolana, mianujac go swoim prywatnym okrętem. Litchfield czuł się tak rozbawiony, że nawet nie zaoponował.
- Hej, to mój tata! - oburzyła się stojaca z tyłu Blue, która dotychczas rozmawiała z Czarodziejka Bloom. Izzy uśmiechnał się do niej pobłażliwie.
- Mam dwa kolana, wsiadaj - zachęcił, nie chcac dopuścić do bitwy w ich wewnętrznych kręgach. Gdyby rozpętał się jakiś konflikt, Darth Vader od razu miałby większa szansę na wygrana, a przecież nie mogli do tego dopuścić.
Gdy Blue już usadowiła się na drugim kolanie Izzy'ego, Złota Strzała przemówił:
- Psygotujcie się na klęskę. Zadne błagania o litość nas nie psekonaja - powiedział, a potem skinał głowa do swoich towarzyszy i spojrzał na Asclepiusa z twardościa, której pozazdrościłby mu nie jeden prawdziwy generał. - Na nich!!! - wrzasnał i na raz cała zgraja wrzeszczacych dzieci rzuciła się do przodu, wymachujac mieczami badź kijami.
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-09-13, 22:42   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


Większość ludzie mówiło „o boże”, a Aldridgowie nagminnie używali „o Zeusie”. W końcu dzieci ekscentrycznej pary o katolicyzmie, anglikanizmie czy islamie dowiadywali się w mniej konwencjonalne sposoby niż przeciętna reszta młodych ludzi. Najczęściej poprzez kontakt z innymi rówieśnikami czy też w szkole, ewentualnie zostawało jeszcze samotne zgłębianie podobnych informacji. Asclepius jednak nie należał do grona, któremu religia byłaby jakoś szczególnie potrzebna w życiu, zwłaszcza że mitologiczne podstawy dawały… dosyć dziwaczne oparcie. W resztę nieszczególnie się zgłębiał, nie czujac potrzeby ani presji innych. Pewnie dlatego, że temat wiary nie był tak popularny jak najświeższe ploteczki z szkolnego świata. Jako dorosły? Cóż, zapewne po prostu nie znalazł ochoty ani czasu, by zatrzymać się nad własnym stanem ducha, czujac się wystarczajaco dobrze w aktualnej sytuacji. Życie chwila w najlepszym, aldridgowskim wykonaniu.
Słyszac wybujałe metafory Izzy’ego odruchowo parsknał śmiechem, nie potrafiac się powstrzymać. Co z tego, że sam zaczał mówienie tajemniczymi skrótami myślowymi, i tak powinien zostać doceniony za nieużywanie przy niepełnoletnich nieodpowiednich słów. Wprawdzie Blue mogła nie zrozumieć dokładnie, o czym mówia, zakładajac, że w ogóle by podsłuchiwała, ale kto wie – dzieciaki bywały podejrzanie bystre.
- Och, naprawdę? – dopytał, ponownie teatralnie się zgrywajac. Takie rzeczy to chyba już część jego osobowości, by zbyt często się zdarzały, by mógł być chwilowym kaprysem. Poza tym Izzy był na tyle wyluzowanym i zdystansowanym facetem, że nie dało się trzymać powagi i nie zahaczyć o głupie tematy. Co tłumaczyło, czemu od razu zaczęli się dogadywać, coraz bardziej brzmiac jak dobrzy znajomi.- W takim razie jest możliwość, że… – zatrzymał się, jakby chcac się upewnić czy jego dalsze słowa będa na miejscu i nie okaża się jednym wielkim niedopowiedzeniem. - … że może nawet kiedyś kontemplowaliśmy razem te wszystkie cuda życia - dokończył, wypadajac pewnie jeszcze gorzej niż Izzy. Choć tamten miał trudniejsze zadanie, gdyż musiał ładnie pociagnać cały koncept przeszłości na tyle zrozumiale, by Asclepius załapał, o co chodzi. - Londyn w sum- - Podniósł wzrok na Isidore i przyjrzał mu się uważniej. Czyżby w jego dużej głowie nagle rozbłysnęła jakaś myśl? - Londyńskie znajomości w Brentwood? Nieźle. Mieszkasz tu w takim razie… na stałe, jak mniemam – dopytywał, o dziwo, wcale nie zestresowany obecna sytuacja, a jedynie jeszcze bardziej rozbawiony cała złożonościa nałożonych na siebie przypadków. Najpierw gierki w Star Wars z dziećmi, a jeszcze jakby tego było mało, okazywało się, że uczestniczył w całym tym cyrku wraz z mężczyzna, z którym kiedyś prawdopodobnie spał i ćpał. Cudnie. – Tak nawiasem przykro mi, że moje nieziemskie imię tak wryło ci się w pamięć i spowodowało traumę, która pamiętasz do teraz – zażartował, bo po takim czasie tylko ktoś, majacy wyraz „pius” w imieniu, mógł zapaść w pamięć. Akurat o reputacji Aldridgów w Londynie prawie nikt nie wiedział, więc szczęśliwie akurat tym nie musiał się przejmować.
- Brzmi dobrze, ale lepiej nie kombinuj z żadnymi sztuczkami – zastrzegł, bo nie mógł tak od razu się zgodzić. Musiał pamiętać, że był złym Darth Vaderem, który powinien za wszelka cenę bronić swoich interesów. Zwłaszcza jeśli chodziło o kapitan Blue. Z tychże również powodów bez komentarza pozostawił zapewnienie Izzy’ego o jego niebaniu się, jedynie rzucajac mu ostre spojrzenie. Pewnie mogłoby wywołać ciarki na plecach gdyby nie fakt, że z łatwościa można było dostrzec błysk rozbawienia w oczach Ascela.
Gdy tylko Aldridge zobaczył Isidore z dwoma dzieciakami na kolanach, dosłownie z bólem mięśni twarz powstrzymał cisnacy mu się właśnie na usta szeroki uśmiech, zmieniajac go w pełna dostojeństwa minę. Nikt mu nie powiedział, że bycie czarnym charakterem jest tak ciężkie! Trzeba przecież nie tylko utrzymywać reputację, ale również idealnie panować nad słowami i zachowaniem, by wszyscy bez sprzeciwu wykonywali twoje polecenia. Asclepius chyba nie był gotowy na tak duża skalę powierzonych mu zadań, ale jeśli już się właczył w zabawę, w międzyczasie chwalac się na lewo i prawo własnymi umiejętnościami, to nadal musiał grać. Takie życie.
- Do dzieła, żołnierze. Teraz! – zachęcił własna drużynę do walki, ponownie zdobywajac się silny ton i pewność siebie. Głowę uniósł nawet wyżej, by sprawiać wrażenie kogoś, kto wie o czym mówi i co robi (och, gdyby tylko…). Dzieciaki ruszyły żwawo, a on sam nie szczędził energii i właczył się w walkę. Jego czarna pelelynka bardziej mu przeszkadzała niż pomagała, ale jak walczyć, to walczyć! Zapewne ktoś mógłby pomyśleć, że to starcie było jedynie krótka zagrywka, ale Asclepius wręcz nie mógł się nadziwić, jak poważnie traktowały ja te małe ludziki. A on i Izzy? Jak widać podobnie, choć byli staruszkami według dziecięcej definicji. Ascel miał tylko nadzieję, że jakoś przeżyje tę wojnę. Bez hańby i zniszczonych marzeń o zostaniu wielkim przywódca.
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2018-09-14, 23:49   
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


Izzy, chociaż na co dzień myślał o sobie jak o ateiście, zdecydowanie byłby bardziej chętny, aby w podbramkowych sytuacjach wzywać do siebie chociażby takiego Zeusa, a nie Boga, Allaha czy jakaś tam królowa Elżbietę. Chociaż jego wiedza odnośnie mitologii opierała się na tym, czego nauczyli go w szkole, wydawało mu się bowiem, że Zeus szybciej i chętniej udzieliłby mu pomocy. W przeciwieństwie do pozostałych bogów, opanowanych przez wielokrotnie opisywana na kartach przeróżnych świętych ksiag żadzę mordu, sprawiał wrażenie najbardziej wyluzowanego i Izzy chyba najprędzej by się z nim dogadał. Z drugiej strony jednak nieczęsto zdarzało mu się mieć ochotę na to, aby porozmawiać z jakimś niebiańskim bytem i obarczyć go wina za wszystkie swoje życiowe niepowodzenia. Zamiast pielęgnować w sobie jakieś schizofreniczne zapędy, Isidore wolał obmyślić jakiś plan działania i wziać się w garść, próbujac nakierować swoje życie na jakiś nowy tor. To wydawało mu się o wiele bardziej sensowne aniżeli pokładanie wiary w jakieś duszki z nieba.
Gdy Asclepius parsknał śmiechem, Izzy utwierdził się w przekonaniu, że trafił na świetnego kompana, który nie dość, że nie obrażał się o jego insynuacje to jeszcze najwyraźniej doceniał skomplikowane metafory, jakimi Litchfield nieporadnie się posłużył. Aldridge po raz kolejny zaplusował, a Isidore momentalnie odczuł do niego jeszcze większa sympatię. W sumie nieważne, czy mieli już okazję się poznać, czy wrażenie Izzy'ego było wyłacznie halucynacja - Ascel już stał się kandydatem na jego potencjalnego przyjaciela.
- No, bywało. - Pokiwał głowa z powaga. Miał nadzieję, że ta chwila zawahania pokaże, iż w gruncie rzeczy nie puszczał się i nie ćpał zbyt często, i że Asclepius nie da nogi przy najbliższej okazji. To byłoby wielkim rozczarowaniem, skoro już zdażył go polubić. - Mówisz? - zainteresował się i uniósł brwi z nadzieja, że Aldridge powie mu coś więcej. Jeśli nie potrafili rozpoznać się w normalny sposób, być może musieli po prostu powymieniać się wspomnieniami i stwierdzić, czy rzeczywiście istniała jakaś szansa na to, że kiedyś przeżywali wspólne odpały. Jakby nie patrzeć, Izzy nie babrał się w narkotykach już od sześciu czy siedmiu lat. Taki okres czasu zdecydowanie nie sprzyjał zapamiętywaniu przypadkowych twarzy. - Co? - mruknał, kiedy Ascel zaczał jakaś kwestię i ostatecznie jej nie dokończył. Przy takim ekscytujacym temacie to podchodziło pod przestępstwo. - No, chwilowo tak - przytaknał bez radości, bo Brentwood nie wydawało mu się jakimś ekscytujacym tematem do rozmowy. Ot, zwykłe miasto, w którym zatrzymał się na trochę dłużej, niż poczatkowo zamierzał. Pewnie gdyby nie bliskie kontakty Blue z Jaggerem i dziadkami, Isidore od razu poszukałby sobie nowego miejsca do życia. Chociaż z drugiej strony okolica nie była taka zła, zwłaszcza że zdażył już zawrzeć parę znajomości i znaleźć sobie pracę. No i Blue też wygladała na zadowolona, ilekroć opowiadała mu o tym, jakich to fajnych rzeczy rzeczy uczyła się w przedszkolu albo śpiewała mu piosenki, z których Izzy bez problemu wnioskował, że piosenkarka to ona nie zostanie. - Daj spokój, masz świetne imię. Gdyby nie ono, pewnie bym cię nie skojarzył - powiedział niemalże przepraszajaco. - Nie mam pamięci do twarzy. Zreszta to było dawno i... sam rozumiesz. - Wzruszył ramionami z uśmiechem. - Ale z imieniem to co innego. - Ludzki mózg to dziwna rzecz i Izzy zdażył przekonać się o tym niezliczona ilość razy. I nie tylko wtedy, gdy, zamiast zapamiętywać informacje na sprawdziany czy egzaminy, zaczynał znowu wyć Backstreet Boys, aby z przerażeniem sobie uświadomić, że jakimś cudem cały tekst przesłuchanej pięć razy piosenki zapadł mu w pamięć.
Sztuczki? A niby o jakie sztuczki mógł się pokusić Izzy, który był jedynie pionkiem Złotej Strzały, rozstawiajacej wszystkich swoich wojowników po katach tak, jakby właśnie planował zupełnie poważna bitwę? W sumie gdyby w tej zabawie brało udział więcej dorosłych, którzy pozostawali otwarci na przeróżne zwroty akcji, Isidore pewnie zwerbowałby kilku żołnierzy i oderwał się od ugrupowania małego, krzykliwego chłopca, tworzac własna armię i tym samym przejmujac tytuł zdrajcy. Kto wie, może później zawarłby sojusz z Darthem Vaderem? To byłoby sto razy bardziej emocjonujace!
Słuchajac poleceń swojego przywódcy, wmieszał się w tłum wrzeszczacych dziko dzieciaków. Walka rozgorzała na dobre, jakiś chłopiec z tyłu już zdażył krzyknać "AŁAA, NIE W SZCZEPIONKĘ", a Złota Strzała niemiłosiernie wiercił się na jego nogach. Dobrze, że Izzy i tak ich nie czuł, bo w przeciwnym razie na pewno nie dałby rady zignorować ciężaru dwójki nie takich najmniejszych dzieci, siedzacych mu na kolanach.
- Kuls na Daltha Vadela! Poftazam, kuls na Daltha Vadela! - wrzasnał chłopczyk, a Litchfield zmarszczył brwi w konsternacji. Wkrótce jednak jego twarz złagodniała, ponieważ cel został namierzony.
- Robi się - przytaknał i skręcił w taki sposób, aby swobodnie, nikogo nie taranujac, dojechać do Asclepiusa, który z imitacja czarnej peleryny wygladał bardziej jak nietoperz, a nie jak czarny charakter.
- Dalth, nie ucieknies mi! Pola na oficjalny pojedynek! - Złota Strzała zaczał wymachiwać mieczem jak postrzelony. Blue w ostatnim momencie odsunęła się w taki sposób, aby nie dostać od niego twarz. - Niech wygla lepsy! - krzyknał, a potem zsunał się z kolana Izzy'ego i pobiegł w kierunku mężczyzny bez cienia strachu. Trzymaj się, Ascel.
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-09-22, 21:47   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


Cała ta sytuacja w myślach Asclepiusa nabierała coraz mniej absurdalnego charakteru. Dokładnie tak; jakoś przestał ruszać go fakt, że zamierzał uczestniczyć w wielkiej walce z dzieciakami, w dodatku z facetem, z którym prawdopodobnie miał trochę wspólnego w przeszłości i wcale nie chodziło o jakaś stłuczkę czy wylanie na niego soku pomarańczowego. To chyba otwartość umysłu pozwalała mu na przekraczanie sztucznych zasad etyki i niezamartwianie się podobnymi drobnostkami. Poza tym letnia pora sprzyjała wszelkim szaleństwom, więc wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Świat nie został tak gwałtownie wywrócony do góry nogami!
Uniósł w powatpiewaniu jedna brew na rzucone pewnym głosem przez Izzy’ego słowa: „masz świetne imię”. Tego jeszcze nie zdarzyło mu się słyszeć. Oprócz może mamy, która uradowana cieszyła się, że jej Asclepiusek zostanie lekarzem, w ten sposób idealnie wpasowujac się w mitologiczne podania. Chociaż w zasadzie i tak mógł skończyć na zostaniu Eskulapem, w końcu to było równoważne rzymskie miano, którym był obdarowany grecki bóg sztuki lekarskiej i heros. Asclepius raczej mniejszej ilości osób kojarzyło się z medycyna. Na szczęście.
- Zawsze jakiś plus – skwitował krótko, nadal zdziwiony jakim cudem mózg Isidore po tylu latach pamiętał jego imię. Szczególnie, że w tym okresie nie nawiazali żadnej dłuższej i znaczacej relacji. Raczej opierała się na wspólnych korzyściach i miłym towarzystwie. Nic więcej, kompletnie nic.
Całość przeprowadzanych działań wojennych przez te dzieciaki Ascelowi zupełnie się nie podobała. Z coraz większym przerażeniem stwierdzał, że wygrana bardziej się oddalała niż przybliżała, niemniej jedno trzeba było przyznać - od razu został postawiony w gorszej sytuacji. Złota Strzała nie dość, że tryskał walecznościa, to na dodatek miał magiczny super-pojazd w postaci Izzy’ego, więc wyrównane szanse od razu odpadały. W dodatku jako zły Dalth Vadel został głównym celem przywódcy jasnej strony i… zbyt szybko namierzony.
- Na razie oficjalny pojedynek odpada! – wykrzyknęła piszczacym głosem jedna z dziewczynek należaca do ciemnej strony i pobiegła naprzeciw Złotej Strzały. Jednak nie zdażyła wyhamować i dosłownie uderzyła w blondwłosego chłopca. Oboje stracili równowagę, ladujac tym samym na ziemi. Wbrew pozorom nie zajęło im wiele pozbieranie się na róqne nogi i przybranie groźnych min oraz napięcie mięśni gotowych do walki. Dlatego też Złota Strzała ponownie zbliżył się w stronę Ascela aka Darth Vadera, wymierzajac w jego stronę własny miecz.
- Och, gdybyś był na tyle skupiony na walce, co na wykrzykiwaniu groźnych haseł, to może miałbyś szansę wygrać – stwierdził, przeszywajac go ostrym wzrokiem. Tu już nie było cienia rozbawienia, panował chłód i groźba unoszaca się w powietrzu.
Blondwłosy spojrzał na niego lekko zdziwiony, zaraz jednak poprawił się i przybrał jeszcze bardziej zdeterminowana minę. - DALTH VADERZE, NIE WIESZ, W CO SIĘ WPAKOWYWUJESZ! – wykrzyknał chłopiec mocnym głosem, a następnie zaczał wymachiwać mieczem w jego stronę. Asclepius, dosłownie, wywijał się jak małpa, na razie zręcznie unikajac ciosów. Jego plan nie działał absolutnie w żadnym stopniu, absolutnie żadnym. Jak na razie przechylał się na stronę przegranej, pokonany przez Złota Strzałę. O nie, tak się nie mogło stać.
Złota Strzała nagle spróbował skoczyć mu na plecy, co Ascel bez oporu przyjał. Uznał to za świetna okazję na zdobycia przewagi, wzrost w końcu mógł mu się na coś przydać! Z większym niż przypuszczał wysiłkiem, podniósł się wyżej na nogi, podrywajac ze soba do góry jednocześnie i blondyna. Ten boleśnie zawisnał mu na szyi, wierzgajac nogami i lekko przyduszajac. Dobra, może nie był to za najlepszy pomysł. Chociaż zawsze mogło się to wszystko rozwinać na jego korzyść! Mogło, ale niestety sytuacja szybko się zmieniła na jego niekorzyść; Złota Strzała przestał się tak ruszać, za to mocniej wbił ręce w jego szyję, a następnie zeskoczył na ziemię i uderzył Ascela w kostkę, na co ten z trudem powstrzymał się od rzucenia kilku nieprzyzwoitych słów.
- Nie masz szans, Moc zawsze będzie z nami – oznajmił zawzięcie chłopaka, a następnie znowu zaczał atak na Darth Vadera. A Ascel? Cóż, raczej nie był za bardzo ucieszony ponowna przewaga i, choć w duchu już liczył się z bolesna przegrana, podjał walkę z Złota Strzała. Na marne, bo niewiele było potrzeba, by Asclepius uległ umiejętnościom blondwłosego. Tym samym wszelkie jego plany, by wygrać w wielkim stylu szlag trafił. No pięknie, znowu ci nie wyszło, Darth Vaderze. Chyba będziesz musiał podszkolić się w walce pomyślał z lekkim rozbawieniem, choć jego mina wyrażała ból z powodu zbyt szybkiego pokonania. Jak on to przeżyje!
- WYGRALIŚMY – wykrzyknał chłopiec i podbiegł w stronę Izzy’ego. Zeusie, czemu to zawsze Ascel musiał przegrywać, czemu? Gdzie tu sprawiedliwość?
- To nie koniec Dalth Vaderze, ciemna strona jesce wygra! – pocieszył go rudowłosy chłopak z jego drużyny z zacięta mina. To się nazywa waleczność i oddanie sprawie, Asclepius dzięki tym słowom jeszcze mocniej wczuł się w cała ta starwarsowa grę. Nawet jeśli poniósł porażkę.
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2018-09-28, 17:51   
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


Szczerze mówiac, Izzy też powoli przestawał czuć się wyjatkowy ze względu na to, że to właśnie on został mianowany kapitanem kosmicznego statku. Zamiast wrażenia, jakoby właśnie brał udział w czymś absurdalnym, spadło na niego poczucie obowiazku, które miało swoje źródło w chęci zapewnienia tym krzykliwym dzieciakom dobrej zabawy. Prawdopodobnie. Bo oczywiście istniała też możliwość, że Isidore po prostu cieszył się z możliwości wzięcia udziału w ulicznej bitwie pomiędzy wojownikami Jedi a strasznym Darthem Vaderem i jego poplecznikami. Chociaż oczywiście on, jako poważny dorosły, w życiu by się do tego nie przyznał. A przynajmniej nie na trzeźwo.
Sam Izzy pewnie nigdy nie połaczyłby imienia swojego nowego-starego znajomego z medycyna. W szkole nigdy nie przykładał się do nauki, był raczej typem kompletnego outsidera, który prześlizgiwał się przez wszystkie klasy z samymi dwójami na świadectwach, toteż nigdy nie zagłębił się w mitologię bardziej, niż to było konieczne. A to było równoznaczne z tym, iż z Olimpu kojarzył jedynie tego piorunujacego wszystko i wszystkich Zeusa, boginię ogniska domowego Herę, madra Atenę i piękna Afrodytę. Cała reszta okropnie mu się myliła. Gdyby jednak wiedział, że matka Ascela nazywała swoje dzieci imionami z mitologii, na pewno zagłębiłby się w etymologię jego imienia i odkrył ten niesamowicie ciekawy świat, który nieco przybliżyłby go do mentalności pani Aldridge. Nieco, bo żeby całkiem ja zrozumieć musiałby pewnie władować w siebie parę działek heroiny pod rzad i czekać na to, aż zobaczy światełko w tunelu.
Uśmiechnał się i skinał głowa. Jego pamięć była rzecza doprawdy mistyczna - wybierała sobie najdziwniejsze fakty, które jej zdaniem były godne zakodowania i atakowała nimi jego świadomość w właśnie takich, pozornie niewinnych momentach. Nie mógł jednak narzekać, zwłaszcza że jak na razie ludzie reagowali na to jedynie śmiechem. Jeszcze nikt mu nie przywalił, co nie oznaczało oczywiście, iż to nie miało się zmienić. Może kiedyś trafi na kogoś, komu jego absurdalne skojarzenia ani trochę się nie spodobaja.
Z rosnacym rozbawieniem obserwował to, co działo się na polu bitwy. Wbiegajace na siebie dzieciaki, otoczony ciemna aura Darth Vader i on - Złota Strzała, wybawiciel ludzkości, nieustraszony bohater, zamierzajacy wywalczyć sprawiedliwość dla tych, których krew broczyła dłonie jego przeciwników. Och, gdyby tylko prawdziwy świat miał takich liderów, od razu stałby się lepszym miejscem. W sumie... Złota Strzała miał niemały potencjał, mógłby z powodzeniem objać w przyszłości rolę wpływowego polityka, który zmieniłby losy świata. Zdecydowanie powinien był to rozważyć.
Nawet nie zauważył, gdy Blue zeskoczyła z jego kolan i pomknęła w stronę walczacych dzieci, wymachujac do nich jakimś podniesionym z ziemi badylem. Był zbyt zajęty obserwowaniem głównej potyczki, toczacej się pomiędzy liderami obu stron. Złota Strzała atakował jak w transie, zmuszajac Dartha Vadera do przedziwnie prezentujacych się uników. Och, co to była za emocjonujaca walka. Isidore pewnie obserwowałby ich tak w nieskończoność, gdyby jego wózek nie został znienacka zaatakowany przez jakiegoś tęgiego chłopca, który zaczał uderzać w niego... zapakowana w plastikowy worek drożdżówka. O rany... kimkolwiek była jego mama, na pewno nie czułaby zadowolenia, widzac w jaki sposób skończyło zapewne kupione przez nia drugie śniadanie.
- Jam jest Dracula, najstarszy z wampirów! - Tylko zamaszyste ruchy opakowana w worek drożdżówka powstrzymały Izzy'ego od głośnego śmiechu. I bardzo dobrze, bo pewnie gdyby jednak nie dał rady powstrzymać swojego rozbawienia, z pewnościa dostałby słodka bułka po głowie. A kto wie, co by się z nim stało, gdyby nagle został znokautowany? - Oddaj swój okręt albo rozerwę ci gardło! - zagroził, podnoszac reklamówkę, która chyba trochę się rozdarła, bo po tym, jak chłopiec się zamachnał, kilka złocistych okruszków spadło Izzy'emu na spodnie. - Patrz jakie mam kły! - to mówiac, Dracula wyszczerzył zęby, a Isidore, prawie trzęsac się od śmiechu, uniósł dłonie i złożył je jak do modlitwy.
- O nie, proszę. Oszczędź mnie! - zawołał najbardziej żałośnie jak potrafił, na co chłopiec uśmiechnał się z zadowoleniem. I pewnie wziałby go na swojego zakładnika albo, jak przystało na okrutnego wampira, zwyczajnie by się nim pożywił, gdyby nie głośny, radosny okrzyk Złotej Strzały, który poinformował wszystkich o końcu bitwy.
- No nie, a prawie go miałem - mruknał z niezadowoleniem, gdy chłopiec o jasnych włosach podbiegł do Izzy'ego i wycelował w kierunku przeciwnika swój miecz świetlny. Niepocieszony Dracula westchnał, po czym wycofał się w stronę przegranej drużyny, na której czele stał zmaltretowany Asclepius. Izzy uśmiechnał się szeroko i puścił mu oczko, widzac jego tragiczny stan. Złota Strzała rzeczywiście nie znał litości.
- No dobze, wyglaliśmy - powtórzył chłopiec, a dzieciaki z jasnej strony podniosły radosny okrzyk. - Ale mozemy pobawić się jesce laz, tylko telas kcę być smokiem! - zarzadził, na co Isidore pokręcił ze śmiechem głowa. Dziecięce głowy zawsze były pełne pomysłów.
- To świetny pomysł, pobawcie się jeszcze - polecił im, rozgladajac się za swoja córka. Gdzie ona była? - Ja i Blue musimy już lecieć, ale kiedyś na pewno to powtórzymy, co nie, Złota Strzało? - zapytał, a chłopczyk rozpromienił się i pokiwał głowa. Izzy wyciagnał do niego dłoń, która została prędko i mocno uściśnięta, tak w ramach sojuszu. - No dobrze, tylko... uch, gdzie jest Blue? - mruknał i rozejrzał się na boki, jak gdyby dziewczynka zaraz miała wyskoczyć zza ustawionych w szeregu dzieciaków. Tak się jednak złożyło, że dostrzegł ja dopiero po chwili, leżaca na ziemi i... wcierajaca w jakiegoś chłopca psia kupę? - Blue, co ty...? - zaczał, ale szok i niedowierzanie skutecznie zamknęły mu usta. Słyszac głos ojca, dziewczynka szybko wstała i wytrzepała umorusane w gównie ręce, jak gdyby nigdy nic.
- Dawałam mu nauckę! - zaczęła na swoja obronę. W tym samym momencie leżacy na ziemi chłopiec zaczał płakać. - No tato, on powiedział, ze dziewcyny sa słabe. - Szybkie spojrzenie na wyjacego coraz głośniej dzieciaka wystarczyło, aby Izzy podjał natychmiastowa decyzję o ucieczce. Dziecięce bijatyki go przerastały.
- Chodź - mruknał cicho, dajac jej znak ruchem głowy, że nastała najwyższa pora, aby się stad zmyć. - Tylko nie na kolana, jesteś cała w psiej kupie - zauważył, a Blue wzruszyła ramionami bez żalu. O rany, za jakie grzechy? - Vader, idziesz z nami? - zapytał, ogladajac się za Ascelem. Wypatrzenie go wśród tłumu dzieciaków nie było specjalnie trudne.
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-10-16, 09:24   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


Aldridgowie nie dość, że posiadali mitologiczne imiona, to ich ilość w rodzinie była zaskakująco duża. W końcu jedno czy tam dwoje dzieci dziwnie nazwanych jeszcze nie robiła aż takiego wrażenia, ale dwunastka? W sumie jak dwanaścioro apostołów, ale ich mama na pewno nie kierowała się tymi powiązaniami. Gdy namiętnie czytasz mitologię, stosujesz się do kalendarza księżycowego, a wróżbiarskie sztuczki wcale nie są ci obce, to z katolicyzmem nie bardzo było po drodze, toteż raczej chodziło o 12 bogów olimpijskich. Szkoda tylko, że imiona niekoniecznie się pokryły i przykładowo taki Asclepius zupełnie nie pasował do schematu. Ewentualnie zawsze wchodziło w grę dwanaście miesięcy w roku, dwanaście rycerzy okrągłego stołu albo bardziej prawdopodobne - 12 centrów energetycznych z wiedzy ezoterycznej. Możliwości było zbyt wiele, a Ascelowi w zasadzie nie zależało na poznaniu powodów. Inna sprawa, że z reguły musiał policzyć, ile miał rodzeństwa, zanim w ogóle podał liczbę ich wszystkich razem, ale to można przemilczeć, by nic nie zarzucić jego pamięci.
Jaka szkoda, że Asclepiusa ominęła drożdżówka walka! Jak widać nieszczęścia nadal trzymały się Aldridge, jakby nie wystarczyło mu poniesienie klęski jako potężny Darth Vader. Tak go to dotknęło, że w duszy aż się zastanawiał, kiedy będzie miał szansę zrehabilitować się i wynieść na piedestały Ciemną Stronę Mocy. Oczywiście było to całkowicie normalne myślenie dorosłego człowieka, w końcu trzeba mieć odpowiednio ustawione priorytety w życiu, tak?
Uśmiechnął się pod nosem na propozycję chłopca, by rozpocząć zupełnie nową zabawę. Plusem dziecięcych zabaw był fakt, że wszelkie porażki nie zostawały zapamiętywane na bardzo długo i zaraz padała propozycja, by przenieść do rzeczywistego świata kolejne uniwersum. To jak najbardziej podobało się Ascelowi.
Charakterystyczny głos Izyy’ego nakierował Ascela na położenie mężczyzny. Sam stał trochę dalej, gdzie część jego poprzedniej drużyny nadal była blisko niego, a część rozproszyła się w zupełne inne miejsce. Nadal uśmiechnięty spoglądał na towarzysza, który widocznie zgubił panią kapitan. Może nawet pomógłby mu w poszukiwaniach, gdyby intensywne ciągnięcie go za krawędź koszulki, nie zmusiło go do zwrócenia uwagi w dół.
- Glasz? Tym lazem wyglamy, będziesz miał doblą lo-… lro…., ror… - Z początku rozpromieniona dziewczynka, marszczyła nosek coraz bardziej, gdy nie mogła wypowiedzieć ostatniego słowa. Dzieci napotykały również trudności w swoim życiu, nawet jeśli w mniejszej skali, to też zdawały się nie do przebycia. - Lo-rę. LORĘ – dokończyła i, choć dosyć mało poprawnie fonetycznie, to Ascel zdołał ją zrozumieć.
- Chyba trochę się podszkolę w walce i zrobimy powtórkę, co ty na to? Oczywiście, tym razem wygrywając – odparł, na co dziewczynka zareagowała żywym kiwnięciem głowy. Tak żywym, aż Ascel zastanawiał się, jakim cudem dziecięce głowy jeszcze się nie urywały. Może był z wykształcenia lekarzem, ale niektóre rzeczy w fizjologii człowieka nadal go zadziwiały, nawet jeśli w pamiętnych czasach studiów musiał znać szczegółową budowę i mechanikę danych struktur.
Pytanie Isidore ponownie przekierowało go w stronę towarzysza, a ksywka Vader okazywała się na razie nie tracić na znaczeniu. Może faktycznie powinien pozostawiać sobie ją na dłużej? Chodzenie w koszulkach z tym napisem na pewno pomogłoby w nauczeniu reszty ludzi, jak mają się do niego zwracać.
- Idę, odme- przerwał w połowie, gdyż właśnie w tym momencie dostrzegł to, co wywołało taką samą reakcję u Litchfielda jeszcze kilkadziesiąt sekund temu. Blue umazana w czymś brązowym, co raczej nie wyglądało na farbkę w tym kolorze. Dzieciństwo to zdecydowanie osobny stan umysłu, poza tym podejrzewał, że geny robiły swoje, chyba że... Izzy’emu głupie pomysły spodobały się dopiero później. - Dobra, idę, idę – powtórzył myśl, by zabrzmieć na zdecydowanego i udał się w ich stronę. Część z nich była widocznie niezadowolona z odejścia współgraczy w zabawie, niemniej gdy Złota Strzała wykrzyknął nowy nabór na zabawę, większość bardziej interesowała się tym, kim zostaną niż faktem, że trójka osób powoli wycofywała się z ich grona. Choć oczywiście chłopiec odziany w swój kupowy płaszcz nadal płakał i zdawało się, że z każdą chwilą coraz bardziej. Jeden z chłopców podszedł do niego i, krzywiąc się, bez krztyny współczucia w głosie kazał mu iść do domu umyć się, bo „śmierdzisz i jesteś fu”. To oczywiście nie poprawiło sytuacji, ale dzieci niestety czasami bywały aż nazbyt szczerze, poza tym ciężko mu się dziwić. Jak tu się bawić z kimś, kto pokryty jest psimi odchodami?
- Jestem całkowicie wykończony. Zeusie, co to było – skomentował z cichym westchnięciem, gdy coraz bardziej oddalali się od grupy dzieciaków. Teraz czekał ich powrót do rzeczywistości, co było już mniej przyjemne, przynajmniej ze strony Asclepiusa, ale teraz przynajmniej miał szanse na wygranie kilku pojedynków. Wprawdzie dopiero od 10 wieczorem, kiedy zacznie mu się zmiana w szpitalu, ale to nic. Jakoś musiał się pocieszyć po traumatycznej klęsce Darth Vadera. - Widzę, że Blue to waleczna pani kapitan. W pełni się zaangażowała – dodał po chwili z rozbawieniem, wskazując na dziewczynkę ubrudzoną przez psią kupę. Rodzicielstwo to ciężka sprawa, tego mógł być pewny. - Tak właściwie... co ty za zrobieniem jakiegoś wspólnego treningu przed kolejną walką? – Czyżby Asclepius właśnie spontanicznie proponował Izzy’emu pogłębienie ich dziwnej znajomości? Na to wyglądało, ale zabawa w Star Wars naprawdę potrafi zbliżyć. Zwłaszcza, gdy się bywa jedynymi dorosłymi, a w dodatku jakiś czas później okazuje się, że w przeszłości mieliście już okazję się spotkać. Fakt, że nikomu z tej dwójki nie przeszkadzał ten element ich życia, jasno świadczył o podobnej mentalności mężczyzn, a to mogło być bardzo korzystne. Im bliższy charakter, tym więcej ciekawych rzeczy mogło się nadarzyć. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku!
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2018-10-30, 00:53   
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


Płacz ubrudzonego kupą chłopca nie zrobił na Izzym żadnego wrażenia, prawdopodobnie dlatego, że sprawczynią całego zamieszania była jego córka i, jeśli Litchfield nie chciał oberwać, musiał jak najszybciej się ewakuować. No i po części dlatego, iż sam nie raz doświadczył czegoś podobnego i nie rozumiał, o co się rozchodziło. Obrzydliwy smród nie był z czymś, z czym ten biedny dzieciak musiałby się zmagać do końca życia - jedna, porządna kąpiel była wystarczająca, aby zmyć z siebie okropny zapach. Inna sprawa, że dzieciaki, które widziały jego przegraną, na pewno przez długi czas nie dadzą mu zapomnieć o tym incydencie. No ale hej, w życiu trzeba było być twardym, a nie miętkim. Przynajmniej dzieciak się zahartuje.
Uch, całe szczęście, że Asclepius nie zgodził się na wzięcie udziału w kolejnej bitwie. Izzy musiał przyznać, że Złota Strzała był bardzo przekonujący i sam chętnie rozegrałby jakąś bitwę w fantastycznym świecie (w końcu zawsze pragnął wcielić się w rolę elfa, co prawda w tym przypadku niepełnosprawnego, ale to można było pominąć), lecz tym razem nie mógł już zignorować obowiązków dorosłego życia. Niestety.
- Bo przegrałeś - stwierdził, patrząc na niego zaczepnie. On sam nie czuł się specjalnie zmęczony i choć było to prawdopodobnie wynikiem tego, że nie musiał biegać jak postrzelony, udając prawdziwego superbohatera, w tych okolicznościach mógł przyjąć teorię, iż to wygrana dodawała mu siły. Wszystko, byleby tylko dopiec Darthowi Vaderowi.
Zmierzył Blue niechętnym spojrzeniem, które w rzeczywistości było bardziej rozbawione, aniżeli zirytowane. Nie miał logicznych powodów, aby się złościć. Każdy wiedział, że dzieci odwalały głupoty, a i tak wytarzanie się w psiej kupie i spuszczenie łomotu jakiemuś dzieciakowi, głoszącemu seksistowskie poglądy, nie było najgorszym, czego mogła dopuścić się jego sześcioletnia córka. Co nie oznaczało oczywiście, że nie zamierzał poważnie z nią porozmawiać tuż po powrocie do domu. Jako dobry (haha) ojciec musiał dać jej do zrozumienia, iż przemoc fizyczna nie była dobrą odpowiedzią na zaczepki. Przynajmniej teoretycznie. Jeszcze tego mu brakowało, żeby za kilka dni dostać jakiś telefon ze szkoły, bo Blue znowu poczuła ochotę, aby pięściami przemówić komuś do rozsądku.
- A jak! - wykrzyknęła radośnie, zadowolona z tego, że chociaż Asclepius doceniał jej poświęcenie dla sprawy. Izzy pokręcił głową i westchnął ciężko. Gdyby miał pewność, że to nie jemu przyjdzie mierzyć się ze smrodem zabrudzonych ubrań, może nawet by się zaśmiał, ale w takim przypadku...
Usłyszawszy propozycję Ascela, spojrzał na niego z zaskoczeniem, które już po sekundzie przekształciło się w szeroki uśmiech. Kto by pomyślał, że jedna zabawa z dzieciakami byłaby w stanie tak gładko zbliżyć do siebie pozornie obcych ludzi?
- Taa, jasne - powiedział, udając nonszalancję. - Mogę udzielić ci kilka rad. Tak wiesz, żebyś kolejnym razem znowu nie przegrał - dopowiedział i przewrócił oczami, po czym roześmiał się cicho. Kiedy, zupełnie niewyspany, otworzył rano oczy i, zerknąwszy na zegarek, zdał sobie sprawę z tego, iż obudził się o pół godziny za późno, nic nie wskazywało na to, że ten dzień zakończy się tak pozytywnie. A jednak znowu potwierdzała się złota zasada, mówiąca o tym, iż los lubił płatać figle. - Dam ci mój numer, okej? Zgadamy się - zaproponował już na poważnie i przystanął (zahamował, hehs), żeby Ascel mógł zapisać sobie jego numer telefonu. Sam pewnie zrobił to samo, żeby przypadkiem nie przeoczyć jego wiadomości albo połączenia. Co prawda należał do nielicznej grupy osób, która odbierała telefony nawet od tych nieznośnych pań, robiących ankiety albo zapraszających ludzi na jakieś pokazy garnków, ale nawet jemu zdarzało się coś pominąć.
Nie musieli rozdzielać się szybko, ponieważ okazało się, iż mieszkali w podobnej okolicy. Niemniej jednak droga minęła szybko i, gdy już po dziesięciu minutach znaleźli się na odpowiedniej ulicy, nadszedł czas rozstania. Najbardziej niezadowoloną z takiego obrotu spraw była Blue, która już zdążyła mianować Asclepiusa na swojego przyszłego sojusznika. I to tylko dlatego, że, w przeciwieństwie do Izzy'ego, patrzył na nią jak na zabawną dziewczynkę, a nie jak na zabawną dziewczynkę umorusaną w psim gównie.
- No dobra, to do zobaczenia - rzucił Izzy, uśmiechając się szeroko. Humor zdecydowanie mu dopisywał, czego nie można było powiedzieć o Blue, która, patrząc na Ascela niepewnie, przystanęła naprzeciwko niego i wydęła usta.
- Tak sypko? - mruknęła z niezadowoleniem, po czym spojrzała na Izzy'ego tak, jakby taki obrót spraw był jego winą.
- No, musimy iść na obiad - wytłumaczył i wzruszył ramionami. O kąpieli wolał nie wspominać. Smród, który ciągnął się za dziewczynką, był wystarczającym przypomnieniem o konieczności odbębnienia tego przykrego obowiązku.
- No dobla - westchnęła ciężko, po czym odwróciła się w stronę ojca i zrobiła krok. Zaraz jednak, jak gdyby przypomniawszy sobie o czymś ważnym, na powrót zwróciła się do Asclepiusa. - To do widzenia, do następnej bitwy! - wykrzyknęła i, zanim ktokolwiek zdołał ją powstrzymać, rzuciła się do nóg Ascela z cieplutkim i śmierdzącym przytulaskiem.
Biedny Darth Vader. Nie dość, że przegrał w starciu z jasną stroną mocy to w dodatku skończył ze spodniami umorusanymi w psich odchodach.

/zt x2
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2018-12-25, 22:22   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Zmartwił się. Naprawdę. Generalnie nieczęsto pisał smsy - był w końcu niezbyt towarzyskim człowiekiem, który raczej nie opływał w znajomych - ale kiedy już jakieś dostawał, były zupełnie normalne. Kilka dni temu otrzymał informację od Joeya, który pisał, że musieli przełożyć prace nad nowym wystrojem Kurnika Miłości ze względu na niewystarczającą ilość funduszy (co Sherrie przyjął z ogromną ulgą), a dzisiejszego poranka dostał parę wiadomości z życzeniami świątecznymi od różnych ciotek, które chyba nadal myślały, że miał dwanaście lat, bo zwracały się do niego per "Sherridanku" i podpisywały swoje smsy tekstami w stylu "pozdrowionka dla całej rodziny", chociaż od rodziców i Faylinn dzieliło go prawie czterdzieści mil. Nie zwykł jednak do otrzymywania podejrzanie ponurych smsów, a już na pewno nie od ludzi, którzy na co dzień wydawali mu się całkiem promienni i radośni. Początkowo pomyślał, że Ascel tylko go prowokował - w końcu chociaż znali się od niedawna, Aldridge już zdążył uraczyć go paroma niedorzecznymi wiadomościami o dziewiątkach czy innych numerologicznych nieprawdopodobieństwach. Kiedy jednak Rose przeczytał coś o krwi, przestraszył się nie na żarty i bez większego namysłu opuścił ciepłe łóżeczko, zdeterminowany do tego, aby znaleźć Asclepiusa i dowiedzieć się, o co chodziło. Nie za bardzo mu się to uśmiechało, w końcu nie dość, że czuł się naprawdę senny, to za oknem faktycznie prószył porządny śnieg, ale skoro Aldridge nie palił się do tego, aby wyjaśnić mu swoje zachowanie drogą smsową, najwyraźniej Sherrie musiał się pofatygować. Chociażby dla spokoju sumienia.
Szybko włożył na siebie spodnie i ciepły sweter, chwycił telefon (w razie gdyby miał problem z odnalezieniem Ascela) oraz dodatkową parę rękawiczek (bo jeśli ten dureń stał gdzieś na mrozie i wystukiwał do niego wiadomości, na pewno miał bardzo zmarznięte ręce), po czym wypadł na zewnątrz. Kurtkę, czapkę i szalik włożył po drodze, w końcu nie było czasu do stracenia. Cudem udało mu się zdążyć na jakiś nocny autobus; jego kierowca chyba poczuł ducha Świąt, bo był na tyle miły, że kiedy dostrzegł w bocznym lusterku jakiegoś biegnącego do przystanku biedaka, łaskawie na niego poczekał. Sherriemu aż zabrakło słów z wdzięczności.
Dokładnie osiem minut później wysiadł na przystanku, który znajdował się w pobliżu mieszkania Asclepiusa i ruszył na poszukiwania. Skoro dostał informację, jakoby Aldridge znajdował się blisko swojego domu, postanowił jej zaufać i w pierwszej kolejności skierował się właśnie w stronę jego bloku. Na szczęście zlokalizował go względnie szybko, prawdopodobnie dlatego, iż był jedynym człowiekiem znajdującym się na zewnątrz o tej porze, czemu Sherrie wcale się nie dziwił. W końcu kto zdrowy opuszczał ciepły dom, kiedy na zewnątrz panowała taka zimnica?
Kilka wykonanych w jego kierunku kroków wystarczyło, aby Rose kompletnie się załamał. Nie dość, że Aldridge wyglądał jak kupka nieszczęścia to w dodatku miał na sobie jakiś żałośnie wyglądający dres i bluzę, która zdecydowanie nie nadawała się na aktualne warunki. Sherridan prawie przeklął, zdawszy sobie sprawę z tego, że rękawiczki zdecydowanie nie były wystarczające, aby zapewnić Ascelowi trochę ciepła. A to było coś, biorąc pod uwagę fakt, iż prawie nigdy nie przeklinał.
Znalazł się przy nim dużo szybciej niż ktokolwiek mógłby podejrzewać.
- Ascel - powiedział, żeby przypadkiem go nie wystraszyć, bo Aldridge wyglądał tak, jakby kompletnie nie kontaktował i Sherrie powoli zaczynał wątpić w to, czy aby na pewno się nie naćpał. - Gdzie masz kurtkę? - Pewnie powinien zadać najpierw mnóstwo innych, dużo ważniejszych w tamtym momencie pytań, ale to jedno mimo wszystko wydawało mu się najbardziej rzeczowe. - I co się stało? - dodał po chwili, patrząc to na Asclepiusa, to na najbliższe otoczenie. Bał się, że tamta wspomniana w jego wiadomości krew miała jakiś związek z rzeczywistością, ale kilkusekundowa, wnikliwa obserwacja nie zaowocowała żadnymi przerażającymi wnioskami. Pokryta cienką warstwą śniegu ziemia wyglądała zupełnie normalnie, no i na pewno nie była czerwona, co znacznie Sherridana uspokoiło. Po ostatnim razie miał już zdecydowanie za dużo podobnych widoków.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-12-25, 22:44   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


W głowie Asclepiusa znajdowała się teraz cała mieszanina myśli, o których lepiej, że Sherridan zupełnie nie miał pojęcia. Nie były miłe czy chociaż w najmniejszym stopniu optymistyczne, co zdawało się być tak charakterystyczne dla jego postaci. W końcu zazwyczaj wręcz zaskakiwał swoim poczuciem humoru i brakiem negatywnych scenariuszy, jakby zupełnie wykreślał je z dostępnych możliwości. Wolał kierować się tym, co najlepsze, wszelkie złe rzeczy odrzucając na bok i zupełnie się na nich nie skupiając. Jednak nie był ze stali, kimś całkowicie uszczęśliwionym prze los, kto nigdy nie poznał przykrych skutków złych decyzji. I pecha, zwyczajnego pecha. Nawet jego to dosięgnęło, choć w ostatecznych kalkulacjach z pewnością wychodził na szczęśliwca, który przecierpiał dużo mniej niż inni. Doceniał to, oczywiście, niemniej przychodził czasami moment, w którym oddech przyspieszał, a wszelkie słowa grzęzły w gardle, nie pozwalając na normalne funkcjonowanie. Wspomnienia dopadały go mocno i drastycznie, nie dając żadnych ulg, sprawiając, że momentalnie przemieniał się wręcz w prawie wrak człowieka. Brak uśmiechu, puste spojrzenie i cięższy oddech. Nie tego Ascela znali wszyscy.
Napisanie smsa do Sherridana było impulsem, nad którym nie potrafił zapanować. Napisał go tuż przed tym, jak prawie wręcz wybiegł z mieszkania, biorąc jedynie telefon i klucze. Jego logiczne myślenie wyłączyło się na tyle mocno, że nawet nie zadbał, by zarzucić na siebie kurtkę. Wyszedł w nieszczególnie grubym dresie, choć początkowo wcale nie odczuwał zimna, jakby była to sprawa drugorzędna. Szedł powoli przed siebie, nie skupiając się dokładnie na celu podróży i fakcie, że był środek nocy. Puste ulice działały na niego jak błogosławieństwo, a ciągle pruszący śnieg zdawał się być jego jedynym towarzyszem, nieustannie dorównując mu kroku. Co jakiś czas wyciągał komórkę, by odpisać Sherridanowi, lecz robił to błyskawicznie, szybko wystukując na ekranie własne myśli. Może dlatego zaskakiwały szczerością i tym, jak bardzo nie pasowały do jego osoby. Aldridge jednak nie dbał wtedy o takie szczegóły, działał jak nakręcona zabawka, która musiała odtańczyć swój taniec. Całkiem smutny taniec. O, ironio. Jak bardzo żałośnie musiał teraz wyglądać?
Gdy Sherridan kazał mu nie odchodzić daleko, zawrócił z powrotem w stronę własnego mieszkania, by następnie odbić i podążyć tą samą stroną co wcześniej. Wszystko to robił w zadziwiająco wolnym tempie i, mimo że mróz dokuczał mu coraz dotkliwiej, nie zamierzał wracać do domu. Za to uznał, że może poczekać na jednym z murków, mimo że był niesamowicie zimny i pokryty śniegiem. Pieprzyć odpowiedzialne myślenie.
Nie dostrzegł Sherridana. Dopiero jego głos wyrwał go z własnych myśli, powodując, że podniósł na niego spojrzenie, a mózg rzucił krótkie ściągnąłeś go tutaj. Zignorował to, prze chwilę w milczeniu wysłuchując go i nie odzywając się nawet słowem. Zupełnie nie przypominał Ascela na co dzień; był blady od zimna, policzki wcale nie nabrały różowego koloru, jego ciało delikatnie drżało, a słowa momentalnie nie cisnęły się na usta, niewygięte w lekkim uśmiechu.
- Oglądam śnieg. Lubisz zimę, Sherrie? – spytał, kompletnie ignorując jego pytanie o kurtkę. Zdrobnił też imię Rose, co jeszcze nie zdarzyło mu się w jego obecności. Nazywał go po imieniu lub po prostu dziewiątką, lecz nigdy w ten sposób. - Wiesz, ona umarła w zimie. Ta krew na śniegu wyglądała całkiem ładnie, ale mnie wtedy zebrało się na wymioty – wyrzucił z siebie niespodziewanie, nie zważając na to, jak mógł zareagować na to Sherridan. Był jakby w transie, a obecność kogoś stanowiło dla niego impuls do wypuszczenia myśli na głos. Nie znali się dobrze, to fakt. Nie znali prawie w ogóle, ale przecież on tutaj przyjechał. Przyjechał w środku nocy, nawet jeśli uznał Asclepiusa za chorego psychicznie. Choć może nawet był? Przecież płynęła w nim krew Aldridgów, oni mieli mocno poprzestawiane w głowie, a on na równi z nim. Pięknie. - Nie jest ci zimno? – Te słowa w jego ustach brzmiały prawdopodobnie absurdalnie, lecz widząc marznącą sylwetkę Rose, nie mógł się powstrzymać. Może jednak poprzedni Ascel tak całkowicie nie został wyłączony.
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2018-12-25, 23:28   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Jedno spojrzenie na rozbiegane oczy Ascela wystarczyło, aby przekonał się, że napisane przez niego wiadomości nie były wyłącznie żartobliwą próbą wzbudzenia sherridanowego niepokoju. To z jednej strony było dobre, bo przynajmniej Rose wiedział, że nie przybył tutaj bez powodu - postawa Aldridge'a jasno mówiła, że musiało stać się coś złego. Równolegle jednak nie wiedział, co powinien z tą wiedzą zrobić - Asclepius wyglądał na tyle niedobrze, że Sherrie obawiał się że jakikolwiek gwałtowny ruch mógłby zostać opacznie zrozumiany. Przez dłuższą chwilę stał więc jak kołek, obserwując Ascela bardzo uważnie i zastanawiając się nad tym, jaki krok byłby w tamtych okolicznościach najrozsądniejszy.
Oglądam śnieg. Sherridan wypuścił powietrze z cichym świstem, delikatnie spinając ramiona. Już z samych wiadomości Asclepiusa wywnioskował, że coś było bardzo nie tak, ale te ciche, wyrwane z jakiegokolwiek kontekstu słowa uświadomiły mu to dużo dobitniej. I w tamtym momencie Rose zdał sobie sprawę z tego, że zaciągnięcie Aldridge'a do domu mogło być zadaniem o wiele cięższym, niż początkowo sądził.
Skinął niepewnie głową, chociaż nie sądził, aby Asclepius mógł to zobaczyć - w końcu nie patrzył na niego, a gdzieś przed siebie, pogrążony we własnych myślach. Sherrie uwielbiał zimę. Zima była porą roku, w której czuł się najlepiej, bo mógł chodzić w grubej kurtce, opatulony szalikiem do połowy twarzy, i prawie nikt go nie widział, co było w tym wszystkim najlepsze. Świadomość, iż ginął na tle innych, równie ciepło ubranych przechodniów, niezwykle mu pasowała, bo czasami po prostu czuł chęć, aby zniknąć - na chwilę, nie do końca permanentnie - a zima była do tego idealną okazją. Lubił też śnieg, lubił białą parę, która przemykała pomiędzy jego wargami, gdy oddychał ustami przy temperaturze na minusie, lubił ostrożne stawianie kroków na oblodzonych chodnikach. Lubił samą atmosferę, jaka towarzyszyła zimie - spokój, marazm, niepewność i powolność. Było w niej coś magicznego, coś innego, czego większość ludzi, lubujących się w cieple, rześkości i przejrzystości, nie znosiła. A więc tak, lubił zimę. Ale tamten moment zdecydowanie nie był odpowiedni do tego, aby dzielić się z Asclepiusem swoimi przemyśleniami. Tym razem to nie on był tym, któremu coś ciążyło.
Momentalnie zrobiło mu się chłodniej niż dotychczas, gdy usłyszał kolejne słowa Ascela. A więc ktoś umarł. W zimie. Właściwie nie "ktoś", a "ona" - Aldridge wyraził się jasno i chociaż umysł Sherriego rozumiał naprawdę niewiele, tyle wystarczyło. "Ona" mogła być każdym - może jakąś pacjentką, a może kimś ważnym - i umarła w zimie, a Asclepius najprawdopodobniej przy tym był, bo widział jej krew, co w pewnym sensie wyjaśniało jego wiadomości. Reszta informacji chwilowo była dla Sherridana niedostępna, ale chociaż czasami, podczas codziennych, zwyczajnych spraw wykazywał się ogromnym nieogarnięciem, tym razem tyle mu wystarczyło. Nie potrzebował o nic dopytywać.
Przymknął oczy i potrząsnął głową, pobieżnie zastanawiając się nad niedorzecznością jego pytania.
- Tobie jest zimno - powiedział, bo on, w przeciwieństwie do Ascela, nawet nie musiał o to pytać. Trząsł się, miał nienaturalnie białe policzki i niemalże kulił się w swojej bluzie. To mówiło samo za siebie. - Chodź do domu - poprosił, zaciskając schowane w kieszeniach dłonie w pięści. - Albo daj mi klucz do mieszkania, przyniosę ci kurtkę i będziemy mogli porozmawiać tutaj - zaproponował po chwili. Chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że najbezpieczniej byłoby zabrać Asclepiusa do ciepłego wnętrza domu, podejrzewał, że przekonanie go do swojego pomysłu wcale nie byłoby takie proste. Alternatywnym wyjściem więc było przyniesienie mu czegoś, co chociaż trochę zminimalizowałoby odczuwanie zimna - w przeciwnym razie to wszystko mogło skończyć się bardzo nieprzyjemnie. Sherridan podejrzewał, że Ascel nie był typem człowieka, który zniósłby gorsze przeziębienie bez marudzenia, a wszystko wskazywało na to, że następnego dnia Aldridge będzie wielkim, chodzącym zarazkiem. Może Rose powinien był rozważyć oddanie mu własnej kurtki i zastosowanie na nim szantażu emocjonalnego, ale po pierwsze - sam nie czuł się tak, jakby właśnie spędzał wakacje marzeń w Hiszpanii, a po drugie - stan, w jakim znajdował się Asclepius, był wystarczająco beznadziejny sam w sobie i Sherridan nie musiał pogarszać go takimi niecnymi sztuczkami, jak wywoływanie w nim poczucia winy. Nie obraziłby się więc, gdyby mężczyzna jednak ustąpił i pozwolił na to, aby skoczył mu po kurtkę do środka. To zajęłoby minutę, góra dwie, a byłoby zbawienne zarówno dla jednego, jak i drugiego.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Asclepius Aldridge








33

pracuje na oddziale ratunkowym

i próbuje rozkochać w sobie Sherriego

North Brentwood





Wysłany: 2018-12-26, 13:43   
  

  
Asclepius Aldridge

  
You can fight every day but you cannot win every day.


Cała ta sytuacja dla Ascela stanowiła zupełnie inny wymiar, w którym jego myśli krążyły na odrębnych torach. Zdecydowanie odmiennych od tych prezentowanych na co dzień, lecz w obecnej sytuacji nic nie potrafiłoby zmusić go do uśmiechu. Prawdopodobnie nawet najlepszy żart zostałby przyjęty z milczącą obojętnością, już nie mówiąc o bardziej poważnych sprawach. Fakt, ze Sherridan w ogóle poświęcił sen dla jego osoby zdawał się być czymś surrealistycznym, w końcu zgodnie z własnym słowami, Ascel naprawdę by już spał na jego miejscu. Zwłaszcza skoro sam zapewnił, że woli noc od dnia. Stąd jego obecność za tej ulicy, przy ogromnym mrozie i to w dodatku w środku nocy, stanowiło dla Asclepiusa zaskoczenie, a niemiłe złudzenie iluzji nie potrafiło odejść.
Twinkle, twinkle, little star, how I wonder what you are.
Milczenie Sherridana było o tyle było zbawienne, że Ascel nie musiał zmagać się z bezsensownymi pytaniami. Nie potrzebował ich, zwłaszcza że sama obecność Rose zdawała się działać na niego o dużo lepiej niż sam zainteresowany mógłby to podejrzewać. Chwilowy trans, w który wpadł jakiś czas temu, powoli słabnął na sile, czego jednak nie dało się zauważyć na pierwszy rzut oka. W końcu Aldridge nie ruszył się nawet o centymetr, nadal trwając w poprzedniej pozycji i bez słowa wpatrując się w śnieg. Jedyną różnicą był fakt, że zaczął dużo bardziej kontaktować, rejestrując detale wcześniej dla niego niedostrzegalne.
Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał na jego prośbę, więc tamten mógł nabrać wrażenia, że o współpracy może pomarzyć, lecz wtedy Ascel odezwał się. - Chodź. – Początkowo Sherridan zupełnie nie mógł go zrozumieć, tak mocno drżące ciało zniekształciło poszczególne sylaby. Dopiero za drugim razem udało mu się je wypowiedzieć na tyle poprawnie, by nabrały one większego sensu. Tuż po tym, nie czekając na jego reakcję, wolno wstał z miejsca i ruszył przed siebie. Był na tyle skostniały z zimna, że całość przebiegała do bólu wolno, lecz wytrwale brnął do przodu. Nie dbał o to, czy Sherridan podążył za nim, nadal stał w miejscu czy może zawrócił z powrotem do własnego ciepłego łóżka, mimo że kuriozalnie to właśnie widok marzącego Rose tknął go, by nie stać już dłużej na mrozie w samym dresie. Z drugiej strony coraz mocniej odczuwał skutki wyziębienia, a panujący chłód zdawał się dopiero teraz rzeczywiście go dotykać, wywołując trudne do zniesienia odczucia. Było przecież niesamowicie zimno, choć śnieg już nie padał tak gęsto jak wcześniej. - Straciłeś najlepszy śnieg – upomniał go Ascel, jakby faktycznie była to sprawa życia i śmierci. Chociaż sam Aldridge niezaprzeczalnie zimę lubił i nawet bez całego tego bożonarodzeniowego szału, kojarzyła mu się bardzo przyjemnie. Śnieg uważał za najlepszą rzecz tej pory roku, może dlatego też impulsywnie wyszedł na zewnątrz, chcąc poczuć delikatnie płatki śniegu na skórze. Brak kurtki, a co dopiero czapki, sprawiły, że czupryna jego ciemnych włosów była cała w białym puchu, który ze względu na niską temperaturę nie topniał tak szybko. Przynajmniej ładnie wyglądał, zawsze coś, prawda?
Gdy dotarli pod budynek mieszkania Ascela, ten zaczął grzebać niezdarnie w kieszeni w poszukiwaniu kluczy. Szło mu dosyć opornie, bo skostniałe palce mocno utrudniały koordynację ruchową, czego dowód dał kilka sekund później, gdy klucze zamiast w jego dłoni, wylądowały na ziemi. Nie sięgnął po nie od razu, jakby nie miał już kompletnie sił na dodatkowy ruch. Przygryzł wargę do krwi, stojąc w miejscu jak posąg. Poczucie winy? Asclepiusowi chyba bez tego jak na razie szło bardzo dobrze, skoro Sherridan właśnie marnował swój sen na wycieczki do North Brentwood, w duchu pewnie cicho klnąc na znajomość z nim.
Up above the world so high, like a diamond in the sky. Twinkle, twinkle little star, how I wonder what you are.

//zt.x2
_________________
<div style="font-family: 'Source Sans Pro', sans-serif;; color: #00001a; font-size: 17px; line-height: 0.7; font-style: italic; width: 230px; text-align: right; ">Asclepius Aldridge<img src="https://imgur.com/Kjswq8a.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><img src="https://imgur.com/5zZ1Ks7.gif" style="border-top: #00001a 2px solid; width: 115px;"><div style="width: 202px; border-left: #00001a 23px solid; padding: 2px; font-size: 9px; font-family: 'Tahoma'; color: #00001a; text-align: justify; line-height: 1;">What we have once enjoyed deeply we can never lose. All that we love deeply becomes a part of us.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,11 sekundy. Zapytań do SQL: 5