Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica #1
Autor Wiadomość
Philippa Woodill









37

meteorolog

Southend

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Winter, Tinsley, Mordechai, Dale, Ivy, Dayami

Wysłany: 2017-11-09, 00:23   
  

  
Philippa Woodill

  
the sky is no limit if you're right here


Nie była pewna, czy rzeczywiście takie częstsze wpadanie na siebie byłoby dobrym rozwiazaniem. Mieliby zostać przyjaciółmi? Tak można? Nie musieli się starać, nie mieli dziecka, które mogłoby ucierpieć na rozwodzie, tak naprawdę nic już ich nie łaczyło, skoro podzielili się majatkiem, sprzedali ich mieszkanie i praktycznie spalili wszystkie mosty. Kto wie, może właśnie dlatego byłoby łatwiej. Nie musieliby dażyć do niczego na siłę, w jakimś sensie może mogliby zaczać od poczatku. Ale czy to ma jakiś sens?
Imię małej jakoś utkwiło jej w pamięci - może dlatego, że nie każdy dawał dzieciom smutne imiona, a może dlatego, bo widziała, jak bardzo Jagger się w swojej siostrzenicy zakochał. Jej imię padło pewnie potem nie raz, choćby z czystej przyzwoitości wypadało je Pipce zapamiętać, nawet, jeśli nigdy nie była przyzwoitym człowiekiem. Pokiwała głowa. Może miał rację.
- Z kim ja zostawiasz, kiedy wyjeżdżasz? - i tak zapomni te szczegóły, kiedy już się rozejda. Niby dlaczego miałaby je pamiętać? Może zaświta jej gdzieś w głowie, jak - jeśli - spotkaja się jeszcze raz. Na wspomnienie córki, zmarszczyła brwi i zacisnęła odrobinę usta. To nie był temat, jaki chciała z nim poruszać. Nie chodziło nawet o przykre wydarzenia, jakie dzielili i o jakie swego czasu ja obwiniał. Po prostu odcięła się od przeszłości i nie wydawało jej się potrzebne ponowne wywlekanie pewnych rzeczy na wierzch. Jagger był zdecydowanie lepszym ojcem, niż ona matka. Może i on sam potrzebował Blue, tak po prostu. - W porzadku - wzruszyła w końcu ramionami, ale nie powiedziała już ani słowa na ten temat. - Chyba takie jest - kiwnęła głowa. Tak naprawdę nigdy nie była pewna, jakie miejsce byłoby dla niej odpowiednie, ale w większości miejsc czuła się przynajmniej dobrze. - Postaram się ciebie ostrzec. Nie zmieniałeś numeru telefonu, prawda? - ale czy zamierzała do niego dzwonić? W jakimś stopniu mogła się o niego martwić, więc jak dojda ja słuchy o kataklizmach, to może faktycznie da mu znać. O tornadzie go nie ostrzegła, ja sama trochę zmyliło i nie zdołała go wypatrzyć. Na pewno nie będzie Jaggera męczyć telefonami częściej, niż to konieczne. W ogóle, jakoś wolała nie narzucać mu się ze swoja obecnościa, nawet teraz, mimo tego, że spotkali się przypadkiem i oboje przywitali się uśmiechem. - Możesz mi jeszcze powiedzieć, gdzie tu jest dworzec? Zostawiłam auto w warsztacie, a jakoś muszę wrócić - tyle jej wystarczy, by już sobie pójść, by oboje mogli wrócić do swojego życia. Mogła go do siebie zaprosić, albo może wyskocza kiedyś na piwo? Jasne, czemu nie? Prawda była taka, ze nic takiego się nie stanie. Żadne z nich nie poczyni pierwszego kroku, bo żadne z nich nie było zdesperowane, by odbudować tę relację. Nie pałali już do siebie uczuciami. I może właśnie tak było najlepiej.
_________________
Do you mind if I take you home tonight?
[Profil]
 
 
Jagger Chauncey


Wysłany: 2017-11-25, 03:20   

Jagger właściwie nie wiedział czego oczekiwał po spotkaniu z była żona. Czas pokaże co będzie dalej i czy uda im się na nowo odbudować jakaś znajomość czy poprzestana na tym jednym spotkaniu. Nie skreślał żadnej z tych możliwości,. Jak na razie był całkiem zadowolony, że na siebie wpadli bo od jakiegoś czasu nurtowało go pytanie, czy Philippa ma do niego jakaś urazę. Po tym jak przywitała go z uśmiechem, utwierdził się w przekonaniu, że nie, a jeśli jednak tak to bardzo dobrze ja skrywała.
Oryginalne imiona zawsze szybciej się zapamiętywało. Znał to z własnego doświadczenia, gdy w każdej szkole nauczyciele zawsze w pierwszej kolejności zapamiętywali akurat jego imię. Blue czekało to samo, wszystkie przedszkolanki już znały jej imię, chociaż w przedszkolu pojawiła się po raz pierwszy. Nie znał historii, która kryła się za jej imieniem, niemniej jednak zawsze miło wymawiało mu się imię swojej siostrzenicy. No i faktycznie często o niej mówił, ale spędzajac niemal cały dzień na opiece nad dzieckiem, nie sposób chociaż o tym nie wspomnieć. Poniekad dlatego posłał ja do przedszkola, miał wrażenie, że spędzaja ze soba za dużo czasu i każdy potrzebował spędzić go z kimś innym. Blue z dziećmi w swoim wieku, a on ze swoimi znajomymi w swoim.
- Najczęściej z rodzicami, sa na emeryturze więc czasu im nie brakuje – faktycznie zawsze mieli czas zajać się wnuczka, gdy zaszła taka potrzeba. Podejrzewał, że chcieli spędzić z nia jak najwięcej czasu dopóki wciaż była pod jego opieka w Brentwood. Kto wie gdzie zamieszka ze swoim ojcem, gdy ten będzie już w stanie przejać nad nia opiekę.
- Nie, nie zmieniałem – jakoś nie czuł potrzeby, żeby wymieniać numer telefonu na nowy. Zbyt wiele osób miało tamten, żeby teraz go wymieniał i dawał wszystkim o tym znać. Może gdyby chciał definitywnie skończyć ze swoim ‘starym życiem’ i zaczać wszystko od nowa wziałby pod uwagę takie rozwiazanie, ale nic takiego nie robił.
-Mogę powieść cię do Southend, jeśli chcesz. Prawdę mówiac mam tam coś do załatwienia – rzeczywiście miał w planach tego dnia wybrać się do nadmorskiego miasteczka, więc równie dobrze mógłby zrobić to teraz. Nie oczekiwał, że Philippa będzie chciała się z nim zabrać, w każdym razie wypadało mu zaproponować. – Ale jeśli nie masz ochoty spędzić ze mna tej godziny w samochodzie, to wystarczy, że pójdziesz cały czas ta ulica, aż dojdziesz do dworca. Raczej nie powinnaś go przegapić.
_________________

    WHEN THE CURTAIN'S CALL IS THE LAST OF ALL, WHEN THE LIGHT
    FADE OUT ALL THE SINNERS CRAWL. SO THEY DUG YOUR GRAVE
    AND THE MASQUERADE WILL COME CALLING OUT AT THE MESS YOU
    MADE. DON'T WANNA LET YOU DOWN BUT I AM HELL BOUND.
[Profil]
 
 
Philippa Woodill









37

meteorolog

Southend

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Winter, Tinsley, Mordechai, Dale, Ivy, Dayami

Wysłany: 2017-11-27, 02:33   
  

  
Philippa Woodill

  
the sky is no limit if you're right here


Jej imię też znowu nie było takie bardzo popularne, ale nigdy jej to nie przeszkadzało. Lubiła ludzi, niekoniecznie miała coś przeciwko uwadze, jaka na sobie skupiała, chociaż nie robiła tego nigdy celowo. Po prostu była soba, pech chciał (a może szczęście?), że przy okazji dość ekscentrycznym człowiekiem. W jej opinii to dobrze, że Blue chodziła do przedszkola, powinna jak najwcześniej poznać inne dzieci i zaczać nabywać pewnych umiejętności społecznych i interpersonalnych. Swoja córkę też posłali całkiem wcześniej, choć częściowo to wynikało pewnie z tego, że oboje pracowali, a dziadków nie mieli za bardzo do pomocy.
- W porzadku – uśmiechnęła się i pokiwała głowa. Pewnie wysłała mu eskiem ostrzeżenie o zagrożeniu tornadem, chociaż jej samej nie było dane go zobaczyć. Ale tylko tyle – nie zawracała mu głowy, nie telefonowała, nie wypytywała, ani nie bredziła o niczym. Nie odczuwała desperackiej potrzeby rozmowy z nim. Jeśli kiedyś uda im się ułożyć sprawy i emocje między nimi do ładu, to rozmowa przyjdzie naturalnie, sama z siebie. Teraz mogło być na to zbyt wcześnie. – Jesteś pewien, że ci to po drodze? – uniosła brwi. Takiej propozycji to się akurat z jego strony nie spodziewała. Bardziej miała wrażenie, że to on nie chciałby z nia spędzić godziny w niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu. – No co ty, chętnie się z toba zabiorę – wzruszyła ramionami. Jeździła z nim piętnaście lat, ba, żyła z nim piętnaście lat, więc chyba nie musiała się go obawiać. No, niby różne rzeczy moga się dziać, bo drugiego człowieka można nigdy nie poznać do końca, ale sorry, Jagger nie wygladał jej na psychopatycznego mordercę wabiacego byłe żony do auta, w którym czekały obcęgi na wydłubanie oczu i serca. Poza tym, dotarcie na dworzec to jedno, a złapanie pociagu to drugie. Nawet nie wiedziała, kiedy mogłaby się spodziewać najbliższego. Godzina w aucie chyba nie będzie ich największym koszmarem. No i Jaggera wyjdzie to trochę taniej, choć może nie robiło mu to aż takiej różnicy, ale Pipka nie zamierzała od niego żebrać, ani być mu potem coś winna.
_________________
Do you mind if I take you home tonight?
[Profil]
 
 
Jagger Chauncey


Wysłany: 2017-12-08, 00:52   

On także miał w komórce zapisany numer Philippy, jednak nie czuł potrzeby, aby go usuwać badź co badź to tylko rzad cyfr, ale jednocześnie nie odczuwał także potrzeby, żeby go używać. Po prostu tam był, wśród wszystkich innych kontaktów, do których Jagger prawdopodobnie i tak nigdy nie zadzwoni. Kiedyś zwykł znać jej numer na pamięć, ale nie używajac go, z czasem zapomniał kolejność cyfr, bo tak naprawdę ta wiedza nie była mu już do niczego potrzebna, jedynym numerem, który znał na pamięć, był jego własny.
Z tymi dziadkami to już tak bywało, że jak nie było ich w pobliżu, to żałowali, że nie moga zajać się dzieckiem, a jak byli, tak jak teraz, gdy mieszkali w sasiadujacym mieście, odnosił wrażenie, że zajmuja się Blue aż nadto. Jagger nigdy nie miał za dobrych kontaktów ze swoimi rodzicami, dlatego pomimo, że zarówno oni jak i Blue dawali się szczerze lubić te ciagłe wizyty, tak on miewał ich już dosyć. Miał nadzieje, że dzięki temu przedszkolu uwolni się od ciagłej kontroli ze strony państwa Chauncey. Miał na litość boska niemal czterdzieści lat, nie potrzebował rodziców, którzy najchętniej kontrolowaliby każdy aspekt jego życia.
- Tak, mam tam do odebrania część do samochodu, więc prędzej przy później czeka mnie przejażdżka do Southend – wyjaśnił, bo rzeczywiście dostał tego dnia wiadomość, że jego zamówienie jest już gotowe do odbioru. Lubił sobie czasem pomajsterkować przy samochodzie i ulepszyć w nim to i owo, więc takie zakupy poszczególnych części były dla niego standardem. W Southend miał akurat sklep, w którym można było kupić takie rzeczy stosunkowo tanio, więc lubił zrobić te kilka kilometrów więcej i zaoszczędzić na części, która w Brentwood kosztowałaby go znacznie więcej.
- W takim razie zapraszam, zaparkowałem niedaleko – powiedział, kierujac ich w stronę przedszkolnego parkingu, na którym zostawił swój samochód. Nie no, broń boże nie miał co do niej jakiś psychopatycznych zamiarów, chociaż nie wiedział, co ona tam sobie o nim myślała. Po piętnastu latach spędzonych razem, znali się raczej na tyle, żeby wiedzieć, że to drugie nie jest psychopata. Chociaż to też nigdy nie wiadomo, co chwila się słyszy, że maż zadźgał żonę, czy żona męża. No cóż, ludzie byli dziwni, a Jagger myślał, że to on był dziwakiem.

/zt, bo chyba nie mamy już nad czym się tu rozpisywać :hmm:
_________________

    WHEN THE CURTAIN'S CALL IS THE LAST OF ALL, WHEN THE LIGHT
    FADE OUT ALL THE SINNERS CRAWL. SO THEY DUG YOUR GRAVE
    AND THE MASQUERADE WILL COME CALLING OUT AT THE MESS YOU
    MADE. DON'T WANNA LET YOU DOWN BUT I AM HELL BOUND.
[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-05-13, 23:10   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


/po wszystkim a zwłaszcza po grze z sherriem która sie dzieję do cholery w styczniu


Powiedzmy sobie szczerze - nikt nie lubi tego uczucia, które towarzyszy nam w niedzielny wieczór. Jest to moment kiedy zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że ta niesamowicie krótka chwila będaca okazja do odpoczynku umknęła nam. A co wtedy nam pozostaje? No cóż, wiele osób po prostu zaczyna planować co to będa robić w kolejny weekend. Joey Harrison nie był jedna z tych osób, on zdecydowanie starał się cieszyć każdym dniem – chociaż chłopak miał sprawę nieco ułatwiona. Tak się bowiem składa, że jego wtorkowe zajęcia zawsze zaczynały się stosunkowo późno. O której? Pierwsze ćwiczenia zaczynały się o godzinie dwunastej. Dlatego też Harrison budził się rano bez interwencji budzika, co już na starcie sprawiało, że czuł się po prostu lepiej. A co potem? Zwykle czekała go krótka przejażdżka autobusem do centrum, gdzie zamawiał kawę z małej kawiarenki. Następnie chłopak wędrował sobie do najbliższego parku, siadał sobie na ławeczce i czytał najnowszy numer New Yorkera. Dlaczego akurat tej gazety? Nie wiem! Po prostu wydawało mi się to fajne w momencie pisania, proszę nie wnikać. On sam czuł się wtedy niesamowicie światowo, niczym jakaś gejowska wersja Carrie Bradshaw. Po krótkiej chwili niczym wspomniana już bohaterka kultowego serialu sięgnał po papierosy, odpalił sobie jednego i czytał dalej gazetę w spokoju. Nie minęło więcej niż dwadzieścia minut, a otrzymał Sms od Chestera o tym, że "topsz fiem, rze nie jestes nauczelni. Muglbyś pomuc w agenci". Faktycznie, mógłby – zwłaszcza, że "Kurnik miłości" przecież był jego pomysłem. Ale czy powinien? Odkad założyli wspólnie tę agencję, Harrison coraz mniej czasu spędzał po prostu ot tak, w samotności, sam na sam z swoimi myślami. A każdy doskonale wie, jak taki czas również może być przyjemny.
[Profil]
 
 
Keith O'Shaughnessy








17

South - West Brentwood



Wysłany: 2018-05-13, 23:28   
  

  
Keith O'Shaughnessy

  
I'm not going to be your little bitch.


/ po wszystkich poprzednich fabułach, jakiś przypadkowy dzień z życia Keitha.

Wtorki były dniami, które spokojnie mógłby określić mianem love-hate relationship. Po pierwsze: lekcje w szkole trwały wtedy wyjatkowo krótko. Już o trzynastej wszyscy uczniowie opuszczali mury szkoły mogac cieszyć się wolnym dniem i odpoczynkiem od zajęć. Po drugie: mieli wtedy wf, z którego zerwanie się było równie proste co oddychanie. I w końcu po trzecie...
Jak można się było spodziewać, Keith rzeczywiście postanowił się zerwać półtorej godziny wcześniej i darować sobie bieganie w kółko, gdy i tak doskonale wiedział że nikt z jego klasy nie zamierzał podawać mu piłki. Niezależnie od tego w co by nie grali, jak i faktu że chłopak był całkiem niezły w sportach wszelkiego rodzaju. Już przed zajęciami, nadęty bufon z drużyny koszykarskiej nie mógł sobie darować popchnięcia go na jedna z szafek. Pech chciał, że Keith wpadł barkiem na jej kant, nabijajac sobie kolejnego efektownego siniaka. Ucieczka ze szkoły nie była zatem niczym, czego żałował.
Piętnaście minut przed dwunasta wstapił do kawiarni, by [paradoksalnie] zamówić sobie owocowe smoothie o smaku brzoskwini z guawa i wyruszył na poszukiwania. Nieco przyspieszone kroki w końcu zwolniły, gdy znalazł się w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie. Miał wrażenie, że jego głowa już zupełnie automatycznie wyrobiła w sobie Joey-radar. Mimo że dzieliło ich kilkanaście metrów poznał go od razu. Stanał więc pod jednym z drzew, by jeszcze lepiej wtopić się w otoczenie i wyciagnał telefon popijajac powoli kupiony przez siebie wcześniej napój. Słuchawki w uszach nawet nie odtwarzały żadnej muzyki, a jednak skutecznie odstraszały potencjalnych rozmówców samym wygladem. Zerknał ukradkiem w stronę palacego chłopaka.
Jego dzień chyba właśnie momentalnie stał się lepszy. Nawet bark bolał jakby mniej.
_________________








my level of sarcasm?


it got to the point where i don't even know if i'm kidding or not.

[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-05-13, 23:57   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Co by się stało gdyby Joey dowiedział się, że ktoś aż tak dobrze znał jego nawyki? Wiadomość od Chestera co prawda świadczyła o tym, że jego nawyki były wręcz powszechnie znane- istniała jednak pewna mała różnica. Wiecie jaka? Joey po prostu znał Chestera i powiedział mu o swoich małych nawykach osobiście, cholera! Natomiast z Keithem było tak, że Harrison nigdy go nie poznał – co więcej młody trzymał na tyle duży dystans, że Joey nawet nie miał szans poznać i zapamiętać tej twarzy. No bo wiadomo jak t jest- można kogoś tak zwanie "znać z widzenia" jak to śpiewał nasz idol i Bóg Krzysztof Krawczyk. Joey nie miał takiej możliwosci. No ale dobra, skoro już oficjalnie okresliliśmy jak to wyglada – to co tak właściwie się dzieje? Harrison wlaśnie trafił na jakiś niesamowicie fajny felieton na temat Hamiltona, co kompletnie przykuło jego uwagę. Chłopak nie zwracał uwagi na przechodniów, biegajace dzieci – absolutnie nic nie potrafiło odciagnać jego uwagi od tekstu. Sytuacja potrwała jeszcze kilka chwil, dopóki nie rozdzwonił się jego telefon. Jaki Joey ma dzwonek? Szczerze mówiac, była to melodia z Looney Tunes w wersji "Looney tunes show". Chłopk odebrał pośpiesznie połaczenie i mruknał:
-Chester, ja wiem, ale.. Joey starał się nadal skupić wzrok na artykule, niestety nie ogarniał życia na tyle dobrze by rozmawiać z kimś i czytać równocześnie.
-Joey? Tu mama. Dzwonię by zapytać czy przyjedziecie w lato z Fitzem
-O, cześć, n-nie spodziewałem się telefonu – mruknał Joey odkładajac New Yorkera na bok i patrzac ot przed siebie, a być może skupiajac wzrok na niebie. Kto iwe? Tak czy siak rozmowa z mama, która nadal mieszkała w Paryżu była dla niego ważniejsza niż artykuł do którego pewnie za chwilę wróci.
[Profil]
 
 
Keith O'Shaughnessy








17

South - West Brentwood



Wysłany: 2018-05-14, 21:01   
  

  
Keith O'Shaughnessy

  
I'm not going to be your little bitch.


Pewnie właśnie z obawy przed jego reakcja, Keith poprzysiagł sobie że nigdy w życiu do niego nie podejdzie. Jakby nie patrzeć, mimo wszystko nie miał na jego punkcie aż takiej obsesji, by leżac w nocy w łóżku wyobrażał sobie jak któregoś dnia go zaczepi, ułozy im wspólne życie i zaadoptuja piatkę dzieci. Joey był dla niego raczej czymś w rodzaju celebryty. Osoba, która mógł obserwować z daleka, ale nigdy w życiu nie odważyłby się na przekroczenie tej niewidzialnej granicy oddzielajacej jego gwiazdę od reszty społeczeństwa. Nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że nadal pozostawał człowiekiem i miał mnóstwo zwyczajnych znajomych, a fakt że był w jego typie nie czynił z niego zabijajacego dotykiem superbohatera. Podrapał się po policzku upijajac kolejnych kilka łyków napoju. Wtem do chłopaka zadzwonił telefon. Co ciekawe, tuż po tym gdy zadzwonił on również do Joeya. Wzdrygnał się wyraźnie zaskoczony i spojrzał na ekran.

K A T H R I N E

Powstrzymał cisnace mu się na usta westchnięcie naciskajac zielona słuchawkę.
Keith? Wszystko w porzadku? Heath do mnie dzwonił i mówił, że nie było cię na wfie.
Pieprzony Heath.
Wszystko w porzadku. Po prostu gorzej się poczułem.
Na pewno? Znowu cię dręcza?
Przymknał nieznacznie powieki, odwracajac głowę w bok, by zawiesić wzrok na ciemnowłosym chłopaku, który odłożył swoja gazetę w bok. Z tej odległości nie był w stanie dosłyszeć jego pomruku, a zdecydowanie nie miał w sobie na tyle odwagi, by podejść bliżej.
Keith?
Nie. Naprawdę wszystko w porzadku.
Mam po ciebie podjechać?
Nie trzeba. Wrócę do domu za jakieś dwie godziny, chcę jeszcze podjechać do sklepu i odebrać wkłady do Polaroida.
Cisza po drugiej stronie słuchawki była na tyle ciężka do zinterpretowania, by nie wiedział czy kobieta faktycznie uwierzyła w jego wersję wydarzeń.
Zajebię cię, Heath.
_________________








my level of sarcasm?


it got to the point where i don't even know if i'm kidding or not.

[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-05-15, 21:44   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Życie bywa niesamowicie ironiczne, naprawdę! Niezależnie bowiem od tego jak wielkim lekkoduchem był Joey, to gdzieś wewnatrz swojego serca czuł niesamowita tęsknotę za Paryżem i za swoimi rodzicami. Nie da się ukryć, że minał już prawie rok odkad po raz ostatni widział swoich rodziców. Poza tm zanim Harrison przyjechał do Brentwood jego życiem po prostu był Paryż – paryscy znajomi, kafejki, bary oraz uczelniany chórek.
-Nie wiem – mruknał w końcu do słuchawki telefonu-Chciałbym, naprawdę ale mam teraz trochę spraw na głowie i to chyba nie będzie dobry pomysł
Dlaczego więc Joey odmówił mamie, która zapytała go czy przyjedzie? No dobra nie odmówił – ale co miał znaczne watpliwości? Przez ostatni rok bardzo wiele w jego życiu uległo zmianie. Chłopak owszem tęsknił za znajomymi, jednak ich kontakty były już o wiele luźniejsze. Były głównie na krótkich wymianach uprzejmości, albo też wymiana lajków na Facebooku. Harrison zbudował sobie nowe życie w Brentwood – poznał nowych towarzyszy takich jak Chester, Alec czy Erwin. Poza tym założył pseudo firmę ( której na szczęście urzad skaroby jeszcze nie miał pojęcia) – a prawie każda wolna chwilę spedzał z tutejszym uczelnianym chórkiem! Nie zapominajmy też o tym, że niedawno w jego życiu znów pojawił się ponownie Heath – jego sasiad i przyjaciel. No i może jakoś miło mu się zrobiło na wspomnienie o sasiedzie, ale to pewnie z powodu przyjemnej wiosennej aury. Tylko tego. Mhm.
-Dlaczego? Dawno Was nie widziałam i jak... – Harrison poczuł się kiepsko słyszac, że jego mama była teraz zasmucona. Mruknał coś pod nosem.
-Pomyślimy? Okej? – Może faktycznie powinien spakować się z Fitzem i wziać kilka miesięcy urlopu od Brentwood?
-No dobra, jak uważasz.
Joey poczuł się jakoś dziwnie nawet rozważajac to, że może na kilka miesięcy wyjechać z miasta. Czy wytrzymałby w Paryżu chociaż tydzień? Chociaż stolica Francji była pełna oryginałów, to wierzcie mi, na pewno nie ma tam drugiego Chestera Aldridge!
[Profil]
 
 
Keith O'Shaughnessy








17

South - West Brentwood



Wysłany: 2018-05-15, 23:04   
  

  
Keith O'Shaughnessy

  
I'm not going to be your little bitch.


Potrzebujesz pieniędzy?
Mógł się domyślać, że właśnie to pytanie w końcu padnie. Wypuścił powoli powietrze spomiędzy ust, na tyle cicho by dźwięk ten pozostał całkowicie niedosłyszalny dla osoby po drugiej stronie słuchawki.
Nie. Nadal mam kieszonkowe na ten tydzień. Co do pieniędzy, przegladałem ostatnio ogło-
Przestań Keith, rozmawialiśmy już o tym.
Zacisnał zęby na słomce. Napój przestał przez nia płynać już jakiś czas temu, mimo że nadal zajmował ponad połowę pojemnika. Gdyby nie plastikowa rurka, jak nic już dawno zaczałby zgrzytać zębami. Jego absolutna cisza w końcu wywołała westchnięcie Kathrine.
Wiem, że nieustannie czujesz się jakbyś był winny coś mi i Markowi. Ale nie wzięliśmy cię z przymusu, rozumiesz? To była tylko i wyłacznie nasza decyzja. Po prostu... choć raz pozwól sobie na zachowywanie się jak zwyczajny nastolatek. Skup się na ocenach. Może nieco mniej uciekaj z domu, choć jeśli potrzebujesz tych chwil dla siebie, jestem w stanie to zrozumieć. Tylko nie pakuj się w żadne kłopoty. Jeśli będziesz chciał, możesz iść do pracy dorywczej na wakacje, ale po prostu... — zamilkła na chwilę, nim w końcu skończyła myśl nieco zniekształconym głosem — to nie jest temat na telefon.
Jasne.
Wróć dziś wcześniej do domu. Zamówię pizzę.
I w ten właśnie sposób ciężkie działa zostały wytoczone. Choć Keith już wcześniej obiecał, że wróci do domu za dwie godziny, Kate doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że chłopak uwielbiał zaginać w akcji. Dwie godziny zmieniały się w dziesięć, dziesięć godzin w dwa dni. Potarł policzek dłonia.
Będę za dwie godziny.
Obiecujesz?
Obiecuję.
Wezmę podwójny ser.
Przestapił z nogi na nogę. Nigdy nie miał pojęcia jak powinien z nia rozmawiać czy się rozłaczać. Jak się do niej zwracać. Być może właśnie dlatego jego dialogi były tak bezosobowe. Przesunał językiem po dolnej wardze.
Muszę kończyć, jestem niedaleko sklepu — rozłaczył się, nie czekajac nawet na odpowiedź. Jeszcze przez dłuższa chwilę wpatrywał się w ekran, nim wsunał powoli komórkę w kieszeni spodni. Z tego wszystkiego zapomniał nie tylko o fakcie, że przyszedł tu by na kogoś popatrzeć, ale też o założeniu słuchawek majacych odcinać go od świata. Spojrzał krótko na pogryziona, zdewastowana słomkę.
Świetnie.
_________________








my level of sarcasm?


it got to the point where i don't even know if i'm kidding or not.

[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-05-16, 20:30   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Im dłużej Joey rozmawiał z mama, tym bardziej był przekonany, że gdy tylko połaczenie zostanie zakończone to ona zadzwoni do Fitza. Skad taki wniosek? No cóż, dzisiejsza rozmowa była naprawdę dziwna, a jego rodzicielka czasem po prostu przesadzała z tym troska. Przecież dlatego Fitz w ogóle pojawił się w mieście, mama prosiła go o to by pilnował Josepha. Harrison nawet przez chwilę rozważał opowiedzenie mamie czegoś więcej o swoim życiu. Chciał się podzielić tym, że niedawno założył firmę – opowiedzieć o swoich nowych przyjaźniach. Szybko jednak uznał, ze to nie ma sensu , a sam pomysł biznesu matula shejtuje mówiac "Dziecko, co Ty wiesz o biznesie?" albo coś w tym stylu. Co wiedział o biznesie? Wszystko! Przez pierwsze sukcesy na tle martymonialnym Kurnik miłości osiagnał zawrotna ilość 36 lajków. Joey w końcu rozłaczył się, odłożył telefon i popijał dalej kawę spogladac przed siebie. Niechętnie zerknał na zegarek, który nosił na lewym przegubie dłoni i z satysfakcja odkrył, ze miał jeszcze chwilę dla siebie. Jak ja wykorzysta? Czy wróci do czytania New yorkera? Nie! Joey postanowił opalić swoja ukochana grę "Paddington Run", w której biega się misiem Paddingtonem i omija różne przeszkody. Co jak co, ale ta gra zawsze pomagała mu się zrelaksowac. Chłopak zapomniał wyłaczyć dźwięków, przez co łatwo można było się zorientować że gra w jakaś gierkę – a biorac pod uwagę, że czasem pada w niej imię misia – to nawet można było ogarnać w co tak właściwie gra. Jego twarz rozjaśniła sie w uśmiechu kiedy miś pokonywał kolejne przeszkody. Chwilę tak sobie siedział z tym swoim telefonem, aż w pewnym momencie wkurzyl się ewidentnie (najwyraźniej miś wyrżnał głowa o znak drogowy). Chłopak westchnał kilkakrotnie, włożył słiuchawki do uszu, chwycił wiec za kubek kawy, trzasnał sobie jakaś pozę i tym samym selfiaka. Do tego jakiś sexy filtr i perfecto!
[Profil]
 
 
Keith O'Shaughnessy








17

South - West Brentwood



Wysłany: 2018-05-16, 21:36   
  

  
Keith O'Shaughnessy

  
I'm not going to be your little bitch.


Dźwięki misia Paddingtona bez watpienia zwróciły na siebie uwagę Keitha. Szczerze mówiac, chłopak nigdy nie interesował się jakoś szczególnie grami, dlatego moment w którym telefon Joeya zaczał wydawać z siebie dość dziwne dźwięki zdecydowanie zmusił go do wyostrzenia słuchu. Gdy w końcu udało mu się wychwycić imię postaci, wyciagnał swój telefon z kieszeni i wklepał w google "Paddington". Nic dziwnego, że jako pierwszy w jego ręce wpadł trailer filmu. Darował sobie jednak ogladanie go na tę chwilę i dopisał "game", momentalnie odnajdujac odpowiednia pozycję w sklepie. Niezmiernie przeurocza pozycję w sklepie, trzeba było rzec. Przewrócił oczami widzac screeny biegajacego misia, który zbierał... marmoladę? Tak, to chyba była marmolada. Odwrócił się ponownie w stronę Harrisona, zatrzymujac wzrok na jego uśmiechu. Czasem naprawdę zastanawiał się czy istniała druga osoba, która potrafiła uśmiechać się w taki sposób. Opuścił powoli kubek z napojem i oparł go na wysokości mostka. Z tego wszystkiego całkowicie zapomniał, że miał udawać zupełnie obojętnego na jego obecność. Wpatrywał się w niego całkowicie nieprzytomnym, odciętym od rzeczywistości wzrokiem, kompletnie ignorujac całe otoczenie. Wszystkie ostatnie problemy zdecydowanie nie miały już najmniejszego znaczenia. Zreszta... problemy? Jakie problemy. Kto mógłby mieć jakiekolwiek problemy, gdy mógł patrzeć na uśmiech Joeya? Nawet gdy się wkurzał, nie tracił ani trochę na swojej urodzie. Widzac jak robi sobie selfie, przekrzywił nieznacznie głowę w bok, nie pozwalajac jednak by rozbawienie wynikajace z pozowania przez niego na ławce, jakkolwiek odbiło się na jego twarzy.
Wrócił do siebie dopiero, gdy usłyszał cichy chichot po swojej prawej stronie. Jedna z przechodzacych dziewczyn wyraźnie zauważyła jak intensywnie wpatrywał się w Harrisona, co rozbawiło ja do tego stopnia, by przystanęła w miejscu przygladajac się Keithowi w sposób, którego nie potrafił do końca zinterpretować. Zreszta, nie zamierzał tego robić. W tym momencie był jedynie zażenowany faktem, że przez własna nieuwagę pozwolił się komuś przyłapać. Odkaszlnał krótko, by ukryć swoje zmieszanie i czym prędzej wyciagnał słuchawki z kieszeni wtykajac je do uszu. Na wszelki wypadek, gdyby rozbawiona dziewczyna postanowiła jednak skomentować jakoś jego zachowanie. Całe szczęście widzac całkowity brak zainteresowania z jego strony, odwróciła się i ruszyła przed siebie jakby nigdy nic, zostawiajac go samemu sobie.
Tym razem jego słuchawki faktycznie wypełniła cicha muzyka.
I hej, to wcale nie tak, że była to muzyczka właśnie z wcześniej wspomnianego Paddington Run. Przecież nie ściagnałby jakiejś gry, tylko dlatego że jego ultimate crush w nia grał. Haha... ha...
_________________








my level of sarcasm?


it got to the point where i don't even know if i'm kidding or not.

[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-05-17, 19:58   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Keith całkiem słusznie uznał grę "Paddington Run" za urocza, ale nie każdy miał o niej tak dobre zdanie. Chcecie wiedzieć kto szczerze, prawdziwie i dosyć otwarcie nienawidził tej cholernej aplikacji? Był to oczywiście nikt inny niż Chester Aldridge, który za każdym razem gdy słyszał dźwięki tej aplikacji to wywracał oczami i był zdolny do skonfiskowania telefonu Harrisona. Skad taka ekstremalna reakcja? Joey bardzo często odpalał tę grę podczas pracy w "Kurniku miłości". Zwykle działo się tak gdy próbował jakoś zabić czas, gdy akurat nie było żadnych klientów i nic co wymagało jego atencji. Chociaż nie - Chester się jej domagał. Często mruczał coś o tym, że "już z soba nie rozmawiaja" i że "pewnie byś wolał teraz siedzieć z tym rudym".
Harrison jednak nie potrafił trzaskać w tę grę dłużej niż 2 rozgrywki. Dlaczego? No cóż, każdy kto kiedykolwiek odpalił tego typu grę wie, że następne etapy były po prostu wymagajace a przegrana wywoływała frustrację. Dlatego ta rozgrywka która przed chwila trzasnał też nie trwała jakoś niesamowicie długo.
Może powinien pojechać do "biura"? Nie, Chester naprawdę sobie poradzi! A Joey potrzebował chwili kompletnie dla siebie. Chwilę później wstał z ławeczki, przełożył torbę i ruszył w stronę wyjścia z parku. Gdzież to teraz zmierzał? Nie wiadomo, dowiemy się jak dotrze na miejsce. Póki co chłopak wczytywał się dalej w swój niedawno kupiony magazyn i szedł wolnym krokiem w stronę wyjścia. Po około dwudziestu krokach pacnał się w głowę, zawrócił mruczac.
-No debil.. – po czym odwrócił się zmierzajac z powrotem do ławki, gdzie wział do rak pusty papierowy kubek i wrzucił go go do śmieci a następnie skierował się ponownie w stronę wyjścia z parku.
[Profil]
 
 
Keith O'Shaughnessy








17

South - West Brentwood



Wysłany: 2018-05-18, 01:08   
  

  
Keith O'Shaughnessy

  
I'm not going to be your little bitch.


Był beznadziejny.
Być może fakt ten wynikał z tego, że nigdy wcześniej nie grał jakoś szczególnie w gry na telefon, ale tak czy siak jego miś nieustannie przypierdzielał głowa w przeszkody resetujac wynik. Było to zarówno zabawne, jak i na swój sposób żałosne, gdy Keith zwyczajnie nie potrafił dobić nawet do 1000 punktów. Przygladał się w milczeniu ekranowi, który po raz kolejny zaproponował mu wydanie diamencików, by ożywić nieszczęsnego Paddingtona, gdy Joey poruszył się na swoim miejscu. Wyprostował się nieznacznie, patrzac dyskretnie w jego stronę. Na tyle, by z perspektywy Harrisona wygladało to tak, jakby chłopak nadal był niezwykle wciagnięty w swoja grę. Nie żeby miał zwracać na Keitha jakakolwiek uwagę, skoro i tak stał dużo dalej od niego. Z rzuconym na ziemię plecakiem wygladał po prostu jak standardowy znudzony życiem nastolatek, który nie wiedział co ze soba zrobić, więc postanowił poszlajać się po parku.
Teraz jednak widzac że jego target wyraźnie podnosi się z miejsca, sam wyłaczył grę - i całe szczęście, bo przecież to była jakaś totalna żałość i porażka - by sięgnać po swój ekwipunek i zarzucić go luźno na plecy. Rzecz jasna to nie tak że zamierzał za nim iść. Miał w końcu swoje sprawy na głowie, musiał jeszcze odebrać wcześniej wspomniane wkłady. Fakt, że skierował swoje kroki w stronę tego samego wyjścia był czystym przypadkiem. Zdecydowanie.
Tak właśnie sobie wmawiał, dopóki Joey nie zatrzymał się w miejscu i nie zaczał iść w jego stronę. Nawet nie patrzył w jego stronę, mimo to Keith miał wrażenie że jego serce całkowicie zamarło w przerażeniu. Zachowujac zimna krew, kucnał na ziemi, udajac że wiaże rozwiazanego buta i poprawił nogawkę spodni. Najpierw jedna, a potem druga. Dopiero gdy zagrożenie minęło - pusty kubek został wyrzucony, a Joey wznowił swoja wędrówkę - sam Keith wyprostował się z ulga i ruszył za nim, cały czas zachowujac stosowna odległość. Wygladało jednak na to, że nie tylko on lgnał do chłopaka niczym dziwny magnes.
Głośne szczekanie rozniosło się po całym parku, wraz z przerażonym okrzykiem biednej dziewczyny biegnacej za złamanie karku za uciekajacym kremowym Cocker Spanielem.
NIECH KTOŚ GO ZATRZYMAAAA!
Nim O'Shaughnessy zdażył się obrócić w jej stronę, pies śmignał obok niego wraz ze smycza, tylko po to by władować się wprost w Harrisona. Rozmerdany na wszystkie strony ogon i kapiaca ślina były jedynie kropla w morzu radości zwierzęcia, które błyskawicznie zaczęło obiegać go dookoła, zaplatujac w zdecydowanie zbyt długa, rozciagana smycz. Jeśli Keith kiedykolwiek miewał problemy z zachowaniem powagi to były to właśnie momenty takie jak ten. Niestety właścicielka chyba nie podzielała jego zachwytu, bo biegła w stronę Joeya blada jak ściana, wyraźnie spodziewajac się że chłopak zamorduje ja, jej psa, a potem jeszcze zemści się na całej jego rodzinie.
Matko jedyna, najmocniej przepraszam! Pooper chodź tutaj, albo nie... nie, stój! Nie ruszaj się. Musimy to rozplatać, och nie... — podczas gdy dziewczyna zaczęła panikować, nie wiedzac jak zabrać się za pomoc chłopakowi, O'Shaughnessy wyciagnał telefon jakby nigdy nic, udajac że odpisuje na jakaś wiadomość. W rzeczywistości udało mu się skorzystać z zamieszania, by błyskawicznie [i całkiem dyskretnie] zrobić zdjęcie całego wydarzenia, wyraźnie nie mogac się powstrzymać.
_________________








my level of sarcasm?


it got to the point where i don't even know if i'm kidding or not.

[Profil]
 
 
Joey Harrison








22

South - West Brentwood

mów mi: Patuś, the greatest youtuber of them all

multikonta: Amanda, Ally



Wysłany: 2018-05-19, 14:40   
  

  
Joey Harrison

  
I'm still big, it's the pictures that got small!


Kiedy Joey zaczał kierować się w stronę wyjścia, jego umysł mimowolnie wrócił do słów wypowiedzianych przez "Mamę Harrison". Może rzeczywiście powinni rozważyć spędzenie lata w Paryżu, z rodzicami? Rok temuJoey praktycznie uciekł z miasta, próbujac w bardzo drastyczny sposób odciać się od wszystkiego co przypominało mu o utraconej miłości. Od tamtej pory jednak całkiem sporo się zmieniło, na przykład to, że Bennett znów wrócił do życia Joe. Dlaczego więc chłopak miałby nadal odcinać się od swojej przeszłości? No i już myślał, że doszedł do jakiegoś sensownego wniosku, gdy... ktoś lub coś powaliło go na ziemię. Brazowy mop zaczał lizać go po twarzy i szczekać radośnie. Joey parsknał śmiechem kilkakrotnie i próbował uciec swoja śliczna twarza przed językiem obcego psa. Dopiero po krótkiej chwili przybiegła jego właścicielka i zaczęła go przepraszać. Joey machnał dłonia na znak, żeby się nie przejmowała.
-Nic się nie stało – oświadczył wstajac z trawy, a szeroki uśmiech nie opuszczał jego twarzy. Pies był na tyle towarzyski i fajny, że ostatnie o czym Joey myślał to opierdolenie dziewczyny. Gdzies w jego głowie narodziło się pytanie – dlaczego ten pies do diaska aż ta gwałtownie zareagował na widok nieznajomego? Czy Joey miał to traktować jako jakaś wskazówę, iż wyjazd do Paryża nie był dobrym rozwiazaniem? Chłopak poprawił sobie ubranie, troszeczkę się otrzepał z trawy i wszelkiego brudu jaki mógł zostać na ubraniu po czym spojrzał na psa-Fajny – ocenił z uśmiechem-Jak się wabi?
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5