Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica #1
Autor Wiadomość
Brentwood


Wysłany: 2017-06-24, 23:56   Ulica #1
  

  
Brentwood

  
your favourite place on earth


[Profil]
 
 
Jayden Reyes








27

poszkodowany właściciel warsztatu

*judges you in spanish*

North Brentwood

multikonta: Max, Ellis, Kenai, Terry

Wysłany: 2017-07-04, 15:02   
  

  
Jayden Michael Reyes

  
I ain't mad, knowing that I ain't do no bad


/po Ninie

Dzisiejszy dzień Jay postanowił spędzić aktywnie. A przynajmniej część dnia. Niedawno kupił sobie w sklepie sportowym nowe buty i spodnie do biegania, więc postanowił je wypróbować. Przydałoby mu się trochę ruchu po tym, jak poprzedniego wieczora przesiedział kilka godzin z paczka chrupek przed telewizorem, gdy wrócił z pracy. Zastanawiał się przez chwilę czy zabrać ze soba Barry’ego, ale kiedy zauważył, że pies wyleguje się na dywaniku w salonie i nie ma większej ochoty na wyjście, Jay zniknał za drzwiami wejściowymi. Naciagnał na głowę kaptur, po czym założył słuchawki. Miał w planach przebiegnięcie się naokoło osiedla, a może przy okazji wejdzie do sklepu po drodze? Pamiętał, że skończyły mu się batoniki energetyczne, które zabierał ze soba do pracy, kiedy akurat było zbyt dużo roboty, aby mógł sobie pozwolić na pełnoprawna przerwę obiadowa. Zapasy należy uzupełniać na bieżaco, bo później nic nie wiadomo.
Ruszył lekkim truchtem przed siebie, przełaczajac muzykę na telefonie. Mijał kolejny budynek z sasiedztwa, kiedy niespodziewanie ktoś na niego wpadł. Odwrócił się i przystanał w miejscu, wyciagajac z uszu jedna ze słuchawek.
- Ups - idealny komentarz na poczatek. - Nic się nie stało?
Zatrzymał się obok zmierzył wzrokiem faceta, kierujac tęczówki w dół, aby napotkać poturbowana pizzę, leżaca na chodniku. O nie, to był bardzo zły widok. Pizza najlepiej wygladała w kartonowym pudełku, ewentualnie na talerzu, z idealnie dobranym sosem. Poczuł wewnętrzne ukłucie żalu, ale przecież to nie on wpadł na faceta. Ktoś tu nie dostanie zbyt szybko swojego zamówienia. Chyba, że pan od dostawy znał tajne sztuczki i spróbuje włożyć pizzę z powrotem do opakowania, tak, jakby nic się nie stało. To też jest wyjście! Problem pojawia się jedynie wtedy, gdy klient skapnie się, co jest grane.
_________________



[Profil]
 
 
Luke Ainsworth
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-06, 02:04   

Cały dzień w biegu, DOSŁOWNIE. Luke już nie pamiętał, kiedy ostatnio miał tak cholernie ciężki dzień w pracy. Zamówienie szło za zamówieniem, tak jakby w mieście nie było innej pizzerii. Oczywiście w jakimś tam stopniu cieszył się z takiego obrotu spraw. Gdy interes się kręcił i utarg był wyjatkowo zadowalajacy, wtedy właściciel nagradzał swoich pracowników pokaźna premia, nie wspominajac już o większym prawdopodobieństwie uzyskania napiwku. Więc jakaś tam motywacja była.
- Ok to koniec –powiedział sam do siebie, zerkajac na zegarek. Jego zmiana właśnie dobiegała końca, została mu tylko ostatnia pizza, która miał dostarczyć swojej znajomej. Ona robiła mu to chyba po złości, bo już któryś raz rzędu dzwoni z zamówieniem, akurat dziesięć minut przez zakończeniem zmiany. Zdecydowanie będzie musiał się z nia rozmówić. Nie tracac czasu, szybkim krokiem szedł w stronę jej domu, aż tu nagle poczuł jak w coś uderza. Pizza która nie tak dawno trzymał solidnie w dłoniach, niczym rakieta wzbiła się w powietrze, po czym z charakterystycznym cmoknięciem przykleiła się do asfaltu. Sam Ainsworth natomiast z impetem poleciał do tyłu oblewajac się cały sosem pomidorowym. Pięknie, po prostu pięknie. Dlaczego jego to zawsze musi spotykać, nie urodził się przecież trzynastego w piatek! Przechodzac lekkie załamanie nerwowe, na widok pizzy, które przejechało auto, po prostu miał ochotę umrzeć.
- Nie… nic się nie stało – wymamrotał, podnoszac się z miejsca. Chłopak nie był w stanie nawet spojrzeć obcemu w oczy. Jego pewność ciebie prysnęła jak bańka mydlana, czuł się w pewien sposób upokorzony, przez to że jest taka fajtłapa. Jeszcze jakby działo się to gdzieś, w jakieś mało odwiedzanej uliczce, a tu proszę widowisko się zrobiło. Nie wiedzac za bardzo co ma teraz ze soba zrobić, przytłoczony tymi wszystkimi spojrzeniami, zaczynał panikować. Jedynie podniósł z ziemi pudełko po pizzy, zasłaniajac sobie tors, aby nie było widać okropnie wielkiej plamy. Przez to wszystko zapomniał, że sos również znajdował się na jego twarzy.
 
 
Jayden Reyes








27

poszkodowany właściciel warsztatu

*judges you in spanish*

North Brentwood

multikonta: Max, Ellis, Kenai, Terry

Wysłany: 2017-07-08, 20:46   
  

  
Jayden Michael Reyes

  
I ain't mad, knowing that I ain't do no bad


Jaka szkoda, że Jay wpadł na Luke’a, akurat kiedy ten odnosił ostatnia pizzę tego dnia. Gdyby wiedział, pobiegłby inna strona ulicy, albo wybrał drogę naokoło. Oszczędziłby chłopakowi tego widowiska.
Brunet nie za bardzo wiedział, co mówić w takich niezręcznych sytuacjach, tym bardziej, że nie był zbyt zaawansowany, jeśli o język angielski się rozchodziło. Nadal zaciagał lekko po hiszpańsku. Starał się uczyć jak najwięcej słówek, żeby nie zacinać się przy rozmowach z rodowitymi Anglikami i ogólnie z ludźmi, mówiacymi w tym języku lepiej od niego. Starał się nawet rozmawiać z Nina po angielsku, kiedy siedzieli razem w domu. Po hiszpańsku dogadywali się ze soba świetnie, ale wiadomo, nie każdy będzie ich rozumiał, kiedy zaczna gaworzyć po swojemu.
No ładnie, nie dość, że pizza zaliczyła spotkanie trzeciego stopnia z chodnikiem, to jeszcze dostawca nieźle oberwał. Gdyby Jayden robił za postronnego obserwatora, jak nic parsknałby ze śmiechem, jednakże w takiej sytuacji otworzył jedynie usta, nadal będac lekko zdezorientowanym.
Cholera, Jay, zrób coś.
Wyciagnał z uszu druga słuchawkę i przewiesił kabelek przez szyję.
- Chwileczkę… - zaczał, próbujac daremnie walczyć z akcentem. - Jesteś brudny.
Wskazał palcem na swoja twarz, robiac nia niewielkie kółeczka w okolicach lewego policzka. Miał nadzieję, że nie dostanie kopniaka w twarz za tę mało dyskretna uwagę. Chciał tylko pomóc.
- Ma ktoś chusteczkę? - zapytał część osób, stojacych obok, przygladajacych się owemu widowisku. Na ogół nie zaczepiał nieznajomych, ale ta sytuacja była wyjatkowa. Skoro ci ludzie już musieli robić za widownię, niech się do czegoś przydadza. Blondwłosa nastolatka wyciagnęła z torebki wspomniane chusteczki i podała je Hiszpanowi, posyłajac mu lekki uśmiech. Reyes odpowiedział tym samym i odwrócił się w stronę pana od pizzy.
- Jeszcze raz przepraszam - dodał, wyciagajac w stronę mężczyzny paczkę chusteczek. Chwilowo nie widział plamy na koszuli dostawcy, cwaniak nieźle zasłonił się kartonem.
Spodziewał się znacznie bardziej agresywnej reakcji. Facet mógł się na niego rzucić, zaciskajac dłonie na krtani, jak w klasycznych, brazylijskich telenowelach. Pozytywnie go zaskoczył. Już mniejsza o tę akcję z latajaca pizza.
_________________



[Profil]
 
 
Luke Ainsworth
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-13, 18:24   

Nie wpadaj w panikę, nie wpadaj w panikę, spokojnie Luke to tylko pizza, nie będziesz gwiazda Internetu, nikt cię teraz nie nagrywa i połowa świata nie będzie się z ciebie śmiała – pomyślał, skupiajac się głownie na rytmicznym i miarowym oddychaniu, aby nie wpaść w hiperwentylacje. Przynajmniej nie skupiał się na swojej czerwonej, zawstydzonej twarzy, bo to byłby ostatni gwóźdź do trumny. Stojac jak zaklęty, patrzył się w buty nieznajomego, który był sprawca całego zdarzenia. Nic nie mówił, nie wiedział co, brakowało mu języka w gębie. Ba! Luke nawet bał gdziekolwiek spojrzeć, nie chciał, dlatego swój wzrok skupiał na butach nieznajomego chłopaka, który był przyczyna całego problemu. Skrobiac kartonik który trzymał ze stresu usłyszał nagle uwagę. No pięknie to jeszcze cała twarz ma upieprzona od tej cholernej pizzy! Zerkajac na niego ukradkiem, aby wiedzieć o które dokładnie miejsce chodzi, bez zastanowienia Ainsworth przejechał rękawem po policzku pozbywajac się tego. Na jego nieszczęście, przez zbyt gwałtowny ruch obsunęło mu się opakowanie, przez co każdy teraz widział kawałek gigantycznej plamy na torsie. Pięknie, no kurwa pięknię. Czemu ci wszyscy ludzie nadal tu stoja, idźcie sobie! – krzyczał w duchu.
- Chusteczkę – powtórzył wręcz niesłyszalnym tonem. Czy on właśnie angażuje w to całe zamieszanie jakieś osoby trzecie?! No nie.. No nie… Czujac jak zaczyna brakować mu ze stresu tchu, w ekspresowym tępię podniósł opakowanie, ponownie się nim zakrywajac. Szkoda, że nie ma papierowej torby, bo właśnie ubrałby ja na twarz. Ktoś tu chyba przez najbliższy miesiac z domu nie wyjdzie… - O dzięki i nic się nie stało – zaczynał mu dygotać głos, a wszystkie lęki społeczne zaczynały wyłazić na światło dzienne. Już prawie zapomniał o pobiciu, które miało miejsce kilka lat temu i tej chorej sytuacji w opuszczonym domu, gdzie prawie stracił życie i połamał sobie gnaty (ahh te wspomnienia xD) Wszystko to nagle przypominało mu się.
- Czas na mnie – powiedził, ruszajac w swoim kierunku. Kroki miał niespokojne, od czasu do czasu potykał się, ale nieważne. Już gorzej być nie może, chciał po prostu uciec. Luke był na siebie cholernie wściekły. Myślał że się zmienił, zmężniał, ale nie. Nadal był ciepła klucha, frajerem, co nie potrafi sobie poradzić w kryzysowych sytuacjach.
 
 
Jayden Reyes








27

poszkodowany właściciel warsztatu

*judges you in spanish*

North Brentwood

multikonta: Max, Ellis, Kenai, Terry

Wysłany: 2017-07-14, 20:02   
  

  
Jayden Michael Reyes

  
I ain't mad, knowing that I ain't do no bad


Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo chłopaczyna od pizzy był podenerwowany. Gdyby wiedział, od razu przegoniłby zbędnych gapiów. Dostał chusteczki, do czegoś się przydali – świetnie. A teraz wypad.
Szatyn wygladał trochę tak, jakby miał za moment doświadczyć ataku padaczki. Nie powodów do obaw – Jay nie zamierzał go zostawić z tym wszystkim. Wpadł na pomocnego delikwenta, to jego szczęśliwy dzień. Może nie tak zupełnie, przez wzglad na pizzę, ale nadal!
Reyes otworzył usta, widzac, jak facet rozsmarowuje sobie sos na twarzy. I to za pomoca rękawa. Cholera, co jest nie tak z ludźmi w tym kraju? Przecież Jay wyciagnał w jego stronę chusteczki. Czyżby mu nie ufał? Cofnał dłoń i spojrzał przez ramię. Przeniósł wzrok na gapiów, przygladajacych się Luke’owi. Czy oni nie mieli niczego ważniejszego do roboty? Nikt nie zostawił żelazka na gazie? Przecież to nie był żaden, większy wypadek. Zero trupów, poważniejszych uszkodzeń ciała. Ktoś tu chyba chciał nakręcić relację na snapie. Patrzcie, czego byłem świadkiem! Hasztag, rest in pepperoni.
- Co tak stoicie? Przedstawienie skończone.
Hiszpan uniósł wymownie brwi i przeniósł wzrok z powrotem na dostawcę, gdy widownia zaczęła się rozchodzić. Słyszac głos nieznajomego, zmarszczył czoło. Już się wycofywał? Przecież wygladał jak jedno, wielkie nieszczęście. Jayden wolał nie skazywać go na marsz wstydu, ulicami Brentwood. Mieszkańcy z pewnościa wryja sobie ten obraz w pamięć i przy kolejnych spotkaniach z dostawca nie będa ukrywać wymownego uśmieszku. Całkiem możliwe, że Jay miał do wcześniej do czynienia z Lukiem, ale nie zapamiętał jego twarzy. O dziwo,nie zamawiał pizzy aż tak często.
- Czekaj - odezwał się, podchodzac do wycofujacego się chłopaka. Pizza na chodniku postanowił się zainteresować piesek, prowadzony na smyczy przez dwunastolatka.
- Mieszkam niedaleko, mogę ci dać coś do… - zaciał się przez moment, szukajac w myślach odpowiedniego słówka. - Do przebrania. Nie chcesz chyba chodzić tak po mieście?
Wskazał na karton, którym szatyn próbował się zasłonić. Być może dostanie kiedyś kupon rabatowy na pizzę, za udzielna pomoc? To byłaby bardzo przydatna rzecz. Po za oczywista, dozgonna wdzięcznościa.
_________________



[Profil]
 
 
Luke Ainsworth
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-16, 14:15   

Kiedy nieznajomy przeganiał całe to zbiegowisko, Luke jeszcze bardziej chciał zapaść się pod ziemie. Do jasnej cholery, czemu on pogarsza sytuację!? Przecież przez te krzyki ludzie jeszcze bardziej na nich zwracali uwagę, a przynajmniej w taki sposób odbierał to dostawca pizzy. W tym momencie nie było żadnych dobrych intencji, a już tym bardziej chęci pomocy. Skrajne emocje tak nim zawładnęły, że wszędzie dostrzegał niebezpieczeństwo. Nawet w takiej jednorazowej chusteczce higienicznej. Pewnie była obsmarowana jakimś innym świństwem, żeby tylko upokorzenie weszło na jeszcze wyższy stopień, dlatego wyrzucił ja. Ehh oby mu się udało wymazać ten dzień z pamięci, albo znaleźć jakiegoś dobrego chirurga plastycznego, który zmieni go nie do poznania. Zawsze też jest opcja wrócić do wizerunku Luka ciamajdy, zapuścić swoje kręcone włosy, ogolić twarz i chodzić w znoszonych geekowskich t-shirtach. Może wtedy nikt go nie pozna? No i najważniejsze, czas na nowa pracę, bo do tej chyba nie ma już co wracać. Jego słaba psychika raczej nie wytrzyma tekstów ‘aaa to ty, co się upierdolił pizza na środku ulicy hahahaha, trzymaj piataka na napiwek’.
Gdy tylko chłopak zaczepił go ponownie, Ainsworth zmarszczył brwi typowej klasowej ofiary, która śmiało godzi się na kolejne upokorzenia, żeby tylko mieć to już za soba i wrócić w spokoju, tam skad przyszedł. Propozycja natomiast zdziwiła go. Otwierajac oczy i zerkajac na niego podejrzliwie, chcac upewnić się, że nie jest to jakiś kolejny głupi numer, miał już zaprzeczyć.
- W sumie masz racje – westchnał, zrezygnowany jak tylko się da. Gorzej już być nie może, no chyba, że nieznajomy zmusi go do powrotu do domu nago. Wtedy to od razu zamawia miejsce na cmentarzu i pierwsze drzewo jego. – Ale myślę, że sobie poradzę – dodał po chwili. Dostawca mieszkał praktycznie na drugim końcu miasta, wiec to już nie byłby marsz wstydu, a maraton. No ale lepsze to niż powrót nago.
 
 
Jayden Reyes








27

poszkodowany właściciel warsztatu

*judges you in spanish*

North Brentwood

multikonta: Max, Ellis, Kenai, Terry

Wysłany: 2017-07-17, 01:15   
  

  
Jayden Michael Reyes

  
I ain't mad, knowing that I ain't do no bad


Dzisiejszego dnia Jayden był niezwykle otwarty i… skory do pomocy. Gdyby tak bardzo zależało mu na kontynuowaniu gimnastyki terenowej, ominałby dostawcę bez żadnych problemów. Teraz też mógł sobie dać spokój, zignorować gościa i jego uwalona sosem koszulkę, ale pstryczek w umyśle przestawił mu się na altruizm. Po za tym, wydawało mu się, że skadś chłopaka zna. Niekoniecznie musieli ze soba rozmawiać, równie dobrze Reyes mógł go kojarzyć z widzenia. W końcu nie siedział w Brentwood od wczoraj. Nieznajomy wygladał trochę na studenta, a z takowymi zdarzało się Jaydenowi włóczyć po knajpkach. Może jakiś znajomy znajomego?
Luke wyolbrzymiał sytuację, przecież nikt nie krzyczał! Jay mówił spokojnym, może odrobinę ostrym tonem, ale niekoniecznie głośnym. Szkoda gardła.
Kiwnał głowa, przytakujac na słowa szatyna. Zwykłe stwierdzenie faktu, ale lepiej zapewnić nieznajomego, że nie ma się złych intencji. Pożyczy mu tylko koszulkę, żadnego okradania czy bezwstydnego zaciagania z ulicy do sypialni! Coś takiego nawet Jayowi przez myśl nie przeszło, chciał jedynie jakoś pomóc chłopakowi. Trochę było mu go żal. Nie wiedział dokładnie, jak zachowałby się na jego miejscu, ale cóż. Ochlapana sosem koszulka i nie tylko koszulka, to kłopot.
- Daj spokój - zmierzył szatyna wzrokiem i podszedł bliżej, żeby wskazać palcem na karton po pizzy. - Będziesz z tym szedł?
Spojrzał uważnie na nieznajomego, czekajac na potwierdzenie, badź zaprzeczenie.
Hiszpan westchnał pod nosem. W większym mieście, jego osoba nie wzbudziłaby większej sensacji, ale tutaj, biorac pod uwagę godzinę, o której mnóstwo osób wracało z pracy? Reputacja spadnie na łeb, na szyję, takie sa fakty.
- Nie będę naciskał, ale to tylko moment - wskazał ruchem głowy szereg domków, stojacych nieco dalej. Miał dzisiaj dobry humor, a może później karma do niego wróci?
- My się przypadkiem skadś nie znamy? - zmarszczył odrobinę brwi, przygladajac się chłopakowi nieco uważniej. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że w przeszłości ich drogi się skrzyżowały. W jakimś barze, na studenckim evencie, to całkiem realna sytuacja. Jayden może i studentem nie był, ale pojawiał się na ich spotkaniach. Kiedy przyjeżdżał do Brentwood, większość osób w jego wieku bawiło się na uniwerku, więc logiczne, że miał do czynienia z towarzystwem, uczacym się w Southend.
_________________



[Profil]
 
 
Luke Ainsworth
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-28, 01:01   

Póki co Luke nie wyczuwał tej ‘szczerej chęci pomocy’, był w zbyt wielkim szoku, a panika, która zdażyła go ogarnać nie pozwala na jakiekolwiek racjonalne myślenie. Wszędzie wyczuwał pułapki, złe, nieszczere intencje, aby tylko jeszcze bardziej upokorzyć jego osobę. W końcu najlepiej się kopie leżacego, bo prawdopodobieństwo, że zaraz wstanie i odda jest zerowe, no nie? Dlatego nawet nie potrafił odwrócić się za siebie, ponieważ miał wrażenie, że cały tabun ludzi idzie za nim z właczonymi kamerami w telefonie, czekajac na dalszy przebieg zdarzeń.
-Gorzej już nie będzie - stwierdził przybitym głosem, wzruszajac ramionami. Marsz wstydu czas zaczać. Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy nie przewrócić koszulki na lewa stronę, może wtedy nikt nie zwróci na to uwagi? Albo co lepsze, odkryje nowa awangardę modowa! To by było coś.
- No dobra… - przystał na propozycję chłopaka, nie widzac dalej sensu, aby zabierać się rękami i nogai. Przecież nikt go tam nie zje, a przebranie się w coś czystego, tylko na dobre wyjdzie! Zreszta, nieznajomy nie wygladał na jakiegoś psychola, co trzyma trupie czaszki w lodówce, albo celowo pastwi się nad dostawcami pizzy. W pewnym stopniu respektował jego zachowanie, bo mimo problemów których narobił (bo jakby nie patrzeć to ON na niego wpadł!), to nie wyśmiał go jak inni, tylko wział odpowiedzialność za swoje zachowanie i wystawił pomocna dłoń. Oby tylko Luke tego nie żałował.
- Czy my się znamy? - powtórzył pytanie, zwalniajac kroku, zaczynajac intensywnie przygladać się chłopakowi, na tyle, że zapomniał o trzymanym kartoniku, którzy wyślizgnał się z rak, ukazujac przeogromna, rozmazana plamę na całym torsie. Podnoszac nerwowo kawałek tektury, zasłaniajac się nim znowu, poczuł zażenowanie. Nie dla tego, że znowu wszyscy ogladali jego nieudacznictwo, tylko po prostu nie pamiętał chłopaka. Rysy niby znajome, jednak zbyt wiele nie mówiły.
- Możliwe, że na jakiejś studenckiej imprezie - dodał zakłopotany. Oby tylko nie strzelił ogromnej wtopy! Obstawił w ciemno imprezę studencka, ponieważ tam przychodzili WSZYSCY, nawet taki Luke, który większość czasu siedział cicho, podpierajac ściany i rozmawiajac z pojedyńczymi osobami.
 
 
Jayden Reyes








27

poszkodowany właściciel warsztatu

*judges you in spanish*

North Brentwood

multikonta: Max, Ellis, Kenai, Terry

Wysłany: 2017-08-01, 19:58   
  

  
Jayden Michael Reyes

  
I ain't mad, knowing that I ain't do no bad


Jay dawno nie kopał leżacego, nie ważne jak bardzo był wtedy podpity, badź sfrustrowany. Stosował zasadę fair play. Sprawianie ludziom fizycznego bólu, kiedy tamci nie mogli się obronić uchodziło za taktykę, stosowana przez słabszych. Że niby on miałby uchodzić za słabeusza? Co najwyżej w snach… w koszmarach. Wolałby się zmierzyć z typkiem, jak na prawdziwego mężczyznę przystało – równa walka jeden na jednego, bez dopingu i innych wspomagaczy. I niech wygra lepszy.
Chłopak był mocno niezdecydowany, bo zmieniał zdanie częściej, niż co pięć minut. Gorzej, niż jego siostra, podczas pewnych dni w miesiacu. Może to tylko wina stresu? Jeśli przyłapałby jakiegoś cwaniaczka ze smartfonem/kamera w ręku, od razu by go porzadnie ochrzanił. Nie ma śmiania się z dostawców pizzy. Z tego konkretnego tym bardziej.
Uniósł brwi, kiwajac głowa, na potwierdzenie powtórzonego przez Luke’a pytania. Otworzył nieco szerzej oczy, kiedy zauważył pokaźna plamę na koszulce. Cholera, nieźle się chłopaczyna urzadził. I on chciał tak po prostu wrócić do domu? Całe szczęście, na jego drodze pojawił się taki Reyes i jego nieoczekiwana chęć pomocy koledze. Całkiem przyjemny był z wygladu, to chyba wystarczyło? I nie, nie myślał o niczym niestosownym. Jak na razie.
- Myślisz w dobrym kierunku - przytaknał, uśmiechajac się lekko. Jayden rzucał się w oczy, chociażby ze względu na swoje latynoskie pochodzenie. Lepiej mówił po hiszpańsku, niż po angielsku, a w stanie upojenia alkoholowego chętnie uczył towarzystwo swojego ojczystego języka. Chociażby miały to być same przekleństwa.
- Jayden - przedstawił się ostatecznie, wyciagajac rękę w stronę faceta. Chyba nie miał jej umazanej sosem? Nawet jeśli, to przecież od tego nie zginie. I tak szli w stronę domu, a tam miał łazienkę i bieżaca wodę. Nie ma powodów do obaw.
- Ognisko, jeśli dobrze pamiętam - dodał, aby sprostować okoliczności ich spotkania. Jay niby obalił wtedy trochę oprocentowanych napojów, ale nadal był zdolny do zapamiętania niektórych twarzy. Nie pamiętał imienia kolesia od pizzy. No cóż, zdarza się, tak? Najważniejsze, że twarz kojarzył.
_________________



[Profil]
 
 
Luke Ainsworth
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-20, 19:51   

Zasada, która kierował się Jay, owszem była honorowa, jednak chyba nie obowiazywała w dwudziestym pierwszym wieku. Teraz wystarczy sekunda nieuwagi, aby ktoś podstawił pod nogi przysłowiowa świnie i to nie w akcie zemsty, a dla większej ‘rozrywki’. Tak więc filmowanie/robienie zdjęć upokarzajacych sytuacji, uwłaczajace komentarze, czy też karmienie zaufaniem i wyrzadzanie jeszcze większej krzywdy w najmniej spodziewanym momencie, jest na porzadku dziennym. Dosłownie, a Ainsworth jako licealna ofiara, doskonale coś o tym wiedział. Gdyby sztyletowanie ‘słabszego’, wywoływały uśmiech na twarzach tłumów, pewnie jego skóra składałaby się w stu procentach z blizn. Niestety, takie sa realia.
Skulony, czekajac na kolejne nieprzyjemne komentarze, trzymał nerwowo pudełko po pizzy, tak jakby była to jakaś tarcza, która skutecznie odbije niemiłe słowa. Gdy nic dziwnego już nie miało miejsca, opiero po kilkunastu kolejnych krokach, przestał się garbić, zwalniajac kroku, ba! Nawet umysł przestawał być zaćmiony przez chore paranoje i uczuciem wszechobecnego zagrożenia. Postawa nieznajomego działała na chłopaka dość hmm, kojaco. Był on zdecydowany (w przeciwieństwie do Luke…), biła od niego pewna stanowczość, przy której może czuć się bezpiecznie. Oby nie były to mylne uczucie, bo kolejne rozczarowanie, szczególnie tego dnia odbije na nim zbyt mocne piętno.
-Tak? - zapytał zdziwiony, gdy tylko ten potwierdził jego wersję - To znaczy, tak! - odchrzaknał, trzymajac się pewnie swojego stanowiska. Tak naprawdę to nadal nie kojarzył latynosa, co prawda twarz lekko znajoma, jednak nie przypomina mu się, by między nimi doszło do jakieś większej interakcji, niż tylko wymiany sztampowych uprzejmości. Chociaż z drugiej strony dałby sobie rękę uciać, że ktoś mu pokazywał zdjęcie z jego twarza, tylko kto?
- Ja jestem Luke - również się przedstawił, podajac mu rękę, wycierajac ja wcześniej o spodnie. Cały i tak był w sosie, więc kolejna plama zdecydowanie nie zrobi mu różnicy. Idac za nowo poznanym chłopakiem, nie wiedział za bardzo o czym z nim rozmawiać. Teraz czuł się trochę niezręcznie. - a w ogóle co robiłeś wtedy na ognisku? - zagaił, być może maja jakiś wspólnych znajomych. Czekajac cierpliwie na odpowiedź, szedł za nim w stronę jego domu.

/zt 2x
 
 
Malcolm Caulfield
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-30, 15:24   

Malcolm miał dzisiaj w planach prawie urocze popołudnie spędzone przy ulicy - dla odmiany - w North Brentwood, gdzie być może przy odrobinie szczęścia udałoby mu się usłyszeć lub zobaczyć coś interesujacego. Nie był to jednak jego główny cel; tym razem liczył bardziej na to, że jego prace zaciekawia jakiegoś amatora sztuki i uszczupla zasoby czyjegoś portfela - niezależnie od faktycznej jakości dzieła. Zdecydowanie lepiej czuł się w kreśleniu rysów czyjejś twarzy, ale mimo wszystko nie chciał ograniczać się do tylko jednej tematyki. Swoja sztalugę - zdecydowanie nie lubił targania jej ze soba przez całe miasto - rozstawił nieopodal przystanku, umieszczajac na niej drewniana deskę, do której przypiał kilka czystych arkuszy papieru. Obok ustawił przenośne, składane krzesło, choć jego czas powoli dobiegał końca - bezpieczniej było na nie patrzeć niż na nim usiaść. Kieszenie luźnego żakietu, który miał na sobie, wypełnił uprzednio ołówkami i pędzlami, liczac, że znów o nich nie zapomni i nie upierze ubrania wraz z przyborami. Nie wyróżniał się w tłumie absolutnie niczym, idealnie wpasowujac się w obraz jednej z licznych alei, które okupowali artyści. Był gotów chwycić za ołówek i wzorem poprzedników uwiecznić otaczajaca go okolicę, ale zanim zdołał choćby sięgnać do kieszeni, jego wzrok wyłapał pewien element scenerii, którego nie spodziewał się tutaj ujrzeć. Szary człowiek w tłumie szarych ludzi. Przechodził nieopodal i miał to szczęście (nieszczęście?), by skrzyżować ze Caulfieldem spojrzenie (który to raz?)
Było coś niezmiernie, wręcz przeraźliwie irytujacego w regularności, z jaka Malcolm przecinał swoja drogę z Yoshio i z jaka Collins odmawiał mu za każdym razem, gdy student tak uprzejmie oferował wykonanie portretu. Być może w innym przypadku zwyczajnie odpuściłaby sobie, jednak z jakiegoś powodu widok tancerza wciaż nie dawał mu spokoju.
- Hej, poczekaj! - krzyknał, prześlizgujac się zgrabnie między ludźmi, by po chwili pojawić się tuż przed mężczyzna niczym zjawa z jego koszmarów - i podejrzewał, że mógł być całkiem bliska tego określenia. Wbił w niego spojrzenie, po czym wydobył z siebie drżacy od rozbawienia głos. - Yoshio, miałem dzisiaj wizję. - wyraźnie zaakcentował to słowo, po czym dla lepszego efektu zrobił krótka, pełna dramatyzmu pauzę. - To była wizja portretu idealnego - twojego portretu. Pamiętam dosłownie każda linię, każda nawet najmniejsza kreskę, czysta perfekcję wyłaniajaca się z najzwyklejszego papieru. Ale to wszystko na nic. Na nic! - teatralnym gestem otarł nieistniejaca łzę, gaszac kpiacy uśmiech i przyjmujac poważny ton. - Świat nigdy nie zobaczy tego arcydzieła, jeśli mi nie zapozujesz. Nie możesz znów odmówić, nie tym razem! - puste słowa wylewały mu się z ust w pełnym żarliwości monologu, podczas gdy błękitne spojrzenie leniwie badało każdy detal twarzy mężczyzny, korzystajac z niewielkiej odległości, która ich dzieliła. Kiedy Malcolm w końcu umilkł, uśmiechnał się w myślach z satysfakcja - całkiem dumny z samej siebie, choć efekty dopiero miał poznać.
 
 
Yoshio Collins


Wysłany: 2017-08-31, 10:31   

To był bardzo dobry dzień. Myślę, że nawet najlepszy z tych, które przeżyłem po moim powrocie do Anglii. Obudziłem się z myśla, że jestem szczęśliwy. Takie małe okłamywanie samego siebie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Ta myśl, to małe kłamstewko, które wiele osób sobie powtarza, nie tylko przed snem, było najprawdopodobniej skutkiem snu. Wizje, zesłane mi przez Morfeusza były piękne. Mogę nawet rzecz, że przecudne. Ulotne chwile, pocałunki, których czuje się smak jeszcze po przebudzeniu, smak jego skóry, piękno jęku, który wydobywa się z jego ust. Nie wiem dokładnie o kim śniłem, ale nie była to czysto seksualna wizja. Była przesycona erotyzmem, ale pełnego stosunku tam nie było. To coś zupełnie innego. Coś... nie umiem teraz ubrać w słowa istoty tego snu. Być może brakuje mi czyjejś bliskości. Kogoś kto będzie chciał budzić się u mego boku, uśmiechem pobudzać mnie go życia? Drobnymi gestami sprawiać, że na prawdę będę szczęśliwy? Być może. Nie umiem jednak dobrze zinterpretować mego snu. Nawet nie wiem czy przyśnił mi się ktoś kogo znam.
To był bardzo dobry, przemiły poczatek dnia. Ciocia dała mi pyszne śniadanie i długo rozmawialiśmy. W sumie o wszystkim i niczym, ale miało to swe korzyści. Nie była to w końcu żadna ciężka, bardzo trudna i wymagajaca rozmowa. Było pięknie. Tak. Mogę rzec, z czystym spokojem, że ten dzień zapowiadał się bardzo dobrze. Miałem nadzieję, że taki już zostanie do chwili kiedy ponownie złożę moja głowę na poduszce, kiedy zamykajac oczy oddam się znów w objęcia Morfeusza.
Miałem ta nadzieję, a jak powiedzenie twierdzi, nadzieja matka głupich. O jaki ja byłem naiwny sadzac, że ten dzień cały będzie tak uroczo przesycony pięknem. Miałem tylko iść na spacer. Nic zobowiazujacego i trudnego. Prawda? Nic. Zupełnie nic nie mogło przecież popsuć mego humoru. I wtedy pojawił się on. KURWA! Tak bardzo ucieszyłem się na jego widok. Był niczym zjawa z ponurego koszmaru.
Słyszac jego głos, prośbę bym zaczekał miałem ochotę przyspieszyć, wręcz uciec od niego. Tylko i wyłacznie kultura osobista Japończyka sprawiła, że wysłuchałem jego prośby, a potem po prostu stałem i patrzyłem na niego. Zniesmaczony, z ta myśla, by w końcu odejść. Kolejna ta sama prośba. On robił się taki nudny. Wpatrujac się w jego oczy pytałem o jedno. Kiedy w końcu zamilkniesz i dasz mi odejść. Zniesmaczony, lekko już zirytowany, nie powiem też, że nie odczuwałem lekkiego znudzenia, odpowiedziałem w końcu temu... artyście. Mówienie o nim artysta to jak rzucenie perły przed świnie.
-Zatem mój drogi skoro już śniłeś o moim nagim ciele możesz na podstawie snu mnie narysować. Śmiało. Podobno artyści maja całkiem dobra pamięć. - tak, bez cienia wstydu zaakcentowałem słowo "artyści". Niech wie, że nie doświadczy łaski narysowania mnie. Nie dam mu tej przyjemności. Wiem, że narysowałby moja karykaturę. Nie ma tak dobrze! Nie oddam się tak łatwo. Wróć. Nie oddam się mu nigdy!
-Przeceniasz swe umiejętności. Wybacz. Śpieszy mi się. - nie wiedziałem, jeszcze, do czego mi się tak śpieszy, ale nie ważne. Łóżko płacze za mna, tęskni tak bardzo. Cokolwiek. Nie miałem ochoty dłużej obcować z tym pożal się boże "artysta". Oj dobrze... uwielbiam jego talent i prace, ale nawet przed soba dzieżko mi się się tego przyznać. Skoro tak jest to jakim cudem mam mu to powiedzieć?
[Profil]
 
 
Malcolm Caulfield
[Usunięty]

Wysłany: 2017-09-01, 12:05   

Istniał jednak pewien zasadniczy powód, dla którego sztuka splotła się z życiem Malcolma w irytujaco nierozerwalny sposób. W większości ludzi raczej nie wzbudziłaby zaufania, mówiac, że zajmował się czymś dużo gorszym. Portrecista brzmiał już lepiej, znacznie lepiej, wręcz swojsko i niegroźnie - zamiast wyjatkowo soczystych przekleństw jego bronia mógł być przecież co najwyżej zaostrzony ołówek. Nie ulegało również watpliwości, że artyści byli wszystkim, co pozostało światu z poprzedniego życia. Bez nich ulice stawały się puste i dziwnie wybrakowane - z nimi widmo rzeczywistości zdawało się minimalnie blednać, a przynajmniej takie odnosił wrażenie, obserwujac mieszkańców miasta już prawie 21 lat. Świat kochał artystów, a artyści kochali świat - choć w jego przypadku ta druga kwestia pozostawała mocno niepewna. Mimo to ostrożnie przyjmował, że ze strony przechodniów cieszył się choć szczatkowym zaufaniem - nie był niczym nowym, a jedynie kolejnym elementem dobrze znanej mozaiki, która stanowiło kwitnace na ulicach życie artystyczne. Nikt nie traktował go ani zbyt poważnie, ani zbyt lekceważaco. Poza jednym wyjatkiem.
Caulfield nie był przyzwyczajony do tego, aby ktoś mu odmawiał - nie w taki sposób, nie z taka nieustępliwościa. Owszem, nie zawsze zdarzało się, aby zaczepiona przez niego osoba miała ochotę na portret, ale mężczyznę, który zjawiał się w pobliżu co i raz, nie pytał przecież tylko jeden raz. Nawet dla świętego spokoju nie chciał zgodzić się na piętnaście minut wypełnionych katorga, która polegała jedynie na tym, by siedzieć nieruchomo na krześle. Na jego miejscu, Malcolm już dawno by to zrobił, choć zdażył pogodzić się z myśla, że jego zdanie najwidoczniej nie miało tu żadnego znaczenia - nieznajomy był irytujaco głuchy na wszelkie propozycje. Stad też brała się zapewne szczypta złośliwości, z jaka malarz składał mu wciaż tę sama ofertę, ubierajac ja w kwieciste słowa, gesty i niemalże karykaturalne emocje. I musiał przyznać, że czasami bawił się przy tym doskonale - w przeciwieństwie do drugiej strony tego kuriozalnego konfliktu.
- Źle mnie zrozumiałeś. - powiedział, jeszcze raz wzdychajac ciężko i kręcac zapamiętale głowa. - Pamięć to nie to samo co żywy model. - stwierdził, jak gdybym objaśniał mężczyźnie jedna z niepisanych zasad rzadzacych światem sztuki, zawiłym w swoich prawach i niezrozumiałym dla zwykłych śmiertelników (zupełnie jakby sam go pojmował). Skrzyżował ręce na piersi w nieustępliwym geście. W dalszym ciagu stał Collinsowi na drodze, liczac, że Yoshio miałby jednak problemy z usunięciem irytujacej przeszkody.
- Ach, dlaczego wciaż mi odmawiasz? - zapytał w końcu, nawet nie czekajac na odpowiedź. - Dla ciebie to tylko chwila i kilka monet mniej w portfelu, a dla mnie uczciwa praca, pasja i obowiazek wobec sztuki. My, ludzie, powinniśmy się przecież wspierać. - ostatnie zdanie wypowiedział nieco konspiracyjnie, ściszajac nieznacznie głos oraz rzucajac szybkie spojrzenie w jedna i w druga stronę. Na jego twarzy wciaż jednak malował się lekki smutek i cień nadziei, w przeciwieństwie do smutku - wcale nie takiej fałszywej.
 
 
Yoshio Collins


Wysłany: 2017-09-01, 14:35   

Czemu on jest tak bardzo irytujacy. W swym zachowaniu tak bardzo przypomina ludzi owładniętych lekka paranoja, albo też obsesyjnym uwielbieniem czegoś. Choć nie... nie wierzę, iż stałem się obiektem aż tak silnego uczucia. On po prostu uparł się by zatruć mi życie swoimi prośbami, na które i tak zawsze dostaje odmowna odpowiedź. Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że niektórzy ludzie zamykani w szpitalach psychiatrycznych, zachowuja się normalniej niż on teraz. Cóż. Można by tu zadać jedno pytanie "a tak po za tym to w rodzinie zdrowi?". Nie! nie powiem tego przecież na głos, mimo, że bardzo mnie kusi. Jestem do tego zbyt kulturalny. Jeszcze. Takie słowo klucz. Czas pokaże, czy ten mur uporu, zwany potocznie portrecista ulicznym, zirytuje mnie tego dnia jeszcze bardziej. Był irytujacy jeszcze bardziej od tego przeklętego owada, który gdzieś tam, w ciemnościach lata po pokoju, nie daje zasnać. Nie znajdzie się go jednak, jeśli zapali się światło. Nic z tych rzeczy. O nie. Słyszysz, ale nie zobaczysz. Tak jak ten właśnie... artysta. Ech... przodkowie za co mnie karzecie? Za co stawiacie przede mna tego irytujacego człowieka? Czyż nie ukaraliście mnie wystarczajaco tym, że nie mogę już grać, ani tańczyć? Zawiniłem aż tak bardzo?
Dlaczego wciaż Ci odmawiam? Pytanie powinno brzmieć zupełnie inaczej. Wspinam się na szczyty swej łaski i wspaniałomyślności i zadam odpowiednie pytanie. Poprawie Twoja ułomność w tym zakresie. Czyż nie powinieneś być mi za to wdzięczny?
-Bład. Pytanie powinno brzmieć inaczej. Czemu nadal upierasz się przy tym? - zatem pobawimy się w ten sposób. Odpowiedziałem pytaniem na Twoje pytanie. Teraz pozostaje Ci pogodzić się z tym i żyć w tym stanie. Znajdź sobie najlepiej inny obiekt swej obsesyjnej ciekawości i zainteresowania. Im szybciej tym lepiej, dla mnie.
-Mam pomysł. Genialny w swej prostocie! - przez chwilę szukałem czegoś w kieszeni, by tryumfalnym gestem wyciagnać z niej banknot dziesięcio funtowy. Cóż. Miałem i tak rozmienić i tak, miałem sobie kupić kawę, ale mniejsza. Przeżyję bez tego, jakieś drobne jeszcze posiadałem. Ja nie zbiednieje, a on się odczepi ode mnie. Niech stracę. Dawanie mu gotówki to dosłownie jak rzucanie pereł przed świnie, ale... chyba się powtarzam. Cóż. Nie moja wina, że artysta kojarzy mi się tak bardzo z tym zwierzakiem. Nie ważne zreszta.
-Znaj łaskę pana. Właśnie zarobiłeś aż dziesięć funtów. Za jeden pocałunek. Ot uznajmy, że był cudowny, niesamowity i niezapomniany. Będę miał o czym śnić po nocach. Prawda? No właśnie. Proszę. Żegnam. - ujałem jego dłoń w swoje, a potem włożyłem banknot mu. Sam złożyłem jego palce na tym obiekcie, który miał zapewnić mi wybawienie od całej jego osoby. Skoro tak bardzo zależało mu na pieniadzach? Cóż... no to je miał. Puszczam więc jego dłonie i odsuwam się na bezpieczna odległość. Mijam go szerokim łukiem z uroczym uśmiechem malujacym się na moich ustach.
-Kochanie wiesz co? Nie pisz. Nie dzwoń. Nie myśl. Ten pocałunek był pożegnalnym! - uśmiecham się szerzej w zamiarze odejścia od niego jak najszybciej, im szybciej tym lepiej. Chce się natręta pozbyć. Tak. To jest mój plan, nadzieja, która przecież umiera ostatnia. Ten dzień znów może być taki piękny.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 7