Poprzedni temat «» Następny temat
Dach kamienicy
Autor Wiadomość
Taylor Scroggs






Wysłany: 2017-10-20, 19:26   

Nie wiedziała, co było gorsze. Przyznanie się do tego, że zagapienie na światłach wcale takim nie było czy do prawie umyślnego skoczenia z klifów? Żaden wybór na pewno by jej nie uratował, ale musiała dać Latifi cokolwiek by nie pozwolić jej tak po prostu odejść. Chciała być wobec niej szczera, ale ciężko było, gdy mowa tu o wydarzeniach z całego ostatniego roku. Na to nie wystarcza minuty ani godzina tym bardziej, że żaden temat nie był łatwy. Tymi podzieliła się przy pierwszym spotkaniu opowiadajac o pracach, które zdażyła stracić, imprezach, miłych sytuacjach i o tym, na jakich śmiesznych ludzi natrafiała, gdy podejmowała się dokształcania młodego pokolenia w informatyce lub robiła coś dla kogoś w tej dziedzinie. O takich rzeczach mówienie przychodziło gładko, ale cała resztę zgrabnie omijała, bo gdy Rashid starała się wyłapać wszystko, co działo w strefie dotkniętej wojna to ona, Taylor Scroggs, zabiła ich przyjaciela i pakowała w kolejne kłopoty, co w zestawieniu wygladało strasznie marnie. Czuła się tak. Najpewniej nigdy nie przestała odkad opuściła rodzinny dom. Dziadkowie starali się ja przestawić, nauczyć czym był szacunek i miłość pod dachem, w których wcale nie musi być strasznie, nerwowo i dziko. Tylko, że pewnych rzeczy, zwłaszcza zakorzenionych we wczesnych latach dojrzewania, nie dało się wyplenić. Można było co najwyżej zatuszować, nieco opryskać chemia tego chwasta, ale należało robić to regularnie o czym niestety Taylor zapomniała albo po prostu nie miała ku temu odpowiedniej okazji ani sposobności. Starała się i naprawdę nieźle jej szło, lecz niestety śmierć Felixa była jak rozpylenie niechcianego zielska, które na nowo zaczęło rozrastać się w duszy i sercu Taylor tak zagubionej w tym wszystkim, że nic tylko usiaść, dać sobie spokój i pozwolić by chwast obrósł ja cała.
- Felix. – zdecydowała w końcu wybrać właśnie tę opcję i ani trochę nie kłamała, po prostu przemilczała klify. Nie wszystko na raz, bo biedna Rashid dostanie zawału, chociaż Tay i tak nie liczyła, że po tym wszystkim co przyjaciółka usłyszy, będa żyć sobie w zgodzie, jak dawniej. Sceptyk z niej, proszę się nie dziwić. – To nie był.. – chciała powtórzyć poprzednie słowa, lecz wtedy poirytowana klaksonami musiała zobaczyć, co wyprawiało się na dole. Przyuważenie dobrze znanego, bo chamsko pomarańczowego auta i rozpoznanie trzech osób wybiło ja z rytmu i tej całej fali szczerości, która nawet nie zdażyła osiagnać odpowiedniej wielkości by móc wykorzystać ja do płynięcia do przodu. To był dopiero poczatek, cholerna rozgrzewka, która i tak wydawała się szalona, jak jazda na rollerocasterze. Chciała trzymać Rashid z dala od tego wszystkiego, swojej pracy i własnego życia, bo uważała, że dziewczyna zasługiwała na coś lepszego niż zmaganie się z niestabilnościa (najwyraźniej rodzinna) Scroggsów. Nie chciała jej tym obarczać, ale wiedziała, że przemilczenie wielu spraw wcale nie pomoże tej relacji. Że zakończona to jeszcze zanim zdaży ponownie zajrzeć do skrzętnie ukrytego pudełka wypełnionego tym wszystkim, co zamknęła niedługo po wyjeździe Latify.
Ostrożnie wychyliła się by móc spojrzeć na dół, a potem zerknęła na Rashid, która domagała się odpowiedzi. Westchnęła ciężko, bo w szczegóły nie będzie się teraz zagłębiać zwłaszcza, że nie miały na to zbyt wiele czasu.
- Pamiętasz jak czasem będac w Southend korzystałam z okazji by zajść do pewnego gościa by kupić trochę zioła? – zazwyczaj wtedy prosiła by Lay poczekała na nia przed budynkiem, bo nie chciała wchodzić w niepotrzebne dyskusje z kolesiem, który na pewno wypytywałby kim Rashid jest, co tu robia i takie tam. Jak pojawiała się sama to po prostu była Scroggs i nikt o nic nie pytał, bo to Scroggs. – To jego dziewczyna i dwóch ziomków, którzy od paru dni szukaja go po okolicy, bo tak jakby zaginał. – dosłownie tak jakby, bo naprawdę pan Amigo nie żył i nawet potrafiłaby wskazać miejsce jego grobu, bo kurna była jedna z tych, co miała łopatę w rękach. Nerwowo przełknęła ślinę wolac nie wracać do tamtego wieczoru. – Nie ukrywajac, wiem coś o tym, ale informacje, które chce im opylić, sa niekompletne, dlatego lepiej jak ich teraz nie spotkam, bo od tego zależy dalsze.. zależy naprawdę wiele i możemy się zagłębiać w szczegóły, ale wtedy tutaj dotra, będę musiała z nimi rozmawiać, a jeszcze nie jesteśmy gotowe. – ona i Althea, prawniczka z Londynu, dla której pracowała na czarno. Wcześniej, całkiem na luzie, wspomniała o tym Rashid na pierwszym spotkaniu, ale nie chciała mówić dla kogo i co robiła. Teraz, choć brała udział w śmierci pewnego delikwenta to razem z prawniczka miały plan, bo to cholerstwo sięgało bardzo daleko. Tak daleko, że Taylor miała ochotę rzucić tekstem ‘Jeździsz opisywać wojny a tu wcale nie jest lepiej’. Nie, nie powiedziałaby tego.. nie po przemyśleniu.
- Tylko na chwilę. Spotkałybyśmy się przy motorze. – wystarczyło do niego dotrzeć i jakby nigdy nic odjechać udajac, że nikogo się nie widziało. – Chodź. – złapała ja za przedramię całkiem odruchowo potem jednak puszczajac, bo musiały zejść po drabince na dół, dostać się do środka budynku. Jedno piętro – na samym dole słychać czyjeś rozmowy. Drugie – głosy stawały się wyraźniejsze i wychylajac przez poręcz można było dostrzec dwóch gagów wchodzacych na górę. Cholera, dziewczyna musiała zostać na ulicy, ale potem pomyśli jak ja ominać. Teraz miała ważniejsze rzeczy na głowie, czyli dwóch gości zbliżajacych się w ich kierunku. Zatrzymały się na pół piętrze, ale szybko machajac ręka pokazała by wracały na górę na korytarz z mieszkaniami o dziwo pozamykanymi na wszystkie spusty. Nie, nie sprawdzały każdego, ale żadne drzwi nie były uchylone, co zmusiło Taylor do wykorzystania jedynej przestrzeni w której mogła się schować. Stary zsyp już dawno nieużywany przez mieszkańców, w wyrwanymi charakterystycznymi drzwiczkami, na których miejscu zalepiono zwykła budowlana folię to jedyne miejsce, gdzie mogła się ukryć. – Musisz ich spławić. – jak wcześniej wspominała, nie znali Rashid, więc ja zignoruja lub co najwyżej rzuca badziewnym tekstem na podryw. Pośpiesznie odkleiła folię zostawiajac taśmę z jednej strony by móc tylko wsunać się do środka. Ciasno i nieprzyjemnie, jak w łonie matki, która w jej przypadku nie była odzwierciedleniem bezpieczeństwa, spokoju ani ukojenia jakie czuło dziecko chociażby podczas uścisku. – Tylko się pośpiesz. – poprosiła łagodnie wsuwajac się tyłem do środka. Sztywno podpierajac rękoma o boczne ścianki, przy okazji ignorujac ból w żebrach, starała zawędrować na górę tak by ostatecznie podparta plecami o ścianę mogła jako tako stanać na dolnym progu ‘wejścia’ do szybu (rysunek pomocniczy). Wystarczyło prowizorycznie zakleić folię z powrotem i może się uda.
Dwóch mężczyzna weszło akurat na ów piętro. Jeden biały z bujna blond czupryna i drugi porzadnie ubrany Latynos o przystojnej twarzy zatrzymali się na korytarzu rozgladajac na boki. Ten pierwszy najpierw zignorował Rashid, bo oboje dobrze wiedzieli kogo szukali, lecz ciemnowłosy szturchnał go w ramię i kiwnięciem głowy zachęcił do gadki.
- Ej ty. Widziałaś może brunetkę, mniej więcej tego wzrostu, najpewniej z lekko ujaranym spojrzeniem i wrednym wyrazem twarzy. – miała ochotę warknać, że dzisiaj jeszcze nie paliła i nie wygladała na wredna, ale powstrzymała się skupiajac bardziej na tym by nie spaść parę metrów w dół.
[Profil]
   
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-10-22, 22:06   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Nie miała zamiaru bezczynnie patrzeć na to, jak z jej przyjaciółka działo się coraz gorzej i gorzej. Nie chciała dać jej obrosnać tym chwastem. Była dla niej zbyt bliska, zbyt droga i zbyt ważna. Jasne, upór Scroggs sprawiał, że Latifa nie raz miała ochotę rzucić to wszystko i zwyczajnie dać sobie spokój, a jednak nigdy tego nie zrobiła i musiał istnieć jakiś logiczny powód, który tłumaczyłby jej upór oraz wiarę w to, że Taylor mogłaby dokonać mnóstwa rzeczy. Może chodziło o przywiazanie, a może o coś innego. W każdym razie, niezależnie od przyczyny, Rashid czuła, że miała coraz mniej czasu na wymyślenie sposobu, dzięki któremu mogłaby cokolwiek wskórać.
Nie skomentowała słów Tay dotyczacych Felixa, nie zdażyła. Zaledwie zbliżyły się do dachu, aby dostrzec to, co działo się na dole, rozmowa się urwała, a mętlik w głowie Latify przybrał tak kolosalne rozmiary, że nie potrafiła już do niej wrócić. Patrzyła na rozgrywajaca się ponad ich nogami scenę, próbujac zebrać myśli. Sytuacja z Felixem nie była wypadkiem, powtarzała sobie raz po raz, ale w końcu przestała, bo nieważne jak dużo razy analizowała to zdanie w swojej głowie, i tak nie dokonywała żadnego nowego odkrycia. Nie była wypadkiem, czyli była... no właśnie, czym? Czymś zaplanowanym? Nie, to przecież nie miało sensu.
Zmarszczyła brwi, gdy pytanie Taylor zmusiło ja do większego skupienia. Próbowała odnaleźć wśród swoich wspomnień to, o czym mówiła, ale w głowie majaczył wyłacznie jakiś niewyraźny cień, więc ostatecznie tylko wzruszyła niemrawo ramionami. Może gdyby Scroggs bardziej scharakteryzowała wspomnianego człowieka albo gdyby Latifa zapamiętała go ze względu na coś szczególnego, teraz nie miałaby problemu, aby go sobie przypomnieć. Tak czy siak, wspomnienie jego twarzy czy osoby raczej nie było kluczowe dla zrozumienia tego, kim byli ludzie znajdujacy się na dole, więc po prostu słuchała dalej. Kiedy Taylor skończyła mówić, Rashid tylko podejrzliwie uniosła brwi, jak gdyby czekała na dalszy ciag historii. Dopiero po kilku sekundach zaciętej ciszy zrozumiała, że przyjaciółka najwyraźniej nie miała nic więcej do dodania.
- Zamierzasz potem wyjaśnić mi to jakoś bardziej czy mam się domyślać? - zapytała i krytycznie pokręciła głowa. Uwielbiała Taylor, kochała ja, ale życie wszystkich zdecydowanie byłoby spokojniejsze, gdyby Scroggs raz na zawsze przestała pakować się w kłopoty.
Popatrzyła na nia sceptycznie. Nie zamierzała zostawić jej nawet tylko na chwilę, ale czuła, że spojrzenie, jakim ja obdarowała, było niczym Rafaello i potrafiło wyrazić więcej niż tysiac słów, w zwiazku z czym nawet nie zamierzała się wykłócać. Taylor i tak nie dałaby rady jej spławić, była wystarczajaco uparta.
Skierowała się drabinka na dół i podażała za Taylor, niespokojnie rozgladajac się na boki. Dobrze słyszała echo głosów z niższych pięter i próbowała wymyśleć w jaki sposób miałyby ominać niechciane towarzystwo, nie robiac przy okazji nic głupiego. Naciskała na klamki każdych kolejnych drzwi, jak gdyby spodziewajac się, że któreś z nich ustapia, dzięki czemu będa mogły chwilowo schować się w czyimś korytarzu, ale wygladało na to, że ludzie nieoczekiwanie zaczęli dbać o swoje bezpieczeństwo bardziej niż zwykle. W każdym razie Latifa już miała zaproponować dramatyczny skok przez okno (no, nie do końca skok, jakoś wykorzystałyby rynnę oraz niżej położone okna, jakby dobrze poszło to może nawet nic by sobie nie złamały), gdy wtem Taylor wpadła na pomysł wykorzystania starego, nieużywanego zsypu do tego, aby chwilowo się ukryć. Niezłe.
Kiwnęła głowa i ze zmartwieniem patrzyła, jak Taylor wsuwała się do środka. Podejrzewała, że po niefortunnym ladowaniu na brzegu dachu jej stan nie był dobry, ale nic nie powiedziała. Jakoś musiały sobie poradzić.
- Tylko nie hałasuj - ostrzegła cicho, a potem podeszła do zsypu i zakleiła folię tak, aby nie można było dostrzec śladów jej użytkowania. Całe to przedsięwzięcie w tamtej chwili wydawało się planem dopracowanym w stu procentach.
No hej, Taylor miała trochę wredny wyraz twarzy. Właściwie kiedy Latifa zobaczyła ja po raz pierwszy, od razu przeszło jej przez myśl, że musiała być cholernie niesympatyczna i pewnie gdyby nie lubiła wyzwań, od razu ominęłaby ja szerokim łukiem. Ale ponieważ paradoksalnie najbardziej ciagnęło ja do ludzi, którzy nie sprawiali dobrego pierwszego wrażenia, nigdy jakoś jej to nie odrzuciło.
Byłoby dziwnie, gdyby mężczyźni zastali ja, stojaca na środku korytarza jak kołek, więc, aby nie sprawiać podejrzanego wrażenia, postapiła kilka kroków w dół schodów, jak gdyby właśnie zamierzała z nich zejść. Udała, że nie zauważyła porozumiewawczego kiwnięcia głowy wymienionego przez przechodzacych obok facetów; kiedy zwrócili się bezpośrednio do niej, uniosła głowę z odbitym na twarzy zdziwieniem.
- Taka kędzierzawa i mała? - zapytała, wskazujac dłonia potencjalna wysokość Taylor (w porównaniu do Latify momentami mogła wydawać się mała, wszak dwanaście centymetrów stanowiło znaczna różnicę) i marszczac brwi ze skupieniem. Miała nadzieję, że kimkolwiek byli ci stojacy naprzeciwko niej ludzie, nietrudno było ich oszukać, bo choć Rashid potrafiła nieźle grać, zapewne nie poradziłaby sobie z przypadkami bardziej wyspecjalizowanymi w dostrzeganiu kłamstwa. - Widziałam ja wcześniej, ale... kurczę, mówicie, że to ćpunka? - Latifa ściszyła głos i nachyliła się do swoich rozmówców w konspiracyjnym geście. - Zaczepiała mnie i zapraszała na jakiś film do kina, a jak odmówiłam to stwierdziła, że w takim razie pójdzie z chochlikami. Tak coś czułam, że miała kuku. - Zrobiła przerażona minę, a potem odsunęła się na krok i spojrzała na nich z całkowita powaga, zakładajac włosy za uszy. Granie rozgadanej, bojaźliwej dziewczyny szło jej lepiej niż myślała, może powinna rozważyć całkowite przekierunkowanie swojej osobowości w tę stronę?
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Taylor Scroggs






Wysłany: 2017-10-24, 18:38   

Spojrzała na przyjaciółkę z wymownym Teraz? Poważnie?. Chciała jej wypominać, że nie dokończyła wyjaśnień, bo na dole nie tyle co czekało, ale kierowało się do nich przedstawicielstwo dwunożnych istot, których wolała nie spotkać. Nawet gdyby chciała, a po części tak było, to nie miała możliwości by powiedzieć coś więcej, rozwinać to jakoś rozsadnie i wyjaśnić w wielkim skrócie, bo się nie dało. To wszystko było tak pokręcone, że momentami sama się gubiła we wszystkich watkach i zapewne gdyby nie jej pracodawczyni Althea to rzuciłaby ten szajs w cholerę i pozwoliła płynać własnym nurtem aż w końcu to by ja pochłonęło, zabiło albo wpakowało do więzienia ciagnać za soba niewinne jednostki.
Nie mogła na to wszystko pozwolić, dlatego wpakowała się nadal śmierdzacego i zapewne pełnego bakterii zsypu w myślach warczac na dwóch kolesi i może co nieco na Latife. Nie usłyszała wszystkiego za bardzo skupiona na tym żeby nie upaść i bólu w żebrach oraz na plecach, bo na nieszczęście, przywierajac nimi do ściany, odezwał się krwiak pozostały po uderzeniu kijem. W takich chwilach miała ochotę uciec na Barbados, pić drinki na plaży, chować się pod parasolami przed słońcem i podrywać tamtejsze kelnerki. Tak, często uciekała myślami gdzieś daleko, szczególnie gdy była przemęczona nie tyle co fizycznie, ale również psychicznie. Teraz też by tak zrobiła, ale zamiast Barbados pomyślała o poprzedniej rozmowie na dachu cały czas wałkujac w głowie, że list jednak trafił do adresatki; Latifa przeczytała jej okropne wypociny a ona głupia nawet nie pomyślała, co o tym myślała. Bład, wiedziała. Przecież Rashid jasno i wyraźnie stwierdziła, że to nie miało znaczenia i choć potem wolała się o to dopytać to Taylor jej przytaknęła. Tak było o wiele lepiej dla samej Rashid (przynajmniej tak uznała Scroggsowa głowa a wiadomo, że było coś z nia nie tak).
Nie przyznałaby tego, ale faktycznie wygladała na wredna, co wypracowała u siebie już dawno i chyba po prostu jej tak został, jak zez, nabyte odruchy albo nieszczęsna skórzana kurtka, która przeżyła już swoje lata świetności i jedyne na co się nadawała na to przerobienie na szmatę, ale Taylor za bardzo ja uwielbiała by tego dokonać. Niemniej, jej wredność wynikała z czystej reakcji obronnej przed światem, który dokopał Scroggs już we wczesnych latach młodzieńczych albo nawet dzieciństwa, więc szła przez życie z mottem - Badź dupkiem by nikt się nie zbliżał – tak było łatwiej uniknać bolesnych sytuacji, których i tak Tay miała wiele.
- Gdzie poszła? – dopytał blondyn, gdy jego kolega wszedł na piętro i rozejrzał po korytarzu niebezpiecznie robiac parę małych kroków w stronę zsypu. Zapewne zniknał dziewczynie i tamtemu z oczu, zakręcił się, zerknał na folię a potem złapał za klamkę od drzwi naprzeciwko, na co ktoś zareagował głośnym ‘wypierdalać!’. Przemiłe sasiedztwo. Zapewne gdyby ktoś umierał to nikogo by to nie obeszło.
Na dźwięk czyjś kroków zacisnęła wargi i nawet na moment przestała oddychać słyszac jedynie szalone bicie swego serca. To bez znaczenia. To bez znaczenia. Powtarzała jak mantrę, ale niestety nie pomogło więc wróciła na plażę, szum fal, morski wiatr, mewy walczace o kawałek ryby, skuter czekajacy aż na niego wróci podbijajac słone wody i dotyk na karku zmuszajacy ja do zerknięcia w prawo...
Zaskoczona otworzyła oczy czujac jak rzeczywistość uderza ja w twarz. Dalej ciemność, smród, ból i kilkumetrowy dół pod nia.
- A może dam ci swój numer i jak ja spotkasz to do mnie zadzwonisz? Albo po prostu zadrwisz.. chyba, że ja mam to zrobić. – zaczał smalić cholewki z słyszac jak kolega pstryka palcami.
- Jimi, idziemy. – pogonił go i oboje skierowali się tam, gdzie wskazała Rashid. Jeżeli na górę to obie mogły zejść i jakoś dostać się do motoru uprzednio zagadujac/pozbywajac się kobiety czekajacej na zewnatrz. Jeżeli mężczyźni poszli na dół to najpewniej nie zostało im nic innego jak czekać. Nie mnie o tym jednak decydować, ale bez watpienia Taylor będzie potrzebować pomocy przy wyjściu z zsypu, bo jak masło orzechowe kocha zemdleje od bólu.
[Profil]
   
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-10-26, 17:52   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Nie sprecyzowała kiedy. Zapytała tylko o to, czy Taylor zamierzała w ogóle wyjaśnić jej coś więcej, bo miała stanowczo dość tej aury jakiegoś bardzo strzeżonego sekretu, która Scroggs otaczała całe swoje życie nawet przed najbliższymi przyjaciółmi. Nie chciała dłużej być spychana na drugi plan, ignorowana, niewtajemniczana w istotne sprawy i pragnęła przedstawić to przyjaciółce w taki sposób, aby ta nie mogła mieć pretensji w razie gdyby Latifa w końcu, po wielu próbach postawiła kreskę na ich rzekomej przyjaźni.
Zamierzała jeszcze wrócić do tematu listu. Nie dlatego, że próbowała być upierdliwa albo sprawić Taylor przykrość, nie. Aby ostatecznie zakończyć ten temat, musiała jeszcze dopowiedzieć kilka zdań, przedstawić swój stosunek do tematu i wyznać Scroggs wszystko, co miała prawo wiedzieć. Nie wiedziała jednak kiedy był ku temu najbardziej odpowiedni moment no i... w przypadku relacji międzyludzkich nie była aż tak odważna, jak tysiace kilometrów od Brentwood, na polu walki.
- No... chyba do kina. - Wzruszyła ramionami i podrapała się po głowie. - Przynajmniej tak mówiła, nie wiem. - Ułożyła usta w podkówkę, przyjmujac przepraszajacy wyraz twarzy. Wybaczcie, że nie mogę pomóc wam w żaden inny sposób, chłopcu.
- A jeśli jej nie spotkam to też mogę do ciebie zadzwonić? - zapytała, przygladajac mu się z udawanym zainteresowaniem i uśmiechajac się zadziornie. W pewnym sensie nawet żałowała, że na co dzień nie była aż tak beztroska i otwarta, taka postawa niewatpliwie wiele ułatwiała. Przynajmniej gdyby naprawdę była dziewczyna, na jaka się kreowała, zdecydowanie szybciej umawiałaby się z innymi interesujacymi pannami na randki.
Pożegnała swoich niedawnych rozmówców pogodnym, rozmarzonym uśmiechem i nawet pomachała im radośnie, kiedy już kierowali się na dół. aby utrzymać swoja kreację uroczej, strachliwej panienki. Przez chwilę jeszcze udawała, że grzebie w swoim plecaku w poszukiwaniu jakiegoś nieokreślonego drobiazgu, w razie gdyby mężczyźni zainteresowali się tym, dlaczego nie zeszła zaraz po nich.
Niesamowita strategia, Rashid, dziesięć na dziesięć, Leon Zawodowiec mógłby ci pozazdrościć.
Przewróciła oczami w odpowiedzi do swojego wewnętrznego ja. Och, zamknij się już. Sama nie miałaś lepszego pomysłu, więc mogłabyś zamilknać raz na zawsze.
Cholera, czy to już podchodziło pod rozdwojenie jaźni?
Jak tylko usłyszała, że mężczyźni opuścili klatkę schodowa, skierowała się w stronę zsypu i odkleiła taśmę. Spojrzała na miejsce, gdzie powinna znajdować się przyjaciółka (brak konkretnych określeń spowodowany jest tym, że choć bardzo chciałam, i tak nie ogarnęłam rysunku pomocniczego) z lekkim zmartwieniem, jak gdyby oczekiwała, że ta zdażyła polecieć w dół już dawno temu, ale gdy tylko dostrzegła jej rozczochrana czuprynę, uśmiechnęła się słabo.
- No dobra, spadamy stad - to mówiac, pochyliła się znacznie i wyciagnęła dłonie w taki sposób, aby jej pomóc. Podejrzewała, że stan Scroggs po niedawnym wypadku pozostawiał wiele do życzenia; ba, sama doświadczyła podobnego stanu tyle razy, że w tamtym momencie nie chciała sobie nawet wyobrażać, jak Tay tak naprawdę się czuła. Wiedziała jednak, że należało zmyć się stamtad jak najszybciej, w przeciwnym wypadku obie mogły wpaść w duże kłopoty.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Taylor Scroggs






Wysłany: 2017-10-26, 19:49   

Gdyby nie rozładowany telefon to zadzwoniłaby wcześniej do Althei, bo może ta – jej pracodawczyni – miała już plan, który szybko przedstawiłaby jej przez słuchawkę i wtedy nie musiałaby się wciskać w śmierdzacy zsyp. Naprawdę wierzyła, że w innym uniwersum istniała takowa opcja tak samo, jak gdzieś w równoległej rzeczywistości zamiast się zaprzyjaźniać z Rashid to od razu zaprasza ja na randkę albo chociaż stara się poderwać, co prędzej czy później kończy się sukcesem lub nie. Rzeczywistości mogło być wiele i możliwe, że w jednej z nich nawet nie poznała Latify, nie zabiła przyjaciela, urodziła się w innej rodzinie i jest teraz kaskaderka w Chicago. Zapewne tam dzieliłaby swe łóżko z narciarka olimpijska, która jak nie trenuje to maluje abstrakcyjne obrazy a w piatkowe wieczory wyciaga Tay na występy amatorskich wierszopisarzy, którym zamiast klaskach to pstryka się palcami w międzyczasie saczac herbatę z imbirem. Gdzieś tam na pewno nie tkwiła w zsypie. Gdzieś tam była normalna i nie przyciagała kłopotów jak magnez. Gdzieś tam nie była soba.
Mocno zaciskajac powieki starała się odnaleźć pokłady samozaparcia, bo jęczenie z bólu raczej nie wchodziło w grę, więc w miarę równo i głęboko oddychała przez nos w głowie wertujac wszystkie opcje, które posiadały z Holgate. Musiała czymś zajać umysł a dodatkowa praca, której się podjęła, wydawała się idealna na ten jakże nerwowy i pełen bólu moment.
- Nareszcie. – odetchnęła z ulga, ale jakoś jeszcze musiała wysunać się z szybu więc bardzo powoli zaczęła rękoma schodzić w dół najpierw wyciagajac na zewnatrz jedna nogę a druga zginajac w kolanie by nadal utrzymać stabilność nad parometrowa przepaścia. Gdyby nie ból w żebrach poradziłaby sobie bez pomocy, ale nie dala rady aż tak się wygiać, więc w odpowiednim momencie wyciagnęła rękę w dół i poprosiła Latife o wsparcie, które uzyskała i w końcu mogła wziać głębszy wdech na klatce, która choć nie pachniała świeżymi kwiatami, to woń na niej była o wiele przyjemniejsza niż w czarnej rurze. Czemu przy każdym spotkaniu, po powrocie Rashid, musiała albo pachnieć śmiercia (po pracy, z której pewnie niedługo ja zwolnia) albo tkwić w miejscach, które swa świeżość utraciły bardzo dawno temu?
- Dzięki. – powiedziała w końcu, gdy odzyskała nie tylko grunt pod nogami, ale także ból nieco zelżał. – Do motoru i spadamy. – krótko i konkretnie. Od razu ruszyła w stronę schodów myślac tylko o tym by się stad wyrwać i ukryć gdzieś w bezpiecznym miejscu, co zarazem doprowadzało ja do malutkiej paniki, bo to oznaczało dalsza rozmowę o tym wszystkim, co wolała przemilczeć. Od wypadku naprawdę wolała nie mówić niczego o sobie, bo uważała, że nie zasłużyła sobie na to by ktokolwiek jej słuchał. Taa.. miała skopana samoocenę.
Zeszły na dół z poczatku jedynie wygladajac na ulicę, a raczej to Latifa jakby nigdy nic wyszła na zewnatrz, przystanęła i znów udawała, że czegoś szuka w torebce przy okazji badajac okolicę. Dwóch mężczyzn oraz kobiety nie było w zasięgu wzroku. Możliwe, że poszli do drugiego budynku, bo pomarańczowy samochód dalej stał po drugiej stronie ulicy. Na znak Scroggs wysunęła się z budynku i obie truchtem pognały do motoru. Tym razem Tay była bez kasku. Chciała tylko podjechać pod kamienice, zrobić swoje i wrócić (albo skończyć jako plama na chodniku), więc Latifa musiała obejść się bez dodatkowej ochrony, bo na pewno, choćby miały się o to kłócić, kask trafiłby na jej głowę. Kolejnej bliskiej osoby Taylor nie zaryzykuje, dlatego w miarę szybko acz ostrożnie odjechała spod kamienic majac nadzieje, że kupi sobie chociaż jeszcze jeden dzień albo dwa zanim znów trafi na ów osoby.
z/tx2 Możesz je przenieść.
[Profil]
   
 
Even Landsverk








21

Praktykant w kancelarii prawnej

Downtown Brentwood





Wysłany: 2018-06-04, 22:20   
  

  
Even Isak Landsverk

  
Guns don't kill people, blood loss and organ damage do.


Chester rzeczywiście był bardziej zajebisty niż jakaś tam laska. Czego rzecz jasna Landsverk nie zamierzał mu powiedzieć, choćby grozili mu nożem. Musiał być ta jedna rozsadna osoba, która przynajmniej próbowała utrzymać chłopaka częściowo przy ziemi. Przecież gdyby on - naczelny dworski sztywniak - dodatkowo zaczał go chwalić na każdym kroku to Chester już w ogóle obrósłby w piórka niczym paw. Nie było też absolutnie żadnej, nawet najmniejszej szansy by oddał mu kluczyki do swojego wozu. Auto było absolutna świętościa. Nie prowadził go nikt za wyjatkiem Evena. Prędzej pozwoliłby komuś przespać się z własna matka niż pozwolił, by dotknęli jego kierownicy swoimi niegodnymi rękami. Co zreszta dobitnie okazywał za każdym razem, gdy któryś z jego pasażerów próbował choć sięgnać palcem w stronę klaksonu. Jedno solidne uderzenie w nadgarstek z reguły wystarczyło, by wybić im podobne pomysły z głowy.
"Jedźmy na ten dach."
Zerknał na niego katem oka, nim sam usiadł na miejscu kierowcy, upewniajac się przedtem, że Aldridge pamiętał o zamknięciu bagażnika. Nie skomentował jego słów w żaden sposób, w końcu jakby nie patrzeć od poczatku zostawił mu podjęcie decyzji o miejscu. I choć Even rzeczywiście był gotów na to, by udać się w obie lokacje po kolei, nie zamierzał narzekać gdy ich trasa została wyraźnie zawężona. Zdecydowanie wolał mieć pewność, że jednak trafi potem do domu.
Wymamrotał coś w końcu pod nosem naciskajac z całej siły na gaz, wycofujac tym samym na uliczce z piskiem opon. Perfekcyjny obrót samochodu o sto osiemdziesiat stopni, dwa warknięcia z rury wydechowej (przestań szpanować, bananie) i błyskawicznie odjechał spod domu Chestera, zostawiajac różowy dom w tyle.
Tylko błagam, żadnej Britney — zastrzegł z góry, widzac jak palce Aldridge'a wędruja w kierunku radia. Był chyba jedyna osoba, która zawsze rzadziła się w jego samochodzie i robiła za DJa. Choć gdyby się nad tym zastanowić, chyba po prostu jako jedyny miał odwagę zachowywać się w podobny sposób w towarzystwie Evena.
Nie, wróć. Był jeszcze Erwin. W takim razie było ich dwóch.
Przez chwilę aż zaczał się zastanawiać jak działał ten świat. Zamiast trzymać się z kimś absolutnie spokojnym, ułożonym, wybierał sobie takich...
No spójrzcie na niego.
Całe szczęście, gdy z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki, nie była to żadna królowa popu.
Więc jak to tam szło? A tak, jasne. Spadanie z dachu. Sounds like fun.
Westchnał ciężko, mimo to zatrzymujac na chwilę wzrok na tym bezczelnym wyszczerzu, którym został obdarowany.
Kretyn — rzucił w odpowiedzi, w ten swój standardowy Landsverkowy sposób. Hej, jak znało się Evena nieco lepiej to można wręcz było usłyszeć w tym słowie jakaś pieszczotliwa nutę!
... nie no, tak w sumie to nie.
Mimo to, nie próbował powstrzymać wyginajacego się nieznacznie ku górze kacika ust, gdy wracał uwaga do rozciagajacej się przed nimi ulicy. Miał tylko szczera nadzieję, że tym razem naprawdę nie trafia na Claire. W końcu musiałby mieć pecha stulecia, by przejebać sobie u niej dwukrotnie z dokładnie ta sama osoba, której z jakiegoś powodu nie potrafił się do końca pozbyć.

-----


Jadac na miejsce, nieustannie przyłapywał się na tym, że musiał powstrzymać się przed nuceniem kawałków lecacych z radia. Jakby nie patrzeć, życie mu było jeszcze miłe, a wieczór zbyt młody, by urozmaicać go dźwiękami zażynanego łosia. Może gdy już się trochę najebie i puszcza mu hamulce, wtedy uraczy świat swoim absolutnie obłędnym głosem.
Nawet całkiem grzecznie bez większych protestów faktycznie skręcał w kierunki podane mu przez Chestera, nie przywiazujac uwagi do tego czy nie robia właśnie objazdu stulecia. Dopóki w końcu nie znaleźli się na miejscu. Zaparkował pod budynkiem i oparł się wygodniej o fotel, rozgladajac po okolicy. North Brentwood. Mogło być gorzej. Przykładowo Aldridge mógłby wywieźć ich do Southend, a Even pewnie grzecznie podażałby za jego instrukcjami, dopóki po przejechaniu ponad połowy trasy, nie zdałby sobie sprawy z tego że okolica była mu dziwnie znajoma.
Zreszta, ta również była. Wystarczyło pojechać prosto jakieś trzy kilometry, skręcić w prawo, potem w lewo i jeszcze raz w prawo i... dojechaliby do domu jego rodziców. A zaledwie dwie ulice dalej mieszkał Springer. Sami swoi.
Jeśli wpadniemy jakimś cudem na moja matkę to jesteś martwy, Ches — rzucił wysiadajac z samochodu, by zaraz sięgnać do bagażnika po przygotowana wcześniej przez siebie torbę. Rzeczy Aldridge'a nie dotykał. W końcu nie po to miał ręce, by Landsverk go wyręczał. Zaraz stanał w miejscu, wpatrujac się w niego wyczekujaco.
Swoja droga, co u twojej mamy? — zapytał gdy jego myśli mimowolnie skierowały się w stronę rodziny. Nie zamierzał jednak wypytywać go o rodzeństwo. Nawet nie pamiętał ich wszystkich imion. Pamiętał, że swego czasu miał ambicje, by przeczytać mitologię od deski do deski, ale koniec końców i tak większość faktów zwyczajnie wypadła mu z głowy.
I wcale nie robił tego, by przypodobać się matce Chestera.
_________________

<div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6; text-transform: uppercase; margin-bottom: -15px; margin-left: 5px;">Jeg kan bare Ødelegge alt
<div style="text-transform:uppercase; width: 390px; margin-top: 2px; border-top:7px #dad8d6 solid; padding: 4px;"><img src="https://imgur.com/JG94CLC.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"> <img src="https://imgur.com/0UZygYu.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"><div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6;"> <div style="text-transform: uppercase; width: 390px; border-top: 7px #dad8d6 solid; padding: 4px; margin-left: -3px; margin-top: 2px;">Uansett hvor mye jeg elsker det.

[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-06-05, 14:01   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Even nie musiał mu niczego mówić - on wszystko wiedział i wcale nie miał zamiaru udawać skromnego. Ludzie i tak zawsze mu umniejszali. Rodzeństwo, Ravana, Joey - wszyscy zawsze wytykali mu to, co robił źle, nie mówiac na jego temat nic dobrego. Na szczęście Chester był na tyle zaradny, że zamiast się tym przejmować, sam prawił sobie komplementy. Czuł, że gdyby tego nie robił, już dawno dopadłaby go depresja albo inne chujostwo.
Przewrócił oczami, słyszac drażniacy pisk opon. Rany, ten to zawsze musiał jakieś przedstawienie odstawić.
- Weź przestań - mruknał, odczuwajac ogromna ochotę, aby sprzedać mu kuksańca. I niby to on z ich dwójki był bardziej irytujacy? - Już i tak Summerowie z naprzeciwka rozpowiedzieli plotę, że mam sponsora. - Prawdziwa historia, zero procent kłamstwa. Już nie pamiętał, kto przekazał mu te wieści, chyba Keith albo Martin, w każdym razie wygladało na to, że pani Summer, któryś raz z rzędu obserwujac, jak odjeżdża spod domu jakimś wypasionym autem w towarzystwie tego samego kolesia, zaczęła myśleć na jego temat jeszcze gorzej niż dotychczas. No bo przepraszam bardzo, czy on wygladał jak człowiek, któremu trzeba było płacić za seks?
Prychnał, gdy Even zaczał marudzić i wyrażać swoja niechęć co do muzyki Britney. Może i na trzeźwo jej repertuar nie wydawał się najlepszy, ale Chester dałby sobie rękę uciać, że jeśli puści Hit Me Baby One More Time za jakieś półtorej godziny, Landsverk nie odmówi mu duetu. Ba, pewnie będzie wył jak największy fan z pierwszego rzędu na koncercie. No ale do takiego zakończenia tej dyskusji Aldridge potrzebował alkoholu, więc zamiast strzępić sobie język i próbować bronić godności Britney, która była jego nastoletnim kraszem, opracował w głowie genialny plan szybkiego upicia Evena i zniszczenia jego godności. Znał się na takich przypadkach, na trzeźwo wszyscy jego przyjaciele urzadzali sobie podśmiechujki z osoby oraz muzyki Spears, ale kiedy przychodziło co do czego, to znaczy kiedy wypijali wystarczajaco dużo, wszyscy znali teksty jej piosenek i wyśpiewywali je pijackimi głosami.
Jechali względnie spokojnie, Even niestety nie dał namówić się Chesterowi na żaden ekstremalny drift (pff, a pod jego domem to musiał się popisać! i kto tu był kretynem?). Pod kamienicę zajechali w stosunkowo krótkim czasie, zdażyły minać może dwa utwory, podczas których Aldridge rozgadywał się na temat głupot - uczelni, rodzeństwa i pracy. Ekscytacja, która zdażyła ostygnać zaledwie parę minut temu, znowu w nim wzrosła i kiedy wreszcie wyszedł z samochodu, aż zabębnił w jego dach, zapewne ściagajac na siebie niezadowolone spojrzenie Evena. Sztyyyywniak.
- Twoja mama uprawia parkour? - zapytał i parsknał na samo wyobrażenie kogoś starszego i, jak podejrzewał, bardziej ułożonego niż jego własna matka, biegajacego po dachach oraz skaczacego pomiędzy budynkami. - Oj, weź się - mruknał po chwili, poważniejac. Dlaczego Even ciagle narzekał?
Poprawił plecak, który zsunał mu się z ramienia i ruszył w stronę kamienicy, nie ogladajac się na swojego towarzysza. Żeby wejść na dach, musieli najpierw pokonać schody. Chester już na sama myśl o nich czuł się zmęczony.
- Oesu - westchnał na wspomnienie swojej matki. Że też ludzie nie potrafili przestać o nia pytać. - Spoko, gadała coś o tobie. Masz pozdrowienia - jego głos rozniósł się echem po chłodnej klatce schodowej. - Wywróżyła sobie ostatnio kolejnego wnuka. I znowu chodzi na jogę, bo odkad wrócił Rava... czekaj, czy ja ci mówiłem o moim psie? - Wreszcie przystanał i zerknał w dół, aby zorientować się, czy Even w ogóle szedł za nim. Nie byłby zdziwiony, gdyby okazało się, że zapomniał o czymś ważnym zwiazanym z praca i zostawił go tutaj na pastwę losu.
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Even Landsverk








21

Praktykant w kancelarii prawnej

Downtown Brentwood





Wysłany: 2018-06-05, 14:52   
  

  
Even Isak Landsverk

  
Guns don't kill people, blood loss and organ damage do.


Do driftowania miał inny samochód, który obecnie stał w garażu. Już jakiś czas temu nabył Mazdę RX8 w pięknym czarnym macie. Teraz gdy się nad tym zastanawiał, chyba nigdy nie przewiózł nim Aldridge'a. Zawsze odbierał go tym samym samochodem. Może dlatego, że jeśli miał go gdziekolwiek wywozić, wbrew pozorom stawiał bardziej na wygodę. Zreszta gdyby nie odbierał go tym samym autem, nie zasłużyłby sobie na miano sponsora. Ha.
Rzucił mu krótkie beznamiętne spojrzenie, widzac jak postukuje palcami w dach Porsche. Zamruczał coś pod nosem, nie obdarzył go jednak żadnym dodatkowym komentarzem na głos.
Czego ta kobieta nie uprawia — przewrócił oczami na samo wspomnienie swojej matki. Większość, gdy słyszała o jego rodzicielce wyobrażała sobie starsza, wyjatkowo elegancka i ułożona pania. Tak jak dwie ostatnie cechy w miarę się tego trzymały, w rzeczywistości jego matka była niezła laska i nawet nie skończyła jeszcze czterdziestki. Aktywny tryb życia był jej drugim imieniem. Nawet jeśli Even chodził na siłownię trzy razy w tygodniu w celu utrzymania kondycji, podejrzewał że nie miałby z nia żadnych szans w jakimkolwiek maratonie czy czymkolwiek innym. A za każdym razem, gdy szedł z nia ulica, myśleli że to jego starsza dziewczyna. W przeszłości wielokrotnie musiał się tłumaczyć z tej 'jakże oscentacyjnej zdrady' ("Jude widział was razem w centrum handlowym!").
Dopiero teraz dotarło też do niego, że Chester nigdy nie poznał żadnego z jego rodziców. Nie żeby miał jakiś szczególny obowiazek. Tym bardziej, że średnio widział go w roli kogoś, kogo ubierało się w szykowny garnitur i zabierało na dostojny obiad z dziesiatkami przedziwnych sztućców i podejrzanie wygladajacych przystawek.
Może kiedyś ja poznasz i przestaniesz się śmiać.
Ruszył w ślad za nim po schodach, nieszczególnie skupiajac się jednak na samej trasie. Utkwił spojrzenie gdzieś po środku kręgosłupa Aldridge'a, czasem zsuwajac je niżej w kierunku butów, by ponownie wrócić nim do wcześniejszego punktu.
Serio? Mam nadzieję, że nie opowiadasz jej jakichś głupot na mój temat. Też ja pozdrów, dawno jej nie widziałem — dopiero na wspomnienie o wnuku chwilowo się wyłaczył, zupełnie jakby dobitnie próbował przeanalizować wypowiedziane przez niego słowa. Wnuka? Chyba nie ze strony Chestera? Mimowolnie jego mózg przełaczył się na jakiś przedziwny tryb, który właśnie próbował sobie wyobrazić jego dziecko. Gdy jednak gówniarz w jego głowie zyskał skręta i butelkę wódki zamiast pluszaka, szybko porzucił myśl.
Nie spodziewał się natomiast, że ten po wejściu na górę zwyczajnie stanie w miejscu.
Władował się na niego uderzajac nosem w jego obojczyk i syknał podnoszac dłoń do twarzy. Aż go cofnęło z powrotem o jeden stopień. Tyle dobrego, że nie spieprzył się w dół, to by dopiero było nieciekawe. Biedny alkohol.
Co? Psie? Masz psa? — zapytał rozmasowujac twarz palcami, nim tym razem wchodzac na górę faktycznie go wyminał nie zaliczajac żadnego zderzenia czołowego. Wzrok którym go obdarzył wskazywał na zainteresowanie. Co jak co, ale zwierzęta bez watpienia lubił, nawet jeśli nie zdecydował się na posiadanie własnego futrzaka.
Rozejrzał się po dachu, nim położył swoja torbę przy jednej ze ścian, momentalnie wyciagajac z niej butelkę Karuizawy. Przygladał jej się przez chwile, nim odkorkował butelkę, wachajac ja kilkakrotnie przed upiciem większego łyka.
Dostałem to w zeszłym miesiacu od ojca. Tylko nie stłucz, kosztowała 4500 funtów — wyciagnał whiskey w jego stronę. A przecież wystarczyłaby najtańsza wódka. Mimo to Even wychodził z założenia, że jeśli już miałeś się napierdolić to dobrze było najpierw wypić coś dla smaku, skoro potem i tak było ci już wszystko jedno. Gdy natomiast dostawałeś od ojca konesera co miesiac coś nowego... odpowiedź nasuwała się sama.
_________________

<div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6; text-transform: uppercase; margin-bottom: -15px; margin-left: 5px;">Jeg kan bare Ødelegge alt
<div style="text-transform:uppercase; width: 390px; margin-top: 2px; border-top:7px #dad8d6 solid; padding: 4px;"><img src="https://imgur.com/JG94CLC.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"> <img src="https://imgur.com/0UZygYu.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"><div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6;"> <div style="text-transform: uppercase; width: 390px; border-top: 7px #dad8d6 solid; padding: 4px; margin-left: -3px; margin-top: 2px;">Uansett hvor mye jeg elsker det.

[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-06-05, 15:40   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Jak dla Chestera to mogli nawet jeździć pickupem, nie robiło mu to żadnej różnicy. Chodziło w końcu o to, aby szybko przenieść się z jednego miejsca na drugie, nic więcej.
- O. Wszystko? - Na jego ustach zawitał szelmowski uśmieszek. Yup, był jednym z przedstawicieli tych ludzi, którzy nawet nie kryli się ze swoimi durnymi skojarzeniami. I jak tak teraz o tym myślę to być może Claire jednak miała rację, swego czasu przekonujac go, aby zerwał z Chesterem. No bo... - Jak coś to daj jej mój numer. - I jeszcze ten bezczelny uśmiech. Even zdecydowanie powinien był zrobić selekcję swojego towarzystwa. - Chętnie ja poznam. - Działanie ludziom na nerwy było jego ulubionym zajęciem, naprawdę. Gdyby mógł zarabiać pieniadze w taki sposób, już jako pięciolatek pławiłby się w luksusach i chodziłby do przedszkola, obwieszony złotymi łańcuchami. Niestety do tej pory jeszcze nikt nie docenił jego rakotwórczości i nie został uhonorowany żadna nagroda za swe trudy uprzykrzania normalnym ludziom życia.
Wzruszył ramionami, kompletnie nie rozumiejac jego niedowierzania. Jego matka pytała o wszystkich i, zanim ktokolwiek mógłby stwierdzić, że to całkiem urocze z jej strony, należy dodać, iż widziała w przyjaciołach swoich dzieci potencjalne szanse na nowe znajomości dla siebie. Czasami jej się udawało, jak na przykład z Ivy, Yevtsye czy Ravana, chociaż, jeśli chodzi o tego drugiego, to sytuacja była trochę odwrotna, bo to Chester w pewien sposób podebrał jej znajomego. W każdym razie - towarzyskość pani Aldridge nie znała granic i Adonis był szczerze zdziwiony, że Even jeszcze nie zdażył tego zauważyć.
- No serio - mruknał, wspinajac się po kilkuszczeblowej drabince na dach budynku. - Dobra, dobra. - I to tyle na temat jego matki. Nie zamierzał dłużej o niej gadać, nie była w końcu na tyle ciekawym tematem, aby zmarnowali choćby minutę więcej na kontemplowanie jej osoby.
O nie, Chester zdecydowanie nie miał być tym, który dałby jej wnuka. Matka mogła znowu liczyć na Echo, ewentualnie zamęczać swoimi wróżbami Asclepiusa, Rheę, Hecate czy żalić się Perseuszowi przez telefon, że byłoby cudownie, gdyby przywiózł jej z tournee jakiegoś małego Aldridge'a, ale Adonis absolutnie odpadał. Dzieci były dziwne, mazały się bez powodu i robiły w gacie. W dodatku przez pierwsze kilka lat ich życia nawet nie można było porozmawiać z nimi o niczym śmiesznym. Nie, kaszkojady to zdecydowanie nie była jego przyszłość.
Czujac niespodziewane uderzenie, odwrócił się i spojrzał na skołowanego Evena z rozbawieniem.
- Weź patrz pod nogi, a nie na mój tyłek - parsknał i pokręcił głowa. Na Zeusa, co za łamaga.
Powoli, nie patrzac na Landsverka, podszedł do krawędzi dachu, aby zerknać na dół. Nie byli specjalnie wysoko, nisko też nie, Chester podejrzewał, że gdyby spadł z tej wysokości, najwyżej by się połamał, ale nie był pewien, więc postanowił napisać w tej sprawie do Ascela. Wyciagnał telefon i zmarszczył brwi, widzac na wyświetlaczu, kto do niego napisał. Straciecki huj.
- No właśnie nie mam - odkrzyknał, a potem, żeby nie wyjść na buraka, odpisał Joeyowi. Co prawda zapewne w tej sytuacji brak odpowiedzi byłby lepszy niż wiadomość na odwal się, ale Chester nie wział tego pod uwagę. - Ale prawie miałem. To długa historia - powiedział, po czym wystukał smsa do Asclepiusa i, rzuciwszy ostatnie spojrzenie w dół, ruszył w stronę, gdzie rozlokował się Even.
- Uuu - mruknał ze zdziwieniem, biorac do ręki butelkę i przypatrujac się jej etykietce. Nic mu ona nie mówiła, prawdopodobnie dlatego, że najdroższa whisky, jaka pił, był Ballantine's, ale w niczym mu to nie przeszkadzało. - Nie powinieneś schować tego do jakiejś pierdolonej gablotki? - Odłożył butelkę na beton i zaczał grzebać we własnym plecaku. Po chwili wyciagnał z niego butelkę pospolitej wódki. - Tego też nie stłucz. Kupiłem za piętnaście funtów. - Na jego ustach pojawił się rozbawiony uśmiech.
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Even Landsverk








21

Praktykant w kancelarii prawnej

Downtown Brentwood





Wysłany: 2018-06-05, 16:47   
  

  
Even Isak Landsverk

  
Guns don't kill people, blood loss and organ damage do.


Krótkie, prześmiewcze prychnięcie błyskawicznie opuściło jego usta.
Za wysokie progi na twoje nogi, Chessie.
Słyszał podobne teksty na tyle często, by nie wygladał nawet na szczególnie poirytowanego. I tak aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że żarty na zawsze miały pozostać tylko żartami. Chyba, że jego ojciec nagle postanowi się przekręcić. Wtedy faktycznie zacznie się martwić o zużyta cnotę własnej matki.
Wbrew pozorom, Even wcale nie miał jakoś szczególnie dobrej opinii na własny temat. W kwestii umiejętności? Jasne. Gdyby chciał, mógłby już teraz wygryźć większość redaktorów z gazety i wykonywać ich robotę cztery razy lepiej. Przynajmniej nie robił wszystkiego na odpierdol i z niezwykła uwaga patrzył na szczegóły, zawsze chcac dopiać wszystko na ostatni guzik. Gdy jednak za każdym razem Chester wytykał mu, że jest zwyczajnie sztywny, odbierał to jedynie jako potwierdzenie własnej opinii. Co dodatkowo sprawiało, że momentami zastanawiał się czemu Aldridge nadal się z nim trzymał. Zdecydowanie nie należał do wybitnie rozrywkowych osób, a Chester na brak zainteresowania na pewno nie cierpiał. Nic dziwnego, że fakt iż jego matka nadal go pamiętała, był dla niego w pewien sposób zaskakujacy. I pobudzał ciekawość, co takiego mogła mówić na jego temat.
Chyba że podobna pamięć wiazała się właśnie z takimi rzeczami jak jego poważna maniera czy drogi samochód. Dość przykra myśl. Tyle dobrego, że Even i tak nie brał podobnych rzeczy do siebie. Nawet jeśli kiedyś był istna dusza towarzystwa, od dłuższego czasu był zwyczajnie sam. Nie miał kiedy umawiać się z innymi na imprezowanie do rana czy spontaniczny wyjazd w środku tygodnia do sasiedniego miasta. Nie pozwalał też sobie na jakiekolwiek momenty słabości, gdy zwyczajnie zaczynał za tym wszystkim tęsknić. Zbyt jasno ustawił sobie w życiu priorytety, by teraz zaczać tego żałować.
Prychnał w odpowiedzi, przewracajac oczami.
Kiedy to jedna z twoich lepszych cech. Jak otwierasz usta, cały czar pryska — podażył za nim wzrokiem - tym razem kulturalnie patrzac nieco wyżej - widzac jak zbliża się do krawędzi dachu. Wyprostował się nieznacznie czujac przebiegajace mu po kręgosłupie ciarki. Sam został na swoim miejscu, zadowalajac się patrzeniem na wszystko z daleka. Z b e z p i e c z n e j odległości. Jeszcze raz, czemu właściwie zgodził się tu przyjechać? Całe szczęście, że nie czytał Aldridge'owi w myślach i nie mógł wiedzieć jak debilne pytanie właśnie miał zadać swojemu kumplowi.
Więc po co ja zaczynasz? — wymruczał pod nosem bardziej do siebie niż Chestera. Najpierw zaczynał temat psa, a potem twierdził że to za długa historia. Spróbuj za takim nadażyć. Oparł palce na szczęce, uciskajac ja kilkakrotnie, nim chłopak łaskawie postanowił do niego wrócić. A niby to jego podejrzewał o uciekanie. Nie zadał ani jednego pytania na wzór ‘Z kim piszesz?’ uznajac je za zwyczajnie zbędne, nawet jeśli jego ciekawska strona twierdziła inaczej.
Jak skończę 40 lat i wysiadzie mi watroba przez trzymanie się z największym chlejusem jakiego widziało Brentwood, zacznę chować alkohol do gablotki i zamykać ja na klucz, by przypadkiem nie podpierdolił z niej czegoś jak nie będę patrzył — odpowiedział spokojnie kierujac na niego wzrok, nim wygiał w końcu usta w złośliwym uśmiechu. Oparł się wygodniej o ścianę za plecami, przymykajac nieznacznie powieki, gdy Aldridge wyciagnał butelkę wódki.
Poważnie, dałeś radę tyle odłożyć? Nieźle musicie się bawić w tym kinie. A ja nadal nie zostałem zaproszony na darmowe nachosy.
A może został tylko jak zwykle odmówił podobnego spotkania ze względu na brak czasu. Taka opcja też była niezwykle prawdopodobna. Schylił się ponownie po Karuizawę (gardzi wódka, shame) upijajac kilka łyków, nim zapytał:
To co z tym psem?
Ważny temat. Bez kitu.
_________________

<div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6; text-transform: uppercase; margin-bottom: -15px; margin-left: 5px;">Jeg kan bare Ødelegge alt
<div style="text-transform:uppercase; width: 390px; margin-top: 2px; border-top:7px #dad8d6 solid; padding: 4px;"><img src="https://imgur.com/JG94CLC.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"> <img src="https://imgur.com/0UZygYu.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"><div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6;"> <div style="text-transform: uppercase; width: 390px; border-top: 7px #dad8d6 solid; padding: 4px; margin-left: -3px; margin-top: 2px;">Uansett hvor mye jeg elsker det.

[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-06-05, 23:14   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Roześmiał się, słyszac ten dobitny komentarz. W rzeczywistości tylko go prowokował - dopóki miał Evena, nie zamierzał w żaden podejrzany sposób interesować się jego matka. To znaczy... nie miał go tak na serio, bo oczywiście Even nie był jego i ogólnie skad to dziwne stwierdzenie pojawiło się w jego głowie? No trudno, nieważne. Ważne jest jedynie to, iż ta myśl dażyła do stwierdzenia, że dopóki Chester zadawał się z Evenem i mógł miło z nim spędzać czas, nie planował podbijać do jego matki. Tym bardziej, że raczej nie zaopatrywał się na ludzi bardzo od siebie starszych. Chociaż z drugiej strony zdarzyło mu się parę razy spotkać z tym fajnym, starszym facetem z dzieckiem, którego przypadkowo wział za szefa Astrid. No cóż, jak to się mówi, shit happens, Chester nie ogarniał wszystkich wyborów swojego mózgu po alkoholu.
Oj no, prawda była taka, że Aldridge używał określenia "sztywniak" tylko wtedy, gdy bardzo chciał osiagnać jakiś swój cel - wiedział bowiem, że Even nie dałby nazywać siebie w ten sposób bez słowa sprzeciwu. W rzeczywistości nie sadził jednak, aby Landsverk był kompletnym, nieznośnym nudziarzem. Jasne, to jego uwielbienie pracy było niezrozumiałe i, jak Chester mniemał, odbierało mu znaczna część życia, ale dopóki jeszcze znajdywał chwilę, aby gdzieś z nim wyjść, nie zamierzał bardziej na to narzekać. Nie byli już para, żeby Aldridge mógł czepiać się o takie rzeczy. Zreszta nawet gdyby byli, nadal nie miałby żadnego prawa go pouczać, skoro sam niemalże nie widział świata poza imprezami. W każdym razie, skoro nadal widywał się z Evenem i nie był dla niego specjalnie niemiły, to znaczyło, iż szczerze go lubił. Chociaż, rzecz jasna, nigdy w życiu by się do tego nie przyznał!
Uśmiechnał się uroczo i, w ramach wdzięczności, wystawił mu środkowy palec. Pff, był szanujacym się człowiekiem i nie zamierzał puścić mimo uszu tego, iż ktoś uznał jego tyłek za fajniejszy niż cała tę niesamowicie rozbudowana, skomplikowana osobowość.
- Jesteś chamem, Landsverk - powiedział, dramatycznie chwytajac się za serce. Zaraz potem jego telefon zawibrował raz jeszcze i Chester, patrzac na wyświetlacz, pokiwał głowa z zadowoleniem. - Mój chujowy brat mówi, że jak spadniemy to najwyżej sobie rozbijemy czaszkę i połamiemy kości - zakomunikował radośnie. Czyż to nie pozytywna prognoza na niespodziewane wypadki?
Przewrócił oczami, słyszac kolejna porcję jego marudzenia. Należało wmusić w tego delikwenta dużo alkoholu. I to jak najszybciej.
- Bo chcę, żebyś zapytał i poentuzjazmował się moim niedoszłym psem - odrzekł rozbrajajaco szczerze, gdy już usadowił się dostatecznie dobrze. Może i las byłby wygodniejsza opcja, zważywszy na miękka glebę i to, że nie znajdowaliby się na dobrych parę metrów nad ziemia, ale skoro już tutaj dotarli, Chester nie zamierzał nigdzie się ruszać. Zwłaszcza, że fajnie było tak popatrzeć sobie na ludzi, którzy chodzili waskimi chodnikami i kompletnie nie zdawali sobie sprawy z tego, iż ktoś obserwował ich z góry.
Udał obrażonego, kiedy Even nazwał go chlejusem. Że kto tak dużo pił? On? Wolne żarty.
- Nie wiem o kim mówisz, ale brzmi jak fajny gość. - Bezczelny, no po prostu bezczelny. Tylko w łeb takiemu przywalić, słowo daję. - No weź się, serio mówię. - Może dla Evena, który zbijał kokosy na pracy dla gazety, te piętnaście funtów to tyle, co nic, ale Chester musiał się wyrzec dwóch wyjść na piwo ze znajomymi z kierunku, żeby móc zafundować im ten alkohol. - Kurwa, naczosy też kupiłem - to mówiac, wyjał z plecaka paczkę wspomnianej przekaski i rzucił Evenowi w twarz. A jak! Miałby zapomnieć o jedzeniu?
Opierajac głowę na swoim w połowie pustym bagażu, przybrał pozycję półleżaca i wział oddech, przymierzajac się do opowieści o psie.
- No więc było tak, że pojechałem sobie w tripa z kumplem i znaleźliśmy psa w środku lasu, wiesz, przywiazanego do drzewa. Jakiś pojebany chuj i ostatni skurwysyn go tam zostawił, no i nie mogliśmy go nie wziać, co nie? Więc go wzięliśmy. No i ogólnie on mieszkał raczej u tego kumpla, chociaż ja też go kiedyś zabrałem do siebie, no ale chodzi o to, że potem ten kumpel pojechał do Indii i wział psa ze soba, i było mi smutno, że go nie było. - W tym momencie pociagnał nosem, aby pokazać Evenowi ogrom swojego żalu. - I myślałem, czy by sobie nie kupić rybki. Ale ostatnio ten kumpel wrócił! Z psem! I teraz tak jakby trochę mam psa. Trochę, bo nie pamięta, że te wspaniałe ręce, o te - tu zamachał Landsverkowi przed oczami swoimi łapami - go uratowały od jego chujowego losu - urwał, aby przejać od Evena butelkę i wypić z niej parę łyków whisky. Musiał niechętnie przyznać, że było o wiele lepsze od jego wysłużonego Ballantinesa. - Ale no pies jest. To się liczy, nie? - Spojrzał na chłopaka poważnie, oczekujac odpowiedzi.
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Even Landsverk








21

Praktykant w kancelarii prawnej

Downtown Brentwood





Wysłany: 2018-06-06, 01:52   
  

  
Even Isak Landsverk

  
Guns don't kill people, blood loss and organ damage do.


No spójrzcie tylko jakimi pięknymi gestami go raczył. Czy była na tym świecie druga osoba tak urocza jak Chester? Nic dziwnego, że Even nawet nie próbował powstrzymać krótkiego śmiechu.
Ten przystojny i niezwykle utalentowany stażysta, chamem? Kto ci uwierzy? — zapytał, mimowolnie wędrujac wzrokiem w kierunku jego wibrujacego telefonu. I choć po raz kolejny nie zamierzał go nijak skomentować, gdy tylko Aldridge postanowił wtajemniczyć go w wymianę smsów, poczuł tę dziwna ulgę zupełnie jakby podświadomie czekał na podobna informację od poczatku.
Nie zamierzam nigdzie spadać. Ani podchodzić do krawędzi. Powiedziałbym, że jeśli chcesz się bawić w samobójcę i testowanie teorii to droga wolna, ale chyba jednak trochę bym tęsknił za tym twoim idiotycznym wyrazem twarzy, więc daruj sobie podobne wyskoki — o chuj, czy to już ten etap, w którym Even zaczyna rzucać wyjatkowo nieśmiesznymi sucharami? Robi się niebezpiecznie. Co nie zmieniało faktu, że mówił poważnie.
Poza tym spójrzcie tylko jak się denerwował. Pewnie gdyby nie fakt, że Landsverk mimo wszystko całkiem się jeszcze kontrolował, już dawno miałby przyklejony do twarzy ten kompletnie mu nie pasujacy głupkowaty uśmiech. Zamiast tego, prawie dostał nachosami. Osłonił się jedna ręka, zaraz odkładajac na chwilę butelkę na bok, by otworzyć opakowanie.
Ty to jednak jesteś, Chessie. Uważaj bo się zakocham — wyciagnał jednego nachosa, nim przerzucił przekaski pomiędzy nich. Nie zamierzał w końcu samolubnie zagarniać wszystkiego dla siebie.
Zamiast tego, widzac jak Aldridge się rozkłada, ruszył w jego ślady i usiadł na ziemi wyciagajac jedna nogę przed siebie. Druga podciagnał do góry i oparł łokieć o własne kolano, by podtrzymać twarz ręka. Dzięki temu mógł sobie pozwolić na w miarę wygodna obserwację chłopaka, choć nie minęło zbyt wiele czasu, nim jego ręka ponownie zacisnęła się na butelce. Jak tak dalej pójdzie, wywali ja sam.
Było ci smutno, że nie było psa czy kumpla?
Nie zadał jednak pytania na głos, nie zamierzajac przerywać jego tragicznej historii. Choć nie dało się ukryć, że już w momencie gdy usłyszał o porzuceniu psa w lesie, ściagnał brwi wyraźnie nachmurzony. Co jak co, ale podobnego kurewstwa nigdy nie będzie w stanie zrozumieć.
Zastapić psa rybka... — chyba tylko Aldridge mógł wpaść na podobny pomysł. Aczkolwiek teraz gdy o tym myślał, nie był to taki głupi pomysł. Akwaria były ładne. Gdyby tak kupił sobie jeszcze kilkadziesiat kolorowych rybek, jego dom mógłby nabrać jakiejś duszy. Problem w tym, ze sam Landsverk nie miałby głowy by pamiętać o ich karmieniu. Mógł rzecz jasna zrzucić to na gosposię, ale jaki sens miało wtedy ich kupowanie, gdy od poczatku w tym wszystkim chodziło o opiekę.
Ledwo się powstrzymał przed złapaniem Chestera za nadgarstek, gdy ten zaczał machać mu rękami przed oczami.
No niewdzięczny — powiedział spokojnie, przechylajac głowę na bok. Zielone oczy zatrzymały się na chwilę na twarzy Aldridge'a, niezależnie jednak od tego co właśnie działo się w jego głowie, najwidoczniej nie miał zamiaru dzielić się tym ze światem zewnętrznym.
Pies był, ale nie jego.
Nie możesz po prostu przygarnać jakiegoś psa ze schroniska? — tamte psy miały niejednokrotnie równie tragiczne życie co futrzak porzucony w lesie. Był to jeden z powodów, dla których mimo wszystko Even nie ogladał się za rasowcami. Nie miał nic przeciwko hodowlom - w końcu pies to pies, niezależnie od tego skad pochodzi - gdy jednak widział te zrezygnowane ślepia, w których na widok nowo odwiedzajacych zawsze rozbłyskała nadzieja, musiał przyznać że ta pustka w jego klatce piersiowej mimo wszystko się zaciskała. Rozmowa z Aldridgem tylko dodatkowo przypominała mu o kolejnej rzeczy, której nie mógł mieć.
Pociagnał nosem i zmienił pozycję odchylajac się w tył, opierajac się plecami o ścianę, by tym razem całkowicie zamknać oczy.
Chyba że zależy ci na tym konkretnym psie. Myślę jednak, że jeśli przywiazał się już do twojego kumpla, zabieranie go od niego siła byłoby... — nie dokończył zdania. Jego przekaz był na tyle oczywisty, by zwyczajnie nie musiał tego robić.
Ewentualnie zawsze możesz wyrwać kumpla i zyskać dwa w jednym. Z twoim tyłkiem i obiecujaca kariera nie powinno być to szczególnie trudne — odwrócił wzrok w przeciwnym kierunku, zawieszajac go na schodach, którymi przyszli tu chwilę temu. Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę z tego, że zapomniał się zaśmiać.
_________________

<div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6; text-transform: uppercase; margin-bottom: -15px; margin-left: 5px;">Jeg kan bare Ødelegge alt
<div style="text-transform:uppercase; width: 390px; margin-top: 2px; border-top:7px #dad8d6 solid; padding: 4px;"><img src="https://imgur.com/JG94CLC.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"> <img src="https://imgur.com/0UZygYu.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"><div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6;"> <div style="text-transform: uppercase; width: 390px; border-top: 7px #dad8d6 solid; padding: 4px; margin-left: -3px; margin-top: 2px;">Uansett hvor mye jeg elsker det.

[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-06-06, 11:58   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


O nie, Chester był jedyny w swoim rodzaju. Jako wszechwiedzacy narrator mogę zaręczyć, że nie chodził po świecie drugi człowiek tak uroczy, dobrze wychowany i sympatyczny, jak on. Słowo daję.
- Chamstwo jest wypisane wielkimi literami na tej twojej przystojnej twarzy. - Nie mógł pozostawić tematu, oczywiście, że nie. Nic nie wprawiało go w dobry humor tak bardzo, jak przekomarzanki z Evenem. No, oprócz seksu, narkotyków i alkoholu, ale to było tak oczywiste, że Chester nawet nie wziałby tego pod uwagę przy układaniu jakiegokolwiek rankingu.
- To tylko na wszelki wy... - zaczał, gdy nagle dotarł do niego sens słów Evena. - Awww, tęskniłbyś za mna? - Uśmiechnał się szeroko, przekrzywiajac głowę i kompletnie ignorujac wzmiankę o swoim rzekomym idiotycznym wyrazie twarzy. Może jednak Landsverk nie był takim kompletnym chamem? Teoria godna poważnego przemyślenia. Ale nie na trzeźwo, więc Chester znowu pociagnał kilka łyków whisky, po czym oddał butelkę swojemu dzisiejszemu kompanowi i sięgnał dłonia po nachosy. W przeciwieństwie do Evena, nie pieprzył się z pojedynczymi porcjami - chwycił od razu cała garść i wpakował ja sobie do buzi, usatysfakcjonowany tym, że (chociaż w dostarczeniu alkoholu wypadł o wiele gorzej) przynajmniej z przekaskami mu wyszło. - No wiem. - Wzruszył nieskromnie ramionami. W tamtym momencie żałował, że nie miał dłuższych włosów, którymi mógłby zarzucić jak najprawdziwsza gwiazda. - Za późno, już się zakochałeś - stwierdził z gęba pełna nachosów, puszczajac mimo uwagi dziwne uczucie, które szarpnęło go za żoładek podczas wypowiadania tych słów. Czyżby nachosy były przeterminowane? Niemożliwe, przecież nie trzymał ich Zeus wie ile, no i nie sprzedaliby mu w sklepie czegoś nieświeżego. - Od razu każdego powalam na kolana - przekonanie, z jakim o tym mówił, było rozbrajajace. - Metaforycznie oczywiście. Chociaż... - Chyba mogliby urzadzić konkurs na to, kto rzucał gorszymi sucharami.
Spojrzał na niego pytajaco, kiedy poddał w watpliwość geniusz jego planu odnośnie zakupu rybki. Zwierzę jak zwierzę, skad to zdziwienie? Jedyna różnica polegała na tym, że rybki, zamiast miłej sierści, miały oślizgłe łuski, no i nie aportowały. I o ile to pierwsze nie stanowiło żadnego kłopotu, w końcu nic nie mogłoby powstrzymać Chestera przed głaskaniem swojego pupila i zapewne gdyby tylko poczuł ochotę na zacieśnienie więzi między soba a wspomniana, nieszczęsna rybka, włożyłby łapę do akwarium, o tyle to drugie było znaczacym problemem. Raczej nie byłby szczęśliwy, majac zwierzaka, który nie robił nic poza pływaniem i gapieniem się w przestrzeń.
- No mogę, ale... - Westchnał. Rozważał tę decyzję wielokrotnie i chociaż jego ochota na przygarnięcie psa była ogromna, powstrzymywała go myśl, że zapewne nie byłby najlepszym właścicielem dla żadnego czworonoga. Dzielenie odpowiedzialności, jak to było w przypadku Lotosa Dumbo, pasowało mu o wiele bardziej, zwłaszcza że Ravana był rozsadniejszy i gdy Chester wpadał na jakiś idiotyczny pomysł, od razu potrafił stonować jego ekscytację. To czyniło życie ich psa o niebo spokojniejszym. - Sam nie jestem na tyle ogarnięty, żeby ogarnać jakiegoś psa. No a jeśli raz Lotos Dumbo pomieszkiwałby u mnie, a raz u niego to nie byłoby problemu. - Chyba. - No wiem. Tak tylko pierdolę, znasz mnie. - Nie zamierzał odbierać psa siła. Tym bardziej, że wiedział, iż miał dobrze, bo Ravana obdarzał go wielka miłościa i zawsze dobrze się nim opiekował. W przeciwieństwie do Chestera, który kiedyś, gdy zabrał psa do siebie na parę dni, zapomniał wyjść z nim na poranny spacer i, kiedy już już około południa podniósł się z łóżka, musiał zajać się sprzataniem. - Ty, nie wpadłem na to. - Pokiwał z uznaniem głowa, gdy Even zarzucił niebanalnym pomysłem na zatrzymanie psa. - To nie jest takie głupie. Dzięki. - Ciekawe czy miał jakakolwiek szansę, żeby wyrwać Ravanę? W sumie nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale teraz, gdy już Landsverk wywlókł ten temat, Chester musiał stwierdzić, że Marlowe w jakimś stopniu go fascynował i, gdyby miał okazję, zapewne chętnie by go wyrwał. Był fajny, lubił planszówki, psy no i słonie, w dodatku nazwał jednego z nich na jego cześć, czy to nie było super? Poza tym dogryzał mu na każdym kroku, a Aldridge czuł szczególne upodobanie do ludzi, którzy uparcie się z nim przekomarzali. - Dobra, teraz ty gadasz. Zarzuć jakaś zajebista historyjka. Musi być coś ciekawego. Znalazłeś już ksero czyjegoś tyłka, wiesz, jak w filmach? Albo... o, może ktoś uciał sobie rękę gilotyna do papieru? - Chester też chciał dać mu jakaś złota radę!
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Even Landsverk








21

Praktykant w kancelarii prawnej

Downtown Brentwood





Wysłany: 2018-06-06, 13:22   
  

  
Even Isak Landsverk

  
Guns don't kill people, blood loss and organ damage do.


Zielone tęczówki zniknęły na chwilę pod powiekami, nim Even chwilę później spojrzał mu w oczy, z pełna powaga stwierdzajac:
Cieszę się, że doceniasz chociaż mój wyglad. Nie żebym nie wiedział, że na mnie lecisz.
Pstryknał palcami zupełnie jakby chciał podkreślić tym prostym gestem swoje słowa, zaraz przesuwajac palcami po boku swojej twarzy z zawadiackim uśmiechem. Który szybko jednak zniknał, gdy Aldridge wyłapał z jego słów kilka konkretnych, momentalnie przywiazujac do nich uwagę. Odebrał butelkę i upił kilka łyków, kręcac na boki głowa.
Nie, masz rację. Zmieniłem zdanie, idź i skacz, a ja cię podopinguję — zaraz ponownie zapijajac własne stwierdzenie, zupełnie jakby nie był w stanie prowadzić tej rozmowy na trzeźwo. Co za dobrana para. Chester nie mógł znieść Landsverka, gdy ten nie był pod wpływem, a Even...
Właściwie może Even też nie mógł znieść samego siebie póki się nie najebał?
"Za późno, już się zakochałeś."
Podwójne, nieregularnie przyspieszone uderzenie serca (on miał w ogóle serce?) zawtórowało kolejnym wypowiadanym przez niego beznamiętnym słowom.
Chciałbyś Chessie.
Niemniej słyszac absolutne przekonanie o własnej racji w jego głosie na temat powalania na kolana, parsknał cicho rozbawiony, przysuwajac na nowo butelkę z whiskey do ust. Gdyby jego ojciec zobaczył jak Even pochłania Karuizawę niczym wodę, nawet nieszczególnie skupiajac się już na jej smaku, przeżegnałby się i go wydziedziczył. Nigdy więcej nie oddajac mu już niczego o podobnej wartości. Odstawił butelkę na ziemię.
Lotos Dumbo? Kurwa, kto nazywa psa Lotos Dumbo.
Landsverk zaczynał szczerze watpić zarówno w Chestera, jak i jego kumpla. No bo poważnie. Pierwsze ciche parsknięcie prawie udało mu się stłumić. Drugiego już nie.
Adonis i jego pies Lotos Dumbo. Kurwa trzymajcie mnie — i w tym momencie Even stracił nad soba panowanie i zaczał rżeć jak idiota na cały regulator. Naprawdę próbował się powstrzymać, ale po prostu nie był w stanie. Rozbawiło go to do tego stopnia, że zgiał się wpół i nawet kompletnie zignorował wzmiankę o tym, że Chester wział sobie jego radę do serca i postanowił wyrywać swojego kumpla.
Nie żeby i tak miał cokolwiek do powiedzenia na ten temat. W końcu Aldridge mógł wyrywać i sypiać z kimkolwiek tylko chciał.
Zagarnał butelkę i pociagnał jeszcze jednego łyka, obrócił się bardziej tyłem do Chestera, przesunał nachosy w bok i jebnał się na płasko opierajac głowa o jego udo.
Cofam swoje poprzednie słowa. Zakochałem się na zabój w twoim imieniu, Adonisie. I Lotosa Dumbo też — poklepał go ręka po kolanie, zaraz opierajac na nim dłoń, postukujac palcami w jego łydkę. Choć czuł, że jak dalej będzie go tak wkurwiał to wyjebie mu drugim kolanem w łeb.
Życie to nie film, Chessie — upomniał go nieco poważniejszym tonem, w końcu odzyskujac nad soba kontrolę. W mniejszym lub większym stopniu.
Ale mieliśmy kiedyś nazistowska modelkę, jeśli cię to w jakiś sposób interesuje. Cała sesja wrzucona w gazetę, gotowa do druku, wchodzę w maila by wszystko zatwierdzić... a tu Jess rzuca mi na biurko poranna gazetę. Nasza inteligentna modelka spiła się praktycznie do nieprzytomności i zaczęła wykrzykiwać hitlerowskie slogany na środku baru. Mieliśmy niecałe 36 godzin na wymienienie wszystkich zdjęć z jej udziałem, by nie narazić się na nieprzychylne komentarze o popieraniu nazistów. Innym razem czekałem trzy godziny na spotkanie z kolesiem, który miał udzielić nam wywiadu, ale miał dużo ważniejsze sprawy na głowie. Jak się potem dowiedziałem, był zbyt zajęty jeżdżeniem na jebanym słoniu. Chociaż najgorsze sa chyba te laski, które po tym jak zawala rozmowę kwalifikacyjna, próbuja wziać cię na stronę i przekonać w inny sposób, byś szepnał o nich szefowej jakieś miłe słowo. Chociaż ty pewnie byłbyś zachwycony.
Odchylił nieznacznie głowę do tyłu, by posłać mu krótkie, oceniajace spojrzenie.
_________________

<div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6; text-transform: uppercase; margin-bottom: -15px; margin-left: 5px;">Jeg kan bare Ødelegge alt
<div style="text-transform:uppercase; width: 390px; margin-top: 2px; border-top:7px #dad8d6 solid; padding: 4px;"><img src="https://imgur.com/JG94CLC.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"> <img src="https://imgur.com/0UZygYu.gif" style="opacity: 0.8; height:100px; width:190px;"><div style="font-family: 'Raleway'; font-size: 17px; color: #dad8d6;"> <div style="text-transform: uppercase; width: 390px; border-top: 7px #dad8d6 solid; padding: 4px; margin-left: -3px; margin-top: 2px;">Uansett hvor mye jeg elsker det.

[Profil]
 
 
Chester Aldridge








25

bileter w cineworld, alfons w kurniku miłości

leci na wszystkich

South - West Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam









Wysłany: 2018-06-06, 14:00   
  

  
Adonis Chester Aldridge

  
i've had one too many cigarettes burning up my lungs


Prychnał i przewrócił oczami. To, że na niego leciał nie wykluczało faktu, iż Landsverk był strasznym chamem, jednak Chester zrezygnował z obrony swojego stanowiska. Gdyby spróbował ciagnać tę rozmowę, musiałby przyznać na głos, że miał słabość do Evena, a to było kompletnie niepotrzebne.
- Nie zostawię cię samego z całym tym alkoholem. - Bo oczywiście popijawa była jedynym powodem, dla którego Chester jeszcze przez jakiś czas chciał pozostać żywy i niepołamany. - Zreszta, co ty byś beze mnie zrobił? - No właśnie, Even niechybnie zanudziłby się na śmierć, gdyby przestał się z nim zadawać.
Słyszac to słabe zaprzeczenie, uniósł brwi i obdarował go bezczelnym spojrzeniem, ale nie powiedział niczego więcej. I tak wiedział, że Even nie potrafił mu się oprzeć. Przecież wszyscy go kochali!
Niespodziewany wybuch śmiechu sprawił, że Chester aż podskoczył, bo cholera, jeszcze nikt, komu zdradził imię uratowanego psa, nie zareagował na nie w taki sposób. Joey trochę się śmiał, ale w gruncie rzeczy wygladał na zachwyconego, Max trochę robiła sobie z niego żarty, Astrid uważała to za słodkie, a matka była wniebowzięta, traktujac czworonoga niemalże jak swojego drugiego wnuka (to pewnie przez to, że tak bardzo lubiła Ravanę). Nikt jednak nie wybuchnał śmiechem, więc Chester, po otrzaśnięciu się z pierwszego szoku, zmarszczył brwi i założył ręce na klatce piersiowej, patrzac na Evena oskarżycielsko.
- Kurwa, nie śmiej się - powiedział i niedelikatnie trzepnał go w ramię. Już pominał podśmiechujki z jego imienia, to było nieważne i nieoryginalne. Nikt nie mógł nabijać się z jego psa. - I dawaj butelkę - zarzadził, szczerze obrażony. Ponieważ jednak nie chciał czekać, a Even nie przestawał śmiać się jeszcze przez kilka dobrych sekund, ostatecznie wyrwał mu alkohol i znowu pociagnał kilka solidnych łyków. Nie mógł pozostać trzeźwym przy tym debilu, to szkodziło jemu zdrowiu psychicznemu.
Prychnał, gdy chłopak rozlokował się tym durnym łbem na jego nogach i jeszcze dowalił mu jakimś komentarzem odnośnie imienia. Żałował, że nie miał zbytniego pola do popisu, aby odgryźć się mu na tej płaszczyźnie.
- Co, księżniczko, opalać się będziesz? - Foch minał tak szybko, jak przyszedł, prawdopodobnie dlatego, iż trzeba było naprawdę bardzo się wysilić, aby realnie urazić Chestera. Na przykład wziać stronę jakiegoś tam nieważnego chłopaka, który rzucał się na niego z łapami podczas przyjacielskiej wyprawy na nawiedzony statek. Shame on you, Joey.
Życie to nie film? Westchnał jak niezadowolone dziecko.
- No nie pierdol. - Gdyby to był film, już dawno byłby sławny, bogaty i szczęśliwy, mieszkajac w ogromnej willi wraz ze swoimi pięćdziesięcioma kochankami.
Słuchał jego opowieści, co jakiś czas podejmujac próby, aby postawić na jego czole butelkę z whisky, bo oczywiście nie mogło być tak, aby przez te pół minuty siedział spokojnie. Kiedy na zewnatrz robiło się ciepło, jego nadpobudliwość jeszcze częściej i mocniej dawała mu się we znaki.
- No to czemu do mnie nie zadzwoniłeś? Trzydzieści sześć godzin to dużo, zapozowałbym - powiedział skromnie, odnoszac się do historii z nazistowska modelka. Uśmiechnał się pod nosem, gdy ustawił butelkę na tyle prosto, że utrzymała się na czole Evena przez dwie sekundy. - Kurwa, słonie sa zajebiste - powiedział, a ponieważ był całkiem poważny, aż odłożył swoja nowa zabawkę na bok, żeby móc obdarować Landsverka doniosłym spojrzeniem. - Dziwisz się, że wolał popierdalać na słoniu zamiast odpowiadać na pytania? - Przecież to było całkiem logiczne. Gdyby Chester miał do wyboru spędzić noc z dziesięcioma seksownymi dziewczynami albo odbyć pięciominutowa przejażdżkę na słoniu, bez wahania wybrałby to drugie.
Zaśmiał się cicho na myśl o jakiejś przypadkowej, wystrojonej na rozmowę kwalifikacyjna dziewczynie, próbujacej zaciagnać Evena do jakiegoś schowka na miotły.
- No bo ja wiem, że takimi okazjami się nie gardzi. - Chyba że się wybrzydzało i gustowało tylko w jednej płci. Na szczęście Chester nie miał aż tak wygórowanych oczekiwań wobec swoich potencjalnych partnerów seksualnych. - Ale żadnych ksero tyłków? Serio? Kiedyś tam przyjdę i skseruję sobie własny - powiedział całkiem poważnie. Cóż, być może alkohol zaczał już trochę uderzać mu do głowy. Uwaga, jeszcze chwila i puści Britney.
_________________
and i'm sorry i say 'fuck' too much
© okinnel
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,15 sekundy. Zapytań do SQL: 7