Poprzedni temat «» Następny temat
Nisa Local
Autor Wiadomość
Brentwood


Wysłany: 2017-06-24, 23:33   Nisa Local
  

  
Brentwood

  
your favourite place on earth


[Profil]
 
 
Ambroise Huismans
[Usunięty]

Wysłany: 2017-06-27, 22:26   

Wrócił do domu. Do matki. Ale nie był w stanie zbyt długo z nia przebywać, usiaść nad obiadem - bo każdy lubił - i słuchać pytań: "Czy nadal ci smakuje?", "Czy jeszcze kiedyś wrócisz?" Nie mógł tam siedzieć. Tak bez wspomnień. Więc wyszedł - podziękował, założył płaszcz i zszedł po schodach, wychodza na ulicę. Dokad szedł? Przed siebie. Wyznaczał nowe oddechy nad starymi chodnikami, zostawiajac smugi pary, po których nigdy nie wróci. Odświeżał znane ścieżki, butami spychajac małe kamyki na bok uliczki.
Nie potrafił przyzwyczaić się, że wiosna w Anglii to wciaż była zima. Mógłby klać siarczyście, ale jeszcze tego nie robił. Niby słońce leniwie wychodziło zza chmur, czasem nawet pojawiało się na dłużej, lecz chłodny wiatr nie ustępował, nieprzyjemnie uderzajac powietrzem w twarz. Ambroise starał się za długo nie zastanawiać nad nieprzyjemna rzeczywistościa, myślami wciaż był gdzieś daleko – pewnie w Neapolu, gdzie z nieba ciagle lał się żar. Czy byłby w stanie znów pozwolić sobie na taka wycieczkę? Ostatnio wyjechał bez słowa, bo nawet nie miał z kim się pożegnań. Znaczy, może i miał, ale wykreślił ich ze swego życia z powodu własnego widzimisię. Teraz znów mieszkał niedaleko morza, przez park przechodził codziennie, choćby po to, by sprawić, czy wszystko wciaż rośnie w tym samym miejscu. Na specyficzny sposób podobał mu się ten ogrom tłoku, brudu i chaosu, gdzie nic nie było udawane.
Nie liczył ile czasu szedł, choć po przekroczeniu piatej przecznicy odruchowo spojrzał na swój lewy nadgarstek, na którym niegdyś nosił zegarek. Ostatecznie zatrzymał się dopiero pod niewielkim sklepem spożywczym. Nie wszedł jednak do środka, a przystanał obok drzwi zapalajac kolejnego papierosa. Nie rozumiał jak niektórzy ludzie mogli nie palić - dobrowolnie pozbawiali się przez to najlepszej czastki życia lub chociażby wielkiej przyjemności. Po śmierci Mattea, doszło do tego, że Ambroise budzac się, cieszył się, że w ciagu dnia będzie mógł zapalić, a przy jedzeniu znów się na tę myśl cieszył, mógłby nawet stwierdzić, oczywiście z pewna przesada, że jadł tylko po to, aby później zapalić.
Zaciagnał się papierosem ostatni raz, rzucajac niedopałka na ziemię i przydeptujac butem. Na swoje nieszczęście odwrócił się jednak w stronę drzwi w tym samym momencie, w którym podeszła do nich młoda kobieta. I tak się niefortunnie złożyło, że dmuchnał jej tym dymem prosto w twarz.
 
 
Nina Reyes








27

trust me, i'm a biotechnologist

North Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Winter, Ivy, Philippa, Dale, Dayami, Tinsley

nieobecność: odkopię się kiedyś z tych postów, zobaczycie

Wysłany: 2017-06-28, 03:09   
  

  
Nina Reyes

  
my hair smells like chocolate


/ Po Ashley.

Też nie potrafiła przywyknać do tej typowej, angielskiej pogody. Przecież, do cholery, był czerwiec, a tu chmurzyło się i padało prawie cały czas. Różnica była taka, że "ciepłe kraje" nie były dla niej przelotna wycieczkę, nawet kilkuletnia, ale tam się urodziła i wychowała i w sercu miała Hiszpanię. Przywykła do słońca i zdecydowanie wyższych temperatur, szortów i przewiewnych spódnic, zwłaszcza o tej porze roku. Teraz prawie nie ściagała z siebie swetrów, a wieczory spędzała pod kocykiem. Ten wieczór miał być o tyle inny, że zamiast kocyka wskoczy w ciepła piżamę i razem z dwiema czy trzema koleżankami, które zdażyła poznać na uniwersytecie, urzadza sobie piżamowe party. Prawie jak wtedy, gdy chodziła do szkoły i na wspólnym nocowaniu grało się w twistera, a potem zgraja nastolatek zasiadała wygodnie na kanapie z góra ciastek i czipsów, by zachwycać się tym, jaka to miłość w filmach jest piękna. Różnica była taka, że teraz w komplecie do ciastek i czipsów będa miały wino zamiast oranżady, a młody Leo czy tańczacy Patrick Swayze nie będa już tak interesujacy, jak dekolt Kate Winslet albo tyłeczek Jennifer Grey. No, przynajmniej dla niej, bo może znajdzie się taka, która uzna za wspaniała zabawę zgadywanie, ile centymetrów panowie mogli chować w bokserkach.
Najpierw jednak trzeba było zaopatrzyć się w punkt wieczoru (wino), do czego została oddelegowana Nina. W drodze na przystanek wpadła do sklepu, który może nie wygladał na najtańszy, ale przynajmniej był jej po drodze. Na stojacego przy wejściu chłopaka nie zwróciła najmniejszej uwagi, skupiona na swoim zadaniu, przynajmniej do czasu, aż zamiast tlenu i kilku innych składowych powietrza w płucach poczuła miliony wolnych rodników, które czyniły z niej biernego palacza. Czynnym nie była i nigdy być nie zamierzała, abstrahujac nawet od tego, że wiedziała, jak źle to działa na organizm, to zwyczajnie nigdy jej nie ciagnęło. Czerpała radość z wielu innych rzeczy, ale z trucia siebie i wszystkich dookoła? Takie rzeczy nie dla niej. Tym bardziej zaraz przybrała wroga minę, co przy jej marnym metrze sześćdziesiat i z reguły przyjemnej buźce mogło prezentować się nawet zabawnie, po czym stanęła wyprostowana przed chłopakiem... kchem, młodym mężczyzna, i spojrzała prosto w jego oczy.
- Mógłbyś dmuchać gdzie indziej, wiesz? Nie wypada tak na ludzi! - a zamiast powiedzieć, pech chciał, że musiała sobie trochę zakaszleć. Tylko troszeczkę, ale dla niepalacego dawka dymu to przykra sprawa. Już dawno się nauczyła, że poruszanie kwestii zdrowotnych nijak nie obchodzi palaczy, którzy zazwyczaj całkiem niezła maja o nich świadomość, piła zatem do jego moralności. To zwyczajnie chamskie, a on nie wygladał na chama (chociaż Dolan zawsze chodzi z bitch face'm), może to kolejna nauczka, aby nie oceniać ludzi po wygladzie.
_________________


I read between the lines and touched your leg again
[Profil] [WWW]
   
 
Ambroise Huismans
[Usunięty]

Wysłany: 2017-06-28, 08:14   

To nic, że własna siostra mówiła mu, że śmierdzi jak popielniczka i nie chciała całować go w czoło. Matka narzekała, ludzie narzekali, ale co oni wiedzieli? Nawet nie chodziło o to, że jako palacz, Ambroise miał przytępiony smak i węch, po prostu bez papierosa to nie było to. Z reszta, nie wierzył w zagrożenie rakiem, chorobami serca i płuc. Może dotykały one innych palaczy, ale przecież nie jego (prawda?) Utrzymywał w końcu, że nie jest uzależniony - przecież mógł rzucić kiedy chciał. Tylko nie teraz, bo akurat trudny okres, bo stres, bo brzydka pogoda, bo ból głowy, bo ida wakacje, bo rzuci zima. Dopiero gdy przykładał już wieczorem głowę do poduszki w głowie kołatała mu jedna myśl: Ty obrzydliwy palaczu, takie fajne to jest? Inaczej mógłby przecież z papierosa zrezygnować, a tymczasem on, nawet w środku mroźnej zimy wychodził na balkon i podczas grypy i po wyladowaniu na lotnisku. I to wszystko po co? Dla ciekawości, egoizmu, samolubstwa. Jak zwykle robił wszystko pod siebie, dla siebie i z myśla o sobie.
Gdy kobieta wyprostowała się, zbliżajac się w jego stronę, florysta w pierwszej chwili prawie się odsunał, ale udało mu się w końcu tylko zmrużyć oczy. Chociaż nikt nigdy nie dopuścił się podobnych okrucieństw, chronił oczy odruchowo, na wypadek gdyby komuś zachciało się jeszcze mu w tę wykrzywiona twarz napluć. Z nudów, a nuda często męczyła towarzystwo, w którym przebywał, robiło się w końcu różne rzeczy. Sam po sobie bardzo dobrze już się o tym przekonał.
Brunetka była od niego tylko trochę niższa, bo choć sama liczyła sobie niewiele to jego 169 centymetrów również nie zachwycało.
- Najmocniej cię przepraszam! - wyrzucił w końcu, jeszcze raz lustrujac nieznajoma od stóp po sam czubek głowy. - Nie zauważyłem. - "cię" w domyślę. Stopa przydeptał mocniej rzuconego na ziemię niedopałka, a lewa ręka odgarnał powoli włosy (może faktycznie powinien jednak odwiedzić tę fryzjerkę?)
 
 
Nina Reyes








27

trust me, i'm a biotechnologist

North Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Winter, Ivy, Philippa, Dale, Dayami, Tinsley

nieobecność: odkopię się kiedyś z tych postów, zobaczycie

Wysłany: 2017-06-29, 19:21   
  

  
Nina Reyes

  
my hair smells like chocolate


Nina nie tylko unikała nudy, ale nuda sama z siebie się jej nie imała. Zawsze miała coś do roboty, czasem aż za dużo i brakowało jej godzin w dobie, nawet, jeśli próbowała ograniczyć sen do minimum. Podobno madrzy ludzie tak maja. Podobno największe umysły tego świata i wszyscy ci, którzy wiele osiagnęli nie spali więcej, niż po pięć godzin. Też czasem próbowała, ale potem potrzebowała przynajmniej jednej nocy, w trakcie której spokojnie mogła odespać to, co powinna. Mogła funkcjonować kilka dni śpiac nawet po trzy godziny, ale na dłuższa metę przychodziło z tego więcej szkody, niż pożytku. Od tak prostych rzeczy, jak chowanie chleba do lodówki a mleka do chlebaka, przez złe postawienie przecinka przy obliczeniach po drżenie ręki i błędy w pipetowaniu, które mogły zaważyć na powtarzalności całego eksperymentu. Czasem po prostu trzeba było się wyspać, nawet, jeśli przez to musiała potem jeszcze bardziej zwiększyć tempo i nie usiaść na tyłku przez kolejnych dwadzieścia godzin. Tym bardziej nie przyszłoby jej do głowy, aby pluć komuś w twarz. Bo się nie nudziła. Chociaż w gruncie rzeczy było to najmniej ważne, bo tak naprawdę nie wpadłaby na to, wychodzac z założenia, że zwalczanie chamstwa chamstwem nie ma najmniejszego sensu. Co by to zmieniło? Nie poczułaby się z tym lepiej, a zamiast zapomnieć zaraz po wejściu do autobusu, myślałaby o tym, jak bardzo zażenowana jest swoim własnym zachowaniem. Do pewnych sytuacji trzeba podejść z zimna krwia. I kiedy nie pozostało już nic innego, należy zachować chociaż własna godność.
Całkiem zapomniałam, że Dolan taki jest niziutki. Okazuje się, że w odpowiednich butach Nina faktycznie mogłaby patrzeć na niego z góry. Dzisiaj jednak nie było jej to dane, na co dzień preferowała płaskie podeszwy, miało to niezaprzeczalne zalety w pracy na uniwersyteckim labie. Zreszta, chyba nawet BHP zabrania butów na obcasach (przynajmniej polskie, angielskie BHP to dla mnie czarna magia). Mimo to, zadarła głowę do góry, może nawet bardziej z przyzwyczajenia, ale nadmiar powietrza zaraz z niej uszedł, kiedy zamiast jakiejkolwiek wrednej pyskówki usłyszała proste przepraszam.
- To może zacznij lepiej się rozgladać - wyrzuciła z siebie w końcu, ostatkiem sił o godność walczac, chyba zreszta z sama soba, a potem prychnęła tylko coś pod nosem i kręcac z dezaprobata głowa weszła do sklepu. Teraz tym bardziej wino będzie jej potrzebne. Może weźmie butelkę więcej na zapas, koleżanki na pewno się nie obraża.
_________________


I read between the lines and touched your leg again
[Profil] [WWW]
   
 
Ambroise Huismans
[Usunięty]

Wysłany: 2017-06-29, 22:03   

Ambroise osobiście nie sadził, że nuda była czymś złym, a już na pewno nie uważał, że jej brak jest dowodem czyjejś inteligencji. Nuda była przecież oknem na nieskończoność czasu. Z niej chyba rodził się strach przed samotnymi, nużacymi wieczorami, fascynacja, z jaka niekiedy obserwuje się pyłek kurzu wirujacy w promieniu słońca, gdy gdzieś tam cyka zegar, dzień jest upalny, a siła woli równa się zeru. Wiadomo, lepiej unikać klatwy produktywności, a już broń boże zarażać nia innych, ale dobrze jest czuć potrzebę robienia rzeczy. Dobrze jest mieć swoja rutynę; bo rutyna nie zabija, jeśli się do niej świadomie wraca.
Teraz jednak z całego serca zaczynał nienawidzić tego dnia. Wraz z nieznajoma musieli wygladać nieco dziwnie – obydwoje stali przy drzwiach, ledwo na siebie patrzac i przeciagajac ciszę o kolejne sekundy, z których każda zdawała się być bardziej niezręczna od poprzedniej. Tyle jednak wystarczyło, by wszelkie oznaki skruchy i faktycznego poczucia winy zdażyły się z ciała Anglika ulotnić szybciej niż kamfora. Ambroise zmarszczył nieznacznie czoło, spogladajac na towarzyszkę z niedowierzaniem. W takich momentach pojawiały się w nim nieznane wcześniej pokłady pewności siebie. I wtedy kobieta odezwała się ponownie, na co Huismans zazgrzytał tylko zębami.
- A ty... - no i nie zdażył odpowiedzieć, bo nieznajoma zniknęła mu z pola widzenia.To chyba jakiś żart. "Stoję tu i żadam twojej uwagi w całości." zdawał się mówić wyraz jego twarzy.
Ambroise stał jeszcze przez chwilę i chciał nawet odejść, ale potem przypomniał sobie, że nie przyszedł przecież do sklepu bez powodu i na pewno nie zamierzał odkładać wizyty na później tylko dlatego, że ona tam weszła.
Również pchnał prawa dłonia szklane drzwi i wszedł do środka niewielkiego marketu. Tracac część wcześniejszego zirytowania, przeszedł przez alejkę z jedzeniem, wkładajac do koszyka tabliczkę czekolady, mleko i dwa opakowania miętowej gumy do żucia. Następnie skręcił w stronę działu z winem i - o proszę - kogo zobaczył. Wcześniej spotkana dziewczyna stała przy półce z czerwonymi winami, przygladajac się im po kolei i - jak sobie wywnioskował - majac pewien problem z podjęciem decyzji. Ambroise odetchnał cicho, ale przeszedł powoli ta sama alejka, przystajac dopiero krok za kobieta, nieco po lewej, by mieć dobry wglad na to, co też ona przeglada.
- Ja bym wział refrosco. - kiedy mieszkał jeszcze we Włoszech, Matteo zazwyczaj kupował u producenta, albo w winnicy czerwone wino i zwykle było to albo refosco, albo cabernet franc, albo merlot. Refosco wtedy smakowało mu jednak najbardziej. - Jest trochę surowe, ale ogólnie przyjemne, takie owocowe. No i pasuje do wszystkiego. - podrapał się po karku. - Albo dolce rosso jeśli szukasz czegoś słodkiego... świetnie pasuje do czekolady. - uśmiechnał się pod nosem i zrobił kilka kroków przed siebie, leniwie przygladajac się alkoholom z półki obok.
 
 
Nina Reyes








27

trust me, i'm a biotechnologist

North Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Winter, Ivy, Philippa, Dale, Dayami, Tinsley

nieobecność: odkopię się kiedyś z tych postów, zobaczycie

Wysłany: 2017-07-03, 23:22   
  

  
Nina Reyes

  
my hair smells like chocolate


Samotne wieczory nie musza być nużace, dla Niny zazwyczaj nie były. Jej akurat nuda kojarzyła się z czymś nieprzyjemnym, ale jeśli mogła po prostu usiaść w ogrodzie i wsłuchać się w szum trawy, wyciagnięta ręka głaszczac jaydenowego psa, to ten spokój nie był dla niej nudny. Nie musiała non stop biegać i czegoś robić, chociaż najczęściej właśnie tak wygladało jej życie, ale znajdywała momenty do wyciszenia się. Ważna była równowaga między jednym a drugim. Nie czuła się lepsza od innych (tylko czasem od brata), bo osiagnęła jakiś tytuł naukowy, ale chciała to robić, chciała zbawiać świat, jak głupio by to nie brzmiało. Może taka właśnie była - naiwna i infantylna, żyjaca marzeniami, które prawdopodobnie nie będa miały szansy na urealnienie.
Pewnie przez chwilę nurtowało ja, co ona takiego, ale i tak było już za późno, drzwi zamknęły się za nia, a sama nawet nie odwróciła głowy, aby zerknać jeszcze na chłopaka. Ostatecznie, może i była to nieprzyjemna sytuacja, ale krzywdy jej nie zrobił, matki jej nie zabił, nie ma co roztrzasać w nieskończoność. Chwyciła koszyk i spróbowała skupić myśli na zakupach. Jej lista nie była zbyt skomplikowana, skoro miała bawić się i pić, więc nie zajęło jej wiele czasu, aż dotarła do działu z alkoholem. Tyle że znawczynia wina nie była w ogóle, zwłaszcza tutaj, w Anglii. Co teraz? Pierwsze z brzegu? To z największa ilościa procentów? A może tamto, bo ma taka ładna butelkę? Zamyśliła się za bardzo, bo kiedy usłyszała tuż za soba głos chłopca sprzed sklepu, niemal podskoczyła. Nie wystraszyła się, bardziej ja zaskoczył, ale mimo wszystko - nie chciała podskakiwać, przecież wcale nie była tchórzliwa i potrafiła o siebie zadbać. Na pewno bardziej, niż zdecydować się na konkretne wino.
- Znawca win, huh? - spojrzała na niego podejrzliwie, ale nie zamierzała zgrywać wielce obrażonej, niedostępnej czy buntowniczej. Skoro już ktoś był łaskaw jej doradzić, to nie zamierzała tej pomocy odrzucać. Jeśli chciał ja wrobić, to będzie cierpieć później, kiedy wszystkie koleżanki będa pluć tym winem i skończy się na wylaniu go do zlewu... Haha dobre sobie, nieważny smak, ważne, że trzepie. Nina nie zwlekała dłużej i zdjęła z półki butelki obu marek, które wymienił, po czym włożyła je do swojego koszyka. - Może jeszcze jakieś jest godne polecenia? - spytała zaczepnie, ale jej twarz była łagodna, a wzrok, który w niego wbiła, wyrażał nawet zainteresowanie. Ja sama zajęcia o winie ominęły, bo zamiast tego, kiedy jej koledzy z roku ze szczęściem w oczach warzyli piwo, ona izolowała białeczka z watroby szczura, yummy. O ile faktycznie bardziej ja to interesowało i chciała zbawić świat, to w takich momentach zaczynała żałować. Bo to jeden z tych momentów, kiedy to, czego uczysz się na studiach zaczyna przydawać ci się w życiu. Przed regałem z winem, właśnie.
_________________


I read between the lines and touched your leg again
[Profil] [WWW]
   
 
Ambroise Huismans
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-04, 13:04   

Prawdę mówiac, żadne istnienie nie było i nie będzie na tyle ważne, aby pozostawić po sobie coś więcej niż prochy. Myślenie, że można było dokonać czegoś na skalę światowa było jego zdaniem niezwykle naiwne. I ilekroć Ambroise słyszał o planach wielkich szarych mas, o próbach zmiany społeczeństwa – śmiał się, śmiał się też Bóg, jego łzy pluły na każda idealna twarz – o ile był. Może nie chodziło tu nawet o to, że nawyków ludzkości nie dało się zmienić, bo może na to - mimo, że miał ledwie dwadzieścia pięć lat - był już zbyt zgorzkniały. Widział rzeczywistość przez krzywe zwierciadła – miała postać zwykłej, poskręcanej karykatury idealnego świata. Jednak tliła się w nim zgubna nadzieja, że był w stanie zmienić coś w niewielkich kręgach. Naprostować komuś ścieżkę, przestrzec przed wybraniem większego zła; w czynieniu błędów miał doświadczenie. Mógł, przy odrobinie chęci, wykorzystać swój zmarnowany czas na szansę dla kogoś. Jak heroiczna dusza, prawdziwy altruista.
- Można tak powiedzieć. - odparł, jeszcze przez chwilę przygladajac się czemuś z niższej półki, unoszac wzrok dopiero, gdy towarzyszka zadała pytanie. Huismans uśmiechnał się pod nosem, choć ten uśmiech sprawnie zakrył, bo przecież nie lubił okazywać po sobie, tej niewatpliwej dumy, która co i raz atakowała go - ot tak. Ale kobieta miała rację - znał się na winie. Rytuał jego picia stał się częścia jego osoby, ale skoro był też częścia budowania zbiorowości, czy mógł być czymś złym? Wino było napojem dla tych, którzy uważali picie go za przyjemność, a nie za zabijanie czasu. Wino, część lepszego jutra, elitarności, do której każdy z nas powinien dażyć, bo wszyscy – chyba – chcieli być madrzejsi, bardziej profesjonalni, z szerszymi niż osły horyzontami, jednym słowem, lepsi i wszyscy chcieli ze światem rozmawiać, zaś wino to, przecież, ułatwiało.
-Saperavi jest przyzwoite. - przyzwoite. O święta poprawności, jakżeby wino mogło być nieprzyzwoitym? - No i gruzińskie. - zerknał na kosz, do którego nieznajoma włożyła produkty. - Babski wieczór? - parsknał cicho, znów robiac kilka kroków wzdłuż alejki.
 
 
Nina Reyes








27

trust me, i'm a biotechnologist

North Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Winter, Ivy, Philippa, Dale, Dayami, Tinsley

nieobecność: odkopię się kiedyś z tych postów, zobaczycie

Wysłany: 2017-07-15, 21:55   
  

  
Nina Reyes

  
my hair smells like chocolate


Opinia Reyes była całkiem różna. Znała przecież sporo nazwisk, które odegrały spora rolę w istnieniu świata, były pamiętane do dziś i coś po sobie zostawiły - choćby to było jedynie wspomnienie. Zawsze to coś więcej, niż prochy. Sama po sobie też chciała coś zostawić i wierzyła, że jeśli bardzo się postara, to jej się to uda. Ale chciała zrobić coś na większa skalę. Nie była altruistka i nie widziała problemów ludzi wokół siebie. Nie pomagała bezdomnym, nie udzielała się w ramach wolontariatu, nie przynosiła paczek do schroniska. Nie satysfakcjonowało jej lokalne udzielanie się.
Kiwnęła głowa, uznajac odpowiedź za wyczerpujaca. Mieszkała tu pół roku i wciaż nie czuła potrzeby zapoznawania się z każdym przypadkowo spotkanym człowiekiem. Zreszta, ich znajomość rozpoczęła się od dmuchnięcia jej dymem w twarz. Najlepsze znajomości zaczynaja się od dania sobie po mordzie, ale nie od dymu nikotynowego w oczach. Takich nie potrzebowała... Przynajmniej tak jej się zdawało. Przecież każdy człowiek ma coś do zaoferowania, żeby nie powiedzieć, że każda znajomość może się w życiu przydać.
- Dziękuję - mało brakowało, aby lekko dygnęła, przecież pomógł jej niezmiernie. Już miała wyciagać rękę po kolejna butelkę, kiedy jego ostatnie słowa trochę ja speszyły. Łypnęła na niego katem oka. - Coś w tym złego? - znów przybrała obronna pozycję, zapewne całkiem niepotrzebnie, ale w jakiś sposób czuła się przez niego oceniana, co w ogóle się jej nie podobało. Tak samo, jak nie podobało jej się to, że była aż tak oczywista, ona, jej zakupy, jej postępowanie. I tak zgarnęła kolejne wino, kiedy chłopak ruszył wzdłuż alejki. Przecież nie będzie się zrażała jego słowami. Była nastawiona na dobra zabawę, pierwszy lepszy przystojniaczek spod spożywczaka jej tego nie zepsuje.
_________________


I read between the lines and touched your leg again
[Profil] [WWW]
   
 
Ambroise Huismans
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-15, 23:33   

Coś więcej niż prochy. Ambroise nie dźwigał jeszcze nigdy trumny. Nie takiej, w której spoczęło coś, czemu dano wziać swój pierwszy oddech. Nie lubił ludzi ani tych żywych i hałaśliwych ani przedwcześnie zmarłych. A przecież umiał ich ocalić. Zabrać ich twarz do swojej pamięci. Umiał ocalić życia skazane na stratę, powinien w ramach działań charytatywnych chodzić co miesiac po więziennej zielonej mili i patrzeć na skazańców, zapamiętać ich twarze. To, jak kłada ręce na podołki w geście pokory okazywanej poniewczasie. To, jak pluja pod nogi tym, którzy ciesza się wolnościa.
- A servizi. - nie mógł się wciaż, cholera, powstrzymać. Chociaż pozbył się włoskich naleciałości podczas wypowiedzi, pojedyncze wyrazy uprzejmości wciaż przychodziły mu do głowy wpierw w tym języku.
Ambroise już miał przejść dalej, podejść do kasy, zakończyć rozmowę, a tym samym również znajomość, bo nie sadził, by się z kobieta miał kiedykolwiek jeszcze spotkać. Czterdzieści siedem i pół tysiaca mieszkańców to w końcu wystarczajaco, by codziennie minać na ulicy kogoś nowego.
- Skadże. - żachnał się, choć kacik ust znów drgnał mu delikatnie, w nieskrywanym uśmiechu. Sam by się napił niestety, płeć płcia, zostanie, jaka jest, choć obecnie Ambroise preferowałby inna. - Baw się dobrze. - odparł, ruszajac w stronę kasy i w ostatniej chwili powstrzymujac się od tej swojej aroganckiej kaśliwości przez co zdanie zabrzmiało - o dziwo - przyjemnie, jakby faktycznie jej tego dobrego wieczoru życzył. A czy życzył, pozostawało kwestia sporna.
 
 
Nina Reyes








27

trust me, i'm a biotechnologist

North Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Winter, Ivy, Philippa, Dale, Dayami, Tinsley

nieobecność: odkopię się kiedyś z tych postów, zobaczycie

Wysłany: 2017-07-23, 20:45   
  

  
Nina Reyes

  
my hair smells like chocolate


Być może nie każdy jest wart zapamiętania. Zapewne nie ma nikogo, komu dane byłoby to oceniać, ale tak już jest, że jednych zapamiętujemy na lata, a o innych zapominamy dwa dni po pogrzebie. Może nawet nie mamy skrupułów, aby ze śmierci takiej osoby żartować, bo zmarła w sposób odpowiedni na anegdotkę, której nie opowiedziałaby się o kimś kogo kochało się całym sercem. Reyes nie miała dużej styczności ze śmiercia i chciała, aby pozostało tak jak najdłużej. W jej życiu było zbyt wiele bliskich jej osób, śmierć miałaby w czym wybierać.
Zerknęła na niego z zaskoczeniem. Zaskoczył ja włoskim, ale ostatecznie postanowiła to zignorować. Sama też przecież nie była stad, nic w tym złego. Chociaż pewnie jej angielski bardziej zalatywał hiszpańskim, niż jego włoskim akcentem. Potrzasnęła głowa. Nieistotne. - Miłego wieczoru - odpowiedziała z uprzejmości. Nie była pewna, czy on też powinien się dobrze bawić, może w jego mniemaniu dobra zabawa było dmuchanie dymem papierosowym damom w twarz? Ale to mieli już za soba. Teraz mogła dokończyć zakupy, ściagajac ostatnia butelkę z półki i ruszajac do kasy... Nie chciała jednak zatrzymywać się zaraz za nim. To zapewne dziwne, sama nie umiała tego sobie wytłumaczyć, ale uznała, że pokręci się po sklepie jeszcze chwilę, być może w poszukiwaniu ostatniej przekaski. Z jakiegoś powodu chciała być pewna, że już się na chłopaka nie natknie. Dopiero po kilku długich minutach ustawiła się w kolejce, aby w końcu zapłacić i ruszyć w kierunku autobusu do Brentwood.

/zt.
_________________


I read between the lines and touched your leg again
[Profil] [WWW]
   
 
Ryan Harrison


Wysłany: 2017-10-23, 00:48   

/po Joey'u

Śniadanie. Niby najważniejszy posiłek dnia, a jaki problemowy. Bo przecież okropnie trudne jest do zapamiętania, aby jeszcze w południe dnia poprzedniego zerknać do lodówki czy też szafki czy będzie co wrzucić na zab o poranku. A jeśli będzie co zjeść, to warto też upewnić się czy jest mleko do kawy. Owszem, można pić bez mleka. Może Ryan czasem to praktykował. Ale dziś miał po prostu ochotę na kawę z mlekiem. Ale oczywiście popełnił rzeczony bład dzień wcześniej. Zamiast spokojnie usiaść do śniadania majac zapas czasowy, dziś musiał odpuścić sobie poranne bieganie. Chyba, ze zaliczymy tę przebieżkę miedzy sklepem a domem jako jogging. Wtedy mamy i to odhaczone. Plan był prosty. Kupić mleko. No, w ostateczności śmietankę, ale ta bardziej tuczy. Nie, żeby Ryan mógł narzekać na swoja figurę. Nie w tym życiu. I nie przy tym wycisku, który dostawał w wojsku. Tak, bo co z tego, ze był pilotem, był też wojskowym. I tam nikt nie miał prawa zwiać przed wychowaniem fizycznym, jak to bywa w podstawówce. Tam nie było przebacz. Obowiazki. W końcu musieli być zwinni jak jaszczurki. Ostrzy jak przecinaki. I takie tam...
Dlatego Ryan po prostu wybierał mleko, a przy kasie zamierzał jeszcze kupić papierosy. Cii... nie mówcie tego głośno, tego akurat nie powinien robić. Ale każdy ma swoje tajemnice i słabości. I już, już miał zdażyć jednak na ta swoja poranna gimnastykę, kiedy w drzwiach, przed sklepem, odpalajac papierosa, mignęła mu znajoma postać. Znajoma? Nieznajoma? Musiał się upewnić, inaczej to nie dałoby mu spokoju przez kolejny tydzień. A Harrison miał genialna pamięć do twarzy. Wręcz fotograficzna. Nawet jak twarzy nie widział dziesięć lat. I jak ta twarz trochę wydoroslała. Zaczepił mijana dziewczynę.
- Yvonne?!- Powiedział trochę w szoku. Nie widział jej tak dawno! No i nie zachował się w tym momencie jak gentleman. Ale... szczerze mówiac? Walić to.
_________________
Ryan Harrison
- Expecto Patronum
- ... after all this time?
- Always...
[Profil]
 
 
Yvonne Maddox
[Usunięty]

Wysłany: 2017-10-30, 22:14   

Gdy podjęła decyzję o powrocie do Brentwood miała nadzieję, że wszystko będzie inaczej. Miała szczera nadzieję, że nic złego się nie stanie i wszystko przebiegnie w porzadku, jednakże już pierwszego dnia odczuła, że coś jest nie tak. Trudno jej się było dziwić, gdyż wspomnienia uderzyły ja niemal ze zdwojona siła. Widok znajomych budynków, ulic czy nawet drzew doprowadził do tego, że odżyły w niej wspomnienia, o których dawno przestała pamiętać. Wszystko to sprawiło, że nie była w stanie wychodzić z domu przez dwa dni. W końcu jednak musiała się ogarnać, bo w lodówce zaczynało brakować jedzenia. Chcac nie chcac musiała wyjść.
Udała się do najbliżej położonego miejsca. Nie miała dużej listy. Chciała tylko kilka artykułów, które były jej najbardziej potrzebne. Nie miała zamiaru przecież wszystkiego sama dźwigać, a samochód wciaż tkwił w warsztacie. Na szczęście miało to trwać już niedługo i wtedy będzie mogła wybrać się na porzadniejsze zakupy.
Sporo minęło od czasu, gdy jej noga stanęła pod Nisa Local. Miała nadzieję, że już nie będzie musiała robić tutaj zakupów, ale jak widać życie pisze swoje własne scenariusze i ludzie nie maja nic do gadania, jeśli o to chodzi. Miała również nadzieję, że nikt jej nie pozna, bo w końcu w ciagu dziesięciu lat trochę się zmieniła i już nie przypominała tej piętnastolatki, która była, gdy opuszczała Brentwood. Dlatego też niemal zamarła, gdy ktoś zawołał ja po imieniu. Odwróciła się ostrożnie, spogladajac na ciemnowłosego mężczyznę.
Ryan? – zapytała, jakby nie mogła w stu procentach stwierdzić, czy faktycznie był to Harrison. Uśmiechnęła się lekko, biegnać wzrokiem po jego sylwetce. – Zmężniałeś – powiedziała odkrywczo. Nie widzieli się przez dziesięć lat, ale Ryan nie zmienił się aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Westchnęła lekko, ogarniajac, że skoro on się nie zmienił, to i ona tego nie zrobiła. – Co u ciebie? – zapytała, chcac przerwać niezręczna ciszę, która na chwilkę zapadła.
 
 
Ryan Harrison


Wysłany: 2017-11-02, 22:00   

Na szczęście Ryan nie miał takich problemów, najdalej gdzie się wyprowadził to był Londyn. Nie liczac tych czterech lat w Iraku, ale kto by się tam tym przejmował, prawda? A tak to tu był, miał swoja jednostkę i było całkiem okey. Tym bardziej, ze ostatnio zauwazył, że sporo znajomych z jego młodości tu wraca. Nie, żeby był jakoś specjalnie stary, right? Chyba jednak wielki świat przerażał i często okazywało się, ze 'american dream' wcale nie jest taki dream. Ale co tam Ryan o tym wie, nigdy nie miał żadnych wielkich amerykańskich marzeń.
I te spotkania sa najlepsze. Takie z zaskoczenia. Krótkie, bo ile można siedzieć w sklepie. I takie, do których nie możesz się przygotować. A jak to spotkanie po latach... oh! To już w ogóle kosmos. Tyle tematów do poruszenia, a tak mało czasu. I obietnica kolejnego spotkania. Czasem do niego dochodzi, a czasem nie. Duzo zależy od przeszłości. Mam nadzieję, ze przeszłość Ryana i Yvonne nie była taka czarna i ponura.
Uśmiechnał się słyszac swoje imię.
-0 Patrz, miałaś mnie nie rozpoznać. Zostałbym wtedy milionerem.- Ah te przesady i powiedzenia. W końcu jak ktoś cię nie rozpozna to znaczy, ze będziesz bogata, prawda? No więc właśnie. Fortuna przeszła Harrisonowi koło nosa.
- No prosze cię, z takimi genami!- Pacnał ja w ramię, ale tak dalikatnie, w końcu była młoda kobietka, prawda? - A ty wygladasz przepięknie.- Oh, jeszcze uzna, ze on ja podrywa! W sumie... dlaczego nie, ten wrodzony harrisonowy wdzięk...
- Ah, zależy o co pytasz. Czy pytasz się o ostatnie dziesięc lat to dużo się działo. Ale to nieważne. Co słychać w szerokim świecie? Przyjechałaś w gości?- W sumie skad miał wiedzieć, ze wróciła, prawda?
_________________
Ryan Harrison
- Expecto Patronum
- ... after all this time?
- Always...
[Profil]
 
 
Isidore Litchfield








38

sprzedawca w audio t

żona mu umarła, ale stara się ogarnąć

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2018-02-12, 02:05   
  

  
Isidore Litchfield

  
we've been dancing with mister brownstone


Odkad wyladował na wózku, niewielkie sklepy spożywcze przestały wydawać mu się przytulnymi, przyjaznymi miejscami do szybkich, najpotrzebniejszych zakupów. Składało się na to wiele aspektów - zaczynajac od zastanawiania się, czy dany sklep był położony na podwyższeniu, a jeśli tak to czy dysponował podjazdem dla wózków, a kończac na problemie niedużych przestrzeni pomiędzy półkami, które, delikatnie mówiac, stawiały go w niekomfortowej sytuacji, ilekroć próbował wykonać jakikolwiek manewr. Zazwyczaj omijał więc nieduże, lokalne sklepy, kierujac się do przestrzennych supermarketów nawet w przypadku błahego zakupu mleka, bo wybierajac podobne miejsca czuł się znacznie mniejsza przeszkoda dla otoczenia. Tak się jednak złożyło, że dzielnica, w której udało mu się znaleźć tanie, w miarę nadajace się dla niego mieszkanie, była znacznie oddalona od jakiegokolwiek większego centrum, gdzie udawałoby mu się robić mało inwazyjne zakupy. Został więc skazany na łaskę średniej wielkości sklepu spożywczego, którego jedynym atutem było to, iż znajdował się całkiem niedaleko jego domu. Plus był taki, że nie musiał martwić się ani podjazdem, ani robieniem z siebie idioty podczas otwierania drzwi, ponieważ budynek został położony na równi z reszta terenu i zaopatrzony w automatyczne drzwi, które znacznie ułatwiały życie. Minus natomiast stanowiło to, iż miejsca pomiędzy regałami nie były na tyle szerokie, aby Izzy mógł robić zakupy, nie czujac się przy tym jak kula u nogi dla reszty kupujacych, którzy nie mieli możliwości go ominać. Na całe szczęście udało mu się jednak opracować sprytny plan, który zakładał, iż jeśli przed wyjściem do sklepu stworzy idealna listę zakupów oraz będzie uzupełniać swój koszyk w taki sposób, aby nie musieć się cofać, uda mu się przeżyć cały proces bez zirytowanych spojrzeń innych ludzi i własnego zażenowania. Brzmi jak coś stresujacego? Cóż, poczatkowo właśnie tak było, jednak z czasem udało mu się przyzwyczaić do nowej rutyny, a nawet zauważyć, iż jednorazowe poświęcenie pięciu minut w celu stworzenia pełnej listy nie tylko ułatwiało robienie zakupów, lecz również stwarzało pozory, jakoby Isidore prowadził konkretne, uporzadkowane życie. Co oczywiście było jednym, wielkim kłamstwem, ale hej, przynajmniej czuł się dzięki temu o niebo lepiej.
Poniedziałkowy wieczór był jednym z tych, które spędzał w sklepie, wciśnięty pomiędzy regały z kocim żarciem, a jedzeniem w proszku, zastanawiajac się, czy nie zaszaleć i nie skorzystać z nęcacej promocji "3 zupki chińskie w cenie 2 (oszczędzasz 58 pensów)". Po krótkim, acz głębokim namyśle w końcu stwierdził, że w sumie raz się żyje i dorzucił do swojego koszyka te trzy cholerne zupki, ucieszony wizja identycznej liczby dni bez gotowania. Pewnie powinien zaczać spędzać więcej czasu w kuchni, zwłaszcza biorac pod uwagę to, iż wkrótce zamierzał zabrać do siebie Blue, przynajmniej na tydzień, w ramach próby, ale po tym, jak spalił garnek, gotujac makaron, niespecjalnie mu się do tego spieszyło. Na chwilę obecna zupki chińskie stanowiły bezpieczny zamiennik normalnego jedzenia, więc Isidore po prostu wrzucił je do koszyka, a sekundę później zmarszczył brwi, bo w tym samym momencie światła zgasły, pozwalajac ciemności oblać wnętrze sklepu.
- Co, do cholery? - wymamrotał niewyraźnie, rozgladajac się dookoła i próbujac określić, co właśnie miało miejsce. Awaria pradu? A może apokalipsa zombie? Prawdę mówiac, nie zdziwiłby się, gdyby z obu opcji ta druga znalazła odzwierciedlenie w rzeczywistości.
_________________
ISIDORE LITCHFIELD
No remorse and no regrets for what I've done and what I've said. isn't life lived right at the edge? and when it's not, that's when you're dead. © by anaëlle.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,11 sekundy. Zapytań do SQL: 8