Poprzedni temat «» Następny temat
Lemongrass
Autor Wiadomość
Clementine Palmer


Wysłany: 2017-08-14, 12:23   

Najgorsze było to, że ona dla niego właśnie chciała taka być. Nie wspominała o tym, że przetrzepała na wszystkie możliwe sposoby internet aby dowiedzieć się o byłej dziewczynie- Katii. Kompletnie przez przypadek natrafiła na artykuł w gazecie. To kogo tam zobaczyła trochę ja podłamało. Jej nogi były naprawdę do nieba a zęby tak białe i proste jakby nigdy nie piła kawy i nie wyszła od ortodonty. Włosy, choć krótkie, były ułożone a lekka opalenizna dodawała jej uroku. Była śliczna, kobieca i Palmer aż miała problem aby uwierzyć, że zachowywała się jak zimna suka. Może właśnie dlatego zwrócił uwagę na nia? Wytarte spodnie, adidasy i szara bluza, to cała Clementine. Z włosami zrobiła coś po raz pierwszy od dwunastu lat. I to też nie było zamierzone. Gdyby ktoś dał jej zalotkę to zapytałaby co to takiego, a tusz rozmazałaby po chwili bo strasznie trze oczy. Zero reprezentatywnosci. Była bardziej męska od swoich braci. Artem stroił się do wyjścia ponad godzinę, podczas gdy ona wysilała się tylko do mycia zębów.
- Rację? Groziłeś mu?- spytała dosyć niepewnie i uśmiechnęła się lekko. Szkoda, ze nie zrobił mu zdjęcia, miałaby pamiatkę. Ordynator nigdy nie przyznał komuś racji. Na pewno nie wprost i na pewno nie z własnej woli. Nie zdziwiłaby się, gdyby Lionel faktycznie mu groził. Wiedziała, ze potrafił być stanowczy i bardzo łatwo przez to osiagał cele.
Clementine chwyciła sztućce i przełożyła je w odwrotne ręce niż nakazuja to obyczaje i zerknęła na swoje danie z wyraźnym powatpiewaniem. Dlaczego to było aż takie żółte? Malowali to farbami? Uniosła wodę do ust i upiła łyka. Jego danie wygladało lepiej niż jej- żadnej papki o nienormalnych kolorach.
- O. To dobrze. - dźgnęła kurczaka widelcem i uniosła go, aby dogłębniej mu się przyjrzeć. - Byłeś kiedyś w tajskiej knajpie. - choć miało to być pytanie, stanowczo nim nie było. Widziała to po tym z jaka łatwościa zamówił danie, oraz, ze wiedział co w ogóle zamawia.
_________________
[Profil]
 
 
Lionel Blake


Wysłany: 2017-08-14, 16:37   

On uczył się dbać o siebie od małego. Przychodziło mu to raczej z łatwościa. Jego rodzina należała do reprezentatywnych odkad pamiętał. Różne bankiety, spotkania biznesowe, wyjazdy. Najpierw rodzice brali w nich udział, potem stopniowo zaczęli go zabierać. Ojciec miał dla niego plany odkad tylko pojawił się na świecie. Ojciec często zabierał go również do biura, na konferencje. Najpierw jak to dzieciak, nudził się i ledwo potrafił na miejscu wysiedzieć. Z czasem jednak przyzwyczaił się do tego świata i został jego częścia. Z reszta szło mu wyjatkowo dobrze. Gdyby nie, to ojciec nie powierzyłby w jego ręce pół majatku, połowy interesów w mieście Los Angeles jak i poza nim. Wiedział jak przemawiać, jak się ubierać, czesać. Potrafił zorganizować wszystko tak, by chodziło w zegarku. Obecnie jedyna rzecza nad która nie umiał do końca zapanować to Clementine i ich coraz głębsza relacja, na która zgodził się dobrowolnie i której poniekad się poddał.
Coż… nie rozmawiał jednak o tym. Ona mu nie mówiła o swoich obawach i problemach, więc on nie proponował żadnych rozwiazań ani nic nie radził. Pozwolił jej być jaka jest. Nawet jeżeli miałaby trzymać sztuce odwrotnie czy prać kolory z białymi lub robić mu łódki na koszulach.
-Groziłem? Słońce… nie jestem jakimś gangsterem. Opowiadałem mu tylko o ciemnych stronach życia-wzruszył ramionami, jakby nic specjalnego to nie znaczyło.
-Co tam masz?-spytał obserwujac, czy przypadkiem nic się tam nie rusza. Przytaknał na jej pytanie, nawijajac odrobinę makaronu na widelec. Mimo, że umiał odpowiednio posługiwać się sztućcami, to kiedy nie było takiej potrzeby jadł tak, jak było mu najwygodniej.
-Oczywiście. Moja matka uwielbia tajska kuchnię.-odpowiedział lekkim tonem, jakby było to coś najnormalniejszego na świecie. Chociaż chyba naprawdę było? Przecież takie jedzenie sprzedaja tutaj nie od wczoraj. W pewnym kręgach z reszta jest niezwykle popularne. Nie mówiac już o sushi. Zupełnie zapomniał, że niegdyś na życzenie jego rodzicielki wybierali się do takiej knajpki, no może nieco większej, średnio raz w tygodniu. Dziwne, że wcześniej kompletnie o tym nie pamiętał.
Przeżuł makaron i kawałek kaczki, połknał po czym popił herbata.
_________________
[Profil]
   
 
Clementine Palmer


Wysłany: 2017-08-14, 18:12   

Ich światy były całkowicie odmienne. Jej rodzina nie należała do najbogatszych, nie jadała w restauracjach, jeśli nie liczyć jakiejś przydrożnej knajpki z naprawdę dobra pizza. No i odkad skończyła sześć lat ślepota wywróciła ich życie do góry nogami. Wlaściwie to nie była pewna tego, kto z nich wszystkich miał gorzej. Ona przywykła dosyć szybko do całej tej sytuacji, tak samo i bracia. Tylko rodzice mieli problem. Często budziła się w nocy i słyszała przez drzwi jak mama płacze, a ojciec próbuje w jakiś sposób ja pocieszyć. Jak się sypało, to tak właściwie sypało się wszystko. Kilka miesięcy później musieli wyjechać do Anglii, gdyż Hank zmuszony został do zmiany miejsca pracy. Porzucili wszystko, dosłownie. Rozpoczynajac od domu, dalszej rodziny, szkoły, przyjaciół a kończac na psie, Killy’m. Clem pamięta jak przez mgłę nowy dom, a właściwie to w jaki sposób był ułożony. Nie miała okazji widzieć go na własne oczy – wzrok odzyskała pięć lat później, kiedy to Melanie postanowiła powrócić w ojczyste strony. Nic ich tam nie trzymało. Maż, a ich ojciec zmarł, praca była niskopłatna. Było dużo słów i rzeczy o których chciała mu opowiedzieć, ale właściwie nie robiła tego, bo nie było okazji, albo się jeszcze bała. Zaufania do niego nabierała naprawdę stopniowo. Ciagle miała wrażenie, jakby śniła. Sen był piękny, ale bała się, że zakończy się koszmarem.
- Brzmi tak, jakbyś miał w planach go zakopać. - włożyła do ust kawałek kurczaka i uniosła brwi ze zdziwienia. Może i nie wygladało apetycznie, ale nie było w smaku najgorsze. Curry przypadłoby jej do gustu i być może kiedyś zagości w jej kuchni na stałe. - Żywcem.- dodała i spojrzała na niego nieśmiało.
- Nie jestem pewna. Smakuje jak kurczak. Chcesz spróbować?- podsunęła mu talerz do przodu i skinęła głowa zachęcajaco. - Chyba, że wolisz abym Cię nakarmiła.- o tak, niech będzie romantycznie jak we wszystkich tych głupich filmach. Poczuła jak się rumieni z powodu głupiego pomysłu.
- No tak.- chyba będzie musiała poprosić go o tę pomoc. Prędzej czy później po prostu to zrobi. A na pewno, gdy ewentualne poznanie jego rodziny będzie nieubłagalnie się zbliżać. Nie chciała mówić, że jej rodziny nie było stać na takie wypady, no i raczej średnio by im to smakowało.
- To mój pierwszy raz. Podsłuchałam na chemioterapii, że maja tu dobre jedzenie. I chciałam spróbować.- poruszyła widelcem w papce ryżowej i pokręciła głowa z wyraźnym niedowierzaniem. - Chyba jednak wolę abyś to Ty wybierał gdzie będziemy jadać. Albo sama coś ugotuję.- potrafiła gotować i to całkiem dobrze. Właśnie dlatego, że w jej domu mama była idealna gospodynia. Clementine uwielbiała jej babeczki marchwiowe z biała czekolada. Albo ciasto z buraka. Lionel szybko by przytył, gdyby pojechał w jej rodzime strony.
_________________
[Profil]
 
 
Lionel Blake


Wysłany: 2017-08-14, 21:42   

On nie miał zamiaru się licytować. Każdy miał swoje życie. On takie, a Clementine inne. Nawet nie myślał o tym pod tym katem. Kto jak miał. Nie porównywał tego w ogóle. Nie było większego sensu. Tym bardziej, że póki co różnice środowiskowe między nimi nie przeszkadzały mu specjalnie. Co z tego, że sa z innych światów, skoro dobrze im ze soba.
-Zakopać… żywcem? Skad taki makabryczny pomysł-uśmiechnał się pod nosem trochę rozbawiony. -Ja naprawdę wygladam na jakiegoś zwyrola?-zaśmiał się krótko i wział łyka napoju. -Wytłumaczyłem mu po prostu kilka ważnych aspektów, na przykład jak według mnie wyglada działanie odbijajace się dobrze na całej placówce-włożył do ust odrobinę makaronu, przeżuł i połknał. Oblizał powoli usta, zerkajac na żółte curry na talerzu Palmer. „Smakuje jak kurczak” niespecjalnie zachęcało. A przynajmniej jego nie zachęcało. Chociaż dopóki nie widzisz procesu tworzenia jedzenia, nigdy nie masz pewności co Ci serwuja. W odpowiedzi na jej słowa uśmiechnał się kacikiem ust, po czym otworzył buzię, unoszac lekko jedna brew. Niech go karmi. Lio wbrew pozorom lubił jak się ludzie nim zajmuja.
O porady zawsze może pytać. Jemu to kompletnie nie przeszkadzało. Co do poznania jego rodziców. Trudno było powiedzieć jak przebiegnie. Nie należeli do najłatwiejszych ludzi. Ojciec był bardzo wymagajacy… a matka miała swój świat. Zawsze zajęta, zawsze pedantyczna i niezwykle wybredna… może odrobinę nadopiekuńcza.
-Tak?-zainteresował się. -Nigdy wcześniej nie jadałaś tajskiego jedzenia?-spytał odrobinę niedowierzajac. -Czy masz na myśli konkretny lokal?-to by mu już bardziej pasowało. Może i nie potrafiła perfekcyjnie wymówić potrawy, ale to wcale nie znaczyło, że nie zamawiała sobie takiego jedzenia częściej. W końcu nie trzeba znać tych nazw, żeby sobie je kupować i zjadać.
Uśmiechnał się na jej kolejne słowa, przeżuwajac kawałek mięsa w sosie. Gdy przełknał, oblizał usta.
-Trudno mi powiedzieć, czy wszystko co lubię przypadnie Ci do gustu. Najlepiej wybierajmy razem-zaproponował i poruszył zabawnie brwiami. Razem można było robić wiele różnych ciekawych rzeczy… czasami nawet kilka rzeczy na raz.
-Umiesz gotować?-podjał temat. Miał nadzieję, że go kiedyś nie otruje. Nie… na pewno dobrze gotuje. -Chętnie spróbuję Twoich potraw-przyznał, bo faktycznie go to zaciekawiło. Miał jednak nadzieję, że go nie utuczy. Nie chciałby ważyć więcej niż waży obecnie.
_________________
[Profil]
   
 
Clementine Palmer


Wysłany: 2017-08-14, 21:57   

Ponownie wzruszyła ramionami
- Może trochę. - odpowiedziała żartujac, aczkolwiek jej ton głosu nie zdradzał aby faktycznie potraktowała to jako żart. Do ust powędrował kolejny kawałek kurczaka, tym razem z odrobina ryżu.
- Jak według Ciebie wyglada takie działanie?- właściwe to była ciekawa jego odpowiedzi. Najchętniej poprosiłaby go aby szczegółowo opowiedział o tym lekkim spięciu między nimi, ale ugryzła się w język. Może kiedyś sam będzie chciał się pośmiać z tej sytuacji? Starała się nie naciskać i pokazywać, ze czuje się całkiem swobodnie. Bo po części tak było. Gdy Blake pochylił się i otworzył usta, Blondynka spojrzała na niego jak na wariata. Nerwowe ruchy głowa by upewnić sie, ze nikt nie patrzy, a potem parsknięcie śmiechem. Nabrała porcje na widelec i podała mu delikatnie, aby skosztował.
- I jak? Jak kurczak, nie?- przysunęła talerz spowrotem do siebie i zaczęła w nim dłubać.
- Nigdy. Kuchnia orientalna jest mi obca.- zdziwiła się jego zainteresowaniem, oraz tym, ze tak bardzo się ożywił. Czy było to takie odmienne? Na jego stwierdzenia skinęła głowa. Razem. Lepiej. Na pewno będzie odwodził ja od głupich pomysłów. Albo później będzie zanosić się rześkim śmiechem.
- Umiem. Mama miała mnie jedna. Pomagałam jej w kuchni, nawet jak byłam...ślepa. - popiła potrawę woda i odstawiła ja na stół. Tak właściwie to szło jej całkiem Niezle w tej kuchni. - Musiałam tylko uważać na wrzatek. Ale mama robiła za moje oczy. I jakoś tak wyszło. - miała smak. Jej potrawy nie wygladały najlepiej, ale na pewno najlepiej smakowały. Kuchnia zawsze pachniała goździkami, albo czosnkiem czy cebulka.
_________________
[Profil]
 
 
Lionel Blake


Wysłany: 2017-08-14, 22:55   

Dziwnie się poczuł, ale nie dał tego po sobie poznać. Nie spodziewał się, że może sprawiać takie wrażenie. Po krótkim zastanowieniu uznał jednak, że nie widzi w tym nic specjalnie złego. Może nawet lepiej, że niektórzy go tak postrzegaja.
-Według mnie jednym z takich aspektów jest ogólne samopoczucie współpracowników. Im jest lepsze, tym lepiej wszystko funkcjonuje. -nie wspomniał o innych aspektach, ani o tym, że współpracownikiem oprócz Clementine był również Lionel. W pewnym sensie. Mrugnał do niej z uśmiechem. Póki co, jego teoria się sprawdzała. Co prawda nie wiedział jak wyglada to w szpitalu, ale Palmer wydaje się zadowolona. To wystarczy. Zabrał się za jedzenie kurczaka, którego mu podała. Czasami lubił curry, więc nie było tak źle.
-Faktycznie jak kurczak-przyznał i popił kęs herbata. Kiwnał tylko głowa na jej kolejne słowa. Szczerze powiedziawszy spodziewał się, że jadała takie potrawy częściej. Może dlatego, że on tak robił albo dlatego, że po prostu były dosyć popularne. Ludzie je lubili, przynajmniej z tego co zauważył.
-I jak Ci smakuje?-spytał, unoszac na nia wzrok znad talerza. Swoja droga coraz bardziej pustego.
Z satysfakcja przyjał fakt, że się z nim zgodziła. Lubił współpracować z ludźmi. Poza tym nie chciał, by czuła się z jego wyborem skrępowana. Jak ostatnim razem, gdy wybrał droga restaurację.
Wysłuchał jej krótkiej opowieści o gotowaniu w rodzinnych stronach. Zaciekawiło go to poniekad. Uważał gotowanie za pewnego rodzaju sztukę. Sam niestety tego nie potrafił. Z prostymi rzeczami dałby sobie radę, ale te trudniejsze sprawiały mu kłopot. Chyba, że miałby przed oczami dokładny przepis, albo film instruktażowy.
-Jedna… w sensie córkę? Z tego co kojarzę masz rodzeństwo, tak?-wolał się upewnić. Chyba mówiła mu kiedyś, że ma braci. Zauważył, że wspomniała o tym, że niegdyś była niewidoma. Poniekad go to fascynowało. Nawet wyobrażał sobie przez chwilę jak to jest takim być. Nie możesz nic zobaczyć, ale mimo to musisz żyć i wykonywać czynności, które ze zmysłem wzroku nie sprawiały by Ci żadnego problemu. A kiedy ogarnia Cię ciemność? Nie chciałby tego nigdy doświadczyć.
_________________
[Profil]
   
 
Clementine Palmer


Wysłany: 2017-08-14, 23:24   

Nie musiał mówić. Palmer nie była głupia. On przecież w tym wszystkim również był strona. Kierownictwo żartobliwie mówili na niego współpracownik. Chcac nie chcac nim był. Podjał ta współpracę ze szpitalem i w jakiś sposób stał się jego częścia. Uniosła głowę nieznacznie do góry i skinęła mu głowa znad talerza. Miał rację, aczkolwiek wypłaty mogłyby być lepsze. Albo to, żeby na jednego lekarza przypadało o jakieś pięćdziesiat pacjentów mniej. Ich nadmiar wykańczał, a Clementine nie potrafiła odmówić im pomocy. Była naprawdę miękka bułka.
- Inaczej. - odparła po chwili namysłu. Nie była pewna, czy kuchnia tajska będzie należeć do ulubionych, ale wiedziała, że jeszcze chciałaby jej spróbować.
- Musiałabym przyjść tu ponownie, jedno danie to trochę mało, aby wyrobić sobie zdanie. - zauważyła już nieco ciszej i ponownie zabrała się za konsumpcję. Pierwszy raz od dawna była z kimś umówiona. Pierwszy raz nie jadła obiadu w szpitalnej stołówce.
- Aha.- potaknęła, dostrzegajac jego spostrzeżenie. - Sześciu facetów w domu to naprawdę katorga.- zaśmiała się trochę nerwowo i przeczesała dłońmi włosy. - Głodnych w sensie. Moi bracia sa jak krowy. - wywróciła oczami, przypominajac sobie te kilogramy ziemniaków jakie schodziły u nich w domu na jeden obiad. - Każdy z nich ma cztery żoładki.- mrugnęła do niego porozumiewawczo. Naprawdę, potrafili zjesc za trzech a i tak byli głodni. Zwłaszcza najstarszy. Artem.
- Jak kiedyś do mnie przyjedziesz to szykuj się na walkę o ostatnie skrzydełko kurczaka. - machnęła ręka wyraźnie rozbawiona. Wyobraziła sobie te zmrużone oczy, które wyzywały go na pojedynek. Zastanawiało ja tylko kto by wygrał. Blake nie wygladał na kogoś, kto łatwo odpuszcza.
Clementine dokończyła swoje danie i podziękowała za nie grzecznie. Oparła się na krześle i przygladała ciemnowlosemu jak jadł. Rany boskie. Nikt w rodzinie jej nie uwierzy, ze wyrwała takie ciacho. O swojej przeszłości nie mówiła zbyt wiele, właściwie to głównie dlatego, że Blake o nia nie pytał. Nie wiedziała czy czuł się skrępowany, czy po prostu go to nie interesowało. Postanowiła sobie, ze napominac będzie stopniowo. Nie było sensu odkrywać wszystkiego od razu. W teorii mieli dla siebie całe życie.
_________________
[Profil]
 
 
Lionel Blake


Wysłany: 2017-08-15, 21:28   

Zdawał sobie sprawę, że blondyna wie kim jest dla szpitala. Dlatego właśnie o tym nie wspomniał. Ufał, że pewnych spraw nie musi jej wyjaśniać, bo doskonale o nich wie. Z reszta była inteligentna kobieta i pewnie wielu się domyślała. A nawet jeżeli nie, to ufał, że go zapyta, a on chętnie jej odpowie. Nie bił za niewiedzę. Niestety na takie problemy jak pensje, miejsca pracy czy ilość zachorowań nie miał wpływu. Tak daleko jego ręka nie sięga. Dokończył swoje danie i przez chwilę patrzył na Cementine uważnie.
-A co lubisz najbardziej jeść?-skoro to jej pierwsze tajskie danie, to mogło oznaczać, że raczej nie eksperymentowała z kuchnia. Czyli musiała mieć swoja ulubiona i od lat niezmienna.
-Jeżeli oczywiście będziesz chciała jeszcze tu przyjść, to tylko powiedz.-uśmiechnał się pod nosem i dopił mrożona herbatę. Palmer była teraz osoba, która zajęła już jakieś miejsce w jego życiu. Chciał by poświęcała mu więcej uwagi i swojego czasu. Z jego strony oczywiście chciał jej dawać to samo. Na tym to właśnie polega, prawda? Lionel chciał ja też rozpieszczać. Lubił to robić. Szczególnie z osobami, które coś dla niego znaczyły. Czerpał pewna przyjemność z ich radości, gdy otrzymywały coś, co faktycznie ja im sprawiło. Nieważne czy to była romantyczna kolacja w przyzwoitej restauracji, weekend w górach, złoty naszyjnik czy auto jak w przypadku jego siostry, która na szesnaste urodziny takowe od niego otrzymała. Znał w tym oczywiście złoty środek. Zbyt duża dawka tego typu przyjemności mogła zaczać być przytłaczajaca, a obdarowywana osoba mogła zaczać czuć się niezręcznie, może naciskana albo zwyczajnie się tym znudzić. Trzeba było wyczuć kiedy, ile i w jaki sposób.
Wzmianka o braciach Clementine rozśmieszyła go. Spojrzał na nia rozbawiony, przez chwilkę faktycznie dobrodusznie się śmiejac.
-Aż tak?-spytał, pociagajac nosem. -Jestem dosyć szybki. Może dam radę coś wywalczyć-puścił do niej oczko i otarł usta serwetka, po czym poprosił o rachunek, który zaraz uregulował, dorzucajac zwyczajowy napiwek. Widział, że go obserwuje, ale nie miał pojęcia co sobie myśli. Pewnie gdyby usłyszał jej przemyślenia, nieźle by się uśmiał. Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego jak naprawdę postrzegaja go ludzie. Chociaż nie… wiedział. Tylko po prostu czasami zupełnie o tym zapominał. Szczególnie, gdy czuł się swobodnie jak w tej chwili.
-Jedziemy do mnie, do Ciebie, czy chciałabyś wpaść jeszcze gdzieś?-spytał, zerkajac na nia badawczo. Może chciała zrobić do drodze jakieś zakupy, albo załatwić coś innego. Nawet nie bardzo wiedział co sobie dziś zaplanowała. Może nawet nie chciała do niego wpadać, tylko porzadnie się u siebie wyspać. Z reszta u niego nie miała z tego co kojarzył żadnych rzeczy.
_________________
[Profil]
   
 
Clementine Palmer


Wysłany: 2017-08-15, 21:51   

Co lubiła jeść? Zaskoczył ja i w sumie tego nie ukrywała. Nigdy nie zastanawiała się nad tym za czym przepadała najbardziej. Jedzenie było częścia jej życia, coś co było jej potrzebne do normalnego funkcjonowania.
- Mama robi pyszny Irish stew. - odparła po krótkiej chwili i zagryzła dolna wargę wodzac wzrokiem gdzieś po suficie. Dopiero po chwili zorientowała się, że Lionel mógł nie mieć pojęcia o czym w ogóle mówiła. - To taki gulasz z baraniny, z duszona cebula, ziemniakami i marchewka. - wyjaśniła pospiesznie. Irlandzka kuchnia była raczej tłusta i bardzo sycaca. Już sam fakt, że śniadania były olbrzymich rozmiarów, powinien dać do myślenia. Boczki, fasolki, kiełbaski, tosty i cała gama innych rarytasów. To co teraz zjadła było dla niej nowym doznaniem, ale tak właściwie to nie żałowała. Życie było zbyt krótkie by odmawiać sobie nowych rzeczy.
Ucieszył ja fakt, że potrafiła go rozbawić, nawet jeśli mówiła o swojej rodzinie. Jeśli miałaby robić z siebie głupca tylko po to by widzieć na jego twarzy usmiech to z pewnościa zrobi to niejednokrotnie.
- Tam trzeba sprytu, a nie szybkości. - zakryła twarz dłonia, czujac lekkie zażenowanie i zaraz się uśmiechnęła.
- Chociaż pewnie będziesz miał fory. Mama nie pozwoli Ci głodować. - nawet kosztem swoich dzieci. Artem wygladał zreszta jakby zaprzyjaźnił się z lodówka. Pierw pojawiał się jego brzuch, a dopiero później on. O tak, u niej w domu nikt nie głodował.
Gdy uregulował rachunek, cicho westchnęła. Ciężko będzie jej przywyknać do tego, że jest prawdziwym dżentelmenem i stara się jej dogodzić jak tylko może
- Do mnie. Obiecałam Ci przecież ładnie podziękować za pomoc z ordynatorem. - ujęła jego dłoń i pociagnęła go w kierunku drzwi. Miała plany, a mianowicie spędzić z nim jedno z najlepszych popołudni.

Zt x2
_________________
[Profil]
 
 
William Boyle


Wysłany: 2017-08-24, 14:15   

odzienie

Wiele wydarzyło się w jego życiu, może nawet za wiele, bo nie do końca nadażał za tymi wszystkimi zmianami, które w nim zaszły. Ale nie czuł się zagubiony, nawet nie był tym zmartwiony, ponieważ wypełniało go bezkresne szczęście; zazwyczaj występujace pod postacia ciepła rozlewajacego się po jego klatce piersiowej. I choć czasem łapał się na tym, że myśli, iż to wszystko jest zbyt piękne, aby było prawdziwe, to jednak wciaż w duchu uśmiechał się szeroko do samego siebie. Łatwiej było mu być optymista, kiedy z każdym dniem było coraz lepiej. Całe jego życie powoli wracało na swoje stare tory, mógł więc pozwolić sobie na cieszenie się nim. Marzył o tym, aby powrócić do swoich nawyków, dlatego w pierwszej kolejności sięgnał po telefon i zadzwonił do Brandona, aby umówić się z nim na spotkanie. Od dawna chciał z nim porozmawiać, lecz nigdy nie było ku temu dobrej okazji. I naprawdę czuł się z tego powodu źle, ponieważ nie chciał ignorować przyjaciela. Z drugiej strony obaj mieli swoje sprawy. Kiedy William męczył się z natrętnym byłym studentem, kolorowa prasa donosiła o pracach Millera nad nowa kolekcja, przy okazji rozsiewajac plotki o tym, która osobistość mogłaby swoja twarza reklamować nowe projekty. A przecież całkiem nieźle pamiętał jego pierwsza maszynę krawiecka oraz to, że sam był jednym z pierwszych modeli, a raczej manekinem, bo jakoś nawet o wybiegu nigdy nie pomyśleli. Jeden z nich został biologiem teoretykiem, drugi zaś wziętym projektantem mody. To niezły dowód na to, że marzenia się spełniaja.
Czekał w umówionej restauracji przy jednym ze stolików. Zjawił się pierwszy, jednak zawsze lubił przyjść o te kilkanaście minut wcześniej, aby przypadkiem samemu się nie spóźnić. I nawet nie czekał zbyt długo, bo zaraz po wybiciu umówionej godziny zauważył wysoka sylwetkę przyjaciela, przez co jego usta ułożyły się w radosny uśmiech. Kilka tygodni minęło od ich ostatniego spotkania, William miał do opowiedzenia wiele i nie watpił w to, że Brandon też ma wiele nowinek do przekazania. Wstał od stolika, chcac zasygnalizować gdzie się znajduje. I jakoś niezbyt widziało mu się witać kogokolwiek w pozycji siedzacej.
Mój ulubiony projektant – rzucił wesoło na powitanie. I co z tego, że Brandon to jedyny projektant, którego zna osobiście. Mógłby pewnie wymienić kilka najbardziej znanych nazwisk w świecie mody, ale to by się nie liczyło; ani tych ludzi nie znał, ani nie cenił, bo był modowym ignorantem. – Cieszę się, że przyszedłeś – oznajmił szczerze, przyjaźnie, po czym zajał wcześniej już wybrane przez siebie miejsce. Po chwili przy ich stoliku zjawił się kelner i wręczył im dwie karty. Will otworzył swoja, jednak jakoś nie obdarzył jej uwaga, która wolał skupić na swoim towarzyszu. – Wiem, że ostatnio się nie odzywałem, ale wiele się działo. Poza tym gazety podaja, że ty też byłeś zajęty. Mam już zaczać gratulować kolejnego sukcesu czy może się z tym nieco wstrzymać?
Kompletnie nie orientował się w wydarzeniach w świecie mody, nie chciałby jednak przegapić pokazu swojego przyjaciela. Wypadałoby przynajmniej coś o nim usłyszeć.
[Profil]
 
 
Brandon Miller


Wysłany: 2017-09-08, 13:34   

Skłamałby, gdyby powiedział, że nie myślał o tym, że jego życie mogłoby tak wygladać. Oczywistym jest bowiem, że wiedział doskonale jak powinna wygladać jego przyszłość, bo starannie do niej dażył. Już w chwili w której postanowił przerobić pierwsze spodnie wiedział, że jego życiowym celem jest zabawa z ubraniami. Nie, nie dlatego że był gejem i lubił modę. Chodziło o wyrażanie siebie samego. Odzienie stanowiło potężny nośnik informacji niewerbalnej. Pokazywało charakter osoby nieraz skuteczniej niż słowa wypowiadane przez niego. W końcu mówiac można było kłamać, ale nikt nie mógłby ubrać się w coś, co nie leżałoby w guście. Brandon na pewno nie ubrałby na siebie czegoś, co byłoby sprzeczne z jego natura i wierzył, że inni ludzie również by siebie na to nie skazali.
Odkad tylko pamiętał, to dobrze dogadywał się z Willem. Mimo swojej orientacji nigdy nie darzył go uczuciem innym niż czysta przyjaźń. Podobało mu się to, że miał w nim oparcie i gdy dostał swoja pierwsza maszynę do szycia, na która sam musiał sobie zapracować, to właśnie Boyle służył mu za pierwszego manekina. Nie mógł przecież szyć na samym sobie. Ich przyjaźń się wtedy zacieśniała, a oni rozmawiali na różne tematy. Tak, to chyba jedyna przyjemna rzecz, jaka spotkała go w dzieciństwie, bo nie mógł powiedzieć, że to było szczególnie miłe. Na szczęście obecnie było już dużo lepiej, a pokazanie znienawidzonemu ojcu środkowego palca, gdy zabierał z domu matkę, było chyba jednym z najlepszych momentów w jego życiu.
Z Williamem nie widział się już od dłuższego czasu, co było śmieszne, bo w sumie mieszkali teraz w jednym miejscu i mogli na siebie wpadać czasem, niestety los trzymał ich oddzielnie. Warto było też nadmienić że obaj mieli wiele rzeczy na głowie. Miller nawet nie udawał, że wszystko jest u niego w porzadku, bo im bliżej było do daty premiery najnowszej kolekcji, tym więcej miał pracy i zmartwień na głowie. Nie chciał przez to psuć humoru innym swoja obecnościa. Jego myśli kręciły się bowiem wciaż wokół kolekcji, projektów i ostatecznych przymiarek.
Uśmiechnał się do mężczyzny, gdy tylko przekroczył próg Lemongrass. Zauważył go dopiero gdy ten wstał. Podszedł do niego powoli. Nie spóźnił się, na szczęście. Nie lubił tego robić i zazwyczaj był o czasie. Wolał czekać niż pozwolić czekać na siebie, bo uważał, że jest to w złym guście, a ludzie przecież maja też inne rzeczy do roboty niż bezmyślne wpatrywanie się w drzwi w oczekiwaniu na kogoś.
Lepiej się wstrzymać. Za kilka tygodni mam pokaz i wtedy się wszystko okaże – uśmiechnał się. Pokaz ten był ważny, bo prezentował jego najnowsza kolekcję. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik i nawet modelki były już powybierane, aby ubrania dobrze się na nich prezentowały, to musiały być skrojone specjalnie na nie.
Życie się jakoś toczy, powoli ale jednak do przodu – dodał szybko. Zastanowił się nad swoimi słowami. W sumie poza tym, że miał nieco stresu zwiazanego z pokazami, to jednak jego życie nie było ciężkie. Można powiedzieć, że jak dla niego było bardzo dobrze. Nie było większych uniesień, ale i nie było chwil, w których był bliski płaczu czy przeklinania swojego losu. – A co u ciebie? – zapytał, zaczynajac przegladać kartę, która przed nim wyladowała.
[Profil]
 
 
William Boyle


Wysłany: 2017-09-15, 16:50   

Musiał przyznać, że od rana oczekiwał tego spotkania, był nim nawet podekscytowany. Tego dnia często łapał się na mimowolnym powracaniu do wspomnień sprzed lat, chwilami nawet czuł jakby cofnał się w czasie i znów był dzieciakiem, który nie odnajdujac akceptacji u ojca szukał jej u przyjaciela. Nic dziwnego, że widok Brandona szczerze go ucieszył. To jemu pierwszemu zdradził, że prawdopodobnie woli chłopaków od dziewczyn. Sporo sekretów mu powierzył za młodu i żaden nie wypłynał, więc i teraz zawierzał przyjacielowi, choć długie lata się nie widzieli nim odnowili znajomość.
Rozumiem – przytaknał jeszcze głowa na jego słowa, choć naprawdę go kusiło, aby już teraz podzielić się z projektantem wyrazami uznania. Jednocześnie nie chciał chwalić go na wyrost czy zapeszyć zbyt wczesnymi gratulacjami. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego ulubiony projektant jest zapewne całkowicie pograżony w tych wszystkich pracach krawieckich, przymiarkach i dopinaniu wszystkiego na ostatni guzik. Na jego głowie było nie tylko przygotowanie nowej kolekcji, również zorganizowanie pokazu zależało w dużej mierze od niego, bo musiał wszystko nadzorować, aby wszystko pokrywało się z jego wizja. Cenił sobie zmysł estetyczny przyjaciela. Nie osiagnałby przecież zbyt wiele w swojej profesji, gdyby nie miał wyczucia i gustu. Chociaż to jego zdolności krawieckie były najbardziej imponujace. William tylko raz dotknał jego maszyny krawieckiej – tej pierwszej i wysłużonej – i prawie ja zniszczył. Sam nie posiadał żadnych zdolności manualnych.
Mówiac życie, miałeś pewnie na myśli prace na pokazem, co? – spytał z subtelnym uśmiechem. Nie znał się na modzie, więc nie zamierzał wypytywać o szczegóły, jednak pewna kwestia bardzo go ciekawiła. – To prawda, że pracujesz teraz z takim jednym aktorem?
Cóż, może i miał już na wyłaczność jednego seksownego mężczyznę, ale przecież może docenić aparycję innych panów i to zaledwie pogladowo. Poza tym, pytał tylko dlatego, bo kibicował swojemu dobremu druhowi. Brandon mógł pozwolić sobie na flirt z takim wziętym aktorem, a William chętnie poznałby szczegóły, aby móc cieszyć się jego szczęściem.
Kiedy jednak przeszli w rozmowie do jego osoby, Boyle nieco spoważniał. Zmarszczył brwi w jawnej konsternacji, następnie westchnał ciężko.
Wydarzyło się tak wiele – wyznał szczerze. – Pamiętasz jak wspominałem ci kiedyś o nękajacym mnie stalkerze? – spytał cicho zerkajac mu przy tym prosto w oczy. – Cóż, znów mnie męczył przez jakiś czas, jednak tym razem było jeszcze gorzej.
Przytoczenie każdego wyskoku byłego studenta kosztowałoby go zbyt wiele, dlatego też nie snuł żadnej mrożacej krew w żyłach opowieści. Czuł jednak, że o pewnym aspekcie całej sprawy musi powiedzieć. Na całe szczęście uratował go od tego kelner, który zbliżył się do ich stolika. William zamknał więc kartę i przeniósł spojrzenie na chłopaka.
Poproszę bami.
Dobrze, że w karcie było dopisane jakie danie kryje się pod tajska nazwa. Makaron jajeczny z mięsem i warzywami wydał mu się dobra opcja. Rzadko wybierał bardziej orientalne smaki, ale warto było próbować nowych rzeczy. Kelner jeszcze czekał na złożenie zamówienia przez Brandona, a gdy tylko je otrzymał, odszedł od ich stolika.
Teraz jest już u mnie dobrze. Właściwie lepiej niż ktokolwiek mógłby sadzić patrzac przez pryzmat sytuacji w jakiej się znalazłem – dodał zaraz po odejściu młodego pracownika lokalu, aby uspokoić swojego przyjaciela. Nawet uśmiechnał się delikatnie, gdy jego myśli podażyły ku pewnej osobie. – Mam kogoś – wyznał szeptem, po czym uśmiechnał się szeroko i pokręcił głowa z lekka dezaprobata wobec tego ogromnego pokładu szczęścia, które nagle go ogarnęło. Zachowywał się jak dziecko, ale rozpierała go radość.
[Profil]
 
 
Brandon Miller


Wysłany: 2017-09-21, 23:50   

Również wyczekiwał tego spotkania z niecierpliwościa. Przez cały dzień nie potrafił znaleźć sobie zajęcia, bo nie potrafił nic konkretnego stworzyć i wymyślić. Jego myśli były rozbiegane i nieuporzadkowane. Nie potrafił znaleźć żadnego sposobu by opanować ten chaos. Nie potrafił nic zrobić, a jednocześnie wiedział, że gdy nie zacznie działać, to czas zacznie mu się dłużyć. I rzeczywiście tak właśnie było. Minuty mijały powoli i każda godzina dłużyła się niemal w nieskończoność. Nic owocnego nie zrobił, więc najzwyczajniej w świecie położył się na sofie i zasnał. Obudził go dopiero budzik, który wcześniej sobie nastawił, by nie zaspać i mieć wystarczajaco czasu na przygotowanie się. Co jak co, ale musiał się ogarnać, bo ostatnimi czasy nieco sobie pofolgował. Nie wygladał źle, ale musiał umyć chociażby włosy. Ogólnie chciałby się wykapać.
Doskonale rozumiał, że jego przyjaciel chciał mu pogratulować sukcesów, które swoja droga już miał. Wciaż jednak nie był pewny, jak przyjmie się jego kolekcja. Było wśród projektów kilka takich, które były śmiałym posunięciem. Garnitur w kwiaty nie był bowiem strojem, który przywdziałby każdy mężczyzna. O ile zazwyczaj jednak chciał by jego ubrania były dla każdego i sprawdzało się to w kolekcjach dla kobiet, jednakże w przypadku mężczyzn nie mógł pozwolić sobie na taka swobodę kreatywności. Niestety garnitury były zazwyczaj w takiej samej formie. Postanowił jednak poszaleć i tym razem puścić wodzę fantazji. Z opiniami krytyków mogło być jednak różnie, więc ciagle starał uodparniać się na ciężkie słowa, mówiace że ryzyko mu się nie opłaciło.
Po prostu nie chcę zapeszać, a trochę z ta kolekcja ryzykuję – uśmiechnał się, spogladajac na przyjaciela. Nie chciał, żeby ten odebrał jego zachowanie jako brak wdzięczności za gratulacje i za dobre chęci, jakie ten miał względem projektanta. Był wdzięczny każdej osobie, która tylko powiedziała mu cokolwiek, co wsparło go w duchu lub dał kopa w dupę, by cokolwiek zrobił. Cenił sobie takich ludzi i lubił przebywać w ich towarzystwie.
Tak, tak, dokładnie – przytaknał, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Był pracoholikiem i chętnie to przyznawał. Z praca łaczyła go szczególna więź, bo wiedział, że tylko projektowanie go nie opuści. Miał już wyrobiona markę i wiedział, że prędko nie zniknie ona z pokazów i serc jego klientów. Pracowałby nawet dotad, dopóki ostatnia osoba nie przestałaby kupować jego ubrań. Nieraz praca zajmowała mu zdecydowanie zbyt wiele czasu. – Nie powinienem jeszcze nic na ten temat mówić, ale tak – powiedział cicho. Informacja ta nie została jeszcze podana jako oficjalna, ale kilka spotkanie nie przeszło bez echa i ktoś w końcu to podłapał i wieść się rozeszła. W sumie jakby nie patrzeć to Brad był przystojnym mężczyzna, a Brandon był jego fanem już od dość długiego czasu, więc cieszył się, że zgodził się on na promowanie kolekcji. Miller traktował to jednak jako pracę i podchodził dość profesjonalnie, więc może flirtował, ale nie oczekiwał ze strony aktora niczego konkretnego, bo w końcu nie wiedział, czego ten może chcieć.
Ale poradziłeś sobie z nim, czy kręci się on nadal? – zapytał wyraźnie przejęty cała sprawa. Co jak co, ale wiedział on, że stalking może być niezwykle niebezpieczny i mogło to skończyć się źle nie tylko dla Williama ale i dla wszystkich osób w jego otoczeniu. Lepiej by było, gdyby ta osoba została poddana jakimś procedurom. Oczywiście chciałby się również dowiedzieć, czy jego przyjaciel jest już bezpieczny. Nie chciał jednak wymuszać na nim opowiadania o tym, jeśli nie chciał. Spojrzał na kelnera, zdajac sobie sprawę z faktu, że nie zdażył się dobrze przyjrzeć karcie dań, więc zamówił dokładnie to samo co jego towarzysz. Nie miał jednak pojęcia o daniu, więc nie wiedział, na co miał się przyszykować. Na szczęście od zadręczania się tym wyrwały go ostatnie słowa mężczyzny.
To musisz mi wszystko opowiedzieć – powiedział, nie chciał nawet słyszeć, że nie ma o czym mówić, bo Will musiał mu teraz opowiedzieć wszystko ze szczegółami. Nie pocieszy się krótka historyjka.
[Profil]
 
 
William Boyle


Wysłany: 2017-09-25, 08:51   

Sam William nie należał do mężczyzn, którzy chętnie założyliby garnitur w kwiecisty wzór. Dla przyjaciela może i pozwoliłby sobie na podobna ekstrawagancję, jednak tylko w zaciszu jego mieszkania stanowiacym jednocześnie jego pracownię, gdzie nikt poza nimi nie byłby świadkiem takiej sceny. Aczkolwiek lubił raz na jakiś czas pobawić się kolorami przy kompletowaniu swojego stroju, choć to stało się już powszechnym modowym zagraniem, na dodatek bardzo bezpiecznym. Poza tym, może i nie nosił tych odważniejszych strojów z kolekcji autorstwa Millera, jednak tych mniej awangardowych miał w swojej szafie całkiem sporo.
Na twarzy Brandona dostrzegał ślady zmęczenia, ale również spore podekscytowanie. Biolog znał ten stan całkiem dobrze, bo sam znajdował się w nim wiele razy, kiedy to był w trakcie realizacji ważnego projektu naukowego. Poświęcenie warte było swojej ceny. Satysfakcji z osiagnięcia kolejnego sukcesu w karierze nikt im nie odbierze.
W takim razie będę goraco kibicować – wyznał z uśmiechem, chcac dodać przyjacielowi nieco otuchy. – Na gratulacje przyjdzie jeszcze czas, bo masz talent i wierzę, że wiesz co robisz.
Miał nadzieję, że tym spotkaniem doda mu motywacji, choć przecież na tę chwilę odciagał go od pracy. I może nawet od jednego przystojnego aktora. Samo podejrzenie sprawiło, że uśmiechnał się pod nosem jakby wszechwiedzaco, a przecież nic nie wiedział.
Będę milczał jak grób – przyrzekł z lekkim rozbawieniem. – Przynajmniej mogę teraz po cichu sobie fantazjować – po żartobliwych słowach zaśmiał się pod nosem. Obecnie jego głowa wypełniona była myślami tylko o jednym mężczyźnie.
Może nie powinien był kierować uwagi na siebie, jednak potrzebował w końcu z kimś porozmawiać. Naprawdę nie miał komu się wygadać. Egoistyczne z jego strony było zajmowanie czasu komuś, kto ma na głowie swoje własne zmartwienia. Brandon ma na głowie kolekcję i pokaz, więc niepotrzebne mu rozterki Boyle'a.
Już mam z nim spokój – odpowiedział na jego pytanie i wcale nie skłamał, stalker rzeczywiście nie był już problemem. Szkoda tylko, że dopiero teraz, gdy zdażył go napaść i kilka dni później potracić kogoś jeszcze. I to nie byle kogo. Ale wspominanie o tym byłoby zbyt frustrujace. Najważniejsze, że policja zdobył obciażajace go dowody, dzięki czemu nachalny były student nie uniknie odpowiedzialności za swoje wybryki.
A jednak William nawet nie przykładał odpowiedniej wagi do tej sprawy, bo wciaż bardziej przejmował się swoimi sprawami sercowymi. I naprawdę miał się czym przejmować.
Jeszcze kilka miesięcy temu powiedziałbym ci, że nie znoszę tego faceta – zaczał z lekkim rozbawieniem. – Ale potem zobaczyłem go w okularach i pomyślałem, że właściwie jest cholernie seksowny. Jakbym ujrzał go na nowo – tak właśnie było. Gdyby nie okulary, być może nigdy nie pomyślałby, że John może być kimś więcej niż szefem miejscowej policji. A okazało się, że to normalny człowiek, jak każdy inny. – Beznadziejnie zakochałem się w komendancie, któremu rozbiłem małżeństwo – dopowiedział zniżonym głosem, a końcówkę wypowiedzi to właściwie burknał pod nosem, przez co zabrzmiał mrukliwie i niewyraźnie. Nie łatwo przyszło mu wyznać, że rozbił komuś wieloletni zwiazek. I właściwie po raz pierwszy powiedział głośno, że jest zakochany. Zbyt często łapał się na myśli, że zbudował swoje szczęście na czyimś nieszczęściu. A Brandon miał go wesprzeć, tak przynajmniej William sobie pięknie założył.
Już trzy lata temu był zmuszony zajać się moja sprawa osobiście. Dobrze wiesz, że mój ojciec jest członkiem Izby Lordów i z tego tytułu ma znajomości, więc pociagnał za kilka sznurków. Tym razem obyło się bez korzystania z jego koneksji – tu urwał, marszczac przy tym brwi, bo zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo upierdliwym poszkodowanym wtedy był. – Naprawdę mnie wspierał – spróbował jakoś się wytłumaczyć, może niepotrzebnie. – Wiedziałem, że ma męża, ale kiedy na mnie patrzył z taka troska chciałem go mieć obok.
Zerknał na rozmówcę niepewnie, chcac ujrzeć z jego strony przede wszystkim zrozumienia albo chociaż chęć zrozumienia. Tego potrzebował najbardziej.
[Profil]
 
 
Brandon Miller


Wysłany: 2017-10-03, 18:47   

Domyślił się, że William nie należałby do grona fanów kwiecistych garniturów. Brandon sam nie wiedział, czy założyłby taki, niemniej jednak przymierzyłby z chęcia. Lubił przymierzać rzeczy, które sam zaprojektował, o ile nie były to kobiece sukienki. W takich niestety się nie widział, chociaż wierzył, że nie wygladałby tragicznie. Niemniej jednak musiałby być znacznie bardziej pijany. Musiałby przekroczyć normalna normę pijaństwa, która zwykł osiagać. Lubił pić, często to robił, ale nie upijał się w sztok. Nie miał w zwyczaju pić do nieprzytomności. Wiedział że źle by na tym wyszedł i zapewne narobiłby jakichś głupot. Gdy był młody i balował na studiach, to często robił rzeczy, z których nie był obecnie dumny. Dobrze że większość z nich rozmyła mu się w pamięci.
Uśmiechnał się lekko. Każde głosy wsparcia były cenne, zwłaszcza gdy nie były to słowa i rady. Wiele osób mówiło do niego różne rzeczy, przez które radziło mu by zrobił to lub tamto. Nigdy mu to jeszcze nie pomogło, ale czasem lubił się śmiać z tego, jak ludzie którzy nie znaja się na jego pracy maja się za wielkich znawców.
Pewnie i tak wkrótce wszystko wyjdzie na jaw, w końcu kiedyś będzie trzeba to ogłosić. Moja ekipa powiedziała jednak, że lepiej poczekać na odpowiedni moment – powiedział, uśmiechajac się pod nosem. Brad był przystojnym mężczyzna. Miller od dłuższego czasu śledził jego filmowa karierę. Niemniej jednak traktował ich relację jako czysto zawodowa. Starał się być w tym wszystkim profesjonalny, więc niczego większego nie oczekiwał. Niemniej jednak nie obraziłby się, gdyby wszystko okazało się innym. Niemniej jednak na razie skutecznie separował życie zawodowe od prywatnego.
Przysłuchiwał się temu, co mówi William. Był szczęśliwy jego szczęściem. Cieszył się, że jego przyjaciel znalazł sobie kogoś. Cieszył się również, że prześladowca Boyle'a został zatrzymany. On sam nie miał najmniejszego pojęcia, jak to jest żyć ze świadomościa, że na ulicy znajduje się człowiek, którego uwaga skupia się tylko i wyłacznie na tobie, ale jest to coś patologicznego i bardzo niezdrowego. Wiedział jednak, do czego może to prowadzić. Głupi nie był a po Internecie i w mediach kraży wiele historii o tym, jak prześladowca zrobił krzywdę nie tylko swojej ofierze ale również rodzinie i innym bliskim.
Will, w co ty się wpakowałeś – powiedział, słyszac o rozbijaniu małżeństwa. Dla Brandona małżeństwo było czymś ważnym. Nie wiedział, czy dałby radę umawiać się z kimś, kto byłby w zwiazku z inna osoba. Byłaby to dla niego jedna z tych Czerwonych flag, które stanowia poważne przeszkody i znaki, że to jednak nie dla niego. Nie wiedział, czy dałby radę żyć z poczuciem, że był przyczyna rozpadu czyjegoś zwiazku i czy potrafiłby odpędzić od siebie myśl, że skoro jego partner zdradził swojego byłego z nim, to czy i jego nie czeka taki sam los. Bałby się, że jego zazdrość wzrośnie i przerodzi się w jakaś głupia paranoję, a on nie był człowiekiem, który na ludzi patrzy jak na potencjalne zagrożenie. Uśmiechnał się jednak, bo doskonale rozumiał czym jest miłość i jakie może ona przyjać oblicze. Nie miał zamiaru krytykować wyboru swojego przyjaciela, bo w końcu to było jego życie i mógł sobie je przeżyć jak tylko chciał.
Najważniejsze jest to, że jesteś szczęśliwy – uśmiechnał się ciepło i oparł wygodnie o krzesło. – W moim życiu gości na razie jedynie praca i nie wiem, kiedy może się to zmienić – mruknał żartem, ale w głębi duszy miał nadzieję, że kiedyś to wszystko się zmieni i będzie miał przy sobie kogoś, kto będzie go wspierać i trwać przy nim dzień po dniu.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 5