Poprzedni temat «» Następny temat
Huragan złapany na lasso
Autor Wiadomość
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-09-05, 14:18   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Może gdyby Latifa była tam razem z Tommy, kierowałaby cała akcja szybciej, nie pozwalajac Dalle na zauważanie szczegółów oraz zastanawianie się nad porzuconymi na podłodze strzykawkami czy rozerwanymi kroplówkami. Ale znajdowała się na zewnatrz, w łódce. I nawet nie podejrzewała, że w środku rozciagały się aż tak jednoznaczne, drastyczne widoki.
- W takim razie to chyba działa w dwie strony, nie? - zapytała, przewracajac oczami. Nie chciała być ta przewidywalna i obdarta ze wszystkich tajemnic. Opowiadanie historii mogło przydać się w najmniej oczekiwanym momencie życia, chociażby jako punkt zaczepienia do jakiejś rozmowy. Gdyby teraz Latifa sprzedała Tommy największe ciekawostki na swój temat, później byłoby trochę słabo.
Westchnęła, zrozumiawszy przekaz. Czyli nici z wyprawy do szpitala - pozostawało jej całkowite objęcie funkcji strażniczki łódki. Układajac głowę na jakimś wypchanym plecaku, poprzysięgła sobie, że jeśli taka sytuacja miałaby zdarzyć się po raz drugi, to ona przejmie obowiazki eksploratorki terenu. I to bez dyskusji.
Słuchała historii Tommy z zamkniętymi oczami, poświęcajac wolna chwilę na szybkie skumulowanie energii. Nie potrzebowała tego, najchętniej wspięłaby się na górę i towarzyszyła Dalle w podróży po opuszczonym szpitalu, ale skoro łowczyni burz wolała, aby Latifa została na swoim dotychczasowym stanowisku, nie zamierzała wchodzić w polemikę. Kolejnym razem sobie odbije.
- Nie sprzedam ci tak interesujacej historii za fakt o cukinii - powiedziała tak, jak gdyby właśnie targowały się w czymś rzeczywiście istotnym. Szczerze mówiac, nie uważała opowieści o swoim dziennikarskim powołaniu za coś faktycznie ciekawego, ale na pewno stanowiła jedna z niewielu rzeczy, jakie w Latifii mogły okazać się zadziwiajace. Przynajmniej tak słyszała. - Hmm... na trochę po tym, jak po raz pierwszy przyjechałam do Brentwood, wybrałam się na koncert Justina Biebera - zaczęła, nie mogac powstrzymać cisnacego się na usta uśmiechu. - Nie myśl sobie, nie jestem masochistka, po prostu siostra dziewczyny, która mi się wtedy podobała była jego fanka. No i... zaoferowałam się na wolontariuszkę, ktoś musiał jej pilnować. A wiesz, to były jeszcze te czasy, gdy on dopiero zaczynał karierę. I wtedy miał taka politykę, że do jednej piosenki wyciagał na scenę jakaś dziewczynę z widowni. W pewnym momencie podszedł do mnie jakiś ochroniarz, wielki, straszny typ. I on do mnie, że jestem zaproszona na scenę, ale że było głośno, dużo ludzi to wcisnęłam mu w ręce tamta mała i wysłałam ja. Bo cholera, nie wiem ile on miał wtedy lat, może z szesnaście? No, i tak właśnie spełniłam największe marzenie jakiegoś dzieciaka - skończyła opowiadanie, po czym pozwoliła sobie na krótki chichot. Ilekroć teraz o tym myślała, to wszystko wydawało jej się cholernie niemożliwe i zabawne. W tamtym czasie nie było jej do śmiechu, bo siostra dziewczynki, nad która pełniła opiekę tamtego wieczoru, i tak nie zwróciła na nia uwagi, co okazało się ciosem prosto w serce, ale z upływem czasu nauczyła się lubić to wspomnienie, a nie - traktować je jako niepotrzebny wysiłek na drodze do zdobycia uwagi swojej sympatii.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Tommy C. Dalle








23

Will travel for work

Life on the road with my van and storms

Downtown Brentwood



Wysłany: 2017-09-05, 14:56   
  

  
Tommy C. Dalle

  
I still wish you the best with a "fuck you".


- To był też fakt o moim zamiłowaniu do słoni. Dwa w cenie jednego.
Zauważyła z udawanym oburzeniem, jeszcze zanim Latifa zaczęła swoja opowieść, która w murach opuszczonego, podtopionego szpitala z charakterystycznym trzeszczeniem z niewielkiego głośnika brzmiała abstrakcyjnie i jednocześnie normalnie – jak coś, o czym rozmawia się ze znajoma przez telefon, leżac na łóżku wieczorem, objadajac ciastkami. Nie miały tak dobrze, zamiast tego jedna chodziła po zimnych korytarzach, a druga leżała na niewygodnych plecakach. Na swój sposób, prawie wpasowywały się w obraz.
- Brzmi jak wielkie poświęcenie dla względów tej drugiej. – zauważyła z pełnym podziwu tonem, rejestrujac w pierwszej kolejności informacje potwierdzajace to, co podejrzewała od czasów Syrii, a później dachu na Kimpton w Brentwood. Chciała zapytać, jak wspomniana dziewczyna miała na imię, ale wtedy usłyszała ten dźwięk, w którego kierunku ruszyła bardzo, bardzo powoli.
Ostrożnie uchyliła drzwiczki, a gdy te pod naporem nie chciały się otworzyć szerej, Tommy wślizgnęła się do środka przez niewielka szparę. Nie podejrzewała, że dokona takiego odkrycia.
-----
Na zewnatrz - bo porobię Ci za MG, bo chcemy ekstremalna jazdę bez trzymanki, bo tak.

- Oy!
Zachrypnięty głos brodatego mężczyzny o paskudnej, zaoranej bliznami twarzy i szerokim nosem dochodził zza pleców Latify, a gdy uniosła się wyrwana z porywajacej dyskusji z Tommy, która zamilkła na linii, mogła dostrzec, że był ubrany w szare, brudne łachmany, a na głowie nosił czapkę z daszkiem z logiem Chicago Bulls. Na oko wygladał na pięćdziesiat parę lat, choć gęsta broda mogła zmylić reporterkę.
- Nie powinnaś chyba spać na łodzi w trakcie powodzi! Coś złego może ci się przytrafić! – obwieścił podniesionym głosem, gdy płynał powoli z nurtem, od czasu do czasu pomagajac sobie wiosłem. Nic dziwnego, że Latifa nie usłyszała go, kiedy nie wspomagał się głośnym mechanizmem popsutego silniczka z tyłu, o który oparł płócienny worek oraz strzelbę myśliwska.
Dwoma zamaszystymi ruchami obrał kierunek na łódź ratownicza, podpływajac coraz bliżej i bliżej. Na odległości dziesięciu metrów, kiedy miał pewność, że nie zboczy z kursu, podniósł się ociężały na równe nogi, odsłaniajac swój wielki, piwny brzuch spod przykrótkiej kurtki.
Wyciagnał szyję i uśmiechnał się szeroko żółtymi zębami.
- Taka dziewczyna jak ty chyba nie potrzebuje aż tylu plecaków? – końcówka wiosła wskazał na bagaże ekspedycji. – Zaniosło ci łódź tu, co? Może pomóc?
[Profil]
   
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-09-05, 21:35   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Uśmiechnęła się, dalej trzymajac walkie talkie blisko ust. Cukinia i słonie - czuła w kościach, że informacje na te tematy miały jej się przydać w przyszłości. Bezsprzecznie.
Przez chwilę Tommy milczała, więc Latifa po prostu wpatrywała się w zachmurzone niebo i rozmyślała nad tym, jak wiele czasu mogło im zejść na dotychczasowej podróży. Podejrzewała, że niewiele, trzydzieści, może czterdzieści minut, ale i tak czuła się tak, jakby spędziła na tej łódce cała wieczność. Po epickim skoku Dalle na ścianę szpitala nie miała okazji zaspokoić swojego pociagu do adrenaliny żadnymi wrażeniami, co przekładało się na wszechogarniajaca nudę.
Jak tylko usłyszała obcy głos, podniosła się do pozycji siedzacej i goraczkowo rozgladnęła dookoła, jak gdyby nagle zdała sobie sprawę z istnienia jakiegoś zagrożenia. Odgarnawszy włosy z twarzy, przyjrzała się zmierzajacemu w jej stronę człowiekowi na łódce. Kiwnęła głowa w ramach przywitania. Nie znała jego zamiarów, ale starała się nie zakładać z góry najgorszego.
Pominęła komentarz o ucinaniu sobie drzemki na łódce. Musiałaby zbyt wiele tłumaczyć, aby mężczyzna cokolwiek zrozumiał i nie prosił o parokrotne powtórzenie historii, jaka miałaby mu sprzedać.
- To bagaże przyjaciół, sa na górze, w szpitalu. - Taktyczna zagrywka dla odwrócenia uwagi przeciwnika. Spotykajac na swojej drodze wielu typów podobnych do tego, który właśnie zaszczycił ja watpliwie uroczym uśmiechem, nauczyła się, że najważniejsze było udawanie, jakoby wcale nie była sama, lecz miała za soba wsparcie licznej, silnej grupy. - Nie trzeba, dziękuję. Mam wszystko pod kontrola - siliła się na grzeczność, ale jak tylko jej wzrok powędrował w kierunku strzelby myśliwskiej, która spoczywała w łódce nieznajomego, zmarszczyła czoło. Dziwny typ. Trzeba pamiętać, aby mieć się na baczności.
- Nie powinien być pan daleko stad, razem z innymi? - zapytała, unoszac brwi. Zważywszy na fakt, że miasto ewakuowano, przez co nie było tutaj prawie żadnego życia, czyjakolwiek obecność wydawała się Rashid podejrzana. Może dlatego więc odnosiła się do mężczyzny z pewna rezerwa, mimo że nie zrobił nic, co mogłoby ja zaniepokoić.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Tommy C. Dalle








23

Will travel for work

Life on the road with my van and storms

Downtown Brentwood



Wysłany: 2017-09-06, 13:06   
  

  
Tommy C. Dalle

  
I still wish you the best with a "fuck you".


Chciała zrobić coś więcej, niż tylko wyciagnać rękę i liczyć, że to załatwi sprawę, choć w obecnej sytuacji, nic lepszego nie mogła uczynić, więc po prostu czekała. Tak należało postapić.
________

Najpierw jego oczy zbadały szara posturę szpitala, przypominajacego teraz lokację w jednej z gier post-apo, w które miał nawyk grać, nim Austin nawiedził huragan.
- Co za ulga, już myślałem, że jesteś sama skazana na ten padół zapomniany przez Boga – otarł gęsta brodę, potakujac sobie i przyjrzał się dokładnie Latifii, nie szczędzac typowego zmierzenia od góry do dołu. Kiedy łódka zbliżyła się do Travisa, dziób łajby grubaska tknał bok i lekko odbił, pozostawiajac niewielkie pasmo mułu na białych literach. – Jesteście grupa ratownicza, co? Nie brzmisz ani nie wygladasz na tutejsza. – zauważył z cwaniackim tonem, uśmiechajac przyjaźnie do reporterki, gdy zamoczył wiosło w wodzie kilka razy, aby pozostać „w miejscu”.
- Szukam kogoś – odparł, zgrabnie przeskakujac z tematu, kiedy wskazała długim kijem na bok czarnej łodzi. – Mogę się na chwilę doczepić do was? Pływam tak już kilka godzin, aż odciski od wiosła mi się porobiły. O, tutaj o – pokazał wnętrze lewej dłoni pełne czerwonych zgrubień na stawach łaczacych szereg dalszy kości śródręcza z bliższym rzędem kości paliczkowych. – Mam swoja linę, więc nawet sam to zrobię, co? – ostrożnie obrócił się i sięgnał po schowana pod strzelba linkę holownicza, czemu towarzyszyło kołysanie na prawo i lewo łodzi nieopierajacej się ciężarowi masywnego przybysza, który przewiesił broń przez ramię, gdy rozplatywał kolorowy sznur, sam decydujac o tym, że tu zostanie na chwilę. Może nawet więcej.
[Profil]
   
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-09-07, 01:36   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Niespodziewane nadpłynięcie innej łódki kompletnie oderwało Latifę od myślenia o Tommy i tego, jak radziła sobie w szpitalu. Prawdę mówiac, była tak zaabsorbowana nowa sytuacja, że całkowicie zapomniała o walkie talkie, które ześlizgnęło się z jej kolan i aktualnie leżało na jednym z plecaków.
Kiwnięciem głowy przytaknęła w odpowiedzi na jego pytanie. Pewnie gdyby okoliczności były bardziej sprzyjajace, uniosłaby brwi i zapytała co takiego w jej wygladzie wskazywało na to, że nie była tutejsza, bo o ile brzmienie mogła zrozumieć ze względu na obcy akcent, tak nie miała pojęcia w jaki sposób wyróżniała się swoja prezentacja zewnętrzna. Z tego co wiedziała, Stany Zjednoczone były terenem zróżnicowanym pod względem struktur rasowych czy etnicznych.
- Kogo konkretniej? - zapytała, przygladajac się mężczyźnie. Zaraz jednak zdała sobie sprawę z tego, że jej pytanie zabrzmiało niczym zwykła wścibskość, więc wyprostowała się i odchrzaknęła. - Moglibyśmy pomóc, oczywiście jeśli pan chce. Zdaje mi się, że jesteśmy trochę lepiej wyposażeni. - Jej wzrok powędrował w stronę wypchanych plecaków, które chwilę temu przyciagnęły uwagę nieznajomego. - No i samotne poszukiwania musza się strasznie dłużyć - nie czuła potrzeby, aby wyrazić tę myśl na głos, ale, biorac pod uwagę rozgadanie aktualnego towarzysza, byłoby niezręcznie, gdyby nie dokonała bardziej skrupulatnych tłumaczeń. Zreszta zawsze ilekroć miała do czynienia z ludźmi starszymi czuła się lekko skrępowana. Nigdy nie wiedziała co powiedzieć, o co pytać, kiedy przestać. Pozostałości po wpojonym przez rodziców szacunku do starszych, z którym strasznie niewygodnie żyć. Latifa zapominała o tym wyłacznie wtedy, kiedy dochodziło do wywiadów badź opowiadanych przez innych historii, jakie mogły przydać się w jej aktualnym badź przyszłym reportażu. Praca - poczucie obowiazku oraz pasji - skrzętnie odciagała jej uwagę od poczucia niezręczności.
- Myślę, że tak. - Wzruszyła ramionami. Pierwsze wrażenie, jakie wywarł na niej ten człowiek, minęło tak niespodziewanie, jak się pojawiło. Teraz, kiedy myślała o tym, że oceniła tego człowieka tak pochopnie, odczuwała coś na kształt wstydu i niechęci do samej siebie. - Da pan sobie radę? - zapytała, patrzac jak mężczyzna ostrożnie poruszał się po swojej łódce.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Tommy C. Dalle








23

Will travel for work

Life on the road with my van and storms

Downtown Brentwood



Wysłany: 2017-09-07, 11:47   
  

  
Tommy C. Dalle

  
I still wish you the best with a "fuck you".


– Ufasz mi?
Oczami wyobraźni widziała, jak traci palce. Błysk bieli był sygnałem – wóz albo przewóz.

_______

Ociagał się z odpowiedzia, kiedy goraczkowo walczył ze sznurem, kiwajac głowa to na boki, to potakujac sobie w swoim rytmie, gdy rzucił przez ramię:
- Przyjaciela. Wypłynał wczoraj i jeszcze nie wrócił. – wyprostował się, rozmasowujac szerokie karczysko i odwrócił odrobinę do Lat, przez moment tylko spogladajac na nia, nim wtóry raz uśmiechnał się swoim okropnym uzębieniem. – Naprawdę? Moglibyście to zrobić? – jego wzrok powiódł po pustych oknach szpitala zza schodów przeciwpożarowych. – Nawet nie wiesz, jak bardzo by mi to ułatwiło sprawę. – rozradowany pociagnał mocniej za sznur, robiac węzeł pętli wisielczej u jego końca z zadziwiajaca precyzja i prędkościa, o jaka człowieka jego postury oraz palcami przypominajacymi serdelki nikt by go nie posadził.
Dobroduszność i mylne wrażenie było zagadkowa mieszanka, zwłaszcza, gdy brodacz z lina w dłoniach przeszedł na przód swojej spróchniałej łajby i postawił ciężkiego buciora na dziobie.
- Powinienem, ale ty chyba masz bliżej do haka, co?co, co, co?Tam przy silniku? Masz coś takiego, co?
Łódka ratownicza faktycznie była wyposażona w uchwyt tuż obok steru, do której Latifa musiała się nachylić, a przede wszystkim, odwrócić, aby w ogóle przywiazać rzucona ku niej pętlę wisielca. Wystarczyło przełożyć ja pod niewielkim bolcem , a następnie zacisnać solidnie knot i po sprawie, szkoła podstawowa wiazania, jeśli nie przedszkole, co jednak nabrało kompletnie innego znaczenia, bo gdy Latifa pozwoliła brodatemu zostać w okolicy, zaważyła na całej sytuacji.
Kliknięcie kurka było głośniejsze, niż obijajaca się o kołyszaca łódkę woda i gdy tylko reporterka uporała się z zadaniem, mogła spostrzec, że mężczyzna celował do niej z broni palnej.
- Nawet nie waż się ruszyć albo rozpierdolę ci łeb – warknał przy kolbie, opluwajac własna brodę. – Islamska suka, ręce do góry, abym je widział! – ponaglił Rashid ostrym ruchem broni, która zżerała od spodu rdza. – I nic nie kombinuj! Cholerne brudasy - nie trudno było się zorientować, że najlepszego podejścia do sprawy czy orientacji terenowej nie posiadał. Pomarańczowy Cheetos byłby zadowolony ze swojego wyborcy. – Myślicie, że możecie wkraść się do Stanów pod pretekstem pomocy? Niedoczekanie! Już ja z takimi, jak ty, miałem do czynienia! Ściagacie, panienki, ręczniki z głów i potem wysadzacie wszystko! Nie potrzebujemy was tutaj, pieprzeni heretycy!
Cóż, uroda Latify była jednoznaczna, a przynajmniej te charakterystyczne cechy, które mogły zdradzać pochodzenie z ziem zdominowanych przez religię islamska. Inna sprawa, że mężczyzna był niepoczytalnym łgarzem, który wcale nie szukał zaginionego przyjaciela. Ale kto mógł to przewidzieć?
[Profil]
   
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-09-07, 21:24   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Skupiona na myśli o obowiazku niesienia pomocy, kompletnie nie zauważyła podejrzanych ruchów mężczyzny, który, jak tylko z powrotem odwróciła się w jego stronę, czekał na nia z wystawiona strzelba. O kurwa, zdażyła tylko pomyśleć zanim kontrolę nad jej umysłem przejęło naturalne pragnienie przetrwania. Usłyszawszy komendę podniesienia rak do góry, oblał ja zimny pot. Katem oka zerknęła na leżace na najbliższym plecaku walkie talkie i przełknęła ślinę. Miała plan, ale cholera, wystarczył jeden nieprzemyślany ruch, aby wszystko zepsuć.
Ostrożnie przesuwajac dłoń, nacisnęła odpowiedni przycisk i głośno, aby zagłuszyć trzeszczenie krótkofalówki, krzyknęła:
- Odłóż tę pierdolona broń i przestań we mnie celować, pojebie! - Po czym jak najszybciej podniosła obie ręce do góry, aby dłużej nie igrać z losem (albo z chorym psychicznie człowiekiem, który właśnie celował do niej z broni, jak kto woli). Chwilowo była bezpieczna, tak przynajmniej jej się wydawało. Miała tylko nadzieję, że Tommy nie odbierze tej całej sytuacji jako żart albo że nie przyjdzie jej do głowy pomysł odpowiadania na tę lakoniczna, acz wystarczajaco wymowna wiadomość. Latifa całkiem lubiła swoje życie i byłoby cholernie beznadziejnie, gdyby ktoś postanowił je od niej odebrać ze względu na swoje żałosne urojenia. No bo islamska suka? Serio? Może gdyby Latifa nie podejrzewała, że pod czaszka faceta z bronia znajdował się mózg wielkości orzeszka, zdobyłaby się na wytłumaczenie mu tego, że z Państwem Islamskim nie miała nic wspólnego, wszak Irak, będacy jej ojczyzna, sam nie raz został skrzywdzony z ręki dżihadystów. Coś jej jednak mówiło, iż ten typ bazował wyłacznie na własnych przekonaniach, a fakty niewiele go obchodziły, a Rashid nie należała do ludzi, którzy lubili strzępić sobie język. Wszystko wskazywało więc na to, iż jej los leżał w rękach Tommy.
- Gówno mnie obchodzi twój kraj - odpowiedziała pogardliwie i zmrużyła oczy. Może powinna była zachować jakaś pokorę w zwiazku z tym, iż w tym momencie to ona była na przegranej pozycji, ale honor nie pozwalał jej na przyjmowanie słów mężczyzny z milczeniem. - I wiesz co? Gdyby pierdolone, leniwe grubasy twojego pokroju bardziej interesowały się losami swojego państwa, cholerne brudasy nie musiałyby odwalać za was całej roboty - wypluła te słowa, nie przestajac patrzeć mu w oczy. Wiedziała, że lada moment mogła zostać sprowadzona na ziemię za pomoca ladujacej na policzku pięści czy odgłosu wystrzału, ale... czy się bała? Nie do końca. O ile jej zaufanie do Tommy było ograniczone ze względu na świadomość tego, że dziewczyna aktualnie była zajęta czymś innym, wierzyła w swój znakomity refleks. I chociaż zapewne nie miała wyjść z tego wszystkiego bez szwanku, poczatkowe przerażenie ustapiło miejsca chłodnemu rozsadkowi, który pozwolił jej na dostrzeżenie tego, w jak niewłaściwy sposób stara, zardzewiała strzelba była trzymana przez przeciwnika. Istotna obserwacja.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Tommy C. Dalle








23

Will travel for work

Life on the road with my van and storms

Downtown Brentwood



Wysłany: 2017-09-08, 13:57   
  

  
Tommy C. Dalle

  
I still wish you the best with a "fuck you".


Ta decyzja będzie miała konsekwencje...

- Ani mi się śni opuszczać ja przed takim śmieciem, jak ty! – ordynarnie splunał do wody, nerwowo poprawiajac uchwyt przed lufa strzelby. Przypominała nieco stara dubeltówkę, ale zamiast dwóch rur, miała pojedyncza, łamana u mostka, gdzie następowała wymiana naboju. - Pieprzona terrorystka, myślisz, że możesz tak odzywać się do rodowitego Amerykanina?! – kipiaca złość wypełniła żyłę przy skroni, która Latifa mogła zobaczyć pod czapka grubasa, kiedy ten zaczał przemieszczać się po łódce.
- Parszywa gnida. Znaj moja łaskę i spieprzaj na te schody! Ale to już, w te pędy! – wskazał serdelkowym, krzywym palcem na metalowa kondygnację, nie przestajac celować, a gdy ociaganie się Latify zadziałało mu na nerwy, ruszył niebezpiecznie strzelba, po czym powtórnie odciagnał młoteczek, dopóki ten nie klinał. Palec ułożony na spuście. – I odwiaż wasza łódź – warknał cały rozjuszony z ekscytacji. – No dalej! Bo zrobię ci dziurę w brzuchu, zanim zdażysz policzyć do trzech, kurwa jego psia mać! Ruszaj się!
[Profil]
   
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-09-08, 22:37   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Dziób łódki mężczyzny dotykał boku arki, po której Latifa poruszała się wraz z Tommy w ciagu całej ich wyprawy. Jeśli by tak odpowiednio szybko przeskoczyć... Nie, to bez sensu. Ten facet ważył przynajmniej trzy razy tyle, co ona. W każdej chwili mógł ja powalić i o ile Rashid nie narzekałaby, gdyby oboje wyladowali w wodzie (wszak pływała dobrze i szybko), istniała jednak większa szansa na to, że wyborca PrimaDonalda odepchnie ja, w efekcie czego jej losy będa przesadzone. Szlag by to trafił.
Groźby mężczyzny docierały do niej niczym zza grubej kurtyny, która tłumiła poszczególne słowa. Nie skupiała się na tym, co mówił. Analizowała działania, jakie powinna była podjać, aby wyjść z tego cało i nie stracić łódki. Nie miała dużo czasu.
Coś na kształt niedopracowanego planu wpadło do jej głowy i sprawiło, że wypuściła powietrze ze świstem. Okej, okej. Dasz radę. Tylko się rusz. Rób to, co mówi.
Powoli wstała z przyjętej nie tak dawno pozycji siedzacej i, zmrużywszy oczy, odwróciła się w kierunku schodów. Trybiki w jej głowie pracowały szybko i głośno. Latifa nie zdażyła nawet zastanowić się nad tym, czy jej plan miał realna szansę na to, aby się powieść. Zamiast tego po prostu skrzywiła się i wykonała gwałtowny ruch, sprzedajac obleśnemu typowi kopnięcie z półobrotu. Przez chwilę myślała, że to będzie jej koniec. Serce biło jej jak oszalałe, dłonie stały się śliskie i drżace. Ale potem jej stopa z impetem uderzyła w coś ciężkiego i twardego, i przez głowę Rashid przeszła jedna, rażaco jasna myśl. To jest to.
Wykorzystujac chwilę słabości przeciwnika, sięgnęła dłońmi do przodu, aby wyrwać mu strzelbę. Jak tylko poczuła chłód metalu pod palcami, zacieśniła uścisk i wyrwała się do tyłu, próbujac zaskarbić sobie przewagę. Okazało się jednak, że podczas momentu nieuwagi siła rak brodatego mężczyzny odeszła w sina dal, więc wraz z gwałtownym szarpnięciem za broń Latifa poleciała do tyłu i przewróciła się, upadajac na brudna od rdzy barierkę metalowych schodów. Nagły, rwacy ból pleców oślepił ja na kilka męczacych sekund, podczas których zbierała siły, aby wstać i kontynuować starcie. Kurwa mać.
- Nie waż się ruszać - warknęła, niemalże od razu podnoszac się do pozycji stojacej. Odruchowo przyciskajac palec do spustu, uniosła lufę do góry i wystrzeliła gdzieś w chmury, na chybił trafił. Byleby tylko wystraszyć brodacza i przyciagnać uwagę Tommy, która najwyraźniej postanowiła urzadzić sobie w szpitalu małe wakacje. Rashid liczyła na to, że odgłos wystrzału zaalarmuje ja na tyle, aby jak najprędzej znaleźć się tutaj, na dole; czas Latify był bowiem ograniczony. Tył jej ciała bolał jak diabli; siła uderzenia była tak ogromna, że Rashid oczami wyobraźni już widziała te piękne, fioletowe siniaki jawiace się na skórze jej pleców. Nie mogła jednak teraz zwrócić uwagi na ból. Gdyby sobie na to pozwoliła, niechybnie przegrałaby to starcie.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Tommy C. Dalle








23

Will travel for work

Life on the road with my van and storms

Downtown Brentwood



Wysłany: 2017-09-10, 22:18   
  

  
Tommy C. Dalle

  
I still wish you the best with a "fuck you".


Nagła zamiana ról była tak zaskakujaca dla mężczyzny, że nawet nie zdażył porzadnie odwarknać, gdy impet kopnięcia poruszył nim na niebezpiecznie bujajacej się łajbie, która pamiętała lepsze czasy. Żeby nie upaść, musiał podeprzeć się jedna noga i machnać ramieniem dla utrzymania równowagi, a wtedy nieoczekiwany zwrot akcji spowodował, że stracił z rak rozpadajacy się rupieć strzelby łowieckiej, która wystrzeliła nagle w powietrze, powodujac nieprzyjemny dla uszu huk. Grubasek tym razem poruszył się nerwowo, niezdarnie opadajac tłustym tyłkiem w opiętych jeansach na trzeszczaca ławeczkę, aż wiosło podskoczyło na dnie i z przerażeniem wymalowanym na groteskowo paskudnej twarzy, uniósł ręce ku górze, wpadajac w panikę.
- Do diabła! – pisnał goraczkowo, kiedy zaczynał się hiperwentylować, aż jego skroń przybrała barwę purpury. – Odłóż to, głupia! Nie masz pojęcia, jak się nia posługiwać! Zabijesz nas oboje! – trzeszczacy u lufy, pożerany przez rdzę, metal po oddanym strzale drżał niebezpiecznie, cicho syczac. – Nastaw kurek przy panewce, bo wystrzeli zaraz ci w rękach i na mnie! – Prochowe, wiekowe pociski, które pakował do tego gnata były przemoczone, stare, a ich zawartość z każdym wystrzałem wysypywała się co jakieś czas do wnętrza ciepłego luftu. – Chryste, ty nawet nie wiesz, jak to zrobić!
Widzac nieefektowne poczynania dziewczyny, brodacz podniósł się na łódce i bez wahania przeskoczył (co za atleta!) do Travisa, wzburzajac fale dookoła transportu ratowniczego. Doskoczył do Latify, niemal wspólnymi siłami próbujac coś zdziałać z bronia, gdy niespodziewanie popchnał ja ku metalowej barierce schodów, odbierajac swoja własność.
- Tylko, kurwa, żartowałem – wytarł w rękaw oplute usta i wycelował broń w reporterkę. Nie dzieliło ich więcej, niż kilka centymetrów. – Masz się za taka cwana, co? – poprawił chwyt, ułożywszy palec na spuście. – Nienawidzę takich butnych bab. Z chęcia ci ten łeb odstrzelę, ty szmiro z gwałtu poczęta, a potem zabiorę wszystko, co posiadasz! – warknał burzliwie, niebezpiecznie ruszajac lufa, jakby chciał na nia nadziać Latifę. – Nie zadziera się z ludźmi Teksasu. Szkoda, że już o tym nikomu nie powiesz. – nagle uśmiechnał się gorzko, a z bliska jego uśmiech był jeszcze bardziej żółty, niż na odległość. Górny, lewy kieł zżerała mu próchnica. - A teraz przywitaj się z tym swoim Allahem, bo to ostatnia rzecz, jaka jeszcze zrobisz za życia.- i uniósł lufę na wysokości głowy Rashid.
Trzask, białe kły.
Pociagnał za spust.
Zewnętrzne drzwi na piętrze otworzyły się na oścież, a zza nich wyskoczyła bestia na czterech nogach, ujadajaca głośno i świecaca głodnymi zębiskami. Mieszaniec, wygladajacy na wilkowaty twór, wyskoczył z drugiego stopnia wprost nad Latifa, wlatujac na wziętego z zaskoczenia mężczyznę, który wypalił broń w kierunku zwierzęcia, niefortunnie nie trafiajac. Ogar wleciał na opryszka, wgryzajac się w jego przedramię, czemu towarzyszyła awantura na rozhuśtanej łódce. Brodacz zawył z bólu i wypuścił strzelbę w odmęty powodzi, gdy poleciał na plecaki wraz z czworonogiem, którego kły nie znały litości. Miotali się w nierównej walce po dnie, dopóki grubas nie wykopał psa do wody.
Omal nie wyleciała za barierkę, tak rozpędziła się w biegu przez korytarz. Szczęśliwie, zatrzymała się, wlatujac bokiem na metalowe podpórki, dzierżac w jednej dłoni niewielki stojak na kroplówkę.
- Lat! – zawołała w dół, widzac reporterkę u skraju ich łodzi, prędko dostrzegajac nieznajomego, który czołgał się do krawędzi, aby jak najszybciej wrócić na swoje. Zbiegła po schodach, przeskakujac co drugi, a gdy wpadła do Travisa, pierwsza rzecza, jaka zrobiła, był zamaszysty cios w bok głowy degenerata. Opadł nieprzytomnie przy sterze i przez długa chwilę miała problem z ocenieniem czy właśnie go wykończyła, czy tylko ogłuszyła. Kiedy wyszło na to drugie, odetchnęła z ulga, rozgladajac dookoła. Czworonoga wyrzuciła kilka metrów dalej, ale dzielnie dawał radę z dopłynięciem do łódki.
Odwróciła się, trzymajac swoja szpitalna broń w pogotowiu, ale gdy zobaczyła Latifę, czym prędzej przeszła przez plecaki, aby zaraz znaleźć się przed nia. Stojak na kroplówkę wyrzuciła za siebie i obie dłonie ułożyła na policzkach Rashid, rozbieganym, przerażonym wzrokiem przygladajac jej.
- Nie mogłam szybciej się pojawić, przepraszam. Słyszałam wystrzał i trzaski z radia – obwieściła zmartwiona, oklepujac Latifę od góry do dołu. – Co tu się stało? Nic ci nie jest? Coś ci zrobił? Co to za jeden? Postrzelił cię gdzieś? Powiedz coś! – zalała ja fala pytań, sprawdzajac kolejno ramiona, tors i talię, na powrót wracajac do głowy i policzków reporterki, czujac głęboka winę za narażenie towarzyszki na takie niebezpieczeństwo, czego dowodem były delikatnie zaszklone oczy i ukradkowo drgajaca dolna warga.
[Profil]
   
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-09-14, 22:54   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Oczywiście, że nie wiedziała jak tego używać. Kto wykazujacy przejawy zdrowego rozsadku posługiwał się jeszcze czymś tak starym i problematycznym w obyciu? Kto w ogóle ustalał to chore, amerykańskie prawo, które pozwalało ludziom, którzy w większości uważali, że Europa to państwo, na posiadanie broni? Przecież w przypadku tego tutaj zbliżanie się chociażby do pistoletu na wodę powinno być zabronione. Wszak z takim temperamentem mógł wyrzadzić innym krzywdę za pomoca czegokolwiek, doprawdy.
Nie zdażyła nawet zauważyć momentu, w jakim ponownie stała się ofiara. Po prostu - w pewnej chwili otworzyła oczy i zorientowała się, że oto stała wystawiona na łaskę człowieka, który na pewno nie był zdrowy psychicznie i który właśnie celował w jej kierunku ze starej, zardzewiałej strzelby. Nagle głos stanał w gardle Latify, a jej powieki zamknęły się, jak gdyby odmawiały ogladania najgorszego. Uchyliła usta, aby coś powiedzieć, może krzyknać, może wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, ale ostatecznie żadne słowa nie wydostały się spomiędzy jej warg. Już nie warto.
Do rzeczywistości przywróciło ja wściekłe ujadanie psa, które z poczatku wydało jej się nie na miejscu. Zwierzęta, tutaj? Czy to już ta druga strona? Potrzasnęła głowa. Dlaczego po śmierci miałby czekać na nia jakiś pies, skoro nigdy żadnego nie miała? To bez sensu, kompletnie bez sensu. Lecz czy cokolwiek, co dzieje się na tym świecie, jest sensowne?
Otworzyła oczy dopiero w momencie, gdy usłyszała głos Tommy, wołajacy ja po imieniu. Z poczatku nie rozumiała wiele. Wiedziała, że istotnie została uratowana z opresji przez jakieś czworonożne zwierzę; że paskudny Amerykanin tarzał się po swojej łódce, najprawdopodobniej w walce; że Dalle tu była (zdażyła); że Latifa jednak przeżyła. Jak to możliwe?
- No żyję, żyję - spodziewała się, że jej głos będzie cichy i słaby, tymczasem okazał się wyłacznie trochę zachrypnięty. Delikatnie uniosła dłonie i odsunęła od siebie ręce Tommy, aby zyskać trochę przestrzeni i odetchnać wilgotnym powietrzem. Za dużo niespodziewanych odruchów ze strony innych ludzi jak na jeden dzień.
Odeszła o krok w lewo i kucnęła w miejscu, gdzie znajdował się ster łódki, odgarniajac włosy z twarzy. Niemalże mogła poczuć bladość, która wstapiła na jej twarz, jak gdyby ten swoisty odcień przenikał aż do jej nerwów. Katem oka zerknęła na znokautowanego mężczyznę z sasiedniej łódki. Czy teraz jestem dla ciebie wystarczajaco biała, obleśny świrze?
Przełknęła ślinę, po czym odwróciła wzrok. Teraz jej spojrzenie dryfowało razem z woda; przez chwilę obserwowała delikatne fale czy niewielkie wiry, które tworzyły się na powierzchni, jak gdyby szukajac w nich jakiegoś sposobu na odzyskanie wewnętrznej równowagi. Dłonie Rashid trzęsły się, doprowadzajac ja tym samym do szału, więc zacisnęła je na materiale kamizelki w nadziei, że to jakoś odciagnie jej uwagę od przejmujacego kontrolę nad jej ciałem zdenerwowania. Ale nie odciagnęło.
Uspokój się, Rashid. Uspokój się. Wyszłaś z tego cała i zdrowa. No już, nic się nie stało.
Ale mogło się stać, prawda? Jedna chwila i bum, byłoby po niej. Stojac naprzeciwko tego oprycha z lufa strzelby przytknięta do głowy, nagle nie czuła się na siłach, aby zrobić cokolwiek, co mogłoby odsunać śmierć. W jednej chwili poczuła się mała i bezbronna, zupełnie jak wtedy w Mosulu, gdy jako niespełna pięcioletnie dziecko obserwowała walace się budynki z odciśniętym na twarzy przerażeniem, nie potrafiac wykonać ani jednego kroku w którymkolwiek kierunku. Zbyt słaba i zbyt mało znaczaca, aby móc zadecydować o swoim losie.
Przetarła twarz dłońmi, a potem wstała na trzęsacych się nogach i powoli odwróciła się w kierunku Tommy. Nie była już tamta dziewczynka, oczywiście że nie. Ale uwierzenie w to, iż tylko ona posiadała stuprocentowa władzę nad swoim życiem wciaż sprawiało jej problem. Pomimo przebytych podróży i przygód, zdobytych doświadczeń oraz napisanych reportaży, najwyraźniej nadal nie była wystarczajaco silna czy samodzielna, aby dać sobie radę w podbramkowej sytuacji. I w obliczu tego wniosku mogła albo poświęcić swoja energię na odczuwanie frustracji oraz rozgoryczenia, albo wyciagnać z tego lekcję na przyszłość. A potem spróbować bardziej.
- Już dobrze, Tommy. Nic mi nie jest - powiedziała spokojnie i miękko, co było dalekie od jej zwyczajnego tonu. - Mam się dobrze, serio. Nie stało się nic poważnego. - Oprócz tego, że śmiertelnie się przestraszyłam i prawie zginęłam, ale proszę, nie mówmy o tym.
Podeszła do niej, uśmiechnęła się blado, a potem pytajaco skinęła ruchem głowy w kierunku czegoś, co chyba było psem i aktualnie zażywało kapieli w zimnej wodzie. Powinny były pomóc mu się wydostać, wskoczyć tam po niego i wyciagnać go na suchy lad, uciekać gdzie pieprz rośnie czy... no właśnie, co?
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Tommy C. Dalle








23

Will travel for work

Life on the road with my van and storms

Downtown Brentwood



Wysłany: 2017-10-07, 16:38   
  

  
Tommy C. Dalle

  
I still wish you the best with a "fuck you".


Dyszała wcale tego nie kodujac. Pędziła tu napędzana adrenalina, jak króliczek Duracell swoimi super wydajnymi bateryjkami AAA, a jednak nie mogła poszczycić się wiecznie przyszytym do twarzy uśmiechem, kiedy dobiegła do linii mety. Bo wcale nie miała powodu do śmiechu.
Nie oponowała, gdy Latifa odsunęła jej dłonie, orientujac się, że dziewczyna potrzebuje przestrzeni do oddychania. Odsunęła się krok do tyłu, zerkajac w dół, aby przypadkiem nie wpaść na plecak pięta. Z jej perspektywy wygladało to tak, jakby ktoś obsypał Rashid maka, a ona wcale nie usiadła, a wręcz opadła obok tego steru, jak ten wór zmłóconego zboża. Oczy podkrażone, fioletowe wargi, tak wygladało oblicze najprawdziwszego strachu i wcale jej za to nie obwiniała. Ten bydlak, któremu przyjrzała się krótko przez ramię, nakarmił Latifę prawdziwymi obawami o własne życie, co Tommy zdażyła usłyszeć przez radio.
Wypuściła głośno powietrze nosem, przymykajac na chwilę oczy i zwyczajnie czujac, jak wiatr muska jej zgrzana po biegu skórę na twarzy. Trwało to kilka sekund, po których spokojny ton Rashid wybudził łowczynię z krótkiego letargu, w jakim chciała trwać odrobinę dłużej, odrobinę bardziej, odrobinę na zawsze, bo przez moment nie czuła nic. Żadnych negatywnych czy pozytywnych emocji, przyjemna pustka.
Świat dookoła znowu nabrał szarych barw, dźwięki powróciły, mętna woda specyficznie śmierdziała, a kołyszaca łódka wyzywała błędnik do starcia. Zielone tęczówki dalej widziały to, co wcześniej. Wśród zalanego krajobrazu tliła się blada twarzyczka o brazowych oczach, której kolory jeszcze nie wróciły i zapewne szybko do tego nie dojdzie, choć organizm Rashid na pewno się starał.
Mrugnęła powoli na znak przyjęcia wiadomości, nie omieszkawszy jednak zmierzyć towarzyszki od góry do dołu, nim odwróciła wzrok we wskazanym kierunku. Futrzak przypominajacy wilka pedałował przednimi łapami z całych sił z wywalonymi jęzorem po boku i choć starał się pokonać dystans, wciaż pozostawał daleko. Nieprzytomny mężczyzna porzadnie go wykopał za burtę.
- Musimy go wyciagnać – powiedziała spokojnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie i jak gdyby nigdy nic, przeszła nad plecakami. – Pilnował dziecka, które jest w szpitalu. Ojciec zostawił ich, aby znaleźć pomoc kilka dni temu. - otworzyła boczna klapę jednego z pakunków, skad wyciagnęła żółta linę wspinaczkowa. Zadarła głowę i pokręciła głowa, niemo proszac, aby Latifa nie mówiła głośno o swoich przemyśleniach, a raczej tym, co Tommy próbowała jej zakomunikować. Nie musiała długo się zastanawiać, jaki był prawdziwy plan dorosłego, który pozostawił nowotworowe dziecko samo w szpitalu z psem. Wcale nie chciał po nia wrócić.
Kiedy wyciagnęła cały sznur, zaczęła prędko odmierzać łokciami długość, wygladajac jednocześnie w kierunku pływajacego w desperacji zwierzęcia.
- Ta druga łódź nie wyglada najlepiej – zauważyła niezadowolona, gdy zwróciła uwagę na obca łajbę. – Wezwiesz pomoc? Zwiażę tego tutaj, żeby się nie ruszył, na wypadek, gdyby wstał, kiedy będę w wodzie, więc na spokojnie będziesz mogła nadać sygnał. – bo nie mogła o nic innego poprosić Latifę, która dopiero co uszła z życiem z rak znokautowanego szaleńca. – Przepraszam, że to cię spotkało. – mruknęła jeszcze pod nosem, marszczac niezadowolona czoło, gdy szukała po kieszeniach kamizelki noża. Wzrokiem natrafiła na leżacy u dna stojak po kroplówce. Była za nia odpowiedzialna, ściagnęła ja do Austin, aby znaleźć swoich rodziców, nie potrzebowała przy tym, aby ktokolwiek płacił za błędy czy niefortunne wypadki poza nia sama, a tymczasem pierwsza poważna przeszkoda prawie opłaciła krwia dziennikarki. Była na siebie zła, że nie zabrała jej ze soba na górę.
[Profil]
   
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-10-10, 23:41   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Przez moment, przez jeden prawdziwy moment, naprawdę bała się o swoje życie. Sekundy, podczas których cała odwaga nagle ja opuściła, wydawały się ciagnać w nieskończoność, przypominajac o tym, że może gdyby nie ta porywczość, może gdyby nie to zamiłowanie do ryzyka, może gdyby nie to wszystko, nie stałoby się nic złego. Nie tkwiłaby naprzeciwko jakiegoś szaleńca z lufa karabinu przytknięta do skroni. Gdyby tylko odpuściła sobie to pakowanie się w niebezpieczeństwo, może miałaby szansę przeżyć jeszcze wiele pięknych lat, zobaczyć całe mnóstwo niesamowitych widoków. Nigdy nie myślała, że umrze w taki sposób. Wydawało jej się, że do samego końca pozostanie nieustraszona, uparta i odważna, a uczucie strachu zwyczajnie ja ominie. Teraz, kiedy było już po wszystkim, i kiedy opierała się o brzeg łódki, próbujac ustabilizować oddech, wręcz nie mogła uwierzyć w swoja naiwność.
Ocknęła się w pełni dopiero po kilku minutach, gdy udało jej się wziać kilka spokojnych, głębokich wdechów oraz gdy poczuła, że naczynia krwionośne skóry jej twarzy na powrót rozszerzyły się, przepuszczajac więcej krwi. Powoli przetarła buzię dłońmi, odgarnęła włosy do tyłu, przestapiła z nogi na nogi, a potem kilkakrotnie zgięła i wyprostowała palce u rak. Była tak cholernie łatwowierna, myślac, że różniła się czymś od zwykłych, obawiajacych się śmierci ludzi. Zapewne gdyby nie głos Tommy, którego brzmienie nakazywało Rashid powrót do normalnego funkcjonowania, usiadłaby gdzieś z boku, podciagnęła kolana do brody i trwałaby w ten sposób przez niekrótka ilość czasu, rozważajac swoja okropna naiwność.
- Och - wyrwało jej się, gdy Dalle opowiedziała jej o tym, skad właściwie wytrzasnęła tego niesamowitego, bohaterskiego psa. Uśmiechnęła się lekko - trochę z rozczuleniem wywołanym przez świadomość ogromnej siły przywiazania zwierzat do ludzi, a trochę ze smutkiem, który wdarł się do jej głowy wraz z myśla o samotnym, porzuconym przez rodziców dziecku. - Co z dzieckiem? Jest na górze? - Wcale nie zamierzała pytać czy jakkolwiek zaznaczać fakt watpliwej odpowiedzialności wspomnianego przez Tommy ojca. Po niedawnych wydarzeniach była zbyt słaba na to, aby podwójnie dołować się myślami o wyjatkowo okrutnej, warunkowej oraz kruchej miłości, jaka dzieci niekiedy zostawały obdarzane przez swoich rodziców.
- Jest okej, Tommy - powiedziała łagodnie i delikatnie położyła jej dłoń na ramieniu. Nie było okej, właściwie tkwiła bardzo daleko od stanu "okej", ale przynajmniej wreszcie zdobyła się na to, aby wykonać w stosunku do Dalle jakikolwiek gest. To było potrzebne; Tommy nie zasługiwała na to, aby obarczać ja poczuciem winy za tę cała sytuację. To w żadnym stopniu nie zależało od niej. Człowiek, którego Rashid spotkała na swej drodze, był niestabilny psychicznie, a ona nie zastosowała podstawowych środków ostrożności w stosunku do kogoś obcego. Jeśli miałyby już wskazywać w tej sytuacji kogoś, przez kogo to wszystko przybrało taki, a nie inny tor, prędzej winna stałaby się Latifa. Nie powinna odnosić się z taka ufnościa do nieznajomych, nawet w tak drastycznych okolicznościach.
Moment fizycznego porozumienia był stosunkowo krótki - już po kilku sekundach Latifa stała w odległości jednego kroku od Tommy, w żaden sposób jej nie dotykajac. Powoli, z rozmysłem schyliła się, aby podnieść leżaca na dnie łódki krótkofalówkę i wykonać wydane przez towarzyszkę polecenie. Po wezwaniu pomocy oraz upewnieniu się, że została właściwie zrozumiana, westchnęła i spojrzała na Dalle, która zajmowała się leżacym na drugiej łajbie mężczyznę.
- Może ja spróbuję pomóc psu? - podjęła wreszcie, z radościa odwracajac wzrok od swojego oprawcy i w zamian za to patrzac na czworonoga który z wysiłkiem płynał w kierunku ich niedużej łódki. Skoro zwierzak dał radę uporać się z takim kawałkiem, z pewnościa był też w stanie dotrzeć do Travisa, ale Latifa wolała nie ryzykować. Badź co badź, jemu po części także zawdzięczała życie.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Tommy C. Dalle








23

Will travel for work

Life on the road with my van and storms

Downtown Brentwood



Wysłany: 2017-10-26, 11:41   
  

  
Tommy C. Dalle

  
I still wish you the best with a "fuck you".


Wracamy po przerwie… Za ociaganie się obiecuję dobre piwo w przyszłym tygodniu…

Dziecko… Pięcioletnia Amelia w brudnej piżamce przypominała sierotę wojny z filmu „Pianista” albo „Chłopiec w pasiastej piżamce”. Jej smętna, błękitna chustka pruła się nad lewym łukiem brwiowym, obnażajac szarawy meszek świeżych włosków. Nie zdażyła zapytać czy to dlatego, że już skończyła chemioterapię według planu, czy huragan skutecznie odebrał taka możliwość. W tamtej chwili, najbardziej była skupiona na zaskarbieniu sobie jak największej ilości plusów u strażnika pacjentki – czworonożnej bestii, która wcale nie była tak zła, choć przedramię miejscowego wskazywało na kompletnie odmienny tor tejże historii.
Twardo przytaknęła w odpowiedzi, odczuwajac wewnętrzna potrzebę bycia konkretna w obliczu sytuacji, jaka miała jeszcze kilka sekund temu miejsce. Chryste, on prawie odstrzelił jej głowę… Węzeł zacisnał się mocniej na nadgarstkach grubasa leżacego na twarzy, który, według teorii, miał być nieprzytomny jeszcze przez kilka minut, o ile go nie zabiła tym stojakiem. Cios w głowę był niebezpiecznym manewrem, grożacym poważnymi powikłaniami, ale to był Teksas - tu nie obowiazywało wszystkim znane prawo równej walki. Jeżeli ktoś zagrażał życiu, można go wyeliminować; zwłaszcza na terenie własnej posesji. To jedno prawo nie zmieniało się nawet w obliczu klęski żywiołowej.
Założyła druga pętlę dookoła nadgarstków – tak na wszelki wypadek i po części, aby wyładować z siebie niema złość, i gdyby nie niespodziewany ciężar na ramieniu, zapewne zacisnęłaby węzeł kapitański, aż dłonie delikwenta stałyby się sine. Przerwała w połowie. Uniosła lekko głowę, ostrożnie zerkajac ku reporterce, bo choć wiedziała, do pewnego stopnia, że Latifa jest zdolna do takich gestów, takowe wciaż miewały otoczkę nowości, która w innym przypadku zostałaby zapewne inaczej odebrana. Zarumieniłaby się, uśmiechnęła albo nawet ujęła dłoń niosaca mentalne wsparcie w swej prostocie bytu, ale teraz mogła jedynie spojrzeć na Rashid z wdzięcznościa i częściowa ulga. Odetchnęła cicho.
- Okej – zawsze to lepsze niż nic, choć daleko im obu było do zadowalajacego stanu. I prędko stan rzeczy nie miał się zmienić, nie w miejscu zapomnianym przez Boga albo wprost przeciwnie, bo Austin przypominało teraz wizualizację przypowieści o wielkim Noe. Tak czy inaczej, rodzinne miasto stało się padołem, który podświadomie zaczęła przeklinać za to, co miało miejsce. Jeżeli takich szaleńców było więcej, już wiedziała, że znalezienie rodziców będzie jeszcze bardziej niebezpieczne, niż przedostanie się przez rwacy nurt i omijanie przeszkód łodzia.
Propozycja Rashid wstrzasnęła nia, nie bardziej, niż nieoczekiwane szczeknięcie z wody, które przykuło jej uwagę. Pies widocznie opadał z sił, a nawet błagał o pomoc, skomlac raz po raz pomiędzy zianiem a przebieraniem łapami. Miała mało czasu na podjęcie decyzji, a spoczywajaca u boku lina, której częścia zwiazała psychopatę, zdawała się ostentacyjnie razić żółtymi włóknami orzechowe oczy Tommy. Zacisnęła zimne palce na sznurze, walczac z rozsadkiem, bo z jednej strony Latifa nie powinna wchodzić do wody po oszukaniu raz przeznaczenia, ale z drugiej, może potrzebowała czegoś, aby rozładować skumulowany weń stres? Wstała na równe nogi i podeszła do reporterki, prawie agresywnie wręcz wchodzac w jej przestrzeń osobista. Szukała na tej twarzy jakichkolwiek oznak strachu, ale i skrywanej pod nim determinacji, jaka odznaczała się ta szalona dziewczyna, która potrafiła zasypiać przy ostrzale kilkaset metrów dalej w Syrii. Chodzaca zagadka, jakiej nadal nie rozwiazała, bo nie zdażyła usłyszeć, dlaczego Rashid wybrała akurat ścieżkę wojenna jako sposób na życie. Niespodziewanie objęła dziewczynę w pasie, na moment niwelujac dystans między nimi, aby w następnej chwili odsunać się o krok i zerknać w dół. Od razu zabrała się za wiazanie solidnego węzła u talii Latify z przełożonej dookoła niej liny.
- Wracasz w jednym kawałku z psem – to nie była prośba. – Jasne? – szarpnęła mocno za pętlę, upewniajac się, że trzyma szczupła postać w solidnych rydzach. Musiała być stanowcza, musiała wspiać się na wyżyny i pokonać obawy w środku, aby nie przekazać negatywnego wpływu na jedyna kompanię, jaka teraz przy sobie posiadała (dosłownie i w przenośni). Napotkała wzrokiem oczy Latify i poczuła ciężar w klatce piersiowej, jakby ktoś uderzył ja w mostek pięścia. Bała się o nia. Wróć. Odmęty brudnej wody niosły ze soba wszystko, ale choć ten jeden raz szczęście mogłoby być po ich stronie - żadnego niespodziewanego ataku na miasto, złodzieja walizek, gonitwy za uciekinierem. Zwyczajna kapiel w zalanym mieście, a potem wyciaganie na brzeg za linę. Co może pójść nie tak? Wróć...
[Profil]
   
 
Latifa Rashid








26

reporterka

miłość tylko komplikuje

North Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, mav, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-11-01, 01:38   
  

  
Latifa Rashid

  
life is either a daring adventure or nothing at all


Gdyby nie była tak skupiona na sobie, na pewno poczułaby się lepiej, widzac jak Tommy pastwiła się nad znokautowanym miejscowym. Może nawet uśmiechnęłaby się w momencie, gdy Dalle dla pewności obwiazywała jego nadgarstki podwójnym węzłem, wyczuwajac w tym nie tylko złość, ale i troskę. Jednak ponieważ serce Latify nadal nie przestawało bić jak oszalałe, nie dostrzegała tych maleńkich szczegółów, które dałyby jej do zrozumienia, że nie miała się czym martwić, ponieważ już nie była w tym sama.
Okej było w porzadku, zwłaszcza że obecne miejsce oraz czas nie wydawały się najodpowiedniejsze do stuprocentowo szczerej wymiany zdań oraz wrażeń. Może później, w miejscu spokojniejszym i pewniejszym albo w podróży do Wielkiej Brytanii. Może.
Przyjęła nagłe objęcie z widocznym zdziwieniem, bo dopiero po chwili przestała marszczyć brwi i pozwoliła sobie na delikatny uśmiech. Od poczatku czuła, że Dalle się wahała, ale dopiero ten niezapowiedziany uścisk uświadomił Rashid wagę jej wszystkich obaw.
- O ile mnie nie pożre - słaby żart miał w domyśle rozluźnić Tommy, która wygladała na szczerze przestraszona, ale ton głosu Latify był za bardzo wyprany ze stanowczości i tej typowej nonszalancji, aby jej słowa spełniły swoje zadanie. Zanim więc odwróciła się w stronę zwierzaka i weszła do wody, posłała łowczyni burz blady, uspokajajacy uśmiech, przez który przemawiała jasna wiadomość: wrócę. Bo dlaczego miałaby tego nie zrobić? Największy kryzys został już zażegnany - podejrzany Amerykanin leżał na swojej łajbie, ogłuszony i zwiazany, w niczym nie przypominajac tego mężczyzny, który jeszcze kilka minut temu groził Latifie śmiercia. Byłoby parszywie ze strony losu, gdyby postanowił zadrwić z Rashid akurat teraz, kiedy ledwo co wymknęła się poprzedniemu niebezpieczeństwu.
Wsunęła się do wody i zacisnęła szczęki, gdy poczuła na swoim ciele przejmujacy chłód. Jasne, ochronna odzież w dużej mierze niwelowała pozostawiajaca wiele do życzenia temperaturę otoczenia, ale nie na tyle, aby Latifa w ogóle nie odczuła znacznej różnicy pomiędzy ciepłem własnego ciała a zimnem zalewajacej Austin wody. Mimo wszystko, poświęciła tej myśli wyłacznie sekundę, bo w tamtym momencie ważniejszy był pies, który opadał z sił i coraz ciężej oraz wolniej przebierał łapami, poruszajac się naprzód. Pamiętajac o tym, że jemu również poniekad zawdzięczała życie, dopłynęła do zwierzaka zaledwie w ciagu krótkiego momentu. I dopiero w chwili, gdy spróbowała odciażyć psa, biorac go na ręce, zrozumiała, że był za duży oraz ciężki, aby to wszystko poszło gładko oraz sprawnie.
Powoli stawiała kroki naprzód, z całych sił próbujac przeciwstawić się nurtowi wody, który rwał w przeciwnym kierunku. Połowę dystansu udało jej się przejść bezproblemowo, ale z każdym kolejnym krokiem czuła się coraz bardziej wyczerpana. Ciężar psa, nurt wody, zanikajaca siła - to wszystko sprawiało, że Latifa czuła się coraz mniej pewnie wobec wzrokowej obietnicy, która złożyła Tommy. Miała wrócić, taki był plan, ale z każda następna sekunda zaczynała myśleć, że byłoby prościej, gdyby po prostu się poddała. Wiedziała jednak, że nie mogła - przeżyła zbyt dużo trudniejszych sytuacji, aby odpuszczać w takim momencie. Pamiętała ból, który towarzyszył jej w chwili, kiedy podczas protestu w Bangkoku została postrzelona gumowa kula i wiedziała, że w stosunku do tamtego wydarzenia jej obecne położenie było wręcz wymarzone. Istniała jeszcze Tommy - osoba, której Rashid nie mogła zawieść. Na sama myśl o dziewczynie zmusiła swoje mięśnie do intensywniejszej pracy. Nie mogła zostawić jej samej.
Była naprawdę wdzięczna, że woda sięgała jej zaledwie poniżej piersi - podejrzewała, że gdyby jej poziom był choć trochę wyższy, nie dotarłaby do łódki. Spora część zasługi należała również do Dalle oraz zawiazanej przez nia liny, której naprężenie kilkakrotnie uchroniło Latifę od upadku. To wszystko przez te drżace kolana.
Dopłynawszy do Travisa, uniosła wiotkie ramiona jak najwyżej mogła, podsadziła psa i dopiero gdy upewniła się, że zwierzak był już bezpieczny, odetchnęła z ulga. Czuła się wyczerpana, zziębnięta, ale przede wszystkim usatysfakcjonowana, bo choć bardzo chciała się poddać, ostatecznie dała radę. Co prawda z duża pomoca Tommy, ale wciaż.
- Za... Zawołałaś pomoc? - wydyszała, kiedy już podciagnęła się do góry i opadła na dno łódki niczym szmaciana lalka. Szczękajac zębami, podciagnęła kolana do brody (potrzebowała chwili czasu przed doprowadzeniem siebie do normalnego stanu) i dopiero wtedy to zobaczyła - rozległa, głęboka ranę prześwitujaca przez rozdarte leginsy. Zmarszczyła brwi i natychmiast spróbowała naciagnać rozerwany materiał w taki sposób, aby zakrył brzydkie, krwawiace rozcięcie. Nie miała zamiaru zajmować się nim teraz.
_________________
      wanderlust (n.) a strong desire or urge to travel and explore the world
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 7