Poprzedni temat «» Następny temat
Regały #1
Autor Wiadomość
Viktor Lavrentyev
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-16, 22:55   

♡ 1

Oczy mam ciemne i przydymione. Jak zwykle nie spałem zbyt dobrze, zrywany nagłymi falami kaszlu. Tym razem nie obryzgałem nawet pościeli własna krwia, jest wspaniale, chce się żyć. Poza tym, że wygladam jak siedem nieszczęść, z tymi ubraniami, które bardziej na mnie wisza, niż leża. Z włosami, ciemnymi, rozrzuconymi w kompletnym nieładzie, który mógł zasługiwać nawet na miano artystycznego, gdybym tylko lubił takie utarte schematy. Z zapadniętymi policzkami, bo znowu wystarczy papieros i kawa.
Jak niewiele trzeba człowiekowi do szczęścia.
Szukam inspiracji. Pragnę jej, chcę ja chłonać, następnie przelać przez swe palce na fortepian. W domu powoli zaczynam się dusić, bo znam tu wszystko. Każdy kat, każdy liść wszystkich licznych roślin, które sam naściagałem. Nic nie kwitnie o tej porze roku. Wszystko się tylko zieleni, ta zielenia doprowadzajac mnie na skraj absurdu, na skraj domu, aż w końcu uciekam przed nia do biblioteki.
Z zaskakujaca szybkościa wymijam regały poświęcone biografiom sławnych muzyków. Czuję, że najnowsze wydanie biografii Chopina woła mnie, wyciaga w moim kierunku ręce, a ja nie chcę, nie chcę, nie chcę. Nie mogę inspirować się muzyka, za dużo we mnie z Chopina. Pragnę klasyki, pragnę Rosji, choć nie wypowiem tego na głos. Znalazłem się już w alejce z dziełami w językach innych niż angielski. Musi tu być coś po rosyjsku, musi, musi, musi.
Nabieram powietrza w płuca, bo jakoś podoba mi się zapach biblioteki. Lubię ksiażki, mam ich wiele w mieszkaniu, leża na podłodze, na półkach, parapetach. Ale nie mogę ich czytać zbyt gwałtownie, szybko się nudzę i nie potrafię sobie tego wybaczyć. Wiem jednak, że dziś będzie inaczej. Musi być, bo oto me chude palce znajduja to, czego szukały. Mistrza i Małgorzatę. W oryginale.
Wyjmuję więc ksiażkę, z namaszczeniem przesuwam palcami po wyciśniętej cyrylicy. Jakbym znów znalazł się w szkole, której tak nie lubiłem, jakbym znów poczuł chłodny wiatr, który szczypie w poliki. Taka była siła przywiazania mimo woli. Otwieram ksiażkę w losowym momencie.
"- To była próba - powiedział Woland - niech pani nigdy nikogo i o nic nie prosi! Nigdy i o nic, tych zwłaszcza, którzy sa od pani potężniejsi. Sami zaproponuja, sami wszystko dadza. Siadaj, dumna kobieto. - Woland zdarł z Małgorzaty ciężki szlafrok i Małgorzata znowu siedziała na posłaniu obok Wolanda - A więc, Margot - ciagnał Woland łagodniejszym już głosem - czego pani chce za to, że była dziś pani gospodynia mego balu? Czego żada pani za swoja nagość na balu? Na ile ocenia pani swoje kolano? Jakich strat przyczynili pani moi goście, których przed chwila nazwała pani szubienicznikami? Proszę mówić! I proszę już teraz mówić bez skrępowania, ponieważ propozycja wyszła ode mnie."
 
 
Yoshio Collins


Wysłany: 2017-08-17, 09:13   

Poczatek

Czas się zatrzymał, a ja wciaż trwam. To idealne słowo, które oddaje to co czułem dosłownie cała bezsenna noc. Ten strach, że jeśli otworzę oczy to sen zupełnie odejdzie. Nadzieja, która z każda godzina odchodzi coraz bardziej, ale jednak nadal się jej trzymam, niczym tonacy. Tonę. Duszę się. Wiem, to tylko moja świadomość. Fizycznie nic mi nie jest. To to miasteczko. Duszę się w nim, nie mogę już w pełni złapać tchu. Czy taki właśnie ma być mój koniec? Najpierw powoli będę umierał psychicznie, a potem zabicie mnie, tej powłoki, która dla niektórych jest tak mało atrakcyjna, będzie przypominać wyrzucenie pustego opakowania? Nic więcej. Puste i zużyte opakowanie po czymś co kiedyś było wartościowym produktem. Było? Dobre pytanie.
Myśli, miliony, miliardy. Nie pozwalaja mi zasnać, znów. Jest ich za wiele, nie chca odejść, a każda kolejna jest coraz gorsza, jednocześnie bardziej zajmujaca i intrygujaca. Myśli, a potem sen, mam wrażenie, że to właśnie sen. Mam tego świadomość. Dom, ktoś pali nuty, a ja nie mogę go powstrzymać. Ogień. Czuje jego żar, czuję to ciepło, ale nie parzy mnie. Rani mnie w zupełnie inny sposób. Nie mogę się poruszyć. Tak bardzo chce się obudzić. Uciec od tej wizji. Tego co mnie przeraża i fascynuje jednocześnie. Nie wiem dokładnie ile to trwało. Mogło parę minut, ale dla mego umysłu wizja była niczym wieczność, niekończaca się i okrutna.
Nie pamiętam dokładnie jak się znalazłem w bibliotece. Czasami myśli mnie przytłaczaja do tego stopnia, że robię coś machinalnie, odruchowo, bez większego zastanowienia. Tak zapewne było i tym razem. Wchodzac do swego pałacu umysłu znów zabładziłem wśród niezdrowych rozważań. Chwilowe "wyjście" z tego świata było nawet odprężajaca forma odpoczynku od samego siebie. Zatem regały, ksiażki... dotykam opuszkami palców grzbiety ksiażek. Chropowatość papieru w pewnym sensie pobudza mnie, nie pozwala wracać do swych rozważań. Kolejny regał i kolejne woluminy. Kolejny. Mógłbym tak chodzić jeszcze jakiś czas, bez większego celu, ale coś o wiele bardziej interesujacego przykuwa moje spojrzenie, a uśmiech, zbyt lekki by ktoś go zauważył, pojawia się na moich ustach. Podchodzę wolno do mężczyzny i stajac na przeciw niego zagladam w ksiażkę, która w tym momencie ma w swych dłoniach. Druk, z mojej perspektywy, jest odwrócony do góry nogami. Tracę tym zainteresowanie po krótkiej chwili, pozwalam sobie zbezcześcić ciszę swoim głosem. To karygodne i bezczelne, ale jednocześnie silniejsze ode mnie.
-Wiktor. Zdradź mi tajemnice. - szept, nawet on w tym momencie wydaje się krzykiem, ale wystarczy, by zwrócić na siebie uwagę mężczyzny. Jest odpowiedniejszy od innych form, ale nadal jest zbrodnia, która się odważyłem dokonać. Jaka będzie kara?
[Profil]
 
 
Viktor Lavrentyev
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-17, 19:42   

To zabawne jak człowiek, który pragnie samotności, nigdy nie może jej dostać. Zawsze, ale to zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał storpedować wszystkie jego starania, ktoś, kto przyczepi się do niego i niczym najbardziej ulubiona postać wszystkich dzieci, tradycyjny filmowy sidekick, będzie się starał odrobinkę poluzować napięta atmosferę. Ja jednak byłem tym tragicznym przypadkiem, który nie potrzebował rozluźnienia, potrzebował samotności w czystej formie. Tyle przecież rzeczy wypadało robić w samotności. Myć się. Patrzeć w lustro. Ubierać. Palić. Jeść. Grać. Czytać.
Na wszystkich bogów - szukam inspiracji, szukam ciszy i spokoju, a jak na złość nigdy nie mogę ich znaleźć. Kiedy wydaje mi się, że moje oczy przyzwyczajaja się do stylu Bułhakowa, który dla mnie zawsze wydawał się zbyt dziki, zbyt grubiański, najpierw czuję obecność, potem widzę nos, pierwsza oznakę zagladania w dzieło, które mam w rękach, a potem głos, przysparzajacy mnie o niemiłe, zimne ciarki na plecach.
Nie powinno go tu być. Nie powinienem tu być.
Unoszę zmęczone, szare spojrzenie na znajomego. Na mojej twarzy nie ma cienia emocji, uśmiechu czy grymasu. Jestem po prostu ja, taki jak zawsze - pusty w środku, lekko znoszony dwudziestokilkulatek o spojrzeniu i umyśle człowieka, który widział już wszystko, na wszystko sobie może pozwolić, bo na niczym (paradoksalnie) już mu nie zależy.
"Chcesz tajemnicy?" - zdaje się pytać mój wzrok, choć równie dobrze może też robić mu niema awanturę o zakłócenie spokoju. Bywał niesamowicie głośny, nawet, gdy tego nie zakładał. Ciężko jest mi przywyknać do czyichś nawyków, skoro sam nie mogę przywyknać do swoich.
Ksiażka w moich dłoniach zamyka się z trzaskiem, podobnym do wybuchu bomby. Nie odrywam od niego swego spojrzenia, oskarżam go dalej o zakłócenie swojego spokoju, bo nic innego nie mogę w tej sytuacji zrobić. Jestem postawiony przy murze, którego nie dam rady przeskoczyć.
- Zupełnie nie miałem ochoty cię dziś spotkać. - taka moja gorzka tajemnica. Cały jestem gorzki, przecież wiesz i widzisz. Widzisz, jak odkładam ksiażkę na półkę, bo przerwałeś mi seans i teraz jesteś zobowiazany do zabawienia mnie, znalezienia mi czegoś, co przyciagnie moja uwagę i choć odrobinę uspokoi. Nie jestem przecież agresywny w sposób, w jaki agresywni sa pijani Brytyjczycy. Złość wypływa ze mnie w znikomych, eterycznych gestach. Jest wiele ludzi, którzy uwielbiaja na nie patrzeć, bo wydaja im się czarujace. Jesteś jednym z nich? Nie ważne, nie odpowiadaj. Zapewnij mi jedynie spokój ducha, skoro przerwałeś pierwsza z prób.
 
 
Yoshio Collins


Wysłany: 2017-08-17, 20:10   

Czy istnieje dzień, w którym piękny Wiktor miałby ochotę mnie spotkać? Dzień sadu ostatecznego chyba jest bliższa i bardziej oczywista data, niż ta, kiedy to pianista uzna za miłym znów mnie ujrzeć. Nie zniechęca mnie zupełnie do siebie swoim głosem, ani słowami. Nawet fakt iż tak bezczelnie zatrzasnał wolumin nie był na tyle znaczacym czy raniacym mnie, bym teraz odszedł. Jedno to co zrobiłem to krok do tyłu. Uśmiech jednak, ozdabiajacy moje usta, lekko się powiększył. Stał się w końcu widoczny. Podziwianie pięknego pianisty bywało przyjemnościa sama w sobie, a ja oddaje się temu z pasja i oddaniem. Taki bywam, czasami. Wiem, że niektóre owoce nie moga być moje. Zdaję sobie sprawę doskonale z faktu, iż mogę nigdy nie skosztować jego ust. Lecz czy to jest takie ważne? Nie sadzę, by było na tyle istotne bym się za szybko zniechęcił. Być może za jakiś czas on coś zrobi, coś... nie wiem jednak co, coś co sprawi, że nie zechce więcej go widzieć. Rozkażę mu iść precz z moich oczu. To chętnie wykona. Zapewne szybciej niż bym tego chciał, nawet w najszczerszych życzeniach. Rozkażę mu odejść z mego serca, o ile zajmie tam miejsce. Serce nie bywało aż tak rozsadne i posłuszne, ale z czasem nawet ten rozkaz nie będzie zbyt wymagajacy i trudny. Posłucha, ale czy uczyni to również pamięć, ona była jeszcze bardziej uparta niż serce. Zachowywała coś o czym dawno chciałbym zapomnieć. Detale, które raniły mimo upływu czasu. Pamięć była zwodnicza, zachowywała rzeczy, które chciało by się wymazać... jednocześnie traciła cenniejsze dane. W pewnym sensie była wredna i podstępna.
Przez chwilę, w całkowitym milczeniu, obserwuję pięknego, Ciebie. Przez krótka chwilę tylko Ty jesteś obiektem moich obserwacji, ale ten stan nie trwa wiecznie. Moje spojrzenie ucieka, od Ciebie, zatrzymuje się na grzbietach ksiażek. Szukam czegoś dla Ciebie, czegoś co Ci się spodoba na tyle by zainteresować się tym. Nie chcesz mnie? No cóż. Zdażyłem się do tego przyzwyczaić. Może zatem zechcesz to. Wyciagam jedna pozycję i podaję Ci. Nie jestem znawca tego co można tu znaleźć... nie jestem więc przekonany czy to co Ci podałem spodoba Ci się. Odchodzę więc na chwilę, ale nie bój się. Nie będzie tak dobrze jakbyś chciał. Wrócę jeszcze. Tym razem mam ze soba ksiażkę, której jestem pewniejszy. Nie jestem przekonany czy to zaspokoi Twoja obecna potrzebę na literaturę, nie wiem nawet czego szukasz... czego łakniesz, ale być może w jakimś minimalnym stopniu Cie zaspokoję intelektualnie. Zatem tym razem wręczam Ci ksiażkę zatytułowana 1984 rok, oczywiście już otwarta, byś nasycił wzrok jednym z cytatów, który Ci proponuję.
"Nie spojrzał na nia. Zestawił naczynia z tacy i zabrał się do jedzenia. Wiedział, że powinien
przemówić jak najrychlej, zanim ktoś się dosiadzie, lecz nagle zdjał go blady strach. Minał
tydzień, odkad dała mu kartkę. Mogła się rozmyślić, na pewno się rozmyśliła! Nie wierzył w
pomyślny rozwój tej historii; w życiu takie rzeczy po prostu się nie zdarzały. Może w ogóle
nie wykrztusiłby słowa, gdyby naraz nie ujrzał Amplefortha, poety o owłosionych uszach,
sunacego niemrawo po sali w poszukiwaniu wolnego miejsca. Na swój ślamazarny sposób
Ampleforth lubił Winstona, było więc pewne, że się do niego dosiadzie, jeśli tylko go
zauważy. Winston miał najwyżej minutę na działanie. Oboje z dziewczyna siedzieli wpatrzeni
w miski, jedzac rzadki gulasz, a właściwie zupę - zupę fasolowa. Winston zaczał mówić
cichym, przytłumionym głosem. Żadne z nich nie podniosło głowy; jedli wodnista breję,
między jedna łyżka a druga monotonnym szeptem wymieniajac niezbędne informacje.
- O której kończysz pracę?
- O osiemnastej trzydzieści.
- Gdzie się możemy spotkać?
- Na placu Zwycięstwa, obok pomnika. "
[Profil]
 
 
Viktor Lavrentyev
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-18, 16:23   

Ja na przykład jestem przekonany, że nie uwziałem się na niego i nie jestem jakoś szczególnie złośliwy. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że traktuję go nawet ulgowo. Przecież wykonałem względem niego ledwie dwa gesty. Spojrzałem na niego (to już jest cud sam w sobie), zamknałem ksiażkę. Niegrzecznie przecież byłoby czytać i udawać, że nie istnieje, czyż nie? A mógłbym to zrobić, bo Yoshio jest pewny, a przynajmniej powinien być pewien, że jestem w stanie właśnie tak zareagować. Albo inaczej - w milczeniu zamknać ksiażkę, oblać go zimnym spojrzeniem i odejść bez słowa. To też mógłbym wykonać, bo nie wymaga ode mnie trudu rozmawiania z drugim człowiekiem.
A ludzie potrafia być męczacy. Widzę to przecież po sobie, bo ja sam męczę siebie chyba najbardziej. Tym, że stoję, że czekam, że patrzę i próbuję oddychać bez czerwieni. Czerwieni w spojrzeniu, w wargach. W ustach. W gardle. Pływajacej spokojnie wokół mięśnia-języka, odcinajaca się wręcz karykaturalnie od bieli zębów. Znów drapie mnie w gardle. Przez twarz przechodzi ledwie krótki grymas niezadowolenia i mężczyzna stojacy naprzeciwko nie ma nawet prawa pomyśleć, że jest to grymas dla niego. Mówiłem już - wszystko robię dla siebie, to inni w swoim umyśle staraja się przyporzadkować moje nawet nic nieznaczace gesty do swoich prób. Jeżeli jest wam lepiej, drodzy ludzie, jeżeli tak bardzo pragniecie jakiejś reakcji - macie moje przyzwolenie na takie zabiegi. Choć do niczego dobrego nie prowadza.
Gdy znikasz, w końcu mogę pozbyć się tego cholernego drapania w gardle. Próbuję nabrać powietrza - na nic. Jest niewygodnie, jak w nowym towarzystwie, jak w nowych butach, w za małym łóżku, z którego wystaja nogi, jak w tłumie. Jak w ciszy, która kocham i nienawidzę, do tego stopnia, że sam muszę ja skalać, zniszczyć i naznaczyć moja czerwienia.
Dźwięk kaszlu nie jest przyjemny. Nie jest to ten typ dźwięku, do którego idzie przywyknać. Jest ze mna już od dłuższego czasu, prawie siedem lat, jeżeli mnie pamięć nie myli, a zawsze przypomina dźwięk widelca na talerzu (talerz jest biały, ma pozłacane elementy i przedstawia scenkę rodzajowa rodem z rokoko, matka dostała go od jakiejś swojej przyjaciółki, divy operowej, która kazała nazywać się ciotka), paznokci na tablicy (tych długich, czerwonych, należa do Lyuby, a ona patrzy mi się wyzywajaco w oczy) czy krojony styropian (w duecie z robotnikiem budowlanym Timurem, młodym, ledwie dwudziestoletnim, o twarzy spalonej nowogrodzkim słońcem i języku czarnym, jak perspektywa wyjścia z nizin społecznych). Teraz jest jeszcze bardziej chropowaty, brzmi jak to wszystko razem. Rozdziera bólem gardło, umysł, słuch. W panice szukam w spodniach ozdobnej chustki, znajduję, przykładam do ust.
Jeszcze tylko chwila.
Gdy otwieram oczy i odsuwam ja od warg, widzę piękna, czerwona plamę. Kocham moja czerwień, choć wypłukuje ze mnie cała chęć do życia. Choć przypomina mi tylko o złych chwilach (dobrych zdaję się nie pamiętać, nie wiem, czy robię to umyślnie), zawsze będę mówił o niej w samych superlatywach. Teraz nie mam czasu. Dowód zbrodni składam niedbale i wciskam do tylnej kieszeni spodni. Czuję się dobrze.
Collins wraca całkiem niedługo i wydaje mi się, że widzę datę na okładce. Moje spojrzenie odrobinę się zachmurza, a brwi ściagaja się dość szybko. Z grzeczności przesuwam wzrokiem po tekście i z każda litera czuję coraz bardziej zaciskajacy się w moim brzuchu supeł. Chcę mieć wyryte w głowie, że to jedynie ponury żart.
- Nie jesteś zbyt subtelny przy wyborze literatury. - nagle odzywaja się we mnie duchy przodków, bo chcę w nie wierzyć. Nie wierzę, naprawdę nie wierzę, że Yoshio mógłby podać mi aż tak polityczne... coś. Łapię jednak za grzbiet ksiażki i wręcz wyrywam ja z jego rak. Patrzę przez moment na ksiażkę z obrzydzeniem, bo nie jest święta, nie dla Rosjanina. Tego, którego karmi się codziennie opowieściami o Armii Czerwonej, o bohaterstwie pod Berlinem i 9 maja. - Dlaczego akurat to?
 
 
Yoshio Collins


Wysłany: 2017-08-21, 15:12   

Kolejna pomyłka... tym razem chyba bardziej bolesna dla mnie. Cóż. Nie można się tak łatwo poddawać. Na porażkach i takich małych upadkach buduje się przecież malutkie schodki do sukcesu... nie wiem dokładnie czego oczekuje, jakiej nagrody, ale chwilowy brak powodzenia nie zniechęca mnie w żadnym razie. Jeszcze nie. Za wcześnie. Piękno, które dostrzegam, lub chce dostrzegać w Rosjaninie kusi tak bardzo. Może właśnie to jest nagroda sama w sobie? Możliwość podziwiania go? Być może bładzę. Prawdopodobnie robię coś co w końcu zrani mnie bardzo, ale nie chce jeszcze zawracać z obranej ścieżki. Coś mnie nadal przyciaga i kusi, mami nagroda, której nawet nie znam. Być może sama radość nie tkwi w tym co czeka na samym końcu drogi, ale w tym jak się kroczy, nawet tym drobnym upadkiem, który teraz przeżywam.
Przygryzam lekko swoja dolna wargę ust, zastanawiam się czego chciałem, czego właściwie oczekiwałem dajac mu ta konkretna ksiażkę. Zawiodłem. Zdarza się. Czy jednak zostanie mi to wybaczone? Nie wiem... nie chce teraz załamywać ręce. Tu potrzeba słów, potem czynów. Po kolei jednak. Mógł głos, nieśmiało wypowiadane słowa, które znów zakłócaja ciszę tego miejsca, i ja, mój uśmiech mimo tego, że czuję, że zawodzę, po raz kolejny. Czemu mi się to zdarza? Tak bardzo wadliwym jestem obecnie modelem, że nawet nie umiem dobrać odpowiedniej ksiażki?
-Chodziło mi tylko o ten rodzaj zakazanej miłości w świecie pełnym polityki i ograniczeń. Uznałem to na swój sposób romantyczne. Wybacz mi. - nie umiem ukryć skruchy w moim głosie. To było silniejsze ode mnie. Więc mi wybaczysz? Ten kolejny raz? Czyż masz jakieś limity miłosierdzia nade mna? A może jest ona nieograniczona?
Zabieram, ponownie, ksiażkę i odchodzę. Tym jednak razem nie szukam czegoś sam. Udaję się do bibliotekarki i proszę ja o radę w ten kwestii. Szukam dla Ciebie czegoś idealnego. Czegoś co sprawi, że mi wybaczysz. Zależy mi, nawet jeśli za chwilę nasze drogi ponownie się rozejda.
Oddaję jedna ksiażkę, dostaję inna. Czy tym razem nie zawiodę Cię? Czy jeszcze umiesz pokładać we mnie swe nadzieje? A może jednak nie jestem już na tyle godzien Twego zaufania, jakim obdarzasz obcych sobie ludzi. Nie śmiem wsadzać swej osoby do innej grupy. Obcy. Przynoszę Ci w swych dłoniach kolejny wolumin. Podaje Ci z poważna mina, ale w moich oczach widać strach. Zawiodę?
-Dostojewski. W oryginale. - tylko tyle, a może aż tyle. Jaki jest Twój werdykt? Zawiodłem czy odkupiłem swe winy? Zasłużę na Twój uśmiech? Tak bardzo łaknę Twoich ust... ich widoku, o dotyku nawet nie śmiem marzyć. Nie jestem aż tak zuchwały. Nie wszystkiego jestem godzien doświadczać. Wiem to.
[Profil]
 
 
Viktor Lavrentyev
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-22, 18:19   

Cóż może być pięknego w człowieku, który jest zgorzkniały do szpiku kości? Gdy każdy grymas, jaki na sobie maluję jest w pewnym sensie grymasem bólu? Bólu, jaki w sobie noszę od tak dawna, może nawet od urodzenia? Bólu względem świata, względem siebie, względem niego nawet. Tego, który stara się tak bardzo, by pomóc, przypomina w tym trochę psa, poczciwego, miłego, kompletnie nie rozumiejacego sytuacji i czekajacego jedynie na dobre słowo, pogłaskanie, podrapanie za uchem.
Jestem święcie przekonany, że przy mnie żaden pies nie byłby szczęśliwy. Nie chcę nikogo wpakowywać w piekło, które jest przecież idealnie skrojone na mnie. Wszystkie kotły, bicze, ognie - to wszystko przygotowane z największa troska, by sprawiało najwięcej bólu. A w bólu przecież brak jest piękna. Jest krew, pot, łzy - nie ma miejsca na cokolwiek przyjemnego. Nawet, jeżeli czerwona plama na chustce, która wciśnięta została niedbale do mojej kieszeni, przypomina kwiat (wydaje mi się, że to peonia, ale nie znam się na kwiatach, więc mogę się mylić) - nadal nie jest to żaden dowód. Potwierdza to przecież jedynie słabość mojego ciała. Nie lubię być słaby.
Wywracam więc oczami na jego tłumaczenie, choć mógłbym pozostać niewzruszony. Bo nie potrzeba mi słów, nie potrzeba prośby o wybaczenie. Mogę żyć bez tego. Moje oczy jednak delikatnie łagodnieja, przez chwilę maja nawet zdrowy, ciepły blask. Zdaja się nawet mówić, że wszystko w porzadku, że nie ma potrzeby, by w ogóle się przejmował.
A może to tylko złudzenie? Przecież dosłownie mija jedynie sekunda, a me ciemne oczy wracaja do swojego wcześniejszego wyrazu, otchłani bez dna, bez nadziei i bez światła. W tym świecie nie ma ani polityki, ani miłości.
Kiedy znika, podchodzę powoli do okna, które znajduje się zaraz przy regałach. Chwile słabości dopadaja mnie coraz częściej, ale potrafię, na boga, potrafię sobie z nimi poradzić. Opieram się dłońmi o chłodna powierzchnię parapetu. Czuję dreszcze. Krew pulsuje w żyłach, idzie do góry, przez szyję, uszy, do mózgu, tam parzy wręcz, a później chłodzi się, wraca w dół. Ramiona miękna, łokieć się zgina i przysięgam, że niewiele brakuje, bym przywalił twarza w kamień. Ale potrafię sobie poradzić. Ostatkiem sił podrywam podbródek w górę. Wyhamowuję.
Zaciskam zęby, bo kroki znów zbliżaja się do mojej kryjówki. Już wrócił? Odwracam się więc do niego, gwałtownie, może nawet trochę za bardzo. Ciemne oczy lustruja okładkę i już wiem, że trafił w dziesiatkę.
Podchodzę więc, bez zbędnego przeciagania. Czy tylko mi się wydaje, czy nasze palce zetknęły się, gdy przejmowałem od niego ksiażkę? Mam takie wrażenie, jednak spycham to wszystko w dalsze katy świadomości, teraz nie sa mi one do niczego potrzebne. Muszę się zastanowić, muszę przeczytać parę spokojnych słów cyrylica, bo to przecież Bracia Karamazow, to przecież Dostojewski, mistrz mój pisarski. Cień uśmiechu tańczy mi na ustach, prześwituje w spojrzeniu, gdy otwieram ksiażkę, znów na chybił-trafił.
"- Gniew? - podchwycił Śniegorow. - Tak, masz pan słuszność, w takim małym stworzeniu tkwi ogromny gniew. Poszło to stad, że dzieci w szkole drażnić go poczęły, naśmiewajac się z tej mojej miotełki. Chłopcy w szkołach bywaja często okrutni. W ogóle dzieci bywaja takie: każde z osobna aniołek z nieba, ale w gromadzie bezlitosne sa i złe. Zaczęli go prześladować, aż Iliuszka mój uczuł w sobie szlachetny, odważny duch. Inny chłopak, mniej dobry syn, wstydziłby się ojca, zapierał, on, przeciwnie, ujał się za mna. Co on już wycierpiał wtedy na ulicy, gdy zobaczył mnie tak wleczonego, i prosił za mna, wołajac "to tatuś, mój tatuś", to już tylko Bóg wie jeden i ja, ojciec. I tak to dzieci nasze, to jest nie wasze, ale nasze, dzieci biedaków, poznaja wcześnie sama istotę rzeczy, jak mój Iliuszka w dziewięciu latach. Już wtedy, na ulicy, gdy na krzywdę ojca patrzył, a prześladowcy jego zmiłowania prosił, poznał mój chłopczyk prawdę, która przylgnęła do niego już na wieki i przeniknęła na wskroś. Dzieci bogaczy przeżyja nieraz całe życie,a przepaści takiej nie zgłębia. Mój Iliuszka cały dzień nic do mnie nie mówił, tylko w kacie siedział, niby lekcji się uczac, a wciaż raz po raz z kata ku mnie spozierał." Czytam tylko ten krótki fragment. Część fragmentu. Unoszę zmęczone oczy na niego, bo przecież czytam po rosyjsku i nie wiem, czy w ogóle coś z tego rozumie. Czekam na jakiś znak, czy mogę kontynuować.
 
 
Yoshio Collins


Wysłany: 2017-08-23, 16:24   

Nawet jeśli nasze dłonie, na krótka chwilę, się spotkały, to ja nie zarejestrowałem tego. Radość, która odczuwam, która mnie wypełnia, przesłania mi wiele rzeczy. Sporo mi umyka. Być może czasami skupiam się na czymś za bardzo. Ekscytuję się negujac pewne rzeczy. Cieszę więc swe oczy Twoim widokiem. Cieszę się, że tym razem nie zawiodłem. W pewnym sensie naprawiłem swój niegodny czyn. Moje serce przepełnione jest, przynajmniej na krótka chwilę, radościa. Nie chce jednak tego psuć, więc zdecyduje się na krok do tyłu, najpierw jeden, malutki, bardzo niepewny i nieśmiały. Pierwszy podobno jest najtrudniejszym, z każdym kolejnym powinno być o wiele lepiej. Nie chce odchodzić. Zbyt wiele radości czerpię z podziwiania Ciebie. Jesteś dla mnie ucieleśnieniem niedostępnego piękna, moim zakazanym owocem, którego nie mam prawa skosztować. Nigdy nie odczuwałem czegoś takiego do osoby nie posiadajacej urody podobnej do mojej. To zaskakujace i nowe, pobudza mnie artystycznie. Mam ochotę grać.
Te wszystkie jednak moje słabości, lekkie fascynacje, namiętności, do których nie mam żadnych praw, to wszystko mnie teraz wypełnia... muszę zrobić kolejny krok do tyłu, muszę odejść póki jeszcze pozostajesz w tym wyjatkowym stanie. Wybaczyłeś mi? Takie mam wrażenie, ale łaska Twa nie musi trwać wiecznie. Wiem, że miłosierdzie Twe jest darem unikatowym. Nie dostanę go zawsze, za chwilę możesz uznać, że nie chcesz już mnie widzieć. Kolejne kroki do tyłu, odwracam się bardzo niechętnie i odchodzę by zniknać za regałem. Wciaż przed oczami mam Ciebie. Wyryję to w pamięci, niczym obraz. Nie mogę jednak w sercu, takiej zbrodni nie śmiem uczynić, nie jestem aż takim masochista. Radość radościa, zauroczenie zauroczeniem... czy już to się stało? A może tylko wmawiam to sobie? Być może. Czas pokaże mi czym to właściwie jest. Nie chce teraz zadręczać sam siebie tym wszystkim. Odsuwam na bok rozważania i watpliwości. Cieszę się. Tak bardzo raduje się moje serce. Potrafisz sobie to wyobrazić? Nie odpowiadaj. Ja sam chyba nie umiem wyrazić słowami swoich uczyć. Uśmiech jednak nie znika z moich ust, a jeśli ktoś by mnie teraz zobaczył to pewnie uznałby, że wygladam jak zakochany, moje oczy promienieja tym czymś, ale ja na szczęście tego nie widzę...
[Profil]
 
 
Eliyah Urrutia
[Usunięty]

Wysłany: 2017-09-18, 14:10   

Nie jestem do końca przekonany do tego pomysłu. Nigdy jeszcze nie pracowałem w bibliotece, a staż to też mniej pieniędzy na konto. Jednak w urzędzie twierdzili iż mam szansę na stałe zatrudnienie. Babcia potrzebuje odpoczynku od podróży i kampera. Wiem, że jestem jej winny opiekę. Muszę być odpowiedzialnym mężczyzna. Jestem teraz głowa naszego małego plemienia, mojej rodziny. Ojciec śmieje się jak tak mówię, ale myślę, że akceptuje to. Moje serce się raduje kiedy widzę uśmiech na twarzy innych. Wiem, że śmiech ojca nie jest złośliwy. Znam go i ufam. Podobnie jak babci. To ona przekonała mnie do tego stażu. Skoro przodkowie stawiaja przede mna taka rolę to aktem niewdzięczności było by teraz to odrzucać. Nie chce okazać się kimś niegodnym ich wspaniałomyślności. Dziadek nade mna czuwa, razem z mama. To oni stawiaja przede mna różnych ludzi, niektórzy mi pomoga, inni utrudnia życie, jednak nawet ta druga, trudniejsza droga ma mnie czegoś nauczyć. Jestem wdzięczny przodkom za każde nowe doświadczenie, które mnie kształtuje.
Wchodzac do biblioteki czułem lekko niepokój. Nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Praca nie będzie ciężka fizycznie, raczej... choć czasami pewnie ponoszę parę ksiażek. Wdech, wydech, ponownie wdech i czas rozpoczać ta nowa przygodę, kolejny rozdział w moim życiu. Zatem do dzieła.
Załatwiłem sprawy formalne, a potem zaczałem szukać pani Liv. Nie mogłem jednak nigdzie jej znaleźć. Spokojnie. Tylko spokojnie. To nie może być takie trudne. Zatem jeszcze raz. Ruszyłem w stronę chłopaka, który rozkładał ksiażki i lekko dotknałem jego ramienia, by zwrócił na mnie uwagę.
-Przepraszam. Szukam pani Liv. Mam jej pomagać. Jestem jej nowym tłumaczem migowego i przy okazji nowym stażysta tu. - wszystko przedstawił? Chyba tak. Pominał imię, ale raczej to nie było teraz konieczne. Ważne by znalazł pania Liv.
 
 
Liv Moore


Wysłany: 2017-09-18, 17:13   

18 wrzesień 2017


Właśnie układał nowy nabytek biblioteki. Ludzi o tej porze było zwykle mało, ponieważ byli teraz w pracy lub w szkole. Tylko czasami kilku studentów się przewijało, którzy nigdy nie sprawiali zbyt wielu problemów. Miał je już za stemplowane i ponumerowane, więc wsuwał je na dolne półki, gdzie dzień wcześniej zrobił trochę miejsca. Ciagle myślał o tym nowym stażyście, w końcu miał się tu niedługo zjawić. Zastanawiał się jak mu wytłumaczy swój żart. Zastanawiał się, czy nie będzie na niego zły. Westchnał ciężko i dotknięty w ramię podniósł się i spojrzał na przybyłego.
Gdyby nie był niemowa mógłby zaniemówić. Mężczyzna, który się przed nim pojawił był przystojny. Spodziewał się jakiegoś nerda w okularach jak denka słoika, chudego i zasmarkanego, a nie przystojnego Indianina w jego typie. Czuł, że na jego policzki wylał się delikatny rumieniec. Zamrugał kilka razy powiekami i przeczesał włosy.
Zaczał od razu mu migać, wiedzac, że powinien go przeprosić.
Przepraszam. Naprawdę pana przepraszam. To ja jestem Liv. To, że jestem kobieta miało być tylko niewinnym żartem. Mam nadzieję, że nie jest pan zły.
Uśmiechnał się przepraszajaco lekko unoszac przy tym ramiona. Odwrócił szybko wzrok zawstydzony. Speszył się, bo cholernie wstydził się swojej słabości do mężczyzn w takich sytuacjach. Nienawidził tego w sobie.
_________________
[Profil]
 
 
Eliyah Urrutia
[Usunięty]

Wysłany: 2017-09-18, 18:42   

Kiedy dzieciatko dowiedziało się kim tak na prawdę jest Liv zrobiło mu się cholernie głupio. Wpatrywał się w chłopaka nie wierzac mu na poczatku. Potrzebował chwili by zaakceptować to wszystko. Chyba tylko dlatego, że było z niego takie pogodne i serdeczne dla wszystkich stworzenie to nie zezłościł się. Do tego jeszcze Liv był takim ślicznym chłopcem, ale pewnie nie miał serca, by gniewać się na niego za ten niewinny żart. Wybaczy mu to pewnie szybciej niż skończy się ta rozmowa. Taki już był. Dobre Elisia dziecko.
Nie jestem zły. Wszystko jest ok. Przepraszam.
Wymigał wolno, tak by pokazać, że nie jest ani zdenerwowany, ani zły. Nie targaja nimi żadne złe emocje. Wszystko na spokojnie. Uśmiechnał się do chłopaka migajac do niego, a potem podniósł rękę i delikatnie poprawił jego włosy. Za to właśnie przeprosił go. Nie wiedzieć czemu miał wielka ochotę by dotknać jego włosków i buzi. Takie śliczne stworzenie i te cudowne oczy. Ach... można się zauroczyć... przepiękne... no ale tego już nie powie chłopakowi!
 
 
Liv Moore


Wysłany: 2017-09-18, 18:50   

Patrzył na każdy jego gest, jego bystre oczy śledziły każdy ruch jego dłoni, a gdy chłopak wymigał, że nie jest zły odetchnał i uśmiechnał się do niego. Lecz na jego policzki ponownie wlał się rumieniec, gdy cud ciacho pomierzwiło mu włosy, tego się nie spodziewał. Machnał coś niezrozumiałego dłońmi i spojrzał w bok zastanawiajac się, co teraz ma zrobić. Spojrzał na stertę ksiażek, z którymi się od wczoraj nie mógł uporać i cicho westchnał.
Musimy ułożyć te ksiażki według autorów i ich gatunków, na półkach. Od wczoraj z tym siedzę i już nie daję rady.
Wymigał. Jeszcze go przeprosi zapewne za swoje oszustwo, ale aktualnie był w zbyt wielkim szoku, że chłopak był przystojny. Przekrzywił głowę zatrzymujac się w połowie ruchu. Zmierzył go od góry do dołu i wciagnał powietrze mocno do płuc. Zaczał energicznie machać łapkami:
Oddawaj mój wzrost złodzieju!
Jego usta rozciagnęły się w promiennym uśmiechu. Chciał rozluźnić trochę atmosferę. Sam zawsze chciał być taki wysoki, a nigdy nie mógł go mieć, bo jakiś krasnal mu zawsze kradł centymetry.
_________________
[Profil]
 
 
Eliyah Urrutia
[Usunięty]

Wysłany: 2017-09-18, 19:21   

Więc dobrze! Moga się zabrać za układanie ksiażek. W sumie też po to tu przyszedł, by czegoś się nauczyć, a przy okazji pracować. Musi się wykazać, to może zatrudnia go po stażu. Miło by było w końcu mieć pracę na stałe. Dodatkowo miałby możliwość podziwiania kogoś tak ślicznego jak Liv. Same plusy sytuacji! Będzie musiał opowiedzieć potem babci o wszystkim. Zreszta ona sama zacznie go o wszystko dopytywać, jak tylko przekroczy prób ich kampera. Tak zawsze było. Ten dzień nie będzie wyjatkiem od zasady!
Zatem grzecznie podszedł do ksiażek i zaczał póki co sprawdzać co tam konkretnie było. Może zaczać po prostu od tego czy sa tacy sami autorzy... albo po gatunku poszukać... przecież nie będzie biegał z jedna ksiażka. To by było bez sensu. Najpierw posegreguje, a potem pozanosi. To jakiś plan. Wydawał się być dobry.
Spojrzał ponownie na chłopaka, a potem zaczał się śmiać. Oj... no... nie jego wina, że tak bardzo mu się wyrosło! Tatuś jest wysoki. To pewnie dzięki niemu to wszystko.
Przepraszam! A co jeszcze mogę Ci ukraść? Serce też?
W sumie to miał być żart, ale nie pogniewałby się jakby tak się stało. Cóż... pomarzyć można. Prawda? Wiedział, że nic z tego i tak nie będzie. Przyszedł tu pracować, a nie szukać miłości życia. Więc żarty i na spokojnie wszystko!
 
 
Liv Moore


Wysłany: 2017-09-18, 19:34   

Usiadł sobie na ziemi. Lubił tak pracować z ksiażkami, więc nie miał zamiaru tego zmieniać. Było to wygodniejsze od zginania się. Poklepał miejsce na przeciw siebie i ściagnał do siebie kilka ksiażek. Wokół już było kilka łupek. Gdy chłopak zadał mu pytanie Liv otworzył szeroko oczy i zrobił coś na kształt ryby wyrzuconej z brzegu.
Nie oddaje swojego serca osobie, której nie znam, więc nawet bym nie pozwolił!
Odwrócił na chwilę wzrok zawstydzony. Zwykle nie przeszkadzało mu to, że ktoś na niego patrzy, ale teraz. Teraz było tragicznie, ponieważ nie mógł się skupić, gdy Elis go obserwował.
Wrócił jednak szybko do pracy i wskazał jedna z łupek.
Kryminały - kolejna - romansy i komedie romantyczne.
I tak wytłumaczył mu kilka innych łupek. Na chwilę nic nie migał jedynie przekładał i czytał ksiażki, ale jak to Liv długo nie mógł tak wytrzymać.
Naprawdę pochodzisz od Indian? Jak skończymy układać ksiażki opowiesz mi jakaś historię?
Jak to jest z tymi duchami? Żyłeś z innym plemieniem? Spotkałeś szamana?

Zadał pytania nie bardzo przejmujac się, że jest to niegrzeczne, ale był bardzo ciekawy.
_________________
[Profil]
 
 
Eliyah Urrutia
[Usunięty]

Wysłany: 2017-09-19, 08:58   

W sumie dobra odpowiedź. Eli miał wrażenie, że chłopak już komuś oddał swe serce. Pewnie miał jakaś dziewczynę lub chłopaka. Takie piękne stworzenie na pewno kogoś takowego miało. To było logiczne i oczywiste w swej prostocie. Postanowił cieszyć się więc szczęściem chłopaka. Zazdrość to takie złe emocje, szczególnie kiedy sa kierowane do zakochanej pary. On życzył wszystkim jak najlepiej, stworzeniu o przepięknych oczach też. Zatem miał nadzieje, że znalazł szczęście u boku osoby, której oddał swe serduszko.
Pokiwał głowa, na znak, że rozumie. Układaja ksiażki. Dobrze. Usiadł zatem na podłodze i zaczał przegladać kolejne pozycje, układajac je póki co według gatunku. Potem już ułoży alfabetycznie, kiedy zaniesie je do konkretnego działu. Powinno pójść sprawnie. Da sobie radę. W końcu nie był głupi.
Przegladajac ksiażki co chwilę patrzył na Liv, by się upewnić, że ten nic nie chce mu przekazać. Zatem "słuchał" go uważnie starajac się przy okazji wykonać jego polecenie służbowe. Chciał być miłym stażysta, ale przy okazji pomocnym.
Moja babcia jest szamanka. Przyjechała tu ze mna. Mój dziadek wiele mi opowiadał o historii naszego plemienia. Mogę Ci kiedyś coś opowiedzieć, albo babcia to zrobi.
Oj babcia zawsze była chętna by poopowiadać coś z przeszłości plemienia. O duchach to już zupełnie by mogła gadać godzinami! Na spokojnie chłopak może przyjść na herbatkę do babci i nie wyjść cały dzień z samochodu słuchajac opowieści babci Elisia.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5