Poprzedni temat «» Następny temat
Przystanek autobusowy
Autor Wiadomość
Mavourneen Shiveley








19

studentka, dorabia w antykwariacie

nie umie w miłość

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam

Wysłany: 2017-09-03, 02:39   
  

  
Mavourneen Shiveley

  
i think that all i need is a little love


Często bywało, że Mavourneen spędzała w brentwoodzkiej bibliotece zbyt dużo czasu. Chodziła tam zazwyczaj popołudniami, które były zbyt wolne, aby spędzać je na siedzeniu w domu, a jednocześnie zbyt leniwe, aby poświęcać się czemuś, co wymagałoby więcej energii oraz aktywności. Zagladała do środka popołudniami, uśmiechajac się w ramach przywitania do siedzacych za biurkiem bibliotekarek, a potem ginęła między regałami i wychodziła stamtad dopiero w momencie, gdy dochodziła godzina zamknięcia budynku. To ona zazwyczaj mówiła Mavourneen, że oto nadszedł najwyższy czas, aby wrócić do domu i być może obejrzeć jakiś serial czy położyć się wcześniej spać, aby całkowicie spożytkować kolejny dzień. Odwiedzanie biblioteki było jej mała rutyna, z której nie zrezygnowała nawet w obliczu kończacych się wakacji, co większość ludzi w jej wieku świętowała, zjawiajac się na obfitujacych w alkohol imprezach czy po prostu spędzajac czas w gronie najbliższych przyjaciół. Ona tego nie potrzebowała.
Tego dnia jak zwykle wyszła z biblioteki późno i dotarłszy do przystanku autobusowego, z którego przeważnie udawała się do domu, usiadła na ławce. Na zewnatrz zdażyło zrobić się ciemno - trudno powiedzieć czy to za sprawa ciemnych, deszczowych chmur, które skłębiły się na niebie, czy z powodu mijajacego lata, co coraz częściej przypominało o skracajacych się dniach oraz wydłużajacych nocach. Mavourneen westchnęła, opierajac się o tylna ściankę przystanku. Do przyjazdu jej autobusu zostało jeszcze piętnaście minut, ale nie było nic, czym mogłaby się zajać, więc po prostu patrzyła na idacych po przeciwnej stronie ulicy ludzi i myślała, kim mogliby być z zawodu, jak wygladały ich rodziny i przede wszystkim - dokad się tak spieszyli.
Od zajmujacego wyobrażania sobie żyć przypadkowych osób wyrwały ja dopiero radosne okrzyki zmierzajacej w jej stronę grupki młodych ludzi, najwyraźniej wracajacych z jakiejś większej imprezy. Shiveley zmarszczyła brwi, ale nie poruszyła się ze swojego miejsca. Takie osoby zazwyczaj ja omijały, ewentualnie dawały spokój po pierwszej zaczepce, na która nie uzyskiwali odpowiedzi. Nigdy nie dawała im powodu do tego, aby zatrzymywali się przy niej na dłużej.
_________________
breathing gets hard to do,
my lungs go black and blue, my heart breaks into two. i'm stuck in space and time, i live a lonely life, i’m trying to survive.
[Profil]
 
 
Mickey Meier
[Usunięty]

Wysłany: 2017-09-06, 19:27   

Biblioteka? Oh, istniały inne sposoby spędzania wolnego czasu. I zazwyczaj były o wiele ciekawsze. Ale co kto lubi, co nie? Mavourneen spędzała czas w bibliotece, Mickey - z przyjaciółmi. No ale jak ktoś nie ma przyjaciół, to pozostały mu ksiażki, nie? Kein Vergehen, oczywiście. Mickey absolutnie nie miała zamiaru nikogo obrażać. Po prostu niektórzy byli osobami, o których nie ma co za dużo mówić i taka właśnie osoba jest Mavourneen Shiveley.
Podczas, gdy Mavou nudziła się w bibliotece, Mickey bardzo dobrze bawiła się ze znajomymi w pubie. Popili, pośmiali się, powygłupiali i pora wracać do domu, nie? Chociaż... Osoba, która zna Mickey, dobrze wie, że dla niej to dopiero poczatek zabawy. Jak nie jeden pub, to kolejny, potem może jakiś klub, czy coś... Noc jest młoda, trzeba korzystać!
Ooo prooszę, kogo jej piękne oczęta widza! Proszę proszę. Mickey odwróciła się i pożegnała z przyjaciółmi, po czym lekko chwiejnym krokiem podeszła... do nikogo innego, jak właśnie do Mavouneen Shiveley. - Hallo, Mavooou! - zawołała przesadnie podekscytowanym głosem.
 
 
Mavourneen Shiveley








19

studentka, dorabia w antykwariacie

nie umie w miłość

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam

Wysłany: 2017-09-07, 19:27   
  

  
Mavourneen Shiveley

  
i think that all i need is a little love


Imprezy zawsze oznaczały alkohol, a alkohol był czymś, od czego Mavourneen trzymała się z daleka. Skutek życia pod jednym dachem z uzależnionym od napojów wysokoprocentowych ojcem. Może gdyby Shiveley nigdy nie zyskała przykrych doświadczeń zwiazanych z takim rodzajem rozrywki, tamtego wieczoru bawiłaby się razem z Mickey oraz jej przyjaciółmi w jakimś klubie, żegnajac w ten sposób minione wakacje. Ale nie, upijanie się zdecydowanie nie leżało w sferze jej zainteresowań. Widziała do czego byli zdolni ludzie, którzy przesadzali z alkoholem i zwyczajnie nie chciała po raz kolejny być świadkiem czegoś takiego.
Nie spodziewała się, że tamtego wieczoru natknie się akurat na Mickey, ale bum, stało się. Wygladało na to, iż obie zostały przeklęte przez jakiegoś szczególnego pecha, bo w ciagu zaledwie kilku tygodni miały tę nieprzyjemność wpaść na siebie już po raz drugi. A pomyśleć, że dla Mavourneen wakacje miały być czasem wolnym od nielubianych ludzi.
- Erm... hej? - mruknęła, gdy zauważyła Mickey na horyzoncie. Poczatkowo zwyczajnie się przeraziła - pałały do siebie tak watpliwa sympatia, że Shiveley zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie stało się coś złego; uważała bowiem, iż w innym przypadku Mikaela nie miałaby powodu, aby do niej podchodzić. Patrzyła więc na nia z lekkim przestrachem i myślała nad tym, jak powinna się zachować. Postać Meier znajdowała się tak daleko, że Mavourneen nie od razu zwróciła uwagę na jej dziwny, chwiejny krok. Dopiero później, gdy dziewczyna znalazła się trochę bliżej, Shiveley wyczuła (w przenośnie i dosłownie - Mickey śmierdziała alkoholem), że coś było nie na swoim miejscu. - Upiłaś się? - zapytała, a potem zmarszczyła brwi. Pytanie było całkowicie niepotrzebne, ponieważ podejrzanie radosny ton głosu Meier, jej sposób poruszania się, a nawet wyraz twarzy wskazywały jednoznacznie, że owszem, znajdowała się pod wpływem alkoholu, ale ten widok był dla Mavourneen tak nowy i niespotykany, iż nawet nie zastanowiła się przed otwarciem ust.
_________________
breathing gets hard to do,
my lungs go black and blue, my heart breaks into two. i'm stuck in space and time, i live a lonely life, i’m trying to survive.
[Profil]
 
 
Mickey Meier
[Usunięty]

Wysłany: 2017-09-09, 13:04   

Oh, błagam. Czy ktoś każe jej uchlewać się do nieprzytomności? Nie. Na imprezy można chodzić również dla zwyczajnej, dobrej zabawy. Mało to razy Mickey szła na imprezę, zażywajac antybiotyki? Po prostu, przez cały wieczór piła soki. I też dobrze się bawiła. Można? Można. Bo zazwyczaj impreza zależy od ludzi, nie od tego, ile alkoholu się na niej przelało. A jeśli towarzystwo było do dupy, to nawet kilka flaszek wódki nie mogło tego poprawić. Pewnie dlatego Mickey od domówek wolała kluby. Tam, jeśli znajomi okazywali się mieć kija w dupie, można było szybko przyczepić się do kogoś innego. Problem gelöst.
A myślicie, że Mickey spodziewała się, że natknie się akurat na Mavourneen? A za Chiny nie. W sumie, to Mavou wygladała jej na taka, która nie wypuszcza się z domu po dwudziestej, a jednak. A czemu Mickey do niej podeszła? A cholera ja wie! Pod wpływem procentów robi różne dziwne rzeczy. No i jest przekochana dla wszystkich, nawet dla Shiveley. Po prostu, dla pijanej Mickey cały świat to jej przyjaciele.
Ojej, czyżby Mavou nie miała ochoty na jej towarzystwo? Ale jak to? Przecież Mikaela jest taka milutka, kochana i w ogóle wszystko! Jak ktokolwiek może nie chcieć jej towarzystwa? Ona jest tylko trochę rozchwiana. Tak troszeczkę, ciut ciut. Niedużo. Nie ma powodu by ja odpychać, prawda? Nie ma po co być niemiłym. Słyszac pytanie Mavou, Mickey zachichotała i kilkukrotnie pokręciła głowa. - Neeein, neeein. Nie upiłam się. Wypiłam bardzo malutko, o tyle! - prawie złaczyła ze soba kciuk i palec wskazujacy, chcac zademonstrować, ile w swoim odczuciu wypiła (bo prawda była taka, że Meier była napruta jak messerschmitt). - A tyy? Co tu roobisz? Grzeczne dziewczynki siedza przecież w domu o tej porze - roześmiała się, jakby powiedziała coś bardzo zabawnego. W sumie... dla niej to było zabawne.
 
 
Mavourneen Shiveley








19

studentka, dorabia w antykwariacie

nie umie w miłość

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam

Wysłany: 2017-09-11, 15:54   
  

  
Mavourneen Shiveley

  
i think that all i need is a little love


Jeśli komuś pasowało bycie jedyna trzeźwa osoba wśród tłumu nawalonych ludzi to w porzadku, ona tego nie kwestionowała. Równocześnie jednak wolała spędzać czas samotnie aniżeli pośród towarzystwa, które po wypiciu kilku drinków czy piw było zdolne do wszystkiego. Poznała się już na tym, co alkohol potrafił zrobić z ludźmi i nie miała ochoty powtarzać tych doświadczeń. Pijane osoby były niezrównoważone, agresywne, bezwstydne i ogólnie stanowiły wszystko, od czego Mavourneen starała się trzymać z daleka. Także nie, dzięki - jeśli miała wybierać między spędzaniem popołudnia w bibliotece, wśród interesujacych ksiażek, a w jakimś klubie, gdzie roiło się od takich tragicznych, upojonych alkoholem przypadków to oczywiście stawiała na tę pierwsza opcję.
Szok i zaskoczenie - Mavourneen jednak wychodziła z domu wieczorami. Co prawda na ogół starała się tego unikać, bo kiedy nadchodził zmrok, wszyscy ludzie chodzacy po ulicach automatycznie stawali się bardziej podejrzani, ale cóż, tak wyszło, że zasiedziała się w bibliotece. Zazwyczaj gdy to się działo, Shiveley po prostu wsiadała do autobusu i bezpiecznie trafiała do domu, lecz wygladało na to, że tym razem nie miało pójść tak łatwo.
Milutka i kochana? Że niby Mickey Meier? Ha, śmieszne.
- Jak na moje oko to jesteś nieźle pijana - stwierdziła, przygladajac się jej uważnie i równocześnie poddajac w watpliwość to, czy faktycznie wypiła tak mało, jak twierdziła. Rozkojarzone spojrzenie i szeroki uśmiech utwierdziły Mavourneen w przekonaniu, że nie, Mickey z pewnościa nie była trzeźwa. Westchnęła, a potem przetarła oczy wierzchem dłoni. Nie do końca wiedziała jak powinna była się zachować. Pytać o coś? Zaproponować, że odprowadzi ja do domu? Zadzwonić dla niej po taksówkę? Kurczę, Shiveley wyszła z wprawy tak bardzo, że naprawdę nie miała pojęcia co zrobić.
- Czekam na autobus? - odpowiedziała pytajaco, no bo halo, co można robić na przystanku autobusowym? Łowić ryby? Czekać na spotkanie z pijana koleżanka ze szkoły, za która nie przepadasz? Dziwne pytanie.
_________________
breathing gets hard to do,
my lungs go black and blue, my heart breaks into two. i'm stuck in space and time, i live a lonely life, i’m trying to survive.
[Profil]
 
 
Mickey Meier
[Usunięty]

Wysłany: 2017-09-19, 17:33   

No i spoko, Mickey też nie kwestionowała nudnego - w jej mniemaniu - życia Mavourneen. W końcu, jaki normalny nastolatek spędza wieczory samotnie! W dodatku... czytajac! Znaczy, wiecie. Mickey lubiła nawet czytać, ale tylko, jeśli a) była chora i nie mogła wyjść b) było zimno i nie mogła wyjść. W innych przypadkach zawsze znalazła sobie jakieś zajęcie, żeby wyjść z domu i nie być sama. Proste? Proste.
Faktycznie, szok, niedowierzanie, ludzie filmuja, polskie matki rzucaja świeżakami. Trzeba było wykorzystać to jakże cudowne, dane przez niebosa, niespodziewane spotkanie! A ludzie wieczorami wcale nie sa podejrzani. Sa uroczy. Mickey bardzo lubiła gadać do przypadkowych ludzi, bo tak, w swoim mniemaniu Mickey była bardzo milutka i kochana.
- Neein, zdaje ci się - Meier lekceważaco machnęła ręka. Wcale nie wypiła aż tak dużo (no wiesz, I'm not as think as you drunk I am). I co ona tak wzdycha jak Niemiec do nieba...? Okej, to nie było najtrafniejsze porównanie, ale chyba wiadomo o co chodzi. Jak jej coś nie pasuje, to niech zmyka do domku, jak na kogoś jej pokroju przystało. Mickey jest duża dziewczynka, poradzi sobie.
- No nie gadaj! Poczekam z toba, dobrze? - i nie czekajac na odpowiedź, przysiadła się tuż obok Mavou. No cóż. Teraz tak szybko się od niej nie odklei.
 
 
Mavourneen Shiveley








19

studentka, dorabia w antykwariacie

nie umie w miłość

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam

Wysłany: 2017-09-20, 05:00   
  

  
Mavourneen Shiveley

  
i think that all i need is a little love


Czytanie przynajmniej było bezpieczniejsze od chodzenia uliczkami Brentwood po nocy, po pijanemu i w dodatku w podejrzanym towarzystwie. Ha, szach mat!
Niech Mickey lepiej uważa, żeby ci uroczy ludzie kiedyś jej nie okradli, nie zgwałcili, nie pobili albo ewentualnie nie zabili i nie zakopali gdzieś w lesie. Bo przecież nie takie historie się zdarzały! Niby w większości tylko na filmach, ewentualnie w miejscach rozwoju jakiejś znaczacej patologii, ale Shiveley i tak wolała dmuchać na zimne. Chciała jeszcze trochę pożyć.
Zdawało jej się? Mavourneen zmarszczyła brwi i przygladnęła się Mickey dokładniej. Świeczki w oczach, szerokość uśmiechu nieproporcjonalna do ilości faktycznego szczęścia, zaburzone ruchy. Nie, wrażenie Shiveley raczej nie był mylne. Bez obrazy, ale Meier nawet śmierdziała alkoholem. Nie żeby to był przytyk, w żadnym wypadku. Każdy, kto raczył się napojami zawierajacymi jakieś procenty, ostatecznie kończył, pachnac jak spirytus. I w tej sytuacji nie dało się tego nie odczuć, kiedy dziewczyna zajęła miejsce na ławce tuż obok Mav.
- Jeśli cię to urzadza... - Podrapała się z zakłopotaniem po głowie, obserwujac entuzjazm Mickey. Zdawało jej się czy jeszcze niedawno nie za bardzo się lubiły? Dziwne i niepokojace rzeczy ten alkohol wyprawiał z ludźmi, doprawdy. - Dobrze się czujesz? - Może się nie przyjaźniły, ale to nie oznaczało, że Mavourneen, obserwujac podejrzany stan Meier, nie była zmartwiona. A była. I to nie tylko o nia (empatia to zło), lecz również w pewnym stopniu o siebie. Nie ufała pijanym ludziom. Wiedziała z autopsji co byli w stanie zrobić, do czego potrafili się posunać, aby kolejnego dnia stwierdzić, że nic takiego nie miało miejsca, bo tego nie pamiętali. I chociaż głównie zależało to od ilości spożytego alkoholu, co do którego nie miała pewności, jeśli chodziło o Mickey, i tak trochę się obawiała, że dziewczyna mogłaby zrobić coś głupiego.
_________________
breathing gets hard to do,
my lungs go black and blue, my heart breaks into two. i'm stuck in space and time, i live a lonely life, i’m trying to survive.
[Profil]
 
 
Mickey Meier
[Usunięty]

Wysłany: 2017-09-27, 19:07   

Ale to było nudne, no! Poza tym, Mickey bardzo dobrze znała ludzi, z którymi chodzi. To na pewno nie było podejrzane towarzystwo. Szach mat razy dwa, tym razem na stronę Meier.
Boże, ale czy trzeba od razu czarnowidzić? Halo, no przecież świat (zwłaszcza po niewielkiej dawce alkoholu) jest super, nie należy od razu go skreślać i osadzać wszystkich. Przecież ludzie chca tylko się bawić. Dobrze bawić. Bo przecież to jest super!
Oczywiście, że jej się zdawało. Mickey przecież była teraz bardzo, bardzo szczęśliwa, i wcale nie przez alkohol. Poza tym, trzymała się prosto. W każdym razie, względnie prosto. I nie śmierdziała, okej?! Przecież perfumy wszystko maskowały. Prawda? Na pewno, tak jej w końcu powiedzieli znajomi.
- Nawet bardzo, meine Liebe! - powiedziała radośnie. I hej, czy ona ja właśnie nazwała swoja miłościa? Chyba tak, ale teraz średnio ja to obchodziło. Wiecie, trzeźwe myśli pijanymi słowami, bla bla bla. - Jaa, ja, bardzo dobrze, dziękuję, ze cię to interesuje! - zachichotała. I ej, serio, czemu Mavourneen była taka spięta? Przecież Mikaela absolutnie nie chciała jej nic zrobić, czy coś. Ona chciała tyko porozmawiać, tak? Poza tym, jeszcze nigdy nie schlała się tak, żeby nie pamiętać, co robiła. A wierzcie, kac połaczony ze świadomościa, jakie głupoty się odpieprzało, jest o wiele gorszy niż ta słynna czarna dziura. I Mickey na 100% będzie sobie to wszystko jutro wyrzucać. Ale to jutro. Dzisiaj jej umysł był na tyle "pijany", że w sumie plotła co jej ślina na język przyniesie.
 
 
Mavourneen Shiveley








19

studentka, dorabia w antykwariacie

nie umie w miłość

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam

Wysłany: 2017-09-28, 03:00   
  

  
Mavourneen Shiveley

  
i think that all i need is a little love


Niby ludzie chca się tylko dobrze bawić, prawda. Ale jedni bawili się dobrze, pijac trochę alkoholu, a potem tańczac wraz z przyjaciółmi w jakimś klubie, inni - czytajac ksiażki w samotności, a jeszcze inni - pod osłona nocy przechadzajac się uliczkami i dźgajac nieznajomych nożem pod żebrami. Także no, wychodziło na to, że dobra zabawa to pojęcie względne. Szach mat razy trzy, znowu na stronę Mavourneen.
Zdaniem Shiveley perfumy zmieszane z watpliwie przyjemnym zapachem wódki tylko pogarszały sprawę, ale skoro znajomi powiedzieli Mickey, że było inaczej to na pewno mieli rację.
Meine Liebe? Mavourneen zmarszczyła brwi, przygladajac się Mickey badawczo. Teraz już wiedziała, że z dziewczyna wcale nie było tak dobrze, jak twierdziła. Ba, Shiveley pokusiłaby się nawet o stwierdzenie, że było tragicznie i naprawdę nie wiedziała co w zwiazku z tym zrobić? Dzwonić po kogoś? Po jej rodziców? Jakichś przyjaciół? A może zaproponować odprowadzenie do domu? Mav rozgladnęła się dookoła, jak gdyby miała nadzieję, że dostrzeże kogoś, kto mógłby pomóc jej w niedoli i zdecydować co zrobić z tym różowowłosym, pijanym przypadkiem. Bo naprawdę czuła się wystraszona. Nie wiedziała w końcu Mickey wypiła tak naprawdę i zwyczajnie bała się, że Mickey mogłoby się stać coś złego. Przecież po alkoholu ludzi nachodziły różne pomysły. Jedni prali swoje żony na kwaśne jabłko, drudzy kulturalnie szli spać, trzeci chcieli flirtować, czwarci płakali. A Shiveley kompletnie nie wiedziała do których zalicza się Mikaela.
- N-Nie ma sprawy - wymamrotała, po czym zerknęła na zegarek. Do przyjazdu autobusu brakowało jeszcze piętnastu minut. Wystarczajaco, aby odstawić Mickey w jakieś bezpieczne miejsce i wrócić tutaj na czas. - Hej, może odprowadzę cię do domu? Albo gdzieś... żebyś... położyła się, poszła spać albo... albo po prostu posiedziała? Co ty na to? - zaproponowała niepewnie. Martwiła się, zwłaszcza że jej doświadczenia z pijanymi ludźmi nie należały do najszczęśliwszych i byłaby bardziej niż zadowolona, gdyby Mikaela pozwoliła sobie pomóc. Samotne chodzenie w takim stanie po ciemnym mieście na pewno nie byłoby madrym pomysłem.
_________________
breathing gets hard to do,
my lungs go black and blue, my heart breaks into two. i'm stuck in space and time, i live a lonely life, i’m trying to survive.
[Profil]
 
 
Mickey Meier
[Usunięty]

Wysłany: 2017-10-06, 17:23   

No to skoro każdy ma swój sposób na dobra zabawę, Mickey nic do tego. Szach mat razy cztery... chyba. Nie wiadomo. Mickey powoli przestawała ogarniać. Czyżby jednak ten wieczór miał się skończyć czarna dziura w pamięci? Scheisse.
Pogarszały, nie pogarszały, kogo to interesuje? Nie Mikaelę, i nie dzisiaj. Jutro będzie się martwić, jak bardzo potencjalnie musiała w tym momencie śmierdzieć. Bywa. Nie ma takiej rzeczy, której się nie zniesie.
A co tam! Mysza mogła mówić, co myśli, wszystko można jutro zwalić na alkohol. A to, co myśli o Mavou, byłoby dobrym materiałem na ksiażkę. Ha, chyba znalazła punkt, który może z nia powiazać, ha! Tak naprawdę to nie, ale tego nikt nie musi wiedzieć. Pijany umysł Mickey podsuwa jej różne rzeczy. Zreszta, jak każdej pijanej osobie. (A tak serio, ktoś wie, o czym ja i ona w tym momencie gadamy?) I Mickey zdecydowanie była w tym momencie we flirtujacej grupie.
- Ja, jeśli tylko chcesz, możemy do mnie iść - zachichotała uroczo, przytulajac się do Maovurneen. - W końcu dobre towarzystwo to podstawa udanego wieczoru! - dodała, szturchajac ja zaczepnie. No weźcie, chyba jej nie odmówi spędzenia tego wieczoru w domu Mickey, zwłaszcza, że sama zaproponowała zaprowadzenie jej tam. Teraz zdecydowane szach mat, Shiveley!
 
 
Mavourneen Shiveley








19

studentka, dorabia w antykwariacie

nie umie w miłość

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, latifa, izzy, yev, sherrie, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam

Wysłany: 2017-10-09, 13:54   
  

  
Mavourneen Shiveley

  
i think that all i need is a little love


Pewnie gdyby Mav wiedziała o czym Mickey tak właściwie myślała, odprowadziłaby ja do najbliższego szpitala, a nie do domu. No ale biorac pod uwagę jej przewrażliwienie, może to i lepiej, że nie miała aż takiego wgladu do myśli Meier. Jeszcze by dziewczyna zeszła na zawał.
Już otwierała usta, aby sprostować to, co Mickey powiedziała (bo wcale nie miały do niej iść, Mav po prostu zamierzała odprowadzić ja w bezpieczne miejsce i wrócić na autobus tak szybko, jak tylko mogła, byleby nie spóźnić się i nie musieć czekać kolejna godzinę), ale ostatecznie, kiedy przypomniała sobie, że Meier znajdowała się w stanie, który zapewne nie pozwalał na prawidłowe rozróżnianie co niektórych kwestii, dała temu spokój. Teraz zdecydowanie nie zależało jej na tym, aby zaczęły sprzeczać się o taka błahostkę, zwłaszcza że liczył się czas. No i fakt, że Mickey właśnie się do niej przytuliła. Boże, czy ten świat już kompletnie upadł na głowę?
Delikatnie poklepała ja po plecach, majac nadzieję, że ten gest zadowoli Mikaelę na tyle, aby odsunęła się na zwyczajna odległość. Nie, żeby ten nieporadny uścisk był nieprzyjemny, wręcz przeciwnie - Mavourneen była przytulana tak rzadko, że niespodziewana czułość ze strony Meier aż doprowadziła do tego, że musiała kilkakrotnie zamrugać powiekami w celu odpędzenia od siebie niechcianych łez. Po prostu, zdajac sobie sprawę ze stanu, w jakim znajdowała się Mickey, wiedziała, że to nie było szczere. W normalnych okolicznościach nie doświadczyłaby z jej rak czegoś tak miłego i dlatego wolała zakończyć to od razu.
- Hm? Co? - o kilka sekund za późno zorientowała się, że Mikaela wypowiedziała jakieś słowa. Właściwie gdyby nie zaczepne szturchnięcie, Shiveley w ogóle by ich nie zarejestrowała. - No, tak - dla świętego spokoju przytaknęła nieprzytomnie. Nadzieja, że Mickey nagle, cudownie otrzeźwieje wciaż jej nie opuszczała, chociaż niedawno zdobyta podczas lekcji chemii wiedza stawiała Mavourneen na z góry przegranej pozycji. Alkohol działał trochę dłużej niż kilka minut, niestety.
- To... chodźmy. Kojarzysz mniej więcej kierunek? - zapytała, kiedy odzyskała swoja przestrzeń osobista, patrzac na Meier z lekkim powatpiewaniem. Niby dziewczyna nie była aż tak pijana, aby kompletnie nie kontaktować, ale Mavourneen wolała się upewnić, że Mickey będzie wiedziała dokad iść. Byłoby kiepsko, gdyby się zgubiły, zwłaszcza że Shiveley nadal miała na uwadze ten nieszczęsny autobus, który miał odjechać już za... spojrzała na zegarek. Czternaście minut! To zdecydowanie był czas, aby wziać Mickey pod ramię i skierować się w stronę, w która, zdaniem Meier, powinny udać się, aby dotrzeć do jej domu.


/zt x2
_________________
breathing gets hard to do,
my lungs go black and blue, my heart breaks into two. i'm stuck in space and time, i live a lonely life, i’m trying to survive.
[Profil]
 
 
Winter Aldridge








23

barman

South - West Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Mordechai, Philippa, Ivy, Dale, Dayami, Tinsley, Barnabas







Wysłany: 2018-08-11, 12:15   
  

  
Chione Winter Aldridge

  
how can a heart like yours ever love a heart like mine?


/po Matthew + ciuszek

Pierwsze dni Wintera w nowym domu nie były łatwe, ale wciaż wydawało mu się to względnie dobrym rozwiazaniem. Było lepiej, niż się spodziewał. Był przecież pewien, że za nic się tam nie odnajdzie, że z płaczem i podkulonym ogonem będzie wracał do bladoróżowego domu, który przecież stał ledwie kilka przecznic dalej, ale jak się okazuje, nawet nie za bardzo miał do czego tęsknić. Nie miał specjalnie dobrego kontaktu z rodzicami, nikt go nie przytulał, kiedy tego potrzebował, a w domu, w którym mieszka trzech innych studentów nie mogło być przecież zbyt cicho. Było podobnie, ale jednak inaczej. Czyściej, w dywanie Winter nie znajdował makaronu sprzed dwóch dekad, a w ogródku nie rosło mało poletko marihuany. Tak miało wygladać normalne życie? Czy on sam potrafił być normalny?
Nie musiał już uciekać z domu, nawet, jeśli u Harrisona była organizowana jakaś impreza, w której nie chciał brać udziału, bo przecież mógł się wtedy zamknać w swojej piwnicy i mieć wszystko gdzieś, ale wciaż lubił spacery. Koniecznie noca, kiedy wszystkie tłumy chowaja się do swoich własnych nor, kiedy tylko jakieś imprezowe niedobitki będa próbowały doczołgać się gdzieś, gdzie wyśpia się lepiej, niż w przydrożnym rowie, kiedy jest cicho i powietrze jest tak spokojne, kiedy wszystkie zapachy unosza się swobodnie, a potem przychodzi wschód, zaczynaja śpiewać ptaki, miasteczko oblane jest delikatnym, różowym blaskiem, dzięki czemu wyglada inaczej, niż za dnia. Pobudza zmysły. Winter bardzo chciałby umieć opisać to słowami, ale nigdy mu się to jeszcze nie udało. Próbował, ale gdy wracał za dnia do tego, co napisał, nie potrafił poczuć już tej samej magii. Czasami tak jest. Można coś zrozumieć tylko, jeśli się to zobaczy, i żadne słowa nie moga tego zrekompensować.
Wolał omijać z daleka jakichkolwiek ludzi, którzy szlajali się po nocy, ale nie zawsze było to możliwe. Tak, jak teraz - grupy ludzi mniej więcej w jego wieku, głośnych i roześmianych, i zdecydowanie pijanych, szły po obu stronach ulicy, a on musiał wybrać jedna z nich, by ja minać. Mógł zawrócić, skręcić w jakaś uliczkę, ale ostatnia taka minał dobry kawał temu, a przecież to tylko chwila. Nie spodziewał się tego, że zwróci czyjaś uwagę, po prostu czmychajac obok. Co złego mogło się stać? No tak, wystarczył jeden człowiek, który skupił na nim swój pijacki wzrok, a będac dusza towarzystwa i największym śmieszkiem sezonu, nie mógł nie wyrzucić Winterowi bycia Aldridge'm, jakaś ciota z patologii. Blondyn wcale nie chciał zwracać na to uwagi, naprawdę, nauczył się, by po prostu sobie pójść. Tyle tylko, że ktoś go popchnał, kiedy ich mijał, co go zaskoczyło na tyle, by faktycznie stracił równowagę. Poleciał na twarz, prosto na asfalt, jęknał głucho, bo zdaje się, ze w coś się uderzył, a podniesienie się wcale nie przyszło mu tak łatwo, jakby chciał. Słyszał tylko śmiechy i kolejne wyzwiska, ktoś go kopnał, jakby był bezdomnym kotem roznoszacym pchły, i ktoś na niego splunał, tylko przez własne przepicie nie trafiajac w chłopaka. A potem poszli dalej, zostawiajac go, jak śmieci, których wcale nie chce zanosić się do kubła, bo ten był zbyt daleko. Przynajmniej nie zrobili mu krzywdy, huh? Zdarte nadgarstki czy nos to przecież nic takiego. Gorsze rzeczy mu się przytrafiały. Mógł się tylko cieszyć, choć jego przyjemny spacer poszedł już w łeb. Najpierw musiał się podnieść, ale nogi miał jak z waty, a ręce tak bardzo mu się trzęsły, że szło mu to bardzo opornie. W końcu udało mu się uklęknać, a potem przekręcić, tak, by klapnać na tyłku. Przynajmniej nic go nie rozjechało, bo nic nie jeździło tu już o tej godzinie. Naprawdę, powinien się tylko cieszyć.
_________________
take a look at these dirty hands
take a look at this face these blazing eyes


[Profil]
 
 
Niklas Eschenbach


Wysłany: 2018-08-12, 19:07   

Zazwyczaj brnał przed siebie szybkim krokiem, co nadawało jego sylwetce wrażenia migajacej zjawy. Zwłaszcza wieczorem, gdy powoli zapadał mrok i cienie tańczyły na ulicach, oświetlone rozstawionymi co jakiś czas latarniami. Tym razem jednak jego chód był dużo wolniejszy, mniej pewny. Powód był dość prosty - Niklas chodził już dobre cztery godziny po całym Brentwood, zatrzymujac się jedynie w jednym z parków miasta – Clements Park. Tam spędził gdzieś z pół godziny, odkładajac na moment słuchawki na bok. Wsłuchiwał się w wszystkie krzyki, zarówno natury, jak i te ludzkie, a myśli swobodnie przepływały przez jego umysł. Niespiesznie upijał mała butelkę wody, kupionej przed paroma minutami w pobliskim sklepie. Na jej ściankach zbierały się krople wody w wyniku zderzenia temperatury z chłodni z ta panujaca na zewnatrz, a woda co jakiś czas skapywała na jego palce. Po jakimś czasie jednak podniósł się z ławki i ruszył przed siebie, chociaż nie miał żadnego ustalonego planu. Korzystał z wolnego i braku zobowiazań na studiach, muszac jedynie wywiazywać się z pracy w Varsity Resztę czasu mógł wykorzystać dowolnie, a wałęsanie się po Brentwood okazywało się być dla niego dzisiaj idealnym rozwiazaniem.
Kroczył teraz przez South-West Brentwood, niezauważalnie rozgladajac się po opustoszałych ulicach. Czarne słuchawki miał wciśnięte w uszy, których kolor wtapiał się na tle ubrań w ciemnych barwach, tym razem nie ubogacone w żaden nawet najmniejszy akcent. Czerń. Gdyby przyjrzeć Niklasowi dłużej można było zobaczyć co jakiś czas nieznaczne kiwanie głowa w takt muzyki, jakby do mocniejszych dźwięków post-rockowych utworów. Z pozoru wydajace się niewidzace spojrzenie, skupiło się zaraz na jednej z scen. Eschenbach był wystarczajaco daleko, by nie zostać uznanym za uczestnika sytuacji, niemniej wystarczajaco blisko, by widzieć wszystko dokładnie. Nie zajęło mu długo zorientowanie się, o co biega. W tym czasie nie zwalniał kroku, systematycznie zbliżajac się do jasnowłosego mężczyzny i pijanej grupy, co ostatecznie pozwoliło mu na minięcie się z nimi idealnie w chwili, gdy Winter wyladował na ziemi. Chociaż Niklasowi zebrało się kilka komentarzy w głowie, postanowił nie wypowiadać ich na głos ze względu na to, że już sobie zdażyli pójść. W razie powrotu zdecydowanie nie mogli liczyć na tak pogodne nastawienie Eschenbacha, który pewnie zaprezentowałby porzadny napływ gniewu. Nie skończyłoby się to najlepiej dla żadnej ze stron.
- Zadałbym ci typowe pytanie „czy wszystko w porzadku”, ale watpię, by po czymś takim możnaby czuć się dobrze – wyszło z jego ust, a własne kroki zatrzymał centralnie przed postacia Wintera. Bez dodatkowych komentarz wysunał rękę do przodu, by pomóc mu wstać. Nie narzucał się. Jeśli tamten nie zamierzał korzystać z wsparcia, nic się nie stanie, po prostu przesunie dłoń z powrotem do linii ciała. Nieraz zdarzało się, że osoby zaczynały wydzierać się, że wcale żadnej uwagi nie potrzebuja i poradza sobie same. Jasne, żeby sobie poradziły, przecież ludzie nie takie rzeczy potrafili znieść, ale nie o to chodziło. O uprzejmość. Tylko tyle. Niklas raczej nie wtracał się w nieswoje sprawy, wysoko szanujac prywatność innych, aczkolwiek nie umiał nad pewnymi sprawami przejść obojętnie, nie wykazujac żadnej reakcji. Jeśli tamta grupka postanowiła zmieszać Wintera z przysłowiowym błotem, Eschenbach planował wręcz przeciwnie. - Mam tylko nadzieję, że tak bardzo nie przejałeś się tymi głupkami. Jak zwykle o tej godzinie próbuja podbić ulice – rzucił po chwili jeszcze, a w jego głosie przebiło się delikatne poirytowanie. Wraz z nim przekradł się także, z upływem czasu i tak coraz mniej słyszalny, akcent niemiecki, który zawsze uwidaczniał się, gdy Niklas się denerwował. Zupełnie jakby nie potrafił wtedy utrzymać odpowiedniego ułożenia języka.
[Profil]
 
 
Winter Aldridge








23

barman

South - West Brentwood

mów mi: Patka

multikonta: Nina, Mordechai, Philippa, Ivy, Dale, Dayami, Tinsley, Barnabas







Wysłany: 2018-09-10, 22:43   
  

  
Chione Winter Aldridge

  
how can a heart like yours ever love a heart like mine?


Wałęsanie się po Brentwood było jednym z tych sposobów spędzania wolnego czasu, jakie Winter lubił najbardziej. To wtedy można było doświadczyć wszystkiego, czego się człowiek najmniej spodziewał, zobaczyć rzeczy w innej perspektywie, skryć się w cieniu i odseparować od innych ludzi. Blondyn bardzo za tym wszystkim przepadał, zwłaszcza za tym ostatnim, bo nadmiar ludzi to coś, z czym musiał zmagać się od zawsze. Nic dziwnego, skoro wychował się u Aldridge'ów. Dlaczego tym razem mu się nie udało? Próbował czmychnać jak najszybciej, niczym spłoszona mysz, próbujac schować się w jakimś kacie, ale najkrótsza droga ucieczki wiodła tuż obok miotły starej gospodyni, i właśnie ta miotła Winter dostał po głowie, i zreszta nie tylko.
Zarejestrował tylko to, że grupa jego napitych rówieśników odeszła, ich głosy oddaliły się, a on mógł zajać się przyprowadzeniem do porzadku własnej osoby. Ręce mu się jednak trzęsły, czuł, jak serce mocni bije mu w klatce piersiowej, a w końcu gdy usłyszał głos dochodzacy tuż z nad jego głowy, spłoszony spojrzał w górę. Nie spodziewał się chłopaka, i chyba nawet go nie kojarzył. Przynajmniej udało mu się wywnioskować z jego słów, że nie zamierza stanowić dla niego zagrożenia. Pozory te mogły być mylace, ale teraz to i tak nie robiło Winterowi większej różnicy. Nie dałby rady, by się postawić czy uciec, a i przecież ryj nie szklanka.
- Jest okej - mruknał pod nosem, dość cicho, ale nie na tyle, by chłopak nie usłyszał. Odruchowo odsunał się, gdy ręka wystrzeliła w jego kierunku, i choć potrzebował jeszcze jednego zerknięcia w górę, by się upewnić, że tamten faktycznie nie zamierza zrobić mu krzywdy, to złapał go za rękę i przy jego pomocy podciagnał się na nogi. Oczywiście, ze tak było prościej, niż gdyby sam miał się gramolić. - Dziękuję - wymamrotał, spuszczajac głowę i otrzepujac bluzę z piachu i żwiru, jaki przyczepił się do niej, gdy Winter leżał na ziemi. Drżaca ręka dotknał czoła, które zapiekło go pod opuszkami palców. Zdarł skórę z niego i z nosa, kiedy uderzył twarza o asfalt, czuł też, że jego lewy bok pulsuje tępym bólem, ale to żaden koniec świata. Wszystko się zagoi. Po prostu czas skończyć dzisiejszy spacer. Zamiast wałęsania się przez jeszcze kilka godzin, umyje twarz, wrzuci ciuchy do prania i będzie patrzył się tępo w sufit, albo przez okno. To i tak nie miało większego znaczenia. - Jasne. Nie tylko oni - wzruszył ramionami, ogladajac zdarte dłonie. W końcu wcisnał je w kieszenie spodni, byle tylko schować je i nad nimi zapanować. Zgarbił się i spojrzał na swojego wybawcę. - Nic się nie stało, serio. Nie przejmuj się - pokręcił jeszcze głowa. Odsunał się o krok, by łatwiej było mu wyminać chłopaka, a potem postapił krok naprzód, by obejść go dookoła i ruszyć dalej w swoja stronę. Tyle tylko, ze tak naprawdę nie uszedł za daleko. Przysiadł na ławce obok pustego teraz przystanku, zgarbił się, przymknał oczy i wział głęboki oddech. Tak naprawdę oprawcy nie powiedzieli mu nic, o czym by jeszcze nie wiedział. Oczywiście inaczej było to usłyszeć od kogoś, niż tylko we własnej głowie, ale naprawdę, nie byli pierwsi, nie byli też ostatni, i życie Wintera na pewno się po tym incydencie specjalnie nie zmieni. Za kilka dni będa mu o nim przypominały tylko strupy i siniaki, a kiedy one znikna, w jego głowie nic już z tej sytuacji nie zostanie.
_________________
take a look at these dirty hands
take a look at this face these blazing eyes


[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 8