Poprzedni temat «» Następny temat
The Chequers
Autor Wiadomość
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2017-12-31, 02:37   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Też nie chciał być postrzegany jako osoba, która leje innych po twarzy w barze, zwłaszcza że to nasuwało na myśl jednoznaczne skojarzenia (kto szukał zaczepki w miejscach publicznych, jak nie żałośni alkoholicy?), i teraz, kilka minut po fakcie dokonanym, potwornie żałował tego, że dał się ponieść impulsowi. Bolała go ręka, był roztrzęsiony i, co najgorsze, teraz tym bardziej nie potrafił spojrzeć Leathanowi w oczy. Ogólnie więc rzecz ujmujac - chociaż dał upust swojej złości, wcale nie czuł się lepiej. Wręcz przeciwnie - teraz odnosił wrażenie, że z nich dwóch to on był tym gorszym, bo przywitał Somerseta właśnie w taki, a nie inny sposób. Z jednej strony zdawał sobie sprawę z tego, że to absurdalne, przecież to jego skrzywdzono, to on został odrzucony i kompromitujaco pozostawiony. A mimo to pogarda, jaka żywił dla przemocy fizycznej, wcale nie pomagała mu w usprawiedliwianiu własnej osoby.
Spiał się na chwilę, słyszac niewygodne pytanie. Przez ostatni rok tylko trochę żył na jawie, zdażył więc zapomnieć, że miał za soba całkiem spory okres abstynencji od alkoholu, która skończyła się wraz z incydentem pomiędzy nim z Leathanem. Aktualnie czuł się tak, jakby nigdy nie przestał pić - chociaż od jakiegoś czasu starał się ograniczyć spożywanie alkoholu, prawie każdego dnia wypijał chociażby jedno piwo, bo bez tego było mu duszno, drżały mu ręce i odczuwał przejmujacy niepokój.
Lee jednak o niczym nie wiedział, co dotarło do Sherridana o kilka sekund za późno, więc wypuścił nagle powietrze i rozluźnił zaciśnięte w pięści dłonie.
- Czasami mi się zdarza - odpowiedział wymijajaco, po czym wzruszył ramionami. Słyszac kolejne słowa blondyna, będace odpowiedzia na jego nie do końca przemyślane pytanie, skrzywił się nieznacznie. - Skończ - w zamierzeniu ton jego głosu miał być ostry, trochę zirytowany, ale uzewnętrznianie gniewu nigdy nie należało do wachlarza jego emocjonalnych umiejętności, więc wyszło tak, jak zwykle. Przygaszony i zmęczony, spojrzał prosto na Leathana po raz pierwszy tamtego wieczoru z nikła nadzieja, że za pomoca spojrzenia uda mu się wymusić na nim szczerość. Och, gdyby tylko wiedział, że Lee w gruncie rzeczy nie kłamał aż tak bardzo... - Masz tu coś do załatwienia? Znudziło ci się tam, gdzie byłeś? Skoro już tutaj jesteśmy, równie dobrze możesz mi coś opowiedzieć - powiedział, przecierajac twarz i na powrót spuszczajac wzrok. Nie mógł przez zbyt długi czas patrzeć na Leathana. To bolało bardziej niż by sobie tego życzył.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Leathan Somerset


Wysłany: 2018-01-10, 00:56   

Leathan był w tej kwestii hipokryta, bo i jemu nie raz zdarzyła się już bójka w barze, ale jeśli chodziło o kogoś innego, udawał, że jego takie rzeczy nie dotycza i patrzył na taka osobę z pogarda. Cały Leathan.
Sam nigdy nie odmawiał sobie alkoholu, no chyba, że znajdował się w naprawdę wyjatkowej sytuacji, w której nie wypadało mu pić. Już jako nastolatek, gdy rodzice zabierali go na przeróżne bankiety, organizowane przez oraz dla przedstawicieli wyższych sfer Lee kręcił się przy barku, stwierdzajac, że nie przeżyje kolejnej tak nudnej imprezy na trzeźwo. To wtedy zaczał poznawać wszystkie te wyższej klasy alkohole, którymi raczyła się elita uczęszczajaca na te bankiety. Za którymś razem rodzice stwierdzili, że nie będa zabierali go ze soba, bo jedynie przynosi im hańbę, jedynie stojac przy barze i pijac. W Cambridge robił zreszta to samo, co Sherridan z pewnościa pamięta, bo sam bywał obecny na słynnych przyjęciach organizowanych przez Leathana Somerseta, na których alkoholu nigdy nie brakowało. I nie mam pojęcia dlaczego właśnie się o tym rozpisałam, być może picie jest po prostu bardzo ważnym elementem jego życia.
- Oh, to dla mnie nowość – stwierdził od niechcenia, bo odkad pamiętał Rose starał się raczej unikać alkoholu. Oczywiście nie wpadł na pomysł, że być może ponownie zaczał właśnie przez niego. No i nie koniecznie zdawał sobie sprawę, że Sherrie może mieć z tym jakiś problem.
Faktycznie nie kłamał i prawdopodobnie był to dobry moment na szczera rozmowę i wyjaśnienie Sherridanowi wszystkiego, co chciał mu wyjaśnić, ale jak zwykle nie mógł po prostu dojść do sedna sprawy. I prawdę mówiac nie dziwił mu się, że po tym wszystkim nie wierzył tak łatwo w jego słowa.
- Prawdę mówiac tak, znudziło mi się – powiedział, zmuszajac się, aby zerknać na Sherriego, ale nie bezpośrednio w oczy. Z tym Leathan miał problem, w szczególności, jeśli w grę wchodził on. – Byłem tu i tam – powiedział wymijajaco, nie wdajac się w szczegóły, gdzie właściwie zaszył się na ten rok, w którym nie było go w Brentwood. – Ale tutaj, hmm, tutaj mi najlepiej.
_________________

    WE STARTED IT WRONG AND I THINK YOU KNOW WE WAITED TOO
    LONG. NOW I HAVE TO GO. I DON'T KNOW WHY WE NEED TO BREAK
    SO HARD. WHO SAYS TRUTH IS BEAUTY AFTER ALL? WHO SAYS LOVE
    SHOULD BREAK US WHEN WE FALL?
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2018-02-07, 21:30   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Och, gdyby Sherridan teraz przypomniał sobie imprezy Leathana, które urzadzał za ich studenckich czasów, pewnie aż zapłakałby nad ilościa wspaniałego alkoholu, którego nigdy nie spróbował. I tak wspominał wszystkie te przyjęcia wyjatkowo dobrze, bo Lee zawsze dbał o to, aby jego niepijacy goście (to znaczy Sherrie) mieli do wyboru także inne środki odurzajace, które potrafiły wprowadzić człowieka w fajny stan, ale no halo, tu jednak rozchodziło się o alkohol. Alkohol, którego obecnie zawsze było mu mało. Coś takiego zasmuciłoby nawet największego twardziela, słowo.
Skinał głowa, wpatrujac się w powierzchnię stolika, który oddzielał go od Leathana. Nie miał zamiaru ciagnać tematu, to mogłoby doprowadzić do niebezpiecznej dyskusji, jakiej Sherrie miał nadzieję uniknać. Co prawda watpił, aby Somerseta obchodziła ta nagła zmiana w jego stosunku do alkoholu (bo czy obchodziło go cokolwiek prócz niego samego?), ale i tak nie zamierzał się wychylać.
Spojrzał na niego bez wyrazu i chyba tylko cudem udało mu się powstrzymać westchnięcie.
- Okej - powiedział w końcu, niepewien tego, czego Leathan od niego oczekiwał. Czuł się jak gówno i niby to nie było nic nowego, bo czuł się w ten sposób odkad został jak takowe potraktowany, ale teraz, siedzac naprzeciwko Somerseta po prawie roku milczenia, odbierał to wszystko jeszcze mocniej i bardziej osobiście. - To tyle? - zapytał nagle, pocierajac skroń i patrzac na Leathana bez wyrazu. - Bo jeśli tak to wybacz, ale będę się zbierał. Mam... sprawy... do załatwienia. - Jeśli za sprawy można było uznać uchlanie się do nieprzytomności, czego w tamtym momencie Sherridan okropnie potrzebował, to nawet nie kłamał. Czuł, że nie wytrzymałby długo, siedzac tutaj w takiej atmosferze i udajac, że w ciagu ostatnich parunastu miesięcy nic się pomiędzy nimi nie zmieniło. Może Leathana to nie obchodziło, może jemu było łatwiej funkcjonować akurat w taki sposób, w porzadku, Sherrie tego nie kwestionował. Równocześnie jednak nie chciał być częścia tej zabawy, zwłaszcza że wciaż nie ufał sobie w kwestii uczuć, jakie żywił w stosunku do kogoś, kogo jeszcze nie tak dawno temu uważał za swojego najlepszego przyjaciela. Najrozsadniej byłoby więc po prostu wyjść. I Sherridan miał zamiar to uczynić.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Leathan Somerset


Wysłany: 2018-02-14, 22:49   

Na poczatku ich znajomości Leathan starał się jeszcze nakłonić Sherridana do wypicia chociaż kieliszka szampana na organizowanych przez siebie spędach, ale widzac, że nie był chętny do konsumpcji alkoholu nawet w tak niewielkiej ilości, po prostu przestał proponować, zapewniajac mu alternatywne, bezalkoholowe specjały. Dzięki temu, że Rose nie pił i Somerset nie mógł zaserwować mu swojego ulubionego szampana, na którego wydawał zdecydowanie więcej niż powinien, udało mu się odkryć cała gamę bezalkoholowych szampanów, o których istnieniu nie zdawał sobie nawet sprawy. Zawsze dbał o to, aby na jego przyjęciach każdy zaproszony czuł się jak gość honorowy. Nigdy wcześniej nie wnikał dlaczego jego przyjaciel nie pił, dlatego teraz nie zamierzał także wnikać w to, dlaczego zaczał.
Zjawił się tu z zamiarem wyjaśnienia Sherriemu dlaczego nagle zniknał na tak długi czas o niczym go uprzednio nie powiadamiajac i równie nagle wrócił, ale im dłużej siedział w jego obecności, zastanawiajac się nad tym od czego powinien zaczać, tym stawał się coraz bardziej niepewny, czy w ogóle powinien to zrobić. Nie dał tego po sobie poznać, co było jego błędem, bo niewatpliwie Rose chciał dowiedzieć się co tak naprawdę skłoniło Somerseta do powrotu.
Nie zaszkodziłoby zaczać od najzwyklejszego przepraszam, słowem z którym Leathan miał taki problem i które za nic nie chciało opuścić jego ust. Prawdopodobnie i tak niewiele by to zmieniło, ale przynajmniej dałby poznać, że zachowały się w nim jeszcze jakiekolwiek uczucia względem drugiego człowieka. Tym czasem wciaż pozostawał tym samym dupkiem, który miał śmiałość go wtedy bez słowa zostawić. Przeklinał się w myślach za to, że zaprzepaścił okazję wytłumaczenia sobie z Sherriem nierozwiazanych do tej pory spraw, czym tylko jeszcze bardziej go dobił, bo nie sadził, że o in tego od niego oczekiwał.
- Nie – odpowiedział odruchowo, bo z jednej strony chciał już to wszystko z siebie wyrzucić, a z drugiej zupełnie nie potrafił tego zrobić. Najwyższa pora, aby zdecydował się w końcu czego chciał, bo Rose nie będzie wiecznie czekał i zjawiał się na każde zawołanie. Pewnego razu po prostu odmówi kolejnego spotkania z Leathanem, majac dosyć, że ten za każdym razem owija w bawełnę, zamiast przejść do rzeczy. – To znaczy tak. Tak, to tyle.
Widzac, że nic już więcej nie wskóra westchnał i zamachnał do barmana, aby ten przyniósł mu jeszcze kieliszek wódki. Nie udało mu się porozmawiać z Sherriem to przynajmniej się upije.
_________________

    WE STARTED IT WRONG AND I THINK YOU KNOW WE WAITED TOO
    LONG. NOW I HAVE TO GO. I DON'T KNOW WHY WE NEED TO BREAK
    SO HARD. WHO SAYS TRUTH IS BEAUTY AFTER ALL? WHO SAYS LOVE
    SHOULD BREAK US WHEN WE FALL?
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2018-02-16, 12:45   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Im dłużej na niego patrzył, tym większa czuł do siebie niechęć, bo z sekundy na sekundę okazywało się, że uczucia, które próbował z siebie wyprzeć od tak dawna, nie minęły. Siedzac naprzeciwko Leathana i słuchajac beztroskiego brzmienia jego głosu, pragnał go nienawidzić, ale jedyne, co czuł, to obezwładniajacy ciężar w żoładku, który odciagał go od racjonalnego myślenia. Żałował, że nie potrafił się złościć. Gdyby był na Leathana wściekły, przebywanie w jego towarzystwie stałoby się o stokroć prostsze i zapewne mniej bolesne. Tymczasem jednak jego myśli zajmował żal. Ogromny żal, iż sytuacja pomiędzy nimi skomplikowała się na tyle, że najwyraźniej nie mogli dłużej nazywać się przyjaciółmi oraz powracajace przeświadczenie, iż to wszystko było w głównej mierze wina Sherridana. Nienawidził tego wrażenia, bo odbierało mu siłę, której potrzebował, aby sukcesywnie pchać naprzód swoje jednostajne, niezadowalajace życie. Nie zależało mu na niej, ale była niezbędna, jeśli chciał zadbać o Fay - jedyna tak bliska mu osobę, która teraz potrzebowała go bardziej niż kiedykolwiek. Sherridan przeczesał dłonia włosy, wydajac z siebie zmęczone westchnienie. Albo mu się wydawało, albo za sprawa spotkania z Leathanem stracił na sile, mimo że w rzeczywistości tak przeraźliwie próbował ja przy sobie zatrzymać. Kiedy tak przed nim siedział, pociły mu się dłonie, a jego klatka piersiowa wydawała się ściśnięta, powodujac dyskomfort. Co więcej - Somerset wcale nie wygladał tak, jakby zamierzał dodać do tego wszystkiego coś jeszcze. W obliczu takich wniosków opuszczenie tego dusznego pubu wydawało się jedynym właściwym rozwiazaniem.
Pokiwał głowa, po czym wstał powoli, nie patrzac na Leathana.
- W takim razie ja już... - urwał nagle. Nie był pewien, co powinien powiedzieć. - No cóż, pewnie masz dużo spraw do załatwienia. - Dużo starych przyjaciół do odwiedzenia? Sherridan szczerze w to watpił, Leathan nigdy nie był zbyt towarzyskim typem, a ludzi, którymi się otaczał, trudno nazwać jego przyjaciółmi, ale wszelkie uwagi Rose postanowił zachować dla siebie. Jak zawsze.
Odsunał się od stolika z niewyraźna mina, a potem prędko, zanim którykolwiek z nich mógłby zmienić zdanie, skierował się w stronę drzwi, wciaż omijajac Leathana spojrzeniem. Nie chciał robić scen, nie chciał się zatrzymywać ani dać się zatrzymać. Doszedłszy do drzwi, popchnał je, a potem wyszedł na ulicę i szedł przez kilka minut zanim pozwolił sobie przystanać. Pociemniało mu przed oczami, prawdopodobnie dlatego, że nie pamiętał już swojego ostatniego posiłku, lecz nie zatrzymał się przy żadnej z pobliskich budek z jedzeniem. Jego gardło było suche, a żoładek zaciśnięty w supeł, podejrzewał więc, że i tak nie byłby w stanie niczego przełknać. Otwierajac drzwi mieszkania, które dzielił z Aislin, marzył jedynie o porzadnym śnie, ale nie dostał nawet tego, spędzajac pół nocy na niespokojnym przewracaniu się z boku na bok.
I wszystko przez cholernego Leathana Somerseta.

/zt x2
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Frankie Shah




Wysłany: 2018-04-01, 19:28   

/pierwszy wieczór - powrót do Brentwood

- Zadzwoń ktoś po policję! Kurwa mać, ta wariatka rozwaliła mi szybę!
Krzesło wyleciało na ulicę przez okno, rozbijajac szybę w drobny mak, omal nie trafiajac w przypadkowego przechodnia, który wyladował na chodniku po olimpijskim wręcz skoku na bok. Nie będzie dodatkowych punktów, jego łokieć zatrzymał się w rynience pełnej wody.
Drzwi The Chequers otworzyły się z rozmachem, gdy dwie kobiety wyskoczyły z baru, szarpiac wzajemnie za ubrania i okładajac pięściami na oślep.
- Ty suko! Zapłacisz mi za wszystko! – wrzasnęła blondynka o długim warkoczu, wymierzajac cios kolanem prosto w brzuch brunetki, która ledwo zdołała zasłonić się przedramionami. Prawy sierpowy prędko dosięgnał jej twarz z boku, posyłajac kobietę o krótszych włosach skołowana na bok, aż wleciała na ciekawska grupkę mężczyzn, wygladajacych z progu. Miała już dość, nie tak sobie wyobrażała powrót do Brentwood. Chciała tylko wypić coś porzadnego, zanim spotka Leah’ę albo Taylor w domu, bo na trzeźwo zdecydowanie nie mogła tego zrobić.
Próbowała złapać oddech, nawet otarła wierzchem dłoni cieknacy nos, spostrzegajac ślady krwi na palcach. Zaklęła paskudnie, przekonana, że nie obejdzie się bez wizyty u lekarza, gdy blondynka doskoczyła do niej, przygwożdżajac kolanem do tłumu, który nagle poleciał do tyłu. Pod wpływem grawitacji, Frankie poleciała na plecy, ladujac w progu z ta szajbuska na sobie, odkładajaca ja po głowie pięściami, która zdołała schować za przedramionami. Przegrana pozycja, Nawet nie miała jak zablokować jej ciosu, nie otrzymawszy uprzednio w twarz.
Myśl, cholera, myśl!
Nic nie przychodziło jej do głowy.
[Profil]
 
 
Jo Moore

Wysłany: 2018-04-01, 23:37   

/po Harrison

- 999, jakie jest twoje zgłoszenie?
- Jakieś dwie szajbuski naparzaja się przed barem! Przyślijcie tu kogoś, zanim się pozabijaja!


Władze miasta tyle razy apelowały, żeby nie dzwonić na ten numer alarmowy, żeby jednak wybierać te trzy zasrane jedynki i nie blokować linii. Kolejna bójka przed knajpa? Standard wieczorowa pora. Moore nie rozumiała, dlaczego ludzie obijaja sobie mordy po alkoholu. Dobra, sama nie była święta, okej, zdarzało jej się uczestniczyć w szarpaninach i kilka razy wracała do domu ze złamanym nosem, ale mimo to, wciaż nie kumała. Niektórzy nie powinni sięgać po procenty, bo pić to trzeba umieć, a ten, kto pić nie potrafi, nie powinien pić. A jednak sama zgłosiła się na wycieczkę w miasto radiowozem. Ludzie powtarzali jej, że powinna siedzieć za biurkiem, że jako zastępca komendanta powinna mieć to wszystko w dupie, ale Moore nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez interwencji i akcji. Kochała adrenalinę, uwielbiała brać udział w pościgach i rozwiazywać sprawy. Miałaby z tego zrezygnować ot tak? No chyba po jej trupie.
Pod bar zajechali na światłach i chyba wpadli w sam środek akcji. Najpierw z samochodu wyskoczył jeden młodzik, którego nazwiska, a tym bardziej imienia, Jo nie pamiętała. Ciężko było połapać się w tych świeżynkach, na posterunku działała ostatnio jakaś dziwnie szybka rotacja - tu ktoś przychodził, ktoś wypadał z gry, jeszcze inny rezygnował, bo nie dawał sobie rady. W każdym razie Moore, w sumie niewiele myślac, podbiegła do kobiet i z trudem ściagnęła ta pierwsza z tej drugiej. Nie obyło się bez pomocy sierżanta, który prawie wyrżnał na beton, kiedy właścicielka długiego blond warkocza wyladowała w jego ramionach. Teraz musiał ja tylko utrzymać i niech lepiej nie nawali, bo Moore będzie zmuszona trochę się wkurwić. Powinien mieć trochę więcej siły od niej, bo Jo, chociaż bardzo wysoka, była naprawdę chuda i niewiele miało to wspólnego ze szczupłościa. Przemianę materii odziedziczyła po matce i właściwie nie wiedziała, czy powinna jej za to dziękować, czy nienawidzić jeszcze bardziej. Ale bardzie już się nie dało.
- Shah? - uniosła wysoko brwi, kiedy w leżacej dziewczynie rozpoznała dawna znajoma. Co ty... Jak ty wygladasz, dzieciaku? - zapytała i automatycznie przykucnęła przy brunetce, próbujac podnieść ja do pozycji siedzacej. - Gdzieś ty się tam pchała? - buźka znajomej buźki nie wygladała zbyt dobrze, więc Moore nie omieszkała powiadomić o zdarzeniu kolegów ze stacji pogotowia ratunkowego. Niech ja obejrza. Zerknęła przez ramię, jak jej dzisiejszy partner radzi sobie z, jak mogło się zdawać, prowodyrka bójki. To znaczy, Jo zdawało się, że Frankie nie byłaby zdolna do czegoś takiego. Miała okazję spędzić z nia niegdyś trochę czasu. A może nie poznała jej z tej strony i to wszystko to były wyłacznie pozory? A może policjantka wcale nie znała się na ludziach, jak jej się dotychczas wydawało, a chyba ta ostatnia wersja zabolałaby ja najmocniej.
[Profil]
 
 
Frankie Shah




Wysłany: 2018-04-01, 23:59   

Ciosy ani trochę nie zelżały, choć miała wrażenie, że minęły długie minuty, odkad Arizona przygwoździła ja do podłogi, jedna połowa ciała we wnętrzu baru, a druga za progiem drzwi. Próbowała zrzucić blondynkę z siebie, nieskutecznie poruszajac ciałem na boki, co tylko prowokowało napastniczkę do wzmocnienia uderzeń. Pięść trafiła w lukę, pomiędzy złożonymi przedramionami i policzek zabolał nieprzyjemnie, a tłum aż zrobił sitcomowy odgłos „ouuuu”, nie raczac przerwać tej brutalnej nawalanki. Dopiero, gdy czerwono-niebieskie światła rozświetliły ciemna przestrzeń – zmierzchało, lampy uliczne jeszcze nie zostały właczone – ludzie wycofali się z wianuszka fanów kobiecych sztuk walk w parterze, robiac miejsce dla dwójki funkcjonariuszy.
- Puszczaj mnie! No puszczaj! – Arizona wierzgała na wszystkie strony, kiedy świeżak próbował utrzymać ja w miejscu, zmuszony ostatecznie go przygwożdżenia jej do maski radiowozu i skrępowania rak. – To nie koniec, Shah! Dorwę tę twoja parszywa gębę! Zapierdolę ja!
W głowie huczało, uszy przeszywał pisk, a usta zapełnił metaliczny posmak, kiedy ktoś pomógł jej się podnieść do siadu. Z grymasem bólu złapała za ramię funkcjonariuszki, instynktownie broniac się przed upadkiem na plecy.
- O ja cięrpiędolę… Stfu! – splunęła na chodnik czerwona mieszankę i zamrugała kilka razy. To było gorsze od kaca giganta. – Jo? – wymamrotała niepewnie, usłyszawszy nieco wyraźniej znajomy głos. Uniosła odrobinę głowę, aby upewnić się, że wyobraźnia nie robi jej figla. – Ach! – syknęła nagle, przykładajac dłoń do czoła, mocno zamykajac powieki i zaciskajac zęby, a gdy najgorsza fala bólu przeszła, potarła palcami skórę, wyczuwajac pod nimi ostra drobinę. Przesunęła paliczkami i niewielki odłamek szkła spadł w dół. Szczęśliwie nie poharatał jej dotkliwie. – Ta kretynka rzuciła się na mnie w barze ze szklanka… – i wcale nie dlatego, że Frankie ja sprowokowała nieprzyjemnym tekstem, komentujac jej obecny zwiazek z byłym Shah zalotami kobiety lekkich obyczajów.
Splunęła jeszcze dwa razy. Dziasła krwawiły.
[Profil]
 
 
Jo Moore

Wysłany: 2018-04-02, 14:14   

- Mhm - mruknęła cicho Jo, zastanawiajac się, jakie było prawdopodobieństwo, że Frankie dostała po mordzie za darmo. W gratisie.Panie i panowie, oferta specjalna, happy hour! Tylko w The Chequers, między dwudziesta a północa - drink i cios prosto w zęby w promocyjnej cenie! Takie rzeczy się zdarzały, nawet Moore potrafiła policzyć, ile razy dostała w mordę nie ze swojej winy. Ale do zliczenia tego, ile razy stawała się prowodyrka zamieszania, zabrakłoby jej palców. W tym czasie, co świeży wpychał Arizonę do radiowozu, pod lokal zajechał ambulans, z którego wyskoczyło dwóch paramedyków. Od razu podskoczyli to Shah, co zmusiło Jo do gwałtownego odsunięcia się. - Tylko rzuca okiem - poinformowała brunetkę, która ratownicy zaczęli ogladać z każdej strony. Moore nie uważała, żeby obrażenia zewnętrzne wygladały poważnie - kilka rozcięć, zadrapań, po zderzeniu pięści z twarza z pewnościa zostana nieładne siniaki. Shah nic nie będzie, przeżyje. Chyba, że nabawiła się jakichś paskudnych obrażeń wewnętrznych, ale Jo kompletnie się na tym nie znała. No i bez hospitalizacji, to nawet sanitariusze niczego nie dostrzega. Decyzja i ta będzie należała do nich. I do Frankie, która zawsze może nie zgodzić się na podróż do szpitala. Wtedy Moore stwierdziłaby, że dziewczyna jest po prostu głupia i że powinna poddać się obserwacji. Co z tego, skoro sama policjantka pewnie zapierałaby się rękami i nogami, żeby tylko nie trafić na izbę przyjęć. Pieprzona hipokrytka. - Weź każ jej się zamknać, bo inaczej ja to zrobię! - tymi słowami zwróciła się do młodego sierżanta, który z ledwościa radził sobie z uspokojeniem Arizony. Laska była rozbestwiona i wciaż miała w oczach szaleństwo. Och, Shah serio musiała jej jakoś podpaść. Tylko czym? Pewnie Jo wkrótce się o tym dowie. Jeśli nie od samej Frankie, to od blondynki z warkoczem, która i tak niebawem trafi na komisariat policj, wprost do jednej z sal przesłuchań.
[Profil]
 
 
Frankie Shah




Wysłany: 2018-04-02, 14:47   

Przejechała językiem po zębach to w prawo, to w lewo, z niezadowoleniem stwierdzajac, że dziasła nie przestawały krwawić. Potrzebowała lodu – a najlepiej lodu z ginem albo margarita.
Coś pozostało z tej awanturnicy, która była w szkole średniej, a jednak uległa prawie całkowitej zmianie. Rozwiane włosy, niegdyś sięgajace do pasa, zdawały się pobolewać, jakby również stanowiły integralna część układu nerwowego, gdy ratownik sprawdzał stan głowy Frankie.
- Weź te łapy, to boli. – warknęła nieprzyjemnie, odpychajac dłoń, która sprawdzała spód czaszki i kolejno szyję po stronie karku. Mężczyzna w zielonym mundurze nie wygladał na skorego do współpracy, bo dalej kontynuował badanie, kompletnie ignorujac burczenie Shah, która, gdyby tylko w głowie przestało się kręcić, odgryzłaby mu nos, ucho albo przynajmniej kopnęła w krocze, bo jej kolano tkwiło na odpowiedniej wysokości – wystarczyło tylko nim ruszyć… I na bank dzięki temu zafundowałaby sobie podróż na komisariat w towarzystwie Moore, jakiej zadaniem było dbanie również o bezpieczeństwo medyków. Cholera jasna, i tak źle, i tak niedobrze.
- To co, zabieramy pania do szpitala. – mruknał jeden z nich, ten ze śmiesznie podwiniętym wasem po bokach. – Takie pobicie lepiej sprawdzić dokładnie.
Zmrużyła wściekle oczy, czujac, jak uszy pod włosami robia się gorace od nawrotu gniewu. Czemu teraz wracały siły, a nie wtedy, gdy musiała przywalić Arizonie w gębę?
- Żarty sobie ze mnie robisz. – spojrzała po paramedykach i Moore. – Powiesz im coś? – to nie była prośba, a polecenie, bo… taka już była. – Wezmę jakiś advil czy inne cholerstwo – machnęła ręka od niechcenia, ale jeszcze nie podniosła się z miejsca – i będzie po sprawie. Nie mam czasu na szlajanie się po izbach. – nic tylko załamać ręce. – Poza tym… – przerwała na moment, przykładajac dłoń do głowy, krzywiac okropnie. Znowu ten pisk w uszach. – …poza tym, pani policjant mnie zna – wskazała na oślep palcem mundurowa, rozmasowujac skroń i poruszajac żuchwa na boki, jakby w ten sposób nieznośny dźwięk miał zniknać. – Jak się coś podzieje to mi pomoże. – wymamrotała niewyraźnie, łapiac się z drugiej strony za czoło, a gdy paramedyk wyciagnał do niej rękę, automatycznie odepchnęła ja, posyłajac mu złe spojrzenie.
[Profil]
 
 
Jo Moore

Wysłany: 2018-04-02, 20:11   

Frankie miała dużo szczęścia, że każdy jej zab był na swoim miejscu, bo o ile spuchnięte, krwawiace dziasła wygoja się w miarę szybko, to dentyści na Wyspach mocno się cenili. Kiedy brunetka była ogladana przez paramedyków, Moore przygladała się wszystkiemu z boku. Odpaliła nawet papierosa, skoro jej funkcja na ten moment była skończona i nie pozostało jej nic innego poza obserwacja. Parsknęła pod nosem śmiechem, do czego przyczynił się widok Shah odpychajacej rękę mężczyzny, który usilnie próbował namówić ja na wycieczkę do miejskiego szpitala. Bezskutecznie.
- Dopilnuję, żeby trafiła do domu - zapewniła paramedyków i przycisnęła papierosa do ust. Miała okazję z nimi pracować, niejednokrotnie spotykali się na akcjach ratunkowych, kiedy te wymagały interwencji wszystkich służb mundurowych.
- Na pewno? - drugi mężczyzna spojrzał podejrzliwie na Moore, jakby nie był do końca przekonany do autentyczności jej słów. - Takie obrażenia powinni jednak obejrzeć lekarze...
- Spoko, jak coś będzie nie tak, to sama ja odwiozę - Jo wiedziała, że decyzja Frankie nie jest nadzwyczaj rozsadna, ale nie miała zamiaru nagabywać jej do zmiany zdań. Nie była jej matka, właściwie nie były nawet blisko i widywały się sporadycznie podczas szkolenia psów policyjnych. Policjantka znała również, nieżyjacego ojca Frankie, ale to już inna sprawa. Teraz coś je jednak łaczyło - obie nie miały ojców. Ostatecznie sanitariusze powzdychali pod nosem, mamrotali przez chwilę coś niezrozumiałego, aż w końcu zapakowali się do ambulansu, ówcześnie obdarowujac Shah paracetamolem. Moore przewróciła oczami. Jakie to typowe. - No dobra, skoro nie chciałaś jechać z nimi, to powinnaś przynajmniej jechać do domu - wrzuciła peta do stojacej przed barem popielniczki i popatrzyła na brunetkę. Nie wygladała zbyt dobrze, nie powinna szlajać się po mieście, a na pewno nie powinna robić tego w samotności. Jeszcze przewróciłaby się gdzieś, straciła przytomność, jakaś inna laska dobrałaby się do jej skóry, a wtedy nad Jo wisiałyby wyrzuty sumienia.
[Profil]
 
 
Frankie Shah




Wysłany: 2018-04-02, 20:45   

Biała tabletka wręcz śmiała się z niej, gdy już na równych nogach wypluła ja na dłoń. Nie była na tyle głupia, by mieszać leki z alkoholem – tak to jest, jak się nie zna granic z farmy… Przezorny zawsze ubezpieczony, dmuchanie na zimne i te szmery bajery.
Wywróciła oczami i zaczesała krótkie włosy do tyłu, dmuchajac na kosmyk, który uparcie wrócił na swoje miejsce z przodu, zdecydowanie za bardzo przeszkadzajac prawej gałce, aż nie mogac zdzierżyć tego, po prostu złapała zań i wetknęła za ucho. Trzymało.
- A przestań… - powiodła wzrokiem za barmanem, który wyszedł po krzesło leżace wśród masy odłamków szyby. – Chciałam tam zajechać dopiero po północy. – mężczyzna krytycznie obejrzał mebel, którego jedna noga była złamana w połowie i wisiała bezradnie, grożac odczepieniem od podstawy. Piękny home run. - Wolę nie wpadać na Szajbuskę czy Leah’ę zaraz po powrocie do miasta. – wyjaśniła po chwili, rozcierajac przedramiona, a pokręciwszy karkiem, kręgosłup strzelił cicho, rozładowujac napięcie w stawach. Byłoby kiepsko, Scroggs nie dałaby jej żyć, a Cain zalałaby łzami ubranie, bo była zbyt dobra dla Shah. Westchnęła ciężko, przechodzac na bok, gdy świeżak nagle znalazł się pomiędzy nia a Moore, zmierzajac do środka baru, zapewne spisać zeznania, zdobyć numer właściciela i tym podobne bzdety, czemu, jak zauważyła ze zdumieniem, policjantka chyba ani trochę się nie przejęła, popalajac swojego papierosa dalej.
- Wykorzystujesz młodych do odwalania czarnej roboty… – skomentowała bezczelnie, zerkajac na wystajace opakowanie czerwonych Marlboro i skinęła w ich kierunku z pytajacym spojrzeniem, a jeżeli zyskała efekt zamierzony, wyciagnęła jednego z paczki. - …i jeździsz do pobić, jako zastępca komendanta. – mruknęła nawet uśmiechajac jednym kacikiem złośliwie. – Co poszło nie tak, CSI Brentwood? Wszystkie gangi narkotykowe już wyłapałaś, kiedy mnie nie było?
[Profil]
 
 
Jo Moore

Wysłany: 2018-04-02, 22:50   

Nie oponowała, kiedy Shah poprosiła wzrokiem o papierosa. Niech pali, na zdrowie, wszak Jo nigdy nikomu nie żałowała fajek. Nastanie dzień, w którym i ona będzie w potrzebie, więc miała nadzieję, że wtedy karma wróci i nie będzie musiała zmagać się z nikotynowym głodem. Wstrętne uzależnienie, bardzo czyściło portfel, ale chyba chodziło o to, że Moore po prostu lubiła palić. No cóż, nie chciałaby jednak ogladać zdjecia rentgenowskiego swoich płuc.
Jej spojrzenie powędrowało za świeżym, który zostawił panienkę o blond warkoczu w radiowozie, a sam przekroczył próg baru. Najpewniej po to, aby rzeczywiście spisać zeznania. I dobrze, niech się dzieciak uczy.
- Wykorzystuję - zgodziła się i znów sięgnęła po papierosa. No co, przecież trzeba dotrzymać towarzystwa drugiemu palaczowi. - Po coś mam tych pomagierów. Zreszta, jak sama zauważyłaś, jestem zastępca komendanta, mogę pozwolić sobie na coś takiego - kłębek dymu wyleciał z jej ust, a oczy zatrzymały się na twarzy brunetki. - Nic się tutaj nie dzieje, po twoim wyjeździe miasto wymarło - rzuciła z przekasem Jo i podparła się ramieniem o ścianę budynku. Włosy miała zwiazane wysoko, ale jeden kosmyk wysmyknał się z gumki, więc policjantka odgarnęła go za ucho. - Uwierz, nawet pobicia sa lepsze od siedzenia za biurkiem. A teraz powiesz mi, czym ta lalka zalazła ci za skórę? - zapytała, po czym wskazała podbródkiem na panienkę, a właściwie na radiowóz, w którym panienka zajmowała honorowe miejsce pasażera na tylnym siedzeniu. Prawdziwa loża VIP-ów, trzeba sobie zasłużyć, żeby tam się znaleźć.
[Profil]
 
 
Frankie Shah




Wysłany: 2018-04-02, 23:52   

Szczęśliwie plastikowa zapalniczka w kieszeni skórzanej kurtki przeżyła spotkanie z chodnikiem i nawet odpaliła za drugim razem. Frankie zaciagnęła się dymem, przetrzymała kurzowe kłęby w płucach nieco dłużej, po czym wypuściła je nosem, przymykajac na moment powieki. Trochę lepiej, choć nadal daleko od ideału, gdy tak bez zapowiedzi kaszel pojawił się na końcówce wydechu.
Nie paliła od dłuższego czasu, jeśli nie liczyć drobnych, „luzujacych” wieczorów w towarzystwie Scroggs, jeszcze zanim Richard kopnał w kalendarz. Głównie dlatego, że nie lubiła smrodu papierosowego dymu, ale tym razem zrobiła wyjatek – potrzebowała jakiegoś substytutu dla alkoholu, którego na pewno jej już dzisiaj nie sprzedadza w The Cheques. Szczęśliwie, Moore przydała się do czegoś więcej, niż tylko zgarnięcia Arizony, która złośliwie dyszała przy szybie, wrzeszczac wewnatrz radiowozu z wściekła mina, wytykajac palcem Frankie.
- A co, już nie możecie w raportach wpisywać „mentalnie niestabilna lafirynda na wolności”, jako celu wezwania? – odpowiedziała zgryźliwie pytaniem na pytanie, rozdrażniona sama myśla o powodzie tej francy. Strzepała pył papierosowy na chodnik i złapała się za uporczywie doskwierajacy kark, rozmasowujac okolice kolców kręgosłupa. – Pierdzieliła od rzeczy o Richardzie – zmarszczyła lekko nos, jeszcze raz kontrolnie przejeżdżajac po dziasłach językiem. Powoli, powoli, do celu. – Ponoć posuwał jej matkę i teraz ma waty do mnie, bo miał coś im przepisać, zanim tak heroicznie zawinał się do ostatniego portu. – prychnęła, a w jej głosie więcej było niechęci niż faktycznego rozsierdzenia postępkami ojca marynarza, którego porzuciła nawet wtedy, gdy trafił do szpitala z poważnym uszkodzeniem serca. Zawał to dziwka, a dwa w odstępie zaledwie miesiaca to już burdel, ale i tak nie było jej go szkoda. – Potem powiedziała mi, że spała z moim byłym i obraziła się, kiedy wspomniałam, że rzuciłam go, bo miał wenerę, więc życzę jej rychłej wizyty u ginekologa. Na resztę już zdażyłaś wpaść - zauważywszy ruch po wewnętrznej stronie rozbitego okna, za którym barman i jeszcze jakiś osiłek rozciagali biała folię, pokręciła głowa. Może przy dobrych wiatrach szkody nie będa znowu tak wielkie albo to wszystko spadnie na łeb blondynki. A nie, chwila, w środku był świeżak, na bank Shah będzie musiała zapłacić. - Dość nerwowy rocznik, bez tego krzesła byłoby krucho. Starzeję się... – zaciagnęła się, spogladajac krótko ma Moore, na której minę tylko wzruszyła ramionami w wyrazie „no co?”, a zerknawszy ku dalej ziejacej przy szybie Arizony, próbowała powstrzymać się przed chęcia podejścia tam i zapukania w szkło, jak wredne dziecko w zoo. Gdyby była bardziej złośliwa, pokazałaby jej środkowy palec, ale zamiast tego tylko machnęła dłonia, jak wódz indiański, wypuszczajac ustami dym, który stworzył obręcz w powietrzu. Godziny palenia z Taylor nie poszły na marne, brakowało tylko domowej roboty pióropusza.
[Profil]
 
 
Jo Moore

Wysłany: 2018-04-04, 21:36   

- Możemy - oznajmiła beztrosko, jakby chodziło o kanapkę z szynka. Była zastępca komendanta, właściwie mogła wszystko i jakby nie patrzeć, to w tym mieście była nietykalna. Jasne, nie mogła wykorzystywać tego zanadto, takie zachowanie nie przystawało, ale dzięki układom zdobywała, na przykład, najlepsze zioło w mieście i to tylko dlatego, że nie przyskrzyniała tych którzy mieli przy sobie zbyt duża ilość lekkich narkotyków. Czy jej się to opłacało? Jak najbardziej. Nawet w plecaku, spoczywajacym gdzieś między przednimi siedzeniami radiowozu, znajdowała się niewielka torbeczka z zwartościa gandzi. No i co? No i pstro. Pod latarnia najciemniej. Na wzmiankę o Richardzie, Jo uniosła jedna brew i strzepała popiół papierosowy na chodnik. - Ciekawe ilu dupom musiałabym przepisać hajsu przed śmiercia, gdyby dowiedziały się po moim zgonie, że sypiałam z ich matkami - rzuciła żartobliwie, choć pewnie ona sama wkurwiłaby się niemiłosiernie, gdyby ktokolwiek źle powiedział o Haroldzie. Coś w tym było, że o zmarłych mówiło się tylko dobrze. Albo wcale. Albo wspominało się ich tylko gdzieś tam w najodleglejszych zakatkach własnej głowy. - Zawsze mogłaś dostać jeszcze gorzej, Szkoda byłoby tak ładnej buźki - Moore wzruszyła lekko ramionami, ale jej słowa ani trochę nie mijały się z prawda. Shah była ładna, a Jo potrafiła docenić kobieca urodę. Była też niezła zadziora, o czym świadczył jej postępek wobec cizi o blond warkoczu. - To co teraz? - zapytała i najpierw spojrzała wymownie na policyjny wóz, a później przeniosła brazowe ślepia na Frankie. - Potrzebujesz towarzystwa, albo podwózki? Nie krępuj się i tak za moment kończę służbę, a komisariat chyba beze mnie nie spłonie - szczerze powiedziawszy, Jo chętnie napiłaby się wódki z lodem, a skoro brunetka nie zażyła przeciwbólowych leków, to te dwie mogły się po prostu najebać. Tutaj, albo gdziekolwiek indziej. Zawsze było lepiej pić z kimś niż samemu, chociaż to drugie już nie zdarzało się policjantce od dłuższego czasu. Pewnie dlatego, że tego czasu miała tyle, co nic. Co innego picie z kompanem, wtedy było nie tylko raźniej, ale nie miało się też tych przeklętych wyrzutów, że leje się w dziób do lustra. Każde wytłumaczenie było dobre. To tak, jakbyś zapytał znajomych w piękna, totalnie słoneczna pogodę, czy wychodza na piwo, ale oni nie maja czasu lub ochoty i wtedy nie bijesz się w pierś, że nie zapytałeś i nigdzie nie poszedłeś.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5