Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Nina Reyes
2017-12-28, 01:47
Sherridan Rose
Autor Wiadomość
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam







Wysłany: 2017-10-11, 15:53   Sherridan Rose
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Sherridan Ephraim Rose
× wiek: 30 lat
× data urodzenia: 01.07.1987 r.
× miejsce urodzenia: brentwood
× orientacja seksualna: biseksualny
× wykonywany zawód: architekt
× stan cywilny: kawaler
× użyczany wizerunek: brendon urie
charakter
ZALETY: tolerancyjny x pomysłowy x lojalny x bezinteresowny x twórczy x empatyczny x godny zaufania x spostrzegawczy x wyrozumiały x dokładny x sumienny x troskliwy x życzliwy
WADY: ciekawski x naiwny x brak mu stanowczości x zapominalski x roztargniony x skryty x niezdecydowany x drobiazgowy x sentymentalny x trudno zdobyć jego zaufanie
historia
Różowy.
Narodziny Sherridana nie były niczym specjalnym. Ot, kolejne dziecko, które przyszło na świat na brentwoodzkiej porodówce. Dziesięć punktów w skali Apgara, cztery, pełne kilogramy, wypis do domu po zaledwie trzech dniach przebywania w szpitalu. Sherrie, jak od najwcześniejszych lat zdrabniano imię malucha, był zwyczajnym, zdrowym chłopcem, który w odpowiednim wieku zaczął podnosić główkę, przekręcać się na brzuch, gaworzyć oraz stawiać pierwsze kroki. Jako dziecko sprawiał rodzicom umiarkowane kłopoty. Nie miał problemów w przedszkolu czy szkole - ba, był najbardziej rezolutnym uczniem - ale zdarzały mu się niekontrolowane wybuchy płaczu czy konflikty z rówieśnikami, jak każdemu innemu, normalnemu chłopcu w jego wieku. Sherridan już od małego interesował się rysowaniem. Ze szczególną radością odtwarzał na kartkach papieru przeróżne budynki (z jakiegoś dziwnego powodu rysowanie kościołów było jego ulubionym zajęciem), a nauczycielka plastyki, widząc jego kolejne prace, powtarzała, że miał niebywały jak na dziecko w jego wieku talent.
W wieku dziewięciu lat z ogromnym entuzjazmem przyjął wiadomość rodziców o tym, że spodziewali się kolejnego dziecka. Jego radość nie zelżała nawet w momencie, gdy okazało się, że urodzona przez panią Rose dziewczynka - Faylinn - cierpiała na dziecięce porażenie mózgowe. Porażenie czterokończynowe, mówili zmartwieni lekarze, a Sherrie tylko stał przy dziecięcym łóżeczku i z uśmiechem wpatrywał się w swoją maleńką siostrzyczkę, niezdolny do pojęcia powagi całej sytuacji. Zrozumiał dopiero po jakimś czasie, bo podczas gdy rówieśnicy z dumą opowiadali o tym, jak ich bracia czy siostry stawiali pierwsze kroki, on zastanawiał się, dlaczego Faylinn nadal się nie ruszała. Chociaż rodzice, przełykając łzy, tłumaczyli mu, że Fay nigdy nie będzie w stanie bawić się z nim, biegać czy chociażby rozmawiać, on z niezadowoleniem marszczył brwi i zakładał ręce na biodra, a potem szedł do jej pokoju, aby przeczytać jej swoją ulubioną książkę o Kubusiu Puchatku. Nie złościł się na nią, gdy nie odpowiadała ani nie reagowała w żaden inny sposób. Oczywiście, czasami czuł żal przez to, że nie mógł dzielić się z nią zabawkami czy uczyć ją, jak jeździć na rowerze, ale to były tylko mało znaczące momenty, które ginęły w morzu dobrych chwil. W miarę jak Sherridan dorastał i zaczynał rozumieć coraz więcej, jego stosunek do siostry stawał się coraz mniej wymagający. Nie oczekiwał już tego, że dziewczynka kiedykolwiek wstanie i pójdzie z nim na spacer. Cieszyło go, gdy udawało mu się złapać jej spojrzenie na dłuższą chwilę i to w zupełności mu wystarczało, bo chociaż nigdy nie zamienił z Faylinn chociażby słowa, kochał ja bezwarunkowo.

Czarny.
Chociaż w podstawówce Sherridan nie miał żadnych większych problemów, po jej ukończeniu dzieciaki nazbyt zaczęły interesować się szukaniem najsłabszego osobnika, któremu można by dopiec, nie ponosząc za to żadnych konsekwencji. Nigdy nie dał nikomu powodów do tego, aby zwrócili na niego uwagę, lecz oni i tak znaleźli dla siebie coś, co uważali za wystarczające przyczyny do wyśmiewania. Popychanie, zamykanie w kabinie w szkolnej łazience, wylewanie na głowę wody z toalety, podrzucanie śmieci do plecaka i ostatecznie bicie - przez pewien czas Sherrie znosił to wszystko, jak gdyby uważał traktowanie rówieśników za coś, na co sobie zasłużył. Po jakimś czasie jednak zaczął opuszczać szkołę. Częściej przebywał samotnie za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju, za jedynych towarzyszy uważając ołówki, kilka kartek oraz, w razie potrzeby, gumki do mazania. Razem z samotnością dopadł go smutek i Sherridan prędko zaczął wlewać w siebie stanowczo zbyt dużo alkoholu, jaki kupowali mu stojący pod sklepami, starsi mężczyźni, by zapomnieć, by chociaż na chwilę poczuć się lepiej. Sherrie miał tylko szesnaście, a potem siedemnaście lat i naprawdę nie było przy nim nikogo, kto pomógłby mu uporać się z ta przykrością, jaka codziennie odczuwał. Zresztą sam uważał wtedy, iż na nikogo nie zasługiwał i niewiele słów jest w stanie oddać ogrom nienawiści, jaką siebie wtedy darzył. Nie potrafił sobie poradzić z tym, w jaki sposób inni ludzie wciąż na niego patrzyli, wydawało mu się, że we wszystkich ich spojrzeniach widział odrazę. Nie zauważył jednak, kiedy z taką właśnie wyimaginowaną odrazą zaczęło patrzeć na niego jego własne, lustrzane odbicie.
Czasami samotność i bezradność popycha ludzi do czynów, o których nie pomyśleliby, gdyby ich oczy dostrzegłyby chociaż jedyną osobę zainteresowaną tym, jak się mają. Czasami cisza oraz beznadziejność są ciemniejsze od jakiegokolwiek prawdziwej, uzasadnionej rozpaczy. Czasami jeden zły moment potrafi zaważyć nad całym życiem małego, żałosnego, egoistycznego człowieka. Oczywiście Sherrie był jednym z większych egoistów, czemu nigdy nie starał się zaprzeczyć nawet we własnych myślach. Gdyby nim nie był, tamtej nocy nie połknąłby kilkudziesięciu tabletek Nyquilu, który miał pozwolić mu pogrążyć się w wiecznym mroku, w bezkresnej nicości, w płynącym daleko, daleko stąd spokoju.
Nie udało mu się. Wylądował w szpitalu. Mimo marzeń o rychłej śmierci, otworzył swoje oczy na kilka dni po tym zdarzeniu, by móc zobaczyć jak wieloma osobami wstrząsnęło to, czego się dopuścił. Niczemu nie mogło zaradzić żadne tłumaczenie, spojrzenie czy cokolwiek innego - Sherriemu załatwiono kilka spotkań z psychologiem, którego później, kiedy już chłopak coś z siebie wydusił, zamieniono na psychiatrę. Terapia trwała aż dwa lata, bowiem obejmowała zarówno samobójcze skłonności Rose'a, jak i temat nieakceptacji samego siebie, strachu przed ludźmi oraz alkoholizmu, w którym chłopak zdążył się pogrążyć. Zapewne gdyby nie wsparcie rodziców, wszystkie działania lekarza i tak nie pozwoliłyby dalej funkcjonować chłopakowi tak, jak dawniej. Wydawało mu się, że był pokonany, ale za pomocą miłości oraz akceptacji, którą otoczyła go rodzina, Sherrie się pozbierał.
Nie wrócił do szkoły. Do końca liceum zapewniono mu indywidualne nauczanie, dzięki któremu jego oceny uległy znacznej poprawie. To z kolei sprawiło, że pod koniec nauki osiągnął wyniki odpowiednie do tego, aby aplikować na naprawdę dobrą uczelnię. I chociaż z jednej strony Sherridan najchętniej wybrałby jakakolwiek szkołę wyższą, byleby była położona blisko jego rodzinnego Brentwood, zdawał sobie sprawę z tego, że jego rodzice mierzyli wyżej, pragnęli dla niego czegoś lepszego. Z tego też powodu złożył prośby o przyjęcie na studia na uniwersytetach, które uchodziły za prestiżowe i kiedy przyszedł moment ostatecznej decyzji, wybrał architekturę na Cambridge.

Biały.
Jako że stan zdrowia Faylinn miał już się nie poprawić, rodzice przenieśli się wraz z nią do Colchester, gdzie w razie czego znajdowało się dogodne hospicjum. Znaleźli fizjoterapeutę, który pojawiał się w ich domu co kilka dni, aby nie pozwolić mięśniom dziewczynki całkowicie obumrzeć. Pogarszające się samopoczucie siostry sprawiło, że Sherridan natychmiastowo porzucił wszelkie wątpliwości odnośnie studiów. Zamierzał ukończyć je ze świetnymi wynikami, a potem znaleźć dobrze płatną pracę, dzięki której mógłby wesprzeć rodziców oraz zaledwie jedenastoletnią Fay.
Mimo że pierwsze tygodnie życia w nowym miejscu były dla niego trudne (cały czas nie mógł odpędzić od siebie wrażenia, że ci wszyscy ludzie widzieli o jego przeszłości, że czekali tylko na moment, aby mu dogryźć, tak samo jak tamte dzieciaki z liceum), po wielu latach, kiedy wspominał czas spędzony na studiach, nie potrafił powstrzymać się od uśmiechu. Początkowo było ciężko, jak w każdym nowym miejscu. Nie był w stanie się zorganizować, gubił się niejednokrotnie, a jakby tego było mało - nie mógł znaleźć ani jednej osoby, w jakiej towarzystwie czułby się dobrze. Już po pierwszych dniach spędzonych w nowym miejscu miał ochotę rzucić to wszystko, a potem wrócić do Brentwood, do swojego pokoju i ukochanej siostry, jednak to pragnienie stopniowo zmniejszało się z każdym upływającym tygodniem. Już po krótkim czasie Sherridan poznał nowych ludzi - przyjaznych, życzliwych, dobrych ludzi, którzy patrzyli na niego z najszczerszym uśmiechem. Lubił ich, ale jednocześnie trzymał na dystans, jak gdyby obawiając się, że wszyscy tylko czekali na moment jego nieuwagi, na odpowiednią chwilę do tego, aby skoczyć mu do gardła i zmieszać z błotem tak, jak poprzednim razem. Ku własnemu zdziwieniu, pierwsza osoba, którą dopuścił bliżej siebie, był Leathan Somerset. Jasnowłosy chłopak o arystokratycznych rysach twarzy i nieprzyjemnej aparycji, który zaintrygował go już na samym początku. Choć miał do wyboru więcej niż setkę ludzi, pośród jakich na pewno było paru, którzy zrozumieliby go lepiej, on postawił na Leathana - człowieka wywyższającego się nad innych, złośliwego, a równocześnie tak zabawnego i zwyczajnie dobrego. Osoby postronne, obserwujące ich rozwijającą się przyjaźń z boku, zazwyczaj uśmiechały się sarkastycznie lub pukały się po głowach, nie rozumiejąc, jak dwójka tak odmiennych ludzi mogła chociażby spróbować się zaprzyjaźnić. A jednak, na przekór ich wszystkim, okazali się parą zgranych kumpli. Somerset wyciągał Sherridana do ludzi, pokazywał mu normalne życie pełne różnego rodzaju imprez czy spotkań towarzyskich. Rose w zamian tonował jego osobę, równoważył tę nie do końca przyjazną energię. To było dziwne, owszem, ale w pewnym sensie dawało im satysfakcję. Leathan miał kogoś, kim miał okazję kierować, Sherrie z kolei znalazł osobę, pod która mógł się podpiąć. A ponieważ obojgu taki stan rzeczy pasował, już wkrótce ich przyjaźń przestała budzić sensację.
Oczywiście Sherridan nie otworzył się wyłącznie na jednego człowieka. Z czasem jego grono znajomych robiło się coraz szersze, co wywoływało uśmiech na jego twarzy oraz ciepło w sercu. Studia mijały mu bez problemu; musiał jednak poświęcać swojemu kierunkowi sporo pracy oraz zaangażowania. Nigdy nie wpasował się wizerunkiem w wygląd typowego studenta Cambridge, który całymi dniami chował nos w książkach, ale radził sobie względnie dobrze. Studia okazały się czasem, jaki pozwolił mu wykreować swój wizerunek od początku, zacząć na nowo, a tego najbardziej potrzebował.

Żółty.
Sherrie, to miasto jest nudne. Powinniśmy stąd wyjechać, wiesz, zwiedzić coś nowego. Zobaczyliśmy tutaj już chyba wszystko, co mogliśmy zobaczyć. Czas iść dalej. Co powiesz na Manchester? Albo na Sheffield? Nie, nie! Już wiem! Brentwood! Tak, Brentwood! Co o tym myślisz? Będziemy blisko twojej rodziny, wiesz, obiadki i te sprawy. A poza tym czytałem ostatnio o interesującej sprawie, gdzie morderca wypchał wnętrzności ofiary pluszem i... To zdecydowanie byłaby sprawa dla mnie! Co o tym myślisz, Sherrie? Sherrie, no, oderwij się wreszcie od tego rysowania i mnie posłuchaj!
No przecież słuchał. I wcale nie uważał, aby to był jakiś tam głupi pomysł. Tak właściwie to nie było już żadnych powodów, dla których mieliby zostać w Cambridge. Miesiąc temu skończyli studia, więc oboje kompletnie nie wiedzieli co powinni byli ze sobą zrobić. Allford Hall Monaghan Morris - marzenie Sherridana - odrzuciło jego projekty, uznając je za niewystarczająco interesujące oraz awangardowe. Co prócz setek znajdujących się na autostradach samochodów stało im na drodze, aby spakować się, porzucić w tyle deszczowe Cambridge i przenieść całe swoje życie do równie deszczowego Brentwood? Zmiana otoczenia wydawała się w tamtej chwili dobrym pomysłem. Nowe widoki, nowe mieszkanie, nowi znajomi. Coś świeżego. Coś, co nikomu nie wyszłoby na złe.
Przeprowadzili się do Brentwood dwa tygodnie później, dzierżąc w dłoniach pudła z rzeczami osobistymi, a w głowach mnóstwo obaw. Nie od razu znaleźli stabilizację oraz stałe źródła dochodów, ale kiedy w końcu to się udało, ich życie nabrało rozpędu. Początkowo Sherridan zajmował się zwyczajnym dowożeniem pizzy, a projektowaniu, czyli temu, co najbardziej uwielbiał, poświęcał tylko krótkie, wolne chwile, ale to niespecjalnie mu przeszkadzało. Brentwood okazało się jednym z tych spokojnych, na pozór zwyczajnych miasteczek,w których szarym klimacie Sherrie zatracał się bez reszty. Zarówno jemu, jak i Leathanowi, cała ta zmiana wyszła na dobre. Obydwoje sprawdzili się w roli przyjaciół mieszkających pod jednym dachem, więc wszystko było w porządku. Na rok po tym, jak pojawili się w Brentwood, Spatial Design Architects wyraziło zainteresowanie projektami Rose'a, które dotychczas piętrzyły się na jego biurku, formując całkiem pokaźny stosik, więc dzięki podjęciu współpracy z firmą nareszcie mógł porzucić pracę w pizzerii. Od tamtej pory większość czasu przeznaczał na szkicowanie lub ewentualne poprawianie swoich istniejących już prac, aby wypaść jak najlepiej. A ilekroć któryś z jego pomysłów się sprzedawał, nie potrafił uwierzyć w szczęście, którym został obdarowany.
Miał dach nad głową, wymarzoną pracę, wspaniałego przyjaciela i grubego kota, Charlesa, który przyplątał się do ich mieszkania nie wiadomo skąd. Było cudownie i Sherrie nie powinien chcieć niczego więcej.
Ale chciał.

Czerwony.
Odkąd tylko zaczęli się przyjaźnić, życie Sherridana kręciło się wokół Leathana. Był jedyną osobą, która okazała mu życzliwość, która polubiła go takiego, jaki był. Somerset stał się kimś, kto oswoił Sherriego z życiem wśród ludzi, kto pokazał mu, że warto było od czasu do czasu wychylić się spod swojej skorupy i spojrzeć na świat przychylniej. Był jego pierwszym przyjacielem. Pierwszym prawdziwym przyjacielem. I choć oczywiście później pojawili się inni, Lee zawsze był tym najważniejszym; tym, do którego Rose był przywiązany najbardziej. Mógł mieć jakichś chłopaków albo jakieś dziewczyny, ale koniec końców, i tak finałowy obrazek wyglądał tak samo - on i Somerset, oglądający Kardashianów czy inny idiotyczny program na kanapie w ich salonie, z kotem Charlesem na kolanach któregoś z nich. Albo on i Somerset krzątający się w kuchni i kłócący się o to, co tego dnia powinno być na obiad. Albo on i Somerset krzyczący na siebie, że "Sherrie, twoje cholerne rysunki dzisiaj znalazły się w mojej teczce z aktami" oraz "Lee, do cholery, przestań kłaść te swoje konstytucje we wszystkich miejscach naszego mieszkania". Sherridan z nikim nie miał nigdy takiej więzi. Leathan był dla niego najważniejszy, był głównym punktem każdego dnia. Czasami, gdy zdarzało się, że jeden z nich musiał gdzieś wyjechać, Rose odczuwał jak bardzo brakowało mu tego nieznośnego człowieka. Nie miał pojęcia czy Lee darzył go podobną sympatią, ale Sherrie podejrzewał, że musiał go przynajmniej trochę lubić. W końcu wytrzymywał z nim od dziesięciu lat.
Do funkcjonowania każdej relacji niezbędne są jakieś zasady. Coś, co wyznaczałoby granice pomiędzy zdrowymi, czysto koleżeńskimi stosunkami, a czymś nieodpowiednim. W przyjaźni Leathana oraz Sherriego istniała tylko jedna reguła, która nie zawodziła ich przez całą dekadę: "Leathan Somerset jest hetero i hetero pozostanie, a Sherridan Rose może spać z kimkolwiek chce, byle nie z nim". Rose nigdy nie kwestionował tej konkretnej zasady. To była tylko jedna rzecz, jakiej Lee od niego oczekiwał; jedyny wymóg spośród tysiąca możliwych, więc respektował go, mimo pokus, jakie kryły się w niejednoznacznych żartach, intensywnie niebieskich oczach czy wieczornych chwilach samotności. Wydawało mu się, że robił wszystko, aby się powstrzymać. Że Lee nigdy nie mógłby mu niczego zarzucić. Ale tamtej nocy okazało się, że zwyczajnie się przeliczył.
Właściwie nie zdawał sobie sprawy z tego jak poważna była ta jedna zasada, dopóki nie obudził się tamtego poranka i nie zobaczył Leathana w łóżku obok siebie. Co mógł zrobić? Poważnie, co mógł zrobić, jeśli nie uciec? Nie istniał żaden sposób, aby to wszystko jakoś naprostować. Sherridan nie mógł po prostu Lee przeprosić i obiecać, że w przyszłości nic takiego nie będzie miało miejsca. Nie, nie, taki incydent był jedyną rzeczą, z którą nie dało się zrobić kompletnie nic. Sherrie o tym wiedział i dlatego zebrał swoje rzeczy, a potem uciekł, nie zastanawiając się nad całą resztą. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli zostanie oraz spróbuje to wyjaśnić, obydwoje będą zażenowani i pewnie usłyszy z ust swojego najlepszego przyjaciela okropne słowa, a tego bał się najbardziej. Bo wiedział, że wszystkie lata ich przyjaźni były zaprzepaszczone, że już nic nie mógł z tym zrobić, że tą jedną napędzaną od dawna nietykanym alkoholem akcją zniszczył to wszystko. Ale nie miał pojęcia co mógłby powiedzieć mu wściekły Leathan i przez to stchórzył do tak niewyobrażalnego stopnia. Nie chciał słyszeć od jedynej osoby, z którą żył przez tyle lat pod jednym dachem, i którą uwielbiał najbardziej na świecie, tego wszystkiego, co już nie raz słyszał od innych. Nie chciał słyszeć, że był kurwą, że Lee nigdy nie powinien był zaczynać się z nim przyjaźnić, i że to co zrobił było obrzydliwe. I nie chciał słyszeć, że Lancaster go nienawidził, bo właściwie słyszał to wszystko w swojej głowie od momentu, kiedy tamtego dnia się obudził. Uciekając, zapewnił sobie ochronę. Wiedział, że będzie musiał wrócić do tamtego mieszkania, chociażby po jakieś rzeczy, ale przynajmniej na tę chwilę czuł się bezpiecznie. Przebywając w kuchni kumpla, który był na tyle życzliwy, że pozwolił mu zostać u siebie przez jakiś czas, mógł wyobrażać sobie, że Leathan cały czas leżał w tamtym łóżku, i że będzie tam spał przez całą wieczność. Że nigdy nie obudzi się i nie zorientuje, co zrobił jego kiedyś najlepszy przyjaciel. I że nie pomyśli: nienawidzę go.

Szary.
Po tym zdarzeniu życie Sherridana całkowicie się zmieniło. Wydawało się, że historia zatoczyła koło - znowu samotny, bez jakichkolwiek przyjaciół, odizolowany, zamknięty w sobie. Bez Leathana... każdy dzień ciągnął się w nieskończoność. I nic nie mogło uciszyć wyrzutów sumienia na dłuższy czas. Czasami Rose sięgał po alkohol, czasami zapadał w sen, żeby odsunąć od siebie to wszystko, co go dręczyło. Ale później żal do samego siebie powracał ze zdwojoną siłą. Ostatecznie nigdy nie wybaczył sobie tego, co zrobił. Leathan najwyraźniej także, bo po tym jak wyjechał z miasta, już się nie odezwał. Tak chyba było lepiej. Rose podejrzewał, że nawet jeśli natknąłby się na starego przyjaciela, ten nie miałby mu nic do powiedzenia. Piękna przyjaźń osiągnęła swój kres w momencie, gdy odurzeni alkoholem, chwilowo zapragnęli od siebie czegoś więcej.
Odchorowanie tej relacji zajęło Sherridanowi okrągły rok. Z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej, wspomnienia przestawały dokuczać, myśl o wydarzeniach tamtej nocy blakła i blakła, aż wreszcie pozostawiła po sobie wyłącznie szarą, bolesną plamę, do której Rose wracał rzadko i niechętnie. Znowu wpadł w nałóg alkoholowy. Jednym kieliszkiem przepijał każdą myśl o Leathanie, a dwoma - o swojej beznadziejności. Stracił pracę po tym, jak nie pojawiał się w biurze przez miesiąc, spędzając cały czas na snuciu się po lokalach i, jak tłumaczył przeróżnym osobom, siedząc wraz z nim przy barze, zapijając swoje spierdolenie. Do pionu ustawiła go dopiero wiadomość o pogarszającym się stanie Faylinn, która, pozbawiona kosztownej rehabilitacji, funkcjonowała coraz gorzej. Myśl o potrzebującej pomocy siostrze stała się bodźcem, którego Sherridan potrzebował do przynajmniej częściowego ograniczenia alkoholu i powrotu do pracy. Nareszcie stało się to, czego Rose od tak dawna pragnął od losu - osoba Somerseta w końcu opuściła pierwszy plan jego życia. A jednak codziennie, gdy Sherrie dzwoni do rodziców i zasięga od nich informacji na temat stanu Faylinn, nie może pogodzić się z tym, że za powrót do normalnego funkcjonowania zapłaciła jego ukochana, młodsza siostra.
ciekawostki
× Jest bardzo wrażliwy na kolory. Trudno powiedzieć czy to przez zmysł artystyczny, czy z jakiegoś innego, dziwnego powodu. Ubrania, książki czy wystrój wnętrza - wszystko musi mieć kolorystycznie dopasowane i odpowiednio poukładane, w przeciwnym razie marszczy brwi i rzuca to, co dotychczas robił na rzecz ogarnięcia tego chaotycznego bałaganu. Jakby tego było mało, często postrzega sytuacje czy uczucia jako konkretne barwy, co pomaga mu w zrozumieniu rzeczywistości. Ot, małe dziwactwo. Nie przejmuje się tym specjalnie dopóki wyczulenie na tym punkcie pomaga mu w pracy, czyniąc projektowane budynki bądź pomieszczenia schludnymi i przyjemnymi dla oka.
× W mieszkaniu ma stanowczo zbyt dużo ołówków, bloków technicznych, brystoli czy przyborów kreślarkich. Ilekroć zostaje o to zapytany, wzrusza ramionami i mówi, że to po prostu potrzebne mu do pracy, ale w rzeczywistości gromadzi te rzeczy w tak dużych ilościach, bo nie potrafi się powstrzymać przed ich kupowaniem. Po prostu - ilekroć wstępuje do sklepu papierniczego, wychodzi z niego z torbami przedmiotów, których wcale nie potrzebuje.
× Trzyma różne rzeczy w dziwnych miejscach, na przykład butelki po napojach w szafie albo trampki na parapecie.
× Dla siostry zrobiły wszystko - dosłownie. Jednak przebywając w Brentwood ma ograniczoną możliwość pomocy rodzicom, więc po prostu co miesiąc przesyła im na konto pieniądze, aby w jakiś sposób ich odciążyć.
× Po stracie jedynego prawdziwego przyjaciela przez swoją własną głupotę, na powrót popadł w nałóg alkoholowy. Zdarzyło mu się to już kiedyś, za czasów liceum, i chociaż wyszedł z tego kiedy znalazł się na studiach, złamane serce znowu popchnęło go w kierunku alkoholu.
× Skończył studia architektoniczne w Cambridge.
× Jego ulubioną porą roku jest zima, ale taka prawdziwa, ze śniegiem, śliskimi chodnikami i temperaturą na minusie .
× Lubuje się w sztuce. Najbardziej interesują go obrazy z epoki postimpresjonistycznej; jeśli o awangardę chodzi, jego ulubionym malarzem jest Vincent van Gogh. Kupił serce Sherridana między innymi przez takie obrazy jak "Czaszka z palącym się papierosem" czy "Taras kawiarni w nocy". Poza tym lubi także klimat malarstwa epoki romantyzmu - tutaj z kolei jego zdecydowanym faworytem jest Caspar David Friedrich. Podoba mu się enigmatyczny klimat, jaki można dostrzec w obrazach "Opactwo w dąbrowie" czy "Mnich nad morzem".
× Ma tylko dwie pary butów - stare, przetarte glany na jesień czy zimę oraz czarne, podniszczone aczkolwiek niesamowicie wygodne trampki, jakie zakłada w porze wiosenno-letniej. Nie, nie jest biedny, chociaż ostatnio powodzi mu się nieco gorzej niż dotychczas. Po prostu nie lubi kupować obuwia.
× Uwielbia koty. Miał nawet jednego. To znaczy nie on, tylko jego współlokator, ale kot i tak wolał jego.
× Ale kot, mimo posiadania królewskiego imienia, był strasznie rozpuszczony i lubił psocić figle. Jego ulubionym zajęciem oprócz zrzucania wszystkiego z szafek było zabieranie suszącej się wraz z resztą prania bielizny od sąsiadów. Sherrie często więc pukał do ich domów, dzierżąc w rękach mokre gacie, i oddawał je z przepraszającym wyrazem twarzy.
× Stara się co jakiś czas podróżować, aby nie popaść w nudę i rutynę. Wraz z przyjacielem zwiedził już Alaskę, Florydę, Japonię i parę krajów europejskich. Jak dotąd najmilsze wrażenie zrobiły na nim Czechy.
× Ale i tak jego ulubionym europejskim miastem jest Amsterdam ze względu na panujący tam klimat, cudowne rejsy kanałami no i przede wszystkim muzeum Vincenta van Gogha.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Jo Moore

Wysłany: 2017-10-12, 12:16   

[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 9