Poprzedni temat «» Następny temat
The Chequers
Autor Wiadomość
Brentwood


Wysłany: 2017-07-26, 15:27   The Chequers
  

  
Brentwood

  
your favourite place on earth


[Profil]
 
 
Harry Hunter
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-30, 22:09   

Kto by pomyślał, że w taki ładny dzień, tylu ludzie zechce wozić tyłek taksówka. Odkad wsiadł przed dziewiata do samochodu, tak jeździł po mieście do godzin późnopopołudniowych z mała przerwa na jakaś konsumpcję obiadu. Lubił tę pracę, nie przeczy, ale po tylu godzinach, to i on miał serdecznie dość. Wszystko go bolało od siedzenia, a w głowie huczało od ofiarowanych plotek jako premię za przejazd. Wolałby pieniężna, ale już nie będzie tak narzekać.
Gdy wybiła godzina dziewiętnasta, wysiadł z samochodu i wyłaczył telefon, robiac sobie totalny fajrant. Do domu wpadł tylko, by wziać prysznic, przebrać się w coś świeżej pachnacego i nakarmić swoja włochata dziewczynę, a potem na piechotę ruszył do najbliższego baru. Tylko alkohol pomoże mu uporać się z najnowszymi miejskimi nowinkami. W drodze zapalił sobie papierosa, który pozwolił mu się minimalnie zrelaksować. Zgasił końcówkę przed samym lokalem i wszedł do jeszcze mało zaludnionego środka.
- Ty tutaj o takiej porze? Nie przypominam sobie, bym cię wzywał - gdy tylko usiadł, przywitał go barman, z którym najczęściej wyprowadzał niebędacych w stanie zgrabnie poruszać nogami klientów i z którym miał niepisana umowę, że zawsze po niego dzwonił, gdy ktoś potrzebował transportu. Harry miał zarobek, z którego odpalał mu prowizję, a nawalony klient bezpiecznie trafiał do domu, więc wszystkie strony były zadowolone. - O, widzę ciężki dzień. Proszę, pij na zdrowie - przygotował mu na szybko caipirinhę i dopiero wtedy na jego ustach zagościł uśmiech. Upił łyk i chciał w końcu choćby przywitać się, jak na człowieka przystało, ale wtedy z zaplecza rozległ się dźwięk tłuczonego szkła.
- Nie tylko ja mam ciężki dzień - mruknał bardziej do siebie, bo barman zaklał pod nosem i zniknał z pola widzenia, zostawiajac go sam na sam ze szklanka alkoholu.
 
 
Gregory Caldwell
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-31, 18:10   

Na zegarku niemalże wybiła godzina dziewiętnasta, a Greg wciaż był w domu. Ostatnimi czasy to bardzo dziwne, leżał na łóżku starajac się nie dopuszczać żadnej myśli powiazanej z Johnem. Czuł się tragicznie, wciaż nie mógł w to wszystko uwierzyć, przecież jak on mógł, po tylu latach... Kurwa, nie udało się. John ponownie opanował jego myśli, a Gregory automatycznie wstał z łóżka, ubrał buty i czym prędzej wyszedł z domu.
Nigdy nie był wrogiem alkoholu, jak to facet lubił usiaść przed butelka whisky czy czystej wódki, wraz z mężem... ugh. Ostatnio natomiast zaczał pić więcej, o wiele więcej. Nagle miał cholernie dużo czasu, którego nie potrafił spożytkować, a w głowie zaczynały zbierać się niechciane myśli. Wtedy ratunkiem i znakomita odskocznia okazał się bar, w którym został już uznany za stałego bywalca. Gdy wstawił się w środku lokalu, wzrokiem łypnał na całe pomieszczenie. Nie było jeszcze wielu klientów, może to i lepiej. Skierował się w kierunku baru, gdzie usiadł na swoim klasycznym miejscu, tuż naprzeciw barmana - którego swoja droga aktualnie za lada nie było. Spojrzał na mężczyznę, który siedział na sasiednim krześle i kiwnał głowa w geście przywitania. - Halo, szefie kierowniku - niemalże krzyknał zachrypniętym głosem, a chwilę później z zaplecza wrócił właściciel, któremu Gregory podał dłoń. - Dzisiaj konkretniej, podaj tu cała butelkę i dwa kieliszki. - mówiac to przekręcił głowę w kierunku mężczyzny siedzacego obok, spogladajac dosyć serdecznie. - Sam nie będę pił, prawda? - dodał od razu i czekał, aż barman poda i poleje czystej wódki.
 
 
Harry Hunter
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-31, 23:54   

Nienawidził samotności ani ciszy. Wtedy było większe ryzyko, że niechciane myśli wchodziły do głowy. Przeszłość o sobie przypominała, a on nie lubił o niej myśleć. Gdyby pozwolili mu wypić coś, co pozwoliłoby mu zapomnieć o wszystkim, zrobiłby to bez wahania. Dlatego nawet się ucieszył, gdy do baru weszła jakaś para. Przyjaciele, kochankowie, rodzeństwo? Nie dbał o to. Po prostu narobili dodatkowego hałasu swoja rozmowa, śmiechem czy też późniejszym uderzeniem szklanek. Był to przyjemny dodatek, nawet jeśli nie przysłuchiwał się ich rozmowie. Zamiast tego bawił się szklanka, obserwujac wolno roztapiajace się kostki lodu, co jakiś czas upijajac kolejne łyki. Nawet jeśli wygladał na zamyślonego, w jego głowie była przyjemna pustka. Ewentualnie zastanawiał się, która kostka tym razem pierwsza uderzy druga.
Od tego ambitnego zajęcia oderwało go szurnięcie krzesła obok. Spojrzał z lekkim zaciekawieniem na mężczyznę. Również kiwnał głowa, nie odzywajac się niepotrzebnie, po czym stwierdził, że to nikt z jego znajomych. Raczej nie czuł się tym faktem jakoś bardzo zawiedziony. Dopije drinka, który pomógł mu się nieznacznie odprężyć, wróci do domu, może pobiega. Luźne plany dość łatwo pokrzyżował mu nieznajomy.
- Dzisiaj chyba wszyscy maja ciężki dzień - skomentował z lekkim rozbawieniem. Czy to znajomy, czy nie, jego przyjazne usposobienie nie pozwoliło mu ot tak zabrać manatki i wyjść z baru. Mężczyzna jak nic potrzebował towarzystwa, a że padło akurat na niego... mówiło się trudno. - Skoro mamy razem pić, warto się przedstawić. Jestem Harry - nawet jeśli miał być jednorazowym przyjacielem od kieliszka, wypadało chociaż znać jego imię. Z takimi myślami, zamiast sięgnać po nalany kieliszek, wyciagnał dłoń w stronę mężczyzny.
 
 
Gregory Caldwell
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-02, 17:09   

ojesuchryste, ten avek to masz cudowny!

Lubił samotność i ciszę... chwilowa. W jego pracy tak to właśnie działało. Musiał w spokoju, samotnie usiaść przed komputerem i wchodzac w swój wyimaginowany świat spisywać kolejne to kartki fabuły filmowej. Wtedy wpadał w trans i ciężko było go z niego wyrwać. No chyba, że John... no właśnie, on. John to potrafił, kiedy tylko zjawiał się w domu Greg tracił kompletnie chęci na dalsza pracę, chciał spędzać z nim czas i cieszyć się tym, że wrócił do domu cały i zdrowy. Nigdy nic nie było wiadomo. Najgorsze jest to, że w ich małżeństwie - dość długim zreszta, nie było wiele problemów, sprzeczek i kłótni. Zdarzały się, jasne, ale w którym małżeństwie tak nie jest? Jednak to, jak szybko jeden badź drugi przychodził z przeprosinami było zaskakujace. A teraz? Teraz jego życie zmieniło się całkowicie, już nie było Johna, do swojego wyimaginowanego świata nie mógł wejść - nie potrafił. Praca szła tragicznie, a jedyne co robił... to chlał. Smutne.
Lubił ten lokal. Sam nie wiedział dlaczego. Może dlatego, że... John go nie lubił? Wiedział, że tu go nie spotka? Tak, to bardzo możliwe. Zreszta właściciel też był w porzadku i nie robił mu problemów, kiedy schlany w trupa nie chciał opuszczać lokalu bo... jeszcze rozchodniaczek. Zdarzało się też tak, że właściciel po zamknięciu jeszcze chwilę posiedział z nim, a czasami jeszcze osoba, z która Greg pił. Zazwyczaj szukał sobie jakiegoś towarzysza. Skoro w domu siedział sam, to tutaj chociaż popędzie w towarzystwie. Tym razem padło na Harry'ego. Jego pech badź też szczęście, zależy jak sam zainteresowany to odbierze.
Po pierwszych słowach spojrzał na mężczyznę spokojnym wzrokiem, trochę tajemniczym. Gdyby tylko wiedział, że aktualnie ciężki to nie jest dzień, a raczej już prawie miesiac... Zaraz po tym chciał łapać za kieliszek, jednak przed nim wyrosła dłoń mężczyzny, który się przedstawił. Słusznie, sam powinien o tym pamiętać, choć wcale się tym nie przejał. Parsknał sobie pod nosem, szczerzac się i uścisnał dłoń Harry'ego. - Gregory. To za ten cholernie ciężki dzień. - złapał za kieliszek wznoszac toast i przechylił jednym, energicznym ruchem. Po pierwszym skrzywił się odrobinkę i machnał barmanowi palcem żeby polał następnego. Oparł przedramiona na blacie baru i przekrzywił głowę w kierunku swojego dzisiejszego kompana. - Ciężki dzień w pracy czy problemy z rodzina? - zagadnał może mało dyskretnie, ale... to przecież normalne pomiędzy dwoma facetami, siedzacymi przy wódce.
 
 
Harry Hunter
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-03, 14:27   

Mój? A widziałeś swój? Trudno się skoncentrować na pisaniu!

- Za ten cholernie ciężki dzień - powtórzył, trzymajac kieliszek w dłoniach, by po chwili wypić jego zawartość. Już wcześniej zdażył opróżnić szklankę z alkoholem, ale to nie pomogło, by kubki smakowe ochoczo przyjęły czysta wódkę. Ponoć pierwszy kieliszek był najgorszy, potem leciało już z górki. Chociaż patrzac na swojego towarzysza, nie powinien pić zbyt wiele. Oprócz bycia taksówkarzem dorabiał sobie jako zastępczy kierowca, czyli zwyczajnie wykorzystywał fakt, że ludzie byli zbyt leniwi, by iść na imprezę piechota czy innym niż swoim środkiem transportu. Czasami wpadał do klubów czy pubów właśnie po to, by wyłapać potencjalnych klientów i wręczyć im swoja wizytówkę. Coraz rzadziej się mylił - albo coraz więcej osób przekonywało się do takich usług - więc i tym razem sobie ufał. Dość szybko skarcił siebie za takie myśli. Greg dosiadł się do niego ledwie chwilę temu, dopiero co poznał jego imię, a już przejmuje się, jak go bezpiecznie odstawić do domu, bo wyglada mu na takiego, co dziś się mocno zaleje... Oderwał wzrok od swojego kieliszka, w którym na nowo podnosił się poziom wódki, i spojrzał na mężczyznę. - W pracy. Nadmiar klientów jest dobry dla portfela, ale nie zawsze dla psychiki - rozłożył bezradnie ręce. Miał wystarczajaco dużo czasu, by oswoić się i odciać od niedawnej przeszłości, więc obecnie akceptował, co się stało i miał to gdzieś. Było, minęło i oby szybko się to nie powtórzyło. - Ale za to żadnych problemów w mojej jednoosobowej rodzinie. Jesteśmy niesamowicie zgodni, robimy wszystko razem, kochamy się całym sercem, wspieramy we wszystkim, zero kłótni, rzucania talerzami czy mięsem - rzucił żartobliwie. Samotność miała swoje minusy, jednak starał się nie zwracać na nie uwagi. Jeśli chciał się z kimś przespać i/lub przytulić do kogoś w nocy, wystarczyło, że poszedł do klubu, pubu czy innego miejsca, w którym łatwo można było znaleźć osoby chętne na jednonocna przygodę. W obecnych czasach było to takie proste i znacznie ułatwiało życie. Jednak nie zaprzeczy, że zdarzało mu się tęsknić za błahymi rozmowami, choćby o tym, że papier toaletowy się już kończył, za porozumiewaniem się bez słów i innymi błahostkami, które otrzymuje się w długotrwałym zwiazku. - A u ciebie co? Jeśli chcesz, możesz się wygadać. Zapewniam, że jestem idealnym słuchaczem, moi klienci z pewnościa to potwierdza - zaśmiał się gorzko. Taksówkarz, jak i barman, mieli często takie dodatki w pracy, które wykraczały poza ich obowiazki. - Tyle się już dzisiaj rzeczy nasłuchałem, że jedna więcej mi nie zaszkodzi. A skoro mam alkohol, ciebie wysłucham o wiele chętniej - spojrzał przelotnie na butelkę, a potem uśmiechnał się zachęcajaco. Był naprawdę szczery w swojej propozycji.
 
 
Gregory Caldwell
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-10, 19:38   

Co chwilę scrolluje do góry, najgorzej :/

Kolejnym bardzo istotnym powodem dlaczego lubił przebywać akurat w tym barze był fakt, że mieścił się kilka minut drogi od jego domu. Zatem nieważne jak bardzo się spił, zawsze jakoś udawało mu się zasnać w swoim łóżku. Ogromnym, małżeńskim, kurwa.. Dobra, był tu by o tym nie myśleć. W dodatku napatoczył mu się kompan, którego też nie planował odesłać niechwiejacym się krokiem. Raz na jakiś czas wypada napić się bez opamiętania. Zważywszy na fakt, iż przez ostatnie lata nie mógł czegoś takiego robić... teraz najzwyczajniej nadrabiał zaległości.
Przytaknał mężczyźnie bez jakiegoś wielkiego przejęcia. Sam nie znał sposobności pracy na ilość klientów czy godziny, bardziej... umowy o dzieło, tak. Akurat swoja pracę uwielbiał i nigdy nie narzekał, mógł popracować kiedy chciał i ile chciał. Dodatkowo uwielbiał ja, był kreatywny, a w jego głowie roiły się miliony pomysłów na kolejne scenariusze filmowe, w bardzo odmiennych gatunkach. Bardziej zainteresował się kolejnym zdaniem, na które zareagował o wiele żywiej. - Ciesz się, chłopie, ciesz się. Pozazdrościć, naprawdę. - stwierdził uśmiechajac się dosyć... niezdecydowanie i połowicznie. W jego słowach widział tylko i wyłacznie plusy. Gdyby te cholerne lata temu wiedział, jak zostanie potraktowany - pomimo tych wszystkich lat, o których nie może źle powiedzieć, miłości jaka się darzyli... Nie, nie wziałby ślubu z Johnem, nie ma takiej opcji. Po tylu latach był święcie przekonany, że jeden z nich pochowa drugiego późna starościa. Był tego, kurwa, pewny. Złapał ponownie za kieliszek, patrzac na rozmówcę i wzrokiem zachęcajac go do podniesienia własnego. Teraz weszło o niebo lepiej, to akurat nie był najlepszy znak, a może jednak był? Badź co badź po tym, jak bardzo został zraniony najgorsze była świadomość, że nie mógł przestać kochać Johna z dnia na dzień. Jasne, ich małżeństwo i znajomość się skończyła. Nie chciał widzieć go nigdy więcej, ale... To nie był rok małżeństwa, czy dwa, trwało to znacznie dłużej i... nie potrafił tak po prostu wyprzeć wszystkiego z pamięci. Odłożył kieliszek i spojrzał na barmana ponownie w oczywistym celu. Teraz uwagę skupił na Harrym, poprawił się na krześle i głośno wzdychnał. - W moim życiu prywatnym nie jest tak kolorowo jak u Ciebie, od niedawna zreszta.. - powiedział dość smutnym tonem, trochę zawiedzionym. Jeszcze nikomu nie zwierzał się na ten temat, co dziwne, po większej ilości alkoholu powinien mówić o wszystkim bez większego zastanowienia. Przechylił kieliszek raz jeszcze, teraz nie czekajac na mężczyznę, a dłonia znów machnał do barmana. - Czegoś takiego dzisiaj na pewno nie słyszałeś, uwierz mi. - uprzedził wpatrujac się w twarz rozmówcy, w myślach układajac sobie to, co chciał przekazać. - Szesnaście lat małżeństwa. Mam za soba szesnaście lat małżeństwa, które niedawno zostało zakończone. Rozumiesz? - mówiac to wymusił śmiech, bardzo udawany zreszta. Machnał obiema rękoma bezmyślnie na wysokości swojej klatki piersiowej, chwilę później znów łapiac kieliszek do dłoni, jednak jeszcze go nie pił. - Mój kochany maż zdradził mnie po tylu latach. I wiesz co? Nie chciał mnie przepraszać. Powiedział co się stało i zaczał się pakować. Usłyszałem, że w naszym małżeństwie dzieje się źle i poznał kogoś, w kim się zakochał. Szesnaście lat. - wtedy dopiero wypił kolejny kieliszek i tym razem nie proszac już barmana sam nalał sobie i przy okazji Harry'emu. Przechylił go od razu, nie czekajac na nic. Teraz jego dłonie opadły na własne uda, a on podniósł wzrok do góry. - Szesnaście lat czekania do późnej nocy na męża, który zostawał po godzinach w pracy. Często oczekiwanie w niepewności, czy wróci cały i zdrowy. Nawet kurwa lata temu adoptowaliśmy dziecko, już dorosłe zreszta, ale... no kurwa. - powtórzył czynność z wódka po raz kolejny i tym razem również od razu się napił. - Nieźle, co? - spojrzał na mężczyznę z zawiedzionym uśmiechem, był ewidentnie zdołowany i zdenerwowany. Nie ma się co dziwić.
 
 
Harry Hunter
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-17, 20:35   

Cudownie wrócić po urlopie i móc pogapić się na ten piękny avek, nawet jeśli pisanie posta się dłuży. Nie zmieniaj go. Nigdy!

Pokiwał głowa, udajac dumnego z takiego życia. Cokolwiek zaprzatało głowę Grega z cała pewnościa nie chciałby się zamienić z Harrym. Był tego tak pewien jak Kopernik, że Ziemia jest okragła i kręci się wokół Słońca, a nie na odwrót. Jednak miał tyle lat, by do wszystkiego przywyknać i nauczyć się trzymać język za zębami. Lubił stylizować swoje życie na idealne, bowiem łudził się, że i on kiedyś w to uwierzy tak jak wszyscy ludzie dookoła.
Po wypiciu kolejnego kieliszka oparł brodę na dłoni, doskonale zdajac sobie sprawę, że to był ten moment, w którym miał zgrywać idealnego słuchacza. Sam mu to zaproponował, więc nie było to nic niespodziewanego. Ani to, ani fakt, że mężczyznę gryzły sprawy sercowe. Normalny człowiek nie wygladał jak kupa nieszczęść przez jakieś sprawy biznesowe. Nawet gdyby stracił inwestycję na miliony. Uczucia jako niematerialny shit dotykaja znacznie bardziej. Niemniej jednak się nie odzywał, tylko potaknał głowa, patrzac na niego skupiony. Nie uśmiechał się, bo przecież nie czekała ich zabawna historyjka, więc to byłoby dość nie na miejscu. Zreszta po usłyszeniu dokładniej w czym rzecz, kaciki ust same by opadły. Harry doskonale wiedział, jaki to ból po stracie ukochanej osoby, ale nie wiedział, czy ból po śmierci a zdradzie jest choć trochę porównywalny. Watpił w to. Nie zamierzał dociekać ani się spierać, co jest gorsze. Jakby nie było jego odczucia były daleka przeszłościa, Gregory przeżywał to wszystko tu i teraz. Niemniej jednak rozumiał, skad te zapędy to picia. Gdyby nie fakt, że mężczyzna się nie oszczędzał, sam by mu nalał. Rozmawianie o tym na trzeźwo na pewno nie było przyjemne.
- Tak, z cała pewnościa przebiłeś babcię z dokuczliwymi korzonkami czy dzieciaka z zielonymi wymiocinami - odezwał się po dłuższej chwili. Próbował chyba być zabawny, ale po takiej informacji nawet jemu trudno było powiedzieć coś sensownego. - Szesnaście lat... to chyba taki czas, że myślisz o wspólnym nagrobku, a on ci wyjeżdża z drugim życiem - pokręcił głowa i tym razem to on napełnił nieszczęśnikowi kieliszek, i opróżnił w końcu swój. Potrzebował tego na przetworzenie wszystkiego. Można powiedzieć, że zwiedził Europę wzdłuż i wszerz, i nawet jeśli historia Grega nie była pierwsza taka, wciaż nie zrozumiał jak to możliwe. Nie rozumiał, jak można było przyrzekać komuś miłość aż do śmierci, a po kilkunastu latach rzucić "A sory, rozmyśliłem się.". Chociaż nie chciał, patrzył na niego ze współczuciem. Był świadomy, że to nie było coś, co chca widzieć zranione osoby, ale to było wbrew jego woli. Jednak po chwili położył mu rękę na ramieniu i uśmiechnał się szeroko. - W takim razie pierdolić go i wasze już nic niewarte szesnaście lat - odezwał się nazbyt wesołym, co do wypowiadanych słów, tonem. - W Belgii poznałem kiedyś taka miła kobiecinę, która przez cały mój pobyt u niej powtarzała mi, że nic się nie dzieje bez przypadku - nawet takie wdepnięcie w krowiego placka. Nie wierzyłem jej, dopóki sam się nie przekonałem. Poślizgnałem się dość niefortunnie, całe spodnie uwaliłem - w dodatku było to moje jedyne w tamtym czasie! - wyszorowałem je ręcznie, a potem mi zwiały, gdy chciałem je powiesić na sznurku i złapał je przyjaciel, który nie dość, że ofiarował mi całkiem fajna posadę, to jeszcze tam znalazłem mojego towarzysza podróż na kolejne dwa lata, dopóki szczyl nie spotkał miłości swojego życia i nie osiedlił się w jakieś małej wiosce w całkiem obcym mu kraju - kto by pomyślał, że w takiej sytuacji będzie sobie przypominał swoja jazdę po krowim placku... To dość absurdalna historia w porównaniu do tej Grega, ale miał dobre intencje. - Ona sama wyszła młodo za maż, myślac, że to miłość jej życia. Dość szybko stała się nieszczęśliwa kura domowa, ale to dzięki swojemu mężowi poznała swojego drugiego męża, który według niej był idealny. Poznałem go, sympatyczny staruszek. Więc nawet jeśli teraz to bardzo boli i wydaje ci się końcem wszystkiego, uwierz, że to musi być poczatek czegoś znacznie lepszego - nigdy nie był dobrym pocieszycielem, ale teraz nawet był trochę dumny ze swojej przemowy. Tylko tak naprawdę on mógł się produkować, a Gregory i tak może mieć gdzieś jakieś moralne pogadanki obcego mu człowieka. Bo co Harry mógł wiedzieć, prawda?
 
 
Gregory Caldwell
[Usunięty]

Wysłany: 2017-08-21, 01:38   

Dobra! Ale Ty też nie, a jak już, to razem!

Czuł potrzebę wygadania się; oczywiście miał przecież siostrę, córkę, znajomych, jednak o wiele łatwiej jest się otworzyć przed kimś zupełnie obcym. W dodatku to Harry popchnał go w kierunku zwierzeń, dlatego zdecydował się na opowiedzenie mu tej całej, popapranej sytuacji. Nie szczędził sobie alkoholu, po tylu latach musiał się porzadnie odchamić, co zreszta robił już wręcz systematycznie. Najgorzej było mu uświadomić sobie, że teraz tak naprawdę nie ma po co wracać do domu. Że nikt tam na niego nie czeka, ani on nie będzie już więcej czekał na męża. Został sam w domu, w którym przez tyle lata działo się tak wiele. Zniknał maż i aktualnie tworzył nowy zwiazek, zniknęła córka, która już zaczynała swoje dorosłe życie. Został tylko on, pijac i próbujac sobie z tym wszystkim jakoś poradzić. Przecież nie był stary, przecież wciaż mógł sobie ułożyć życie na nowo. Jasne, tylko najpierw sam musi to zrozumieć.
Uśmiechnał się z największym rozbawieniem na jakie tylko mógł sobie teraz pozwolić, w jakimś stopniu był wdzięczny mężczyźnie, że zechciał go wysłuchać i wesprzeć chociażby tym zabawnym spostrzeżeniem. Mimo wszystko zrobiło mu się lżej, gdy ktoś już o tym wszystkim usłyszał, a w dodatku zrozumiał i nie rzucił jakimś sentymentalnym tekstem, tylko twardo dał do zrozumienia, że to już przeszłość. - Szesnaście lat, jak widać, nic nie wartego małżeństwa. Skoro byle skurwiel nawija się na drodze i chłop kończy małżeństwo z takim stażem. - parsknał ze zdenerwowaniem nawet niekoniecznie do Harry'ego, tak po prostu. Chwycił dość szybko za kieliszek, który tym razem napełnił mu współrozmówca i silnie postawił go z powrotem na ladzie tak, że nie obyło się bez małego huku. - A wiesz, co jest w tym najgorsze? Że kurwa to ja nie mogę się z tym pogodzić. Chuj już z nim, ale to ja ciagle myślę o naszym małżeństwie. - zaśmiał się z bezradności. To go chyba teraz zaczęło boleć najbardziej. Fakt, że dalej zaprzatał sobie nim głowę, niepotrzebnie. - Wkurwia mnie to, że sam nie mogę ot tak zapomnieć o tym wszystkim, tak jak on to zrobił. Przecież wszystko już skończone, nawet gdyby wrócił z podkulonym ogonem, odprawiłbym go do drzwi. - nie zakodował nawet chwili, w której dłoń Harry'ego wyladowała na jego barku. Miły gest z jego strony, który skwitował uśmiechem bez jakichkolwiek emocji, natomiast wzrok na kilka sekund skierował na dłoń mężczyzny. Dzisiaj nie zamierzał się oszczędzać, napełnił ich kieliszki ponownie, lecz tym razem czekajac na czarnowłosego, który aktualnie rozpoczał swoja porabana, na poczatku, historię. Zły humor trochę go puścił, wyrzucił z siebie konkretne myśli o Johnie (co możliwe, że spowodowane było alkoholem, który w bardzo szybkim tempie pochłaniali) i wsłuchał się uważnie w słowa rozmówcy. Nawet zaśmiał się pod nosem słyszac o nie najprzyjemniejszym spotkaniu z krowim łajnem. - Napijmy się za wspomnienie o tym upadku. - powiedział to z naprawdę rozbawionym tonem i podniósł kieliszek opróżniajac go. - Rozumiem. W końcu nie jestem przecież jakoś cholernie stary, jakoś się jeszcze trzymam, w miarę dobrze wygladam... Ale wiesz, mimo wszystko ciężko zapomnieć o tym wszystkim, tak z dnia na dzień. - miał rację, jeden i drugi. Wszystko miało przyjść z czasem, kto wie, może za niedługo będzie się z tego śmiał? - Dzięki. Tak po prostu. Jak już będziesz miał mnie dosyć to śmiało, nie krępuj się. Ja dzisiaj jeszcze się schleje, może ostatni już raz? Z jego powodu oczywiście. - uśmiechnał się najserdeczniej jak tylko potrafił i poprosił o kolejna butelkę wódki. Znów rozlał na dwa kieliszki, majac nadzieję, że Harry jeszcze z nim zostanie. Teraz mieliby okazję do rozmowy na jakieś znacznie przyjemniejsze tematy.
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-10-12, 21:24   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Kiedy Sherrie otrzymał wiadomość od Leathana, poczuł strach. Pamiętał czasy, gdy jego imię pojawiało się na wyświetlaczu telefonu nawet po kilka razy dziennie, a on nic sobie z tego nie robił. Pamiętał nawet te wiadomości, którymi wymieniali się o drugiej nad ranem, gdy Sherrie bawił się w gejowskim klubie, gdzie podrywał go jakiś tłusty facet o małych oczkach, od którego towarzystwa próbował się wyrwać ("Och, dostałem smsa. Pewnie od mojego chłopaka!"), a Leathan siedział w swojej niesamowicie nudnej kancelarii, do późna wypełniajac jakieś papiery. I cóż, uwielbiał wymieniać się z nim nawet tymi najbardziej błahymi wiadomościami tekstowymi, gdzie jeden pytał drugiego o to, jaka szynkę kupić na kolację albo o to, czy Charles miał wystarczajaco dużo jedzenia na kolejne dwa dni. Ale tym razem sytuacja się zmieniła i Sherrie wiedział, że skoro Leathan odezwał się do niego po takim okresie czasu, to nie mogła być błaha sprawa.
Wstrzymywał się z otworzeniem smsa przez cały dzień. Najpierw zadzwonił do Aislin, prawie płaczac jej w słuchawkę. Dobrze, że ta dziewczyna była bardziej ogarnięta od niego (choć nie wygladała!). Od razu ustawiła go do pionu, proponujac nawet, że specjalnie zrezygnuje ze spotkania z Phoenix i przyjdzie do domu, aby otworzyć za niego tego smsa (oczywiście odmówił, skoro sam nie czuł się na siłach, aby zobaczyć co kryło się za powiadomieniem o nowej wiadomości, na pewno nie pozwoliłby na to komuś innemu). Jak trochę poleżał i posnuł się po domu, otwierajac wszystkie kuchenne szafki i wywalajac z nich przeterminowane produkty, zadzwonił do swojej mamy, która zajęła go długa opowieścia o tym, że Faylinn udawało się coraz częściej zginać kciuka, pies sasiadów robił kupę na wycieraczkę, a kobieta z naprzeciwka myła okna co drugi dzień ("Czuję się przy niej jak brudas, Sherrie! Jakbym nie dbała o swój dom!"). Dawka rodzinnej codzienności trochę go uspokoiła.
Ostatecznie ugiał się o piatej nad ranem. Przez pół nocy wiercił się niespokojnie na łóżku i w pewnym momencie po prostu westchnał, odblokował telefon i zdecydował się na przeczytanie wiadomości, stwierdziwszy, że zapewne i tak nie miał już zasnać. Nie pomylił się.
Przez cały rok marzył o dniu, kiedy Leathan ponownie się do niego odezwie. Czasami, gdy już leżał w łóżku, ale nie mógł zasnać, myślał o tym, że może pewnego dnia jego telefon zabrzęczy na znak nowej wiadomości, nieoczekiwanie wyświetlajac jego jako nadawcę wiadomości. Ale mniej więcej na dziesięć miesięcy po tym, jak Somerset wyniósł się z Brentwood, Sherridan zaczał myśleć na ten temat bardziej logicznie. Leathan wyjechał - wyjechał przez niego. Nie odzywał się do niego - nie chciał utrzymywać z nim kontaktu, ułożył sobie życie od nowa. I wtedy, zasypiajac, Sherrie nie marzył już o tym, że nadejdzie chwila, kiedy znowu zaczna się do siebie odzywać, lecz myślał, że być może zaszczyci go dzień, gdy on również pozwoli odejść temu, co się między nimi zdarzyło.
W każdym razie Sherridanowi nigdy przez myśl nie przeszło, że Somerset po prostu, pewnego dnia wyśle mu smsa o treści "będę w Brentwood, spotkajmy się jutro w The Chequers o 18". Mówiac bez ogródek, to nie był ten typ wiadomości, który ludzie wysyłami swoim byłym przyjaciołom po roku milczenia spowodowanego nieprzemyślanym seksem po pijanemu. I jak tylko Sherrie to sobie uświadomił, jego strach zamienił się w złość. Bo jak on w ogóle śmiał wracać tutaj po tym wszystkim i proponować Sherridanowi spotkanie, jak gdyby nic się nie stało? Jak mógł robić coś takiego, brzmieć tak swobodnie i zwyczajnie?. Normalni ludzie się tak nie zachowywali. Normalni ludzie nie robili takich rzeczy. Więc Sherridan był wściekły.
Ten nastrój nie opuścił go aż do momentu, kiedy nadszedł czas spotkania. Praktycznie przez cały dzień Rose chodził zestresowany od jednego miejsca do drugiego, przeklinajac wszystko i wymyślajac coraz to nowsze scenariusze, jakie mogły zdarzyć się w trakcie ich spotkania. Czego Leathan od niego oczekiwał? Po co pisał do niego po tym, jak jasno dał mu do zrozumienia, że nie chciał widzieć go na oczy? Dlaczego myślał w ogóle, że Sherridan przyszedłby do The Chequers na jedno jego zawołanie? I, co najważniejsze, dlaczego Rose w istocie pojawił się tam o ustalonej przez Somerseta godzinie?
Jestem niespełna rozumu, powtarzał sobie w myślach, gdy kroczył waska uliczka w kierunku znajomego baru. Jestem idiota i kompletnym zerem. Cholera jasna, musiał się napić.
Zauważył tę jasna czuprynę jak tylko wszedł do środka i złość jeszcze bardziej się w nim zagotowała. Co za dupek. Co za bezczelny typ. Im bardziej Sherrie zbliżał się do Somerseta, tym bardziej to znajome, szarpiace uczucie w jego brzuchu narastało. Co denerwowało go jeszcze bardziej, bo kurwa mać! Jego uczucia nie miały prawa tak się zachowywać, kiedy on z całych sił próbował być na Leathana wściekły.
- Cześć - powiedział drżacym głosem, kiedy wreszcie dotarł do jego stolika. Stanał niespokojnie nieopodal krzesła, na którym siedział Somerset. Przez chwilę pomyślał, że dobrze by było, gdyby on również zajał miejsce, ale jego nogi drżały tak bardzo, że Rose im nie ufał. Na całe szczęście jego rękom nic nie dolegało. Więc jak tylko Leathan podniósł na Sherridana swój wzrok, dłoń, która przez pół dnia zaciskał w pięść, wyladowała na jego szczęce. Całkiem przypadkowo.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Leathan Somerset


Wysłany: 2017-10-14, 18:55   

Wysłanie tej jednej wiadomości nie przyszło mu z łatwościa, z jaka pisał wszystkie inne sms’y do poszczególnych kontaktów w swoim telefonie. Numer Sherridana wciaż się na nim znajdywał i chociaż nieużywany od roku, widział go za każdym razem, gdy przegladał kontakty a jego wzrok zatrzymywał się nieco dłużej na tym konkretnym widniejacym przy literce „S”. Ileż to razy przyłapywał się na tym, że zatrzymywał swój palec nad opcja zadzwonienia pod jego numer, ale nigdy tego nie zrobił, a ekran zaciemniał się, aby po jakimś czasie całkiem wygasnać. Kilka, o ile nie kilkanaście razy zaczynał pisać ta wiadomość, a później usuwał, aby po chwili znowu wystukać palcami ten sam tekst. W końcu zdecydował się nacisnać przycisk „wyślij”, aby po chwili zaczać tego żałować, majac nadzieję, że w jakiś niewyjaśniony sposób wiadomość jednak nie została dostarczona do jej odbiorcy. Gdy napisał sms’a pod numer, który znał na pamięć z prośba o spotkanie, nie sadził, że się zgodzi. Prawdę mówiac, był przekonany, że wróci z Brentwood równie nagle, jak się w nim pojawił, ale przynajmniej z myśla, że spróbował. Jakaś jego część miała nadzieję, że tak będzie. Bo tak bardzo jak Lee chciał spotkać się z Sherriem, tak bardzo się tego spotkania bał.
Zdawał sobie sprawę, że powinien był wszystko wyjaśnić, ale prawdę mówiac, nie wiedział nawet od czego powinien zaczać. Prawdopodobnie od tamtej nocy, która sprawiła, że nie chciał nawet pamiętać o Sherridanie Rose. Z poczatku tego nie odczuwał, czujac, jakby po prostu wyjechał gdzieś na jakiś czas bez swojego jedynego przyjaciela, jak zdarzało się już wiele razy, ale dni mijały, zamieniały się w tygodnie, a te w miesiace, stajac się najdłuższa rozłaka, która przeżyli na przełomie całej ich znajomości, i która wciaż trwała. Z czasem wszystkie nawet najmniejsze rzeczy w jakiś sposób powiazane z Sherriem, sprawiały, że za nim tęsknił. Starał się odsunać od siebie wszystkie rzeczy, które mu o nim przypominały, ale po jakimś czasie uczucie tęsknoty i tak wracało. Był jedyna osoba, która dopuścił tak blisko do siebie i chciał mieć ta osobę z powrotem.
Bo widzisz, kiedy Lancaster tamtego poranka zdecydował o tym, że przez jedna noc, podczas której dał ponieść się temu, co od jakiegoś czasu czuł do swojego przyjacila, zmieni całe dotychczasowe życie, było to bardzo nieprzemyślane. W jednej chwili zdecydował, że nie potrafiłby dłużej mieszkać pod jednym dachem z Rosem, a w drugiej już go tam nie było. Przed swoim wyjazdem odbył jeszcze konfrontację z Sherriem, z której prawdę mówiac niewiele pamięta, oprócz tego, że był zły. Zły na siebie, zły na niego, zły na wszystko co z nim zwiazane. W zasadzie, jeśli już chciał go winić, powinien winić także i siebie, ale był na to zbyt dumny.
Leathan nie wiedział czego miał się spodziewać. W myślach snuł różne scenariusze, jak chciałby, aby ono przebiegło. Ale nie zawsze dostaje się to, czego się chce. Nie był w stanie zobrazować swojego, teraz już chyba byłego przyjaciela, z którym po niemalże roku miał stanać twarza w twarz. I to na swoje własne żadanie. Teraz, gdy widział go, zbliżajacego się do zajmowanego przez niego stolika w pubie, który oboje tak dobrze znali, spędzajac w nim niegdyś niemalże każdy wolny wieczór, ogarnęło go to niezidentyfikowane uczucie, które z każdym krokiem, który Rose stawiał w jego stronę, jedynie w nim narastało. Z trudem powstrzymał się, kurwa, od ucieczki. Ale obiecał sobie, że tym razem nie stchórzy.
- Cześć – odpowiedział, podnoszac na niego wzrok ze swojego ginu z tonikiem, który zamówił, gdy tylko dotarł na miejsce. Potrzebował zajać czymś ręce w oczekiwaniu na Sherridana. Śledził wzrokiem każdy jego ruch, także i ten, który wykonała jego zaciśnięta w pięść dłoń, gotowa na spotkanie z jego twarza. Nie próbował tego w jakikolwiek sposób zatrzymać. Nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie. Siedział na swoim miejscu, jakby czekajac na cios, na który w pełni sobie zasłużył. Został uderzony z taka siła, że niebezpiecznie zachwiał się na swoim krześle, ostatecznie jednak łapiac równowagę. Spojrzał na wciaż zaciśnięta w pięść dłoń Rose’a, na której dostrzegł zapewne swoja krew. Sherrie zdecydowanie wiedział, gdzie powinien uderzyć, aby pokazać Lee, co czuł przez ten rok.
- Cholera, skad w tobie tyle siły? – podniósł się ze zdenerwowaniem z zajmowanego przez siebie miejsca, patrzac wyzywajaco na swojego byłego przyjaciela i pozwalajac, aby strużka krwi spływała po jego twarzy. I tak nie dostał wystarczajaco mocno. Przez ten pieprzony rok w Sherriem zdażyło się zebrać o wiele więcej siły.
_________________

    WE STARTED IT WRONG AND I THINK YOU KNOW WE WAITED TOO
    LONG. NOW I HAVE TO GO. I DON'T KNOW WHY WE NEED TO BREAK
    SO HARD. WHO SAYS TRUTH IS BEAUTY AFTER ALL? WHO SAYS LOVE
    SHOULD BREAK US WHEN WE FALL?
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-10-16, 20:44   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Przez cały okres rozłaki Sherrie starał się uciekać od rzeczy, które przypominały mu o byłym przyjacielu. Podczas kilku pierwszych tygodni po tamtej okropnej konfrontacji z Leathanem nie wracał do ich wspólnego mieszkania, bo choć wiedział, iż było puste (doszły go słuchy o jego wyjeździe), obawiał się, że znajdzie się jakiś przedmiot, którego Somerset zapomniał, i który akurat rzuci mu się w oczy, przypominajac po raz kolejny jak bardzo wszystko zniszczył. Wysłał więc Jaggera po kilka rzeczy oraz Charlesa (on również przypominał Sherridanowi o Leathanie, ale nie potrafiłby go wyrzucić, to podchodziłoby pod bestialstwo) i przez jakiś czas pomieszkiwał u niego. Oczywiście do czasu - nie chciał nadużywać czyjejkolwiek gościnności. Tak czy siak, po jakimś czasie powrócił do swojego starego mieszkania i już od progu poczuł się nieswojo. Bez Lee, bez jego rzeczy, zapachu, głosu, śladów obecności to miejsce było zbyt ciche i puste. Straciwszy pracę, cofnał umowę o najem i zaczał rozgladać się za czymś innym - jego dochody nie pozwalały mu na utrzymanie tego mieszkania w pojedynkę, a nie wyobrażał sobie, aby mógł zamieszkać tam w towarzystwie kogoś innego i całkiem nieznajomego. Za sprawa numeru telefonu, który znalazł w momencie, gdy przeszukiwał przeróżne serwisy internetowe, majac nadzieję, że natknie się na jakaś niedroga ofertę mieszkania, poznał Aislin. I to pewnie tylko dzięki niej udało mu się chociaż trochę otrzasnać. W powolnym procesie powrotu do normalnego funkcjonowania rzecz jasna pomogło mu jeszcze wiele osób, ale jako że to z Callahan mieszkał pod jednym dachem, głównie ona miała na niego największy wpływ.
Potrzebował dużo czasu, aby się pozbierać i zaakceptować fakt, że to, co zdarzyło się tamtej nocy, nie było wyłacznie jego wina. Leathan również ponosił za to odpowiedzialność, z która najwyraźniej nie mógł się pogodzić. Bo sam fakt, że uciekł jak tchórz, w dodatku cała wina za ten wypadek obarczajac Sherriego, mówił wiele o tym, jak Somerset czuł się z tym wszystkim. Pewnego dnia Rose stał się zażenowany okresem czasu, jaki zajęło mu dojście do takich wniosków. Co prawda, kiedy już zrozumiał, to dalej bolało. Ale inaczej. Bo o ile z poczatku Sherrie miał żal do samego siebie o to, co się stało, później zaczał patrzeć inaczej również na Leathana. Za to, że zamiast stawić czoła faktom, po prostu uciekł.
Nawet nie planował uderzyć Somerseta. Naprawdę, kiedy wyobrażał sobie jak będzie wygladać ich spotkanie, nie przeszło mu to przez myśl. Uderzył go nagle, kompletnie nie myślac, pod wpływem skrajnych emocji. W końcu w normalnych okolicznościach to by się nie stało. Sherridanowi nawet muchy żal było skrzywdzić, a co dopiero Leathana, który był przy nim przez jedna trzecia jego życia. Ale stało się. I Sherrie włożył w ten cios cała swoja siłę. Nawet nie podejrzewał, że miał jej aż tak dużo.
Kiedy go uderzył, poczuł się lepiej. Nienawiść (a przynajmniej jej część) nagle go opuściła i Rose mógłby teraz zwyczajnie usiaść, aby poprowadzić z Somersetem nawet normalna pogawędkę. Ale kiedy blondyn podniósł głowę i Sherridan zobaczył krew spływajaca po jego ustach, spokój bardzo szybko go opuścił.
- Przepraszam - powiedział mechanicznie, blednac w jednej chwili. Ręce, które przed chwila były takie silne, teraz zaczęły się pocić i drżeć. Nie chciał zranić go naprawdę. Dlaczego więc to zrobił? Doświadczenie nauczyło go, jak bardzo to bolało; dlaczego zatem podniósł na niego rękę? Myślał, że nigdy nie zniży się do poziomu swoich licealnych oprawców, że był ponad to. A jednak... wygladało na to, że wcale nie był. - Przepraszam, Lee - nienawidził siebie za zwracanie się do niego tym pieszczotliwym skrótem, ale nie mógł nic na to poradzić, słowa same wyrywały mu się z ust. - Nie chciałem. To znaczy zasłużyłeś sobie, ale nie musiałem tego robić. - Przełknał ślinę. Dopiero teraz zauważył, że ludzie znajdujacy się niedaleko nich patrzyli na nich ze zdenerwowaniem, a barman zastygł w bezruchu, najwyraźniej oczekujac ich kolejnych ruchów. Może myślał, że szykowała się bójka i chciał zainterweniować?
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Leathan Somerset


Wysłany: 2017-11-03, 00:09   

Opuszczajac ich wspólne mieszkanie, pogodzony z myśla, że być może już do niego nie wróci, nie wiedział, gdzie powinien się udać. Nigdy nie przeszło mu przez myśl, że kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji. Sytuacji, według niego bez wyjścia innego niż ucieczka. Nie miał przyjaciela, u którego mógłby się zatrzymać na jakiś czas, dopóki wszystkiego sobie nie przemyśli i nie zadecyduje co dalej. Takim przyjacielem był Sherridan, który był również powodem przez który w ogóle znalazł się w tej sytuacji, dlatego musiał radzić sobie sam. Właściwie dopiero wtedy to do niego dotarło. Bez niego... był sam. Otaczał się wieloma osobami, z którymi lubił przebywać i które lubiły przebywać z nim, ale z nimi nigdy nie mógłby porozmawiać o swoich problemach. W ich oczach Leathan Somerset nie miał żadnych problemów, nie mógł ich mieć. Sam się na kogoś takiego wykreował. Właściwie tylko przy Rosie pozwalał sobie na bycie soba.
Chciałby móc cofnać czas i stawić czoła temu, co się wydarzyło, zamiast uciekać. Wiecznie uciekał od wszystkich swoich problemów, co wcale nie sprawiało, że znikały na dobre. Po jakimś czasie się pojawiały i chociaż z poczatku tego nie dostrzegał, stawały się dla niego jeszcze bardziej uciażliwe, niż gdyby uporał się z nimi w momencie ich powstania. W rzeczywistości jednak nawet gdyby jakimś cudem udało mu się cofnać, aby przeżyć to jeszcze raz, prawdopodobnie wcale nie postapiłby inaczej. Potrzebował czasu, aby dojść do pewnych wniosków. Zdecydowanie zbyt wiele czasu. Rok zajęło mu dojście do tego, że nie chciał stracić Sherridana, nie dopuszczajac do siebie myśli, że już dawno się to stało. Że stracił go już w momencie, w którym zdecydował się go opuścić. Był jedna z tych osób, które przez życie szły tak, aby to im było w nim dobrze. Dlatego w momencie gdy nagle postanowił zniknać, nie przejmował się tym, jak poczuje się z tym Rose, tak samo jak nie myślał o tym, gdy równie nagle postanowił się pojawić.
Po roku spędzonym na włóczędze z miejsca do miejsca (w iście arystokrackim stylu!) doszedł do wniosku, że w zasadzie nie miał dokad wrócić. Co prawda zawsze mógł wrócić w swoje rodzinne strony, ale było to miejsce którego unikał nawet bardziej niż swojego byłego przyjaciela. Byłego, bo nie sadził, że po tym wszystkim miał prawo nazywać go swoim przyjacielem. Brał Sherriego za pewnik, który nigdy nie zniknie z jego życia i do którego zawsze mógł wrócić. Jakże się pomylił. Sherrie był jego domem, dlatego gdy stracił jego, stracił również miejsce, które mógł nazwać swoim domem. Odwiedził wiele miejsc, ale w żadnym z nich nie czuł się tak jak w Brentwood. Osiedlajac się wystarczajaco blisko, a jednocześnie wystarczajaco daleko tego miasteczka, miał nadzieję, że znowu poczuje się jak w domu.
Nie spodziewał się, że zostanie uderzony, stad też wyraz zaskoczenia, który pojawił się na jego twarzy, gdy spojrzał na Rose’a. Przez chwilę rozważał, czy mu oddać , ale doszedł do wniosku, że nie powinien tego robić. Podświadomość mówiła mu, że zasłużył sobie na ten cios, ale nie miał zamiaru głośno się do tego przyznawać. Wszystkie prowadzone dotychczas w pubie rozmowy ucichły, a klienci utkwili w nich swój wzrok, wyczekujac co wydarzy się dalej. Na moment życie w The Chequers jakby ucichło. Najwyraźniej spodziewali się bójki, które niewykluczone, że już nie raz miały miejsce w pubie, jednak tym razem miało skończyć się tylko na tym jednym uderzeniu. Gdy usłyszał przeprosiny, spojrzał na Sherridana wzrokiem, który mówił „zrobiłeś to po raz pierwszy i ostatni” i zwrócił się do barmana, dajac mu znak, że wszystko jest pod kontrola i może wrócić do swoich zajęć. On sam ponownie zajał swoje miejsce i dopił do końca to, co znajdowało się w literatce. – Będę potrzebował tego więcej – stwierdził, że na trzeźwo jednak nie przeżyje tego spotkania i jedna szklanka ginu z tonikiem, która wypił na odwagę nie wystarczy. Zaczepił kelnera, który akurat przechodził obok zajmowanego przez nich stolika i złożył zamówienie na kilka kieliszków najlepszej wódki jaka mieli. I tak nie miała smakować przynajmniej w połowie tak dobrze, jak to, czym raczył się zazwyczaj, ale musiał pogodzić się z tym, że w pierwszym lepszym barze nie serwowali najdroższych alkoholi świata. Co nie zmienia faktu, że musiał wyrazić swoja opinię, gdy kieliszki napełnione przezroczysta ciecza pojawiły się na stoliku, a on spróbował jednego z nich. – To nazywaja najlepsza wódka? Nie umywa się do tego, co pijam zazwyczaj.
_________________

    WE STARTED IT WRONG AND I THINK YOU KNOW WE WAITED TOO
    LONG. NOW I HAVE TO GO. I DON'T KNOW WHY WE NEED TO BREAK
    SO HARD. WHO SAYS TRUTH IS BEAUTY AFTER ALL? WHO SAYS LOVE
    SHOULD BREAK US WHEN WE FALL?
[Profil]
 
 
Sherridan Rose








31

architekt

szóstka dodaje mu chęci do życia

East Brentwood

mów mi: emka

multikonta: riley, chester, izzy, yev, calanthe, nancy

nieobecność: bardzo zamulam





Wysłany: 2017-11-09, 11:16   
  

  
Sherridan Ephraim Rose

  
hand in mine into your icy blues


Nie byłby zdziwiony, gdyby Leathan mu oddał. Ba, oczekiwał tego i czuł się zawiedziony, kiedy uderzenie ostatecznie nie nadeszło. Ból z pewnościa ustawiłby Sherridana do pionu, w końcu działał w ten sposób w przeszłości. Wygladało jednak na to, że tym razem Rose musiał poradzić sobie samodzielnie, więc przygryzł policzek od środka, próbujac sprowadzić swoje myśli na właściwa drogę. Nie potrafił nic poradzić na to, że widzac Somerseta, odczuwał jednocześnie cierpienie i ulgę. Coś w okolicach klatki piersiowej kuło go niemiłosiernie, odbierajac zdolność jasnego analizowania rzeczywistości, ale w tym samym momencie był szczęśliwy, że Leathan siedział tuż obok, cały i zdrowy, bo przez cały ten rok szalenie się o niego martwił. Jak bardzo był z tego powodu żałosny?
Nienawidził siebie za to, jak czuł się w jego obecności. Suchość gardła, żoładek zwiazany w supeł, poczucie umysłowej niestabilności - wszystko to było złe i zdawał sobie z tego sprawę, lecz nieważne jak niewygodne były te myśli, nie potrafił ich wyprzeć, bo gnieździły się w jego głowie niczym paskudne robaki, niszczac wszystkie fundamenty zszarganej psychiki.
Pewnie powinien był wyjść. Dla Robina, dla wszystkich, którzy przez ostatni rok cierpliwie użerali się z jego złamanym sercem i przede wszystkim dla siebie, bo przebywanie w towarzystwie Leathana zamieniało jego funkcjonowanie w istna katorgę, która pragnał zakończyć jak najszybciej. A jednak patrzac na niego katem oka i podziwiajac błękit jego znużonych oczu, nie był w stanie zmusić się do wyjścia. Obecność Somerseta, choć z jednej strony powodowała w nim dyskomfort i niemalże fizyczny ból, równocześnie działała na niego kojaco. Wolał być tutaj, przy nim, czujac się gównianie, niż znajdować się gdziekolwiek indziej, samotnie i z nieco lepszym samopoczuciem.
Słyszac komentarz odnośnie serwowanej w barze wódki, spojrzał na Leathana ze zmęczeniem i pokręcił głowa. Do diabła, chciałby w tamtym momencie przejmować się jakościa ich alkoholi, a nie tym, że oto siedział obok człowieka, na widok którego wszystko tak cholernie go bolało. Odetchnał głęboko, po czym wstał ze swojego miejsca i ruszył w stronę baru. Nie ufał swoim nogom - stawiał powolne, chwiejne kroki, lecz ostatecznie udało mu się zwrócić na siebie uwagę barmana i poprosić go o coś mocnego do picia. W przeciwieństwie do Lee, postawił na najtańsza wódkę (wciaż pamiętał o Faylinn i czuł się źle z tym, że w ogóle pozwalał sobie na alkohol), która paliła w gardle i była obrzydliwie wręcz niedobra. Wypił kilka kieliszków, skrzywił się, podziękował barmanowi (już nie patrzył na niego podejrzliwie, teraz jego wzrok zahaczał o współczucie), a potem powrócił do stolika. Zajmujac miejsce naprzeciwko Leathana, nadal czuł się paskudnie, ale wydawał się nieco spokojniejszy. Alkohol zdecydowanie był czymś, czego potrzebował do normalnego przetrwania tego spotkania.
- Dlaczego tu jesteś? - zapytał, jak tylko usiadł na niewygodnym krześle, wystarczajaco daleko od krawędzi stołu, aby nie musieć czuć się nieswojo, patrzac na Somerseta z bliższej odległości. Posmak gorzkiej wódki nadal drapał go w gardło, miał ochotę zwymiotować albo przynajmniej zaszyć się w swoim pokoju i nie wychodzić z niego do końca swojego żałosnego życia, lecz jednocześnie nie wydawał się na siłach, by wstać, a potem wrócić do domu. Cała ta sytuacja już zdażyła go zmęczyć. - Dlaczego wróciłeś? - Wiedział, że odpowiedź na to pytanie nie będzie taka, jakiej potrzebował, bo Lee zdecydowanie nie wrócił dla niego. Mimo wszystko chciał znać powód, w końcu jakiś musiał być. Istniało mnóstwo ciekawszych i lepszych miejsc to życia niż to, w którym obecnie się znajdowali.
_________________
ALL I'LL EVER BE IS A LETDOWN
©crack in time
[Profil]
 
 
Leathan Somerset


Wysłany: 2017-12-28, 17:28   

Przez chwilę zaraz po otrzymaniu w twarz, rzeczywiście rozważał oddanie Sherriemu, ale doszedł do wniosku, że nie chce być postrzegany jako osoba, która uczestniczy w barowych bójkach. Zawsze z pożałowaniem patrzył na takich, którzy zamroczeni alkoholem wszczynali podobne bójki z byle powodu, dlatego nie miał zamiaru stać się jedna z nich. Wolał z godnościa przyjać fakt, że został upokorzony na oczach innych. Tak naprawdę wszyscy inni klienci lokalu mieli głęboko w poważaniu, że jakiś zupełnie obcy im człowiek, którego nawet nie poznaliby, gdyby ujrzeli go na ulicy następnego dnia dostał w twarz, ale Somerset zawsze wszystko wyolbrzymiał.
Tak samo jak wyolbrzymił tamta noc, która pod wpływem alkoholu spędzili razem do takiego stopnia, że zdecydował się wyjechać, nie dajac znaku życia przez calutki rok i pozwalajac Rose’owi ułożyć sobie życie bez niego tylko po to, żeby po tym czasie wrócić i ponownie macić mu w głowie. Bawienie się uczuciami innych było tym, w czym zdecydowanie był dobry i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że Sherridan przyjdzie na spotkanie z nim, bo tak bardzo jak próbował przekonać siebie, że może żyć bez Leathana, tak bardzo się mylił. Był ta toksyczna osoba, która chciałbyś wykreślić ze swojego życia, ale i tak za każdym razem do niej wracasz.
Gdy Rose wstał, kierujac się do baru, można było zauważyć ta diametralna różnicę w ich zachowaniu. Jeden pofatygował się, żeby samemu udać się do baru w celu zamówienia alkoholu, a nie pstrykał palcami na barmana, aby ten podszedł do jego stolika i go obsłużył, jak Leathan, któremu wydawało się, że wszędzie jest najważniejszy. Nie był, ale jeszcze to do niego nie docierało. Zostawszy przy stoliku samemu, zabrał się za swoje kieliszki, krzywiac się pod nosem, za każdym razem gdy opróżniał kolejny z nich. Najlepsza wódka… jasne. - Od kiedy pijesz? – zapytał, gdy jego towarzysz wrócił na swoje miejsce także po tych kilku kieliszkach. Somerset był szczerze zaskoczony, bo odkad znał Rose’a ten stronił do alkoholu. Nie przyszło mu oczywiście na myśl, że być może zaczał zagladać do kieliszka przez niego.
Wzruszył ramionami, spogladajac na Sherriego, który najwyraźniej oczekiwał konkretniejszej odpowiedzi. – Chciałem cię zobaczyć – powiedział taki tonem, jak gdyby widzieli się tydzień temu, a nie cały cholerny rok.
_________________

    WE STARTED IT WRONG AND I THINK YOU KNOW WE WAITED TOO
    LONG. NOW I HAVE TO GO. I DON'T KNOW WHY WE NEED TO BREAK
    SO HARD. WHO SAYS TRUTH IS BEAUTY AFTER ALL? WHO SAYS LOVE
    SHOULD BREAK US WHEN WE FALL?
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 8